Dawno temu w górach, czyli wspomnień czar...

Także o noclegach, mapach, pogodzie, literaturze...
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

dagomar
Sprawozdanie-Tatry 2006


15 czewwca - nasłuchałem się o śniegach ,czekanach ,strach gdzieś iść ,w rezultacie zapada decyzja o kontrolnym wejsciu na Polski Grzebień ,no bo jak nie tam ,to gdzie...
Zaraz za Smokowcem gubimy nieoznakowany jeszcze po kalamicie szlak i w rezultacie wspinamy się po sławkowskiej uboczy stromo po wykrotach prawie dwie godziny ,aż osiągamy szlak z Siodełka już niedaleko Siennej Kopy. W chaszczach gubię czapkę .Jesteśmy wykończeni ,tym milej witamy miłą jak nigdy obsługę w Śląskim Schronisku ,nawet nową czapkę mają dla mnie. Ruszamy dalej ,upał niemożebny ,ale wszystko we śniegu,śnieg dobry ,akurat miękki ,kaszowaty ,nie wymaga raków ni czekana ,ale trochę umiejętnosci i rozumu jednak tak ,ratuję jakieś dzieci pod Granackim prysznicem ,bo ojciec w adidasach rozpłaszczony w śniegu nie jest w stanie.Wyżej nie widać żadnych śladów ,kilka osób przed nami zawraca ,gubimy się trochę we wspinaczce i włazimy pod Małą Wysoką ,potem jakimś dzikim i nie całkiem miłym trawersem na Przełęcz. Przez to błądzenie cały dzień jest już późno ,z Rohatki nici ,wracamy więc z powrotem. Krótki filmik z Polskiego Grzebienia tutaj:
http://www.tomaszow.mm.pl/~dagomar/spr/grzebien.avi
Nie obraźcie się ,ale wyciąłem zbyt "prywatnie" brzmiący głos.
Następnego dnia na Rohatkę ,jak dnia poprzedniego ,od Zbójnickiej w głębokim sniegu ,przy zjeździe w pewnym momencie wpadam po pachy ,upał coraz większy ,poglądawe filmiki tutaj:
http://www.tomaszow.mm.pl/~dagomar/spr/roh1.avi
http://www.tomaszow.mm.pl/~dagomar/spr/roh2.avi
Po dniu odpoczynku trasa przez Klinowate,Baraniec i Rohacze. Wierzcie mi ,że zrobienie tego w 30 stopniowym upale i wilgotności dochodzącej chyba do 100% to bohaterstwo. Na Barańcu i drodze do niego 4 osoby ,na Rohaczach ,jak nigdy - dosłownie 3. Są płaty śniegu na skałach ,ale głównie na obejściach no i przy zejściu na przełęcz ,grań sucha ,nareszcie udaje mi się zrobić zdjęcie pustego konia

Obrazek

Przez te trzy dni dosłownie łaziliśmy pomiędzy świstakami ,które właśnie wyłaziły spod śniegu ,a że było pusto ,to sobie z nas nic nie robiły. Tu dwa filmy
http://www.tomaszow.mm.pl/~dagomar/spr/swist1.avi
http://www.tomaszow.mm.pl/~dagomar/spr/swist2.avi

i parę fotek:

Obrazek
Obrazek
Obrazek

Piątego dnia Koprowy - byłby bez historii,gdyby na samym wierzchołku nie chwyciła nas burza ,co prawda szła wcześniej ,ale wydawało się ,że powinniśmy zdążyć. Po szczytowej grani nie wolnej od płatów śniegu i mokrej od deszczu ,w mleku na dwa metry zbiegamy jak kozice ,nie mogę nadziwić się tempu żony.
Po kolejnym dniu odpoczynku poświęconym na Wodospady Zimnej Wody ,w których ,o dziwo ,jeszcze nigdy nie bylismy ,długa trasa Dol. Jałowiecką. Jestem przyjemnie zaskoczony ,szlaki są naprawione ,wyrosły nowe mostki i choć charakter doliny pozostał
Obrazek
to idzie się o wiele łatwiej ,niż jeszcze rok temu. No i oczywiście Salatyn w tradycyjnym upale i duchocie - czuję się przynajmniej jak maratończyk i szacuję tę górę na co najmniej 3000m.n.p.m. ,tak ,że po zejściu na Palenicę na myśl o Siwym i Babkach robi mi się słabo - wracamy Bobrowiecką.
Ostatni dzień właściwie bez historii ,na górnym tarasie Dol. Jagnięcej łapie nas burza ,która trwa do 10 wieczorem ,nie mam mowy o wejściu na szczyt - wracamy przemoknięci.
Na koniec dwa zdjęcia nieba z życzeniami dla wszystkich ,by góry Was puściły wszędzie tam ,gdzie wejść zamierzacie
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Alpy Julijskie i Dolomity
czerwiec 2006
włóczęga


15 czerwiec.
Wyjechaliśmy rano z Warszawy. Po przejechaniu równo 1000 km zatrzymaliśmy się na nocleg na przyautostradowym parkingu jeszcze na terenie Austrii. Do celu zostało ok. 100 km, ale rozbijanie namiotu po ciemku nie miało sensu. Poza tym to dodatkowy koszt jednej doby.

16 czerwiec.
Planowaliśmy zatrzymać się na kampingu na znanym nam kampingu w Ukanc nad Jeziorem Bohnijskim w Słowenii. Tam jest naprawdę pięknie, ale jako, że było jeszcze przed głównym sezonem, miejsce coś nam nie pasowało. Było zbyt mało życia. Zawróciliśmy i rozbiliśmy się na kampingu „Bled” nad jeziorem o tej samej nazwie. Kamping położony jest po drugiej stronie jeziora naprzeciwko znanej miejscowości. Dobry standard i cena do tego „odpowiednia”, ale miejsce było urocze. Przecież to nasz urlop, a nie tylko wyprawa w góry.

Obrazek

17 czerwiec.
Ok. godz. 7.20 wyjechaliśmy do Rudno Polje, gdzie zostawiliśmy samochód.
Ruszyliśmy na szlak. Godzina 8.20.
Cel był daleko. Drogowskaz wskazywał, że mamy 6 godzin drogi.
TRIGLAV – wspaniały cel. Szedłem, by zdobyć go po raz trzeci. Żona tym razem szła ze mną. Nastawiona była bojowo. To dobrze wróżyło.
Przy schronisku Vodnikov Dom /niestety jeszcze zamkniętym/ znaleźliśmy się parę minut po 12-tej. Mieliśmy opóźnienie. Krótki odpoczynek, uzupełnienie wody z ujęcia i dalej.
O 14.30 byliśmy przy Domu Planika. Niestety to schronisko też było jeszcze zamknięte. Wokół pusto. Żadnych oznak życia. Jedynie czarne ptaki królowały nad tym pustkowiem. Nad tym wszystkim wznosił się ON - TRIGLAV.
Pogoda była piękna. Nie mniej jednak o tej godzinie nad samym szczytem zaczęły już gromadzić się chmury. To chyba tu normalne.
Przechodziliśmy przez duże połacie śnieżne, wspinaliśmy się kominami, w których zalegał śnieg i weszliśmy na Mały Triglav. Dalej lekka wspinaczka i posuwanie się po samej grani.
W końcu spotkaliśmy ludzi. Po kilku godzinach samotności. Schodzili ze szczytu.
My szczyt osiągnęliśmy o 16.07. Późno. Nie było wiele czasu. Kilka zdjęć w nienajgorszej widoczności i niestety w dół.
Żona zmęczona, ale pełna satysfakcji sprawnie schodziła, nie zabezpieczając się nawet lonżą, by jak najszybciej znaleźć się niżej. Przecież musieliśmy jeszcze wrócić na kamping. Brany uprzednio pod uwagę nocleg w schronisku odpadał. No, w razie co nocleg w przedsionku Vodnikov Dom. Śpiwór na wszelki wypadek mieliśmy. Czołówki też, bo przecież szykował się nam powrót po nocy.
Zejście było długie. Zmęczeni już dotarliśmy do samochodu o 22.07. Tak więc schodziliśmy 6 godzin. Razem prawie 14 godzin. To dużo. Ale triglav był nasz.
Poraz trzeci zdobyłem go w jeden dzień. Za każdym razem z innej strony.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

18 czerwiec.
Ten dzień był dniem odpoczynku. Tak więc spacer nad jeziorem, opalanie się i piwo przy namiocie było całą atrakcją tego dnia.

19 czerwiec.
Pojechaliśmy pod znany wodospad Savica. Kilka razy byłem w pobliżu, ale dopiero teraz tam się udaliśmy. Bardzo popularny szlak po ponad pięciuset stopniach kosztuje jeśli dobrze pamiętam 2,5 euro. Kilkanaście minut ścieżką do góry wśród wielu turystów /spora jej część w klapkach/ i znaleźliśmy się w pobliżu wodospadu. Jest piękny, chociaż wolałbym oglądać go w bardziej niedostępnym miejscu.
Po zejściu samotnie udałem się na szlak na Komna. Żona miała czekać na dole.
Od Domu Samica do schroniska Dom na Komni jest dwuipółgodzinny szlak. Z wysokości 653m wchodzi się na 1520m. Ok. 860 metrów podejścia. Szlak bardzo łatwy, polecam mało doświadczonym. Zgubić się nie można, nie ma żadnych trudności. Dlatego też nie jest zbyt ciekawy. Prowadzi lasem i tylko w dwu, lub trzech miejscach wyłania się widok na Jezioro Bohnijskie. Na górze z pod schroniska wyłania się jednak widok na wszystkie strony świata.
Alpy Julijskie wyglądają z tego miejsca pięknie. Aż zachęcają do dalszej wędrówki. Ja niestety musiałem już schodzić w dół.

Obrazek

20 czerwiec.
Rano wyjechaliśmy z Bled, by dotrzeć do drogiego miejsca naszej wyprawy.
Była nią miejscowość Misurina w Dolomitach /Włochy/.
Tam mieliśmy spotkać znajomych. I tak się stało.

21 czerwiec.
Zaplanowane wejście na Torre di Toblin. Byłem tam rok temu. Krótka ferrata o stopniu trudności 4/6 miała być miejscem sprawdzenia się żony.
Dojechaliśmy płatną drogą /20 E za samochód/ pod schronisko Auronzi, przeszliśmy koło Tre Cime do schr. Lokatelli, skąd blisko już Torre di Toblin wyglądające z pewnej odległości dość niepozornie. Czekało nas wejście nie najtrudniejsze technicznie, ale o dużej ekspozycji. Wejście charakteryzuje się pokonaniem 27 drabin. Dlatego nazywa się „drogą drabin”. Weszliśmy bez problemów. Żona zadowolona – tego oczekiwała. Ciągłe wpinanie i wypinanie nad dużą ilością powietrza dawało znaczną ilość adrenaliny. Na górze oczywiście zdjęcia i wpis do książki. Zejście inną drogą było łatwiejsze.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

22 czerwiec.
Ferrata Micheli Strobel.
Nie byłem tam przedtem. Trudność 4/6. Trochę się obawiałem iść tam z żoną, ale leżała w naszym zasięgu.
Dojechaliśmy do Fiames /3 km na północ od Cortiny/.
Godzinne wejście po piargach i między kosówką i znaleźliśmy się na początku ferraty. Skośny trawers szeroką półką, kominki, ścianki pokonywaliśmy bez problemów. Szosa i boisko piłkarskie leżące w dole stawały się coraz mniejsze. Niestety nad nami gromadziły się chmury. Nad Cortiną i przeciwległą grupą Tofane chyba już lało. Za chwilę i my musieliśmy się chować przed deszczem. Dobrze, że szybko znaleźliśmy duży okap. Po jakimś czasie mogliśmy iść dalej. Znowu ścianki i kominki uzbrojone w stalowe liny. Po dwu godzinach ferraty, a trzech od szosy byliśmy bardzo wysoko. Widoki przepiękne, a trudność akurat dla nas. Zaczęło grzmieć. Robiło się nieciekawie. Nie było gdzie przeczekać. Niewielki pochylony głaz, pod którym przykucnęliśmy dawał słabiutkie schronienie. Z dala jednak od żelastwa, przytuleni musieliśmy prawie godzinę przeczekać burzę gradową.
Gdy się rozjaśniło weszliśmy na stalową drabinę. Dalej było przejście na stalowe klamry. Byliśmy tuż pod szczytem. Śliskie jednak żelastwo było niebezpieczne. Nawet krótki lot byłby w tym miejscu niebezpieczny. A co z psychiką u żony w razie odpadnięcia?
Chciała iść. Moja decyzja była inna. Wycofujemy się. Trochę szkoda, ale do dziś wiem, że to był słuszne.
Wróciliśmy tą samą drogą. Z dołu patrzyliśmy na nasze miejsce tuż pod szczytem. „Tak blisko”. Żona stwierdziła, że kiedyś tam wróci /zresztą do dziś to powtarza/. Chyba złapała bakcyla.

Obrazek

Obrazek

23 czerwiec.
Widoczna z kampingu grupa Cadini przyciąga cały czas uwagę. Byłem już tam na dość długiej nietrudnej ferracie Bonacossa.
Grupa Cadini to malownicze poszarpane szczyty i turnie. Raj dla oczu i „nóg”.
Wjechałem wyciągiem do schr.Varda.
O 11.20 ruszyłem pozaszlakową ścieżką. Trochę się oszukałem bo piękna ścieżka weszła w bardzo stromy niesamowicie sypki piarg, którm musiałem zejść by znowu wejść na szlak. Dalej to spokojna droga w kierunku schr Karpi. Wykorzystałem to na rozmyślanie, zdjęcia, podpatrywanie chmur, kwiatów i …krów.
W pięknie położonym schronisku było małe piwo za 3,5 euro i tak było dobrze.
Dalej samotne nogi doprowadziły mnie do Przeł. Della Neve, na której już kiedyś byłem od drugiej strony. Piękne, spokojne miejsce. Spotkanie z niemieckim małżeństwem i deszcz, który zaczął padać, to urozmaicenie mojej wędrówki pod pionowymi turniami.
Zejście po olbrzymim płacie śniegu, znowu ulewa, schronienie pod wielkim głazem, później widoki na grupę Cristallo osnuwane chmurami i promieniami słońca….
To była piękna wycieczka.
W Dolomitach nie tylko ferraty wprawiają w zachwyt.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

24 czerwiec.
Jeszcze raz grupa Cadini. Jeszcze raz ferrata Bonacossa.
Obrałem ją nie tylko ze względu na pewną dziewczynę, którą zabrałem, by jej pokazać ten szlak. Wybrałem ją też ze względu na siebie. To piękna trasa. Większość ludzi wybiera trudniejsze ferraty, a przecież to nie tylko o to chodzi.
Na trasie mieliśmy piękne widiki, burzę, która złapała nas 20 metrów  od schroniska, suchą skałę, strome śniegi, mokre kominki. Było wszystko. I wszystko piękne.
Całość trasy z godzinnym schronieniem w Fonda Savio to 8 godzin wędrówki. Od schr Varda do schr Auronzo.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

25 czerwiec.
Odpoczynek na kampingu i zakupy w Misurinie.

26 i 27 czerwiec.
Powrót do domu.

www.mariusz_wawa.republika.pl
Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

bios & Sylwester
na Gerlachu
27. VI.2006


Osoby:Sylwester, bios i przewodnik.
O godzinie 4:30 spotkaliśmy się w Zakopanem, w umówionym miejscu i pojechaliśmy samochodem przez przejście graniczne na Łysej Polanie i dalej przez Jaworzynę Spiską, Zdziar, Tatrzańską Łomnicę i Stary Smokowiec do Tatrzańskiej Polanki.
Przewodnik dzwonił wcześniej i uzyskał pozwolenie oraz zarezerwował miejsce na parkingu pod Śląskim Domem.
Z Tatrzańskiej Polanki wąską asfaltową drogą wspinaliśmy się samochodem 7 kilometrów pokonując ponad 600 metrów różnicy wzniesień. O godz 6 tej byliśmy już pod schroniskiem, zaparkowałem auto (parkowanie pod Śląskim domem płatne) i po chwili byliśmy już na szlaku. Kierunek Batyżowiecki Staw. Po godzinie marszu Magistralą dotarliśmy nad staw i jego prawym brzegiem ścieżką, już nie znakowaną poruszaliśmy się w górę doliny Batyżowieckiej.
Zakładamy raki i uprząż, przewodnik wiążę nas liną, zostawiając między mną a Sylwkiem jakieś 4 metry odległości. Kijki chowamy w kamieniach (powrót tą samą drogą), mam nadzieję, że jak będziemy wracać to kije będą na swoim miejscu :)).
Po śniegu podchodzimy pod Batyżowiecką Próbę.Odpinamy raki i na ścianę. W Próbie są klamry i resztki łańcuchów. Klamry w tym miejscu są dużym ułatwieniem.
Pogoda super ale przewodnik pośpiesza bo przewiduje nadejście burzy. Gdy jest burza ścianami żlebu płyną podobno ogromne ilości wody. Na razie nic nie wskazuje by nasz marsz przekształcił się w spływ :).
Posuwamy się dalej po śniegu w górę i w górę wzdłuż Batyżowieckiego Żlebu. Śnieg mokry zbity ale czekan czasami miękko wchodzi na całą długość, są szczeliny po wytopionym śniegu. Jakieś 150 metrów (w pionie) przed szczytem schodzimy ze śniegu w skałki i po chwili osiągamy nasz cel GERLACH.
Widoki stąd rozległe i wspaniałe.
Obrazek
Robimy fotki, posilamy się jest super. Przewodnik jednak zaniepokojony, wyczuwa, że będzie burza. Po 30 minutach pobytu na szczycie zarządza szybki odwrót. Słychac już jak burza nadciąga. W Próbie ulewa nas dopadła, Cali mokrzy spływamy szybko w dół na linie asekurowani z góry przez przewodnika.
Docieramy wreszcie w miejsce gdzie schowaliśmy kijki i chowamy się za głaz, dalej leje i do tego jeszcze silne gradobicie. Patrzymy w górę, gdzie przed 30 minutami byliśmy, ze ścian Batyżowieckiego Żlebu spada duży wodospad.
Przestało padac i idziemy nad Batyżowiecki Staw. Słońce mocno operuje, rozkładamy się na odpoczynek, suszenie kurtek.
Powrót Magistralą pod Śląski Dom i dalej autem w drogę powrotną do Zakopanego.
Wieczorem duże zmęczenie ale byliśmy bardzo zadowoleni z udanej wyprawy :))
Obrazek
Ostatnio zmieniony pt 01 gru, 2006 przez Kolekcjoner, łącznie zmieniany 1 raz.
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Letnie spotkania na szlaku 2006
tekst: Agaar
osoby:autorka, Rarutka, wieczór22, Keczup,
bios, Sylwester


24.06.2006 (sobota)
Nie ma to jak spotkanie bylej klasy. Jestem niewyspana i wszystko przekladam na pozniej. Godziny mijaja... Robi sie pozno i w efekcie nawet nie mam czasu pochodzic z plecakiem po domu i sprawdzic jego ciezaru. Nawet nie zanosze go to samochodu, tylko mnie wyreczaja. Niestety... trzeba bylo myslec wczesniej i nie odkladac pakowania na sam koniec... Ciezar poznaje dopiero przy wysiadaniu z samochodu... :O Masakra. Razem z Maciejem (Wieczor22) wsiadamy do pociagu. W Poznaniu przesiadka i caly przedzial mamy dla siebie :) W efekcie, wysypiam sie ;) Maciej, biedny, cala noc prawie czuwa.


25.06.2006 (niedziela)
Trasa:
Kiry => Dolina Kosieliska => Schronisko Ornak => Jaskinia Raptawicka => Jakinia Mylna => Schronisko Ornak => Przelecz Iwaniacka => Dolina Chocholowska => schronisko

06.30... odslaniaja sie gory! Piekne... coraz piekniejsze. Obydwoje cieszymy sie jak dzieci. Zakopane puste... Robimy ostateczne zakupy i jedziemy busem do Kir.
Pusto! Nigdy nie widzialam tak pustej Koscieliskiej! Cisza, spokoj. Co chwile robimy przystanki. Ala... plecy... Ciezkie to wszystko. Prawie co 5 min. regulujemy plecaki. Ja czarno widze dalsza wedrowke... Z czasem jednak pojawiaja sie ludzie... :( jak i sily :) Dosc szybko ukazuje sie schronisko... Ornak... tak dawno przez nas niewidziane.
Zostawiamy plecaki i ruszamy do jaskin. Na poczatek Raptawicka, po niej Mylna. Moja ulubiona :) Maciej troche sie meczy ze wzlegu na wzrost :P ale jest zadowolony tak bardzo jak ja :) Wracamy do Onaku.
Przepakowujemy sie. Maciej bierze jedzenie do swojego plecaka, a troche tego jest. Po posilku ruszamy do schroniska w Dolinie Chocholowskiej przez Iwaniacka Przelecz. Podejscie okropne, szczegolnie u gory! Duze stopnie. Jednak idziemy zadziwiajaco szybko. Zejscie o wiele lepsze. W miare lagodne i wiadomo... w dol 8) Wykorzystujac ostatnie sily docieramy do schroniska i bierzemy 6-os pokoj. Maaalutko ludzi. Mozna powiedziec, ze pustki. Ubikacje i prysznice swiezo odremontowane. Kolejek - brak ;)
Pierwszy dzien za nami.

Obrazek


26.06.2006 (poniedzialek)
Trasa:
schronisko w Dolinie Chocholowskiej => Dolina Chocholowska Wyz. => Rakon => Wolowiec => Jarzabczy Wierch => Konczysta => Trzydniowianski Wierch => Dolina Jarzabcza => Szlak Papieski => schronisko

Pobodka, sniadanie, pakowanie malych plecakow i na szlak! Ale sie dobrze iedzie, nie ma ciezaru na plecach. Wchodzac na Rakon co chwile wymijamy sie z grupka ludzi, ktorzy zmierzaja na Rohacze (z reszta nie tylko oni tam ida, dosc sporo ludzi). Na gorze jemy kanapki i dzwoni Keczup :) Opowiada co tam u nich.
Po chwili ruszamy na Wolowiec, dalej na Jarzabczy. Dluga droga. Zaraz przy wierzcholku Wolowca brzydki szlak, male kamyszki i duze stopnie. To samo jest przy zejsciu z Konczystej, tyle, ze bez tych stopni. Odczytujemy sms-a od Rarutki, ze zaklepia nam miejsce w Murowancu, bedziemy razem w pokoju. Radocha... :D Robi sie pozno, nie schodzimy, a zbiegamy. Niestety dochodzimy do schronu bardzo pozno. Za pozno by isc do Murowanca. Z reszta nie mamy juz sil. Przenosimy forumowe spotkanie :(



Obrazek




27.06.2006 (wtorek)
Trasa:
schronisko => Zakopane => Łysa Polana => Dolina Roztoki => Dolina Pięciu Stawów

Dziś przejscie ze schroniska do schroniska. Wstajemy pozno i idziemy w dol Chocholowskiej. By zaoszczedzic sil zjezdzamy ciuchcia za 4 zl :P W Zakopcu robimy zakupy i ruszamy dalej. W Piątce mamy spotkac sie z Rarutka i Keczupem :D. Ten asfalt do MOka umm... :P Przeczekujemy burze pod daszkiem (niedaleko Wodogrzmotow Mickiewicza), nie nudzimy sie, bo zagadaduja nas pewni panowie, ktorzy pracuja przy drodze. Jest smiesznie :)) Wynurza sie sloneczko i ruszamy w glab Doliny Roztoki. I idziemy... idziemy... idziemy... trasa sie nie konczy. Za to my juz jestesmy slabi. Przed Siklawa mijamy jeden plat sniegu i juz niedlugo widac schronisko :) Sil przybywa ;) Stajac juz ma schodach schroniska pewna pani pyta "Jestescie Agnieszka i Marcin?" "Taaak... znaczy sie Agnieszka i Maciej" Czyzby Rarutka? Jednak nie :P Po chwili wylania sie czarna, mala kobietka :) i zaprowadza nas do pokoju. Tu wielkie dzieki, bo gdyby nie rezerwacja, to mielibysmy glebe. Za chwile widac Keczupa :) Rozmawiamy, jemy i przychodzi czas na laciate :D Robi sie coraz weselej (szczegoly rozmow pomine :P ). Pozniej wychodzimy na zewnatrz poogladac szczyty rozjasnione blyskami. Gdy robi sie pozno i zimno idziemy do pokoju... Lozka skrzypia cala noc... :))

Obrazek



28.06.2006 (środa)
Trasa:
schronisko => Świstówka => MOko => Łysa Polana => Zakopane

Znow wstajemy pozno... ( :P ) i bierzemy prysznic w tej lodowatej wodzie... Brrr... prosto ze stawu... Kto chce, albo musi, to idzie polatac na Malysza :)) (chyba kazdy wie jakie sa ubikacje? :)) ) Jemy sniadanie i wychodzimy w trase. Przed schronem robimy pamiatkowa fotke i "Ooo widzę, że forum. Kazik jestem" :) Dobrze, że mamy naszywki ;) Niestety nie mamy czasu by dłuzej porozmawiać. Po drodze mamy swietne widoki! Robimy sporo zdjec. W pewnym momencie Keczup i Wieczor22 chca zrobic krzywde Rarutce :P
Nad MOkiem peeeelno ludzi - normalka. Siedzimy troche nad stawem i podziwiamy otaczajace szczyty. Keczup zostaje w schronisku, a my ruszamy w strone Lysej Polany. W Zakopcu opuszcza nas Rarutka. Niestety musi juz jechac do domu. My podazamy busem w kierunku Kuznic. Wybieramy droge przez Boczan i po wyjsciu z lasu lapie nas deszcz. Na szczescie jest on lekki, orzezwiajacy :) W Murowancu wielkie zdziwienie, bo mamy lozka! Predzej z nad MOka probowalismy zarezerwowac, ale nie bylo takiej szansy :x i zostalo podobno 13 miejsc... Zdazylismy :) Jest juz pozno, wiec tradycyjnie kolacja, przysznic i spac. Najlepsze w tym schronisku jest to, ze na korytarzu mozna wysuszyc sobie rzeczy czy buty. Robimy pranie 8)


Obrazek



29.06.2006 (czwartek)
Trasa:
Murowaniec => Czarny Staw => Skrajny Granat => Zadni Granat => Czarne Sciany => Kozi Wierch => Kozia Przelecz => Zmarzly Staw => Czarny Staw => Murowaniec
Czekamy na Sywka :) Wchodzac do jadalni juz z daleka Go rozpoznaje ;) Krotka rozmowa i na szlak. Idziemy zoltym szlakiem na Granaty. Juz na grani chmury co jakis czas sie odslaniaja i podziwiamy piekne szczyty. Decyzje podejmujemy w trakcie. Tzn. czy idziemy dalej czy nie. Bedac na Kozim mam nadzieje, ze zejdziemy z Przeleczy Zawrat, ale niestety niedaleko Koziel Przeleczy zaczyna padac i robi sie slisko. Dlatego schodzimy ta wlasnie Kozia Przelecza... Nie wyglada to dobrze. Lancuchy pod sniegiem. W ogole pelno sniegu :O Przy czym Maciej i ja nigdy nie mielismy z nim w gorach doczynienia. Na szczescie Sylwek, badacz sniegu ( :P ) ma ze soba raki i wydeptuje nam stopnie :) Bez tego chyba ani rusz... Raz tylko lece do przodu, ale na szczescie na nogi. Niedlugo, nizej napotykamy ladny plat sniegu, po ktorym zjezdzamy jak na nartach (fajna zabawa :D ). Nagle wchodzi mgla i troche sie gubimy, jednak po chwili znow jestesmy na szlaku. Caly czas pada... ale to nic. Zadowoleni wchodzimy do Murowanca, gdzie czeka Bios ze znajomymi (nie wiem czy juz sie nie zalogowali na forum :? ). Posilamy sie i niestety tylko we dwoje zostajemy na noc.

P.S. Sylwek wielkie dzieki za ta pomoc na szlaku :) I oczywiscie za podarunek :)


Obrazek



30.06.2006 (piątek)
Trasa:
Murowaniec => Jaworzynka => Kuźnice => Krupówki ( :D )

To juz jest koniec... Ale gory pozostaja i juz niedlugo w nie wrocimy ;) Wychodzac z Hali Gasienicowej nie moge isc... Mianowicie caly czas ogladam sie i podziwiam. W szczegolnosci Kozi Wierch :cwaniak: Piekna pogoda, wszystko piekne. Ale trudno... Trzeba isc. Schodzimy jeszcze w miare pustym szlakiem. Wiekszosc ludzi spotykamy przy koncu doliny.
Idziemy na chwile na Krupowki, ale tylko po to, by skorzystac z kafejki internetowej.
Idealnie udaje nam sie zdazyc na autobus do Krakowa. Zaczyna padac...



Obrazek[/quote][/b]
Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Agaar
Marzenia się spełniają,
wspin lipiec 2006


30 czerwca 2006 (piątek)
Krakow wita nas w deszczu. Nie ma jak to problemy. Niby mamy napisane jak dojechac, ale w okolicach dworca wszystko nie jest na swoim miejscu - remonty. Coz... pozostaje pytac sie ludzi. Mamy dojechac tramwajem do busow, jednak wszyscy mowia, ze to blisko i ze szybko sobie dojdziemy. Faktycznie dosyc blisko... plecaki sa ciezkie, ale dajemy rade. Po niecalej godzinie jestesmy przy OSP w Będkowicach. Teraz zoltym szlakiem ok pol godz. podazamy do Brandysówki, położonej u stop Sokolicy, największej sciany (90 m) na calej Jurze Krakowsko-Czestochowskiej.
Sokolica:
Obrazek

Brandysowka:
Obrazek

Wschodzimy do malego pokoiku, w ktorym jest 8 lozek (jak sie okazuje... skrzypiacych :x ).
Obrazek

Jest juz jedna kusantka.
Pisalo, ze bedzie do dyspozycji kuchnia turystyczna. Jednak mozna skorzystac tylko i wylacznie z czajnika... Z kuchenki gazowej juz mi nie pozwolili... :(


1.07.2006 (sobota)
Przyjezdzaja kolejni kursanci. Niektorym nawet nie podobaja sie warunki i chca zrezygnowac :)) Ale przechodzi im.
Rozpoczyna sie wyklad. Na poczatku przedstawiaja sie instruktorzy, pozniej rozdaja koszulki i dopasowuja buty. Niestety Maciej i ja nie zaznaczylismy, ze chcemy i w takim efekcie dostaje buty za male o jakies 2 rozmiary... albo i wiecej. Normalnie do wspinania powinny byc o rozmar lub 1,5. Trudno sie mowi...
Teraz czas na wspacenie pieniedzy, zaswiedczenia lekarskie itp. sprawy. My nie mamy zaswiadczen i sami piszemy, ze bierzemy odpowiedzialnosc za siebie.
Na dwie osoby dostajemy caly szpej, ktorego musimy pilnowac, bo jak cos zgubimy, to wiadomo... trzeba odkupic.
Sporo tego jest i ta swiadomosc... ze w tej chwili jest to nasze :)
Wyklady... czyli caly sprzet i o co w nim chodzi. Notujemy, notujemy (podobno na koncu maja sprawdzac czy mamy wszystkie notatki), ale nie o to w tym chodzi, a o to by zapamietac. Sporo tego wszystkiego, nawet ciekawe ;)
I.... wiazanie wezlow... Pokazuja ich nam 9. Dwa sprawiaja mi taka trudnosc, ze nie moge ich zrobic... Okazuje sie pozniej, ze to sprawa geometrii (ktorej nie lubie).

W zwiazku z tym, ze caly czas pada nie idziemy w skalki, a jedziemy na sztuczna scianke do Krakowa. Tam uczymy sie wchodzic na wedke i asekurowac. Poznajemy podstawowe chwyty. Wszystko trwa ok. 3 godzin, a wydaje sie jakby minela godzina.
Obrazek

Obrazek


Wieczorem przyjezdza Zyfri :) Od razu zabiera nas na „Dupe Słonia” :D
Prowadzi nam droge i wspinamy sie na wedke. Tam do gory, to jest Zyfri
Obrazek

To juz moj zjazd:
Obrazek

Krotka lekcja zwijania liny:
Obrazek

Niestety dlugo sobie nie rozmawiamy, bo jest pozno, a Zyfri ma rano powazny wyjazd ;)


Tyle na dzis. Przed spaniem Maciej uczy mnie wiazac wezlow. Okazuje sie, ze nie jest to wcale takie trudne jak sie wydawalo ;)



2.07.2006 (niedziela)
Dzis od razu w skalki. Docieramy na „Psią Klatkę”. Uczymy sie prowadzenia drogi, czyli zasad przypinania ekspresow, wpinania w nie liny, budawanie stanowiska zjadowego, zjazdu na linie. Trudno wszystko zapamietac. Tyle szczegolow i swiadomosc, ze jak sie czegos nie zrobi, to mozna spasc… Wiadomo, nie na kursie, bo wszystko sprawdzaja instruktorzy. Mi to wszystko trudno przychodzi, Maciej szybko zapamietuje. Musimy sie pochwalic, ze jako jedyni z 8 osob przeszlismy (wraz z zalozeniem) taka jedna fajna droge :)
Obrazek

Obrazek

Przyjezdzamy ze skalek, cos jemy i mamy wyklady na temat teorii asekuracji. Sama fizyka… Obliczanie wspolczynnika odpadniecia i takie rozne… Nie rozumiem tych calych niutonow :(


3.07.2006 (poniedzialek)
Zajezdzamy pod skale „Kula” i uczymy sie wspinania w zespole. Jest to budowa stanowiska pośredniego (najpierw jedna osoba asekuruje od dolu, a jedna wchodzi, a pozniej jest asekuracja od gory) i zjazdy. Dla mnie to chyba najłatwiejsze z całego kursu ;) Majac na stanowisku autoasekuracje sciagam buty, co by odciazyc palce ;) Takie jedno wejscie zajmuje nam sporo czasu.
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Mam wielki kryzys… Wszystko zapomnialam. Chce jechac do domu :(

Zostaje nam czas i idziemy wychwytywac loty. Czyli spadajacego Henia – opone :D. Ma to nam ukazac jaki ciezar jest do utrzymania, gdy ktos odpadnie od skaly. Szarpniecie jest mocne, ale krotkie. Trzaba uwazac, aby nie wbic sobie reki w przyrzad do asekuracji
Na szczescie kazdemu z kusantow udaje sie utrzymac Henia. Jedna dziewczyna tylko lekko wbija sobie reke w przyrzad.
Instruktorzy Krzysiu i Marcin z Heniem:
Obrazek

Wieczorem wszyscy (kursanci) robimy sobie ognisko :)
Do poznego wieczora cwiczymy poznane elementy. Lozka sluza pomoca ;) Maciej na szczescie jest cierpliwy. Zobaczymy jutro jakie sa tego efekty.


4.07.2006 (wtorek)
Ostatni dzien kursu… Niby mamy miec jakis egzamin sprawdzajacy. Dojezdzamy do skalki „Lotniki” (nazwa od tego, ze sporo osob lata…. ups). Pierwsza droga… ja zdecydowalam się isc. Instruktorzy niby nie patrza caly czas. Tylko zerkaja. Idzie latwo. Szybkie wejscie, stanowisko zjazdowe, szybki zjad. Proste ;) Teraz Maciej… proste… ;) Trening czyni mistrza. Jeszcze kilka elementow i bedzie ok. O jednej sprawie zapominamy, ale… podobno nie jest to zagrozenie zycia, tylko niewygoda. Ja nie pamietam czasem o zakreceniu karabinka… Musze sie pilnowac.

Juz na gorze i autoasekuracja:
Obrazek

Mam juz autoasekuracje, teraz szykuje asekuracje od gory dla Macieja:
Obrazek

Sciaganie liny:
Obrazek

Przejscie z rysy:
Obrazek


Zostalo troche czasu i idziemy kawalek na „Malpie Ryski”. Prosta droga… Maciej idzie obok rysy. A ja… sie w niej mieszcze ;)
To juz jest koniec… ale skalki pozostaja. Dostajemy karte, ze uczestniczylismy w kursie wspinaczki na drogach ubezpieczonych i jedziemy do domu.


Sklamalabym piszac, ze sie nie podobalo... Moze probowalam wcisnac sobie, ze to nie dla mnie, ze nie potrafie... Wiem tyle, ze bylo ciezko, ze trzeba cwiczyc. Kiedy wyjazd w skalki? :)
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

kazik
czerwcowy wypad w Tatry po latach....
2006r


Rok szkolny skończył się w tym roku o tydzień wcześniej i mój 15-sto latek zatakował mnie ,że kiedyś parę lat wczesniej obiecałem mu wejście na Mnicha letnią porą,to chyba wspomnienie mego wspólnego wspinania z jego starszymi braćmi spowodowało ten atak.
A ja resztki sewgo wspinaczkowego żelastwa i dość jeszcze dobrą line podarowałem młodemu adeptowi wspinania , wybrał sobie tez parę tomów z mojego zbioru WHP :(
No cóż ,WHP nie bedzie potrzebny ale lina?
W,,swoim" sklepie Trek nabyłem 20m Mammuta, zaplanowaliśmy termin wyjazdy,zarezerwowałem dwójkę w swoim ukochanym schronisku w Roztoce i wio :) Dotarliśmy do schronu w niedzielę 25 czerwca....
A w czerwcu nie byłem tu dobrych kilka lat...
Zopomniałem jak gorąco może być o tej porze , no i te muchy,meszki,gzy i inneprzemiłe owady.
po rozpakowaniu worów poszliśmy poszwendać się po okolicy ;
Mati dbał o staranne wiązanie butów:
Obrazek
sprawdziliśmy stan wody w Białce-a nuż da się przeskoczyć w odwiedziny do Martina :)
Obrazek
mimo spadających w przepięknym wąwozie wodospadów Roztoki upał dawał sie mocno we znaki:
Obrazek

Reszta relacji: viewtopic.php?t=2814
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

WWVAC2AM
White Water Valley Annonymous Climmber's 2 Annual Meeting
okiem Tomtoma.
2006r


Dzień 1

Tym razem obyło się bez pełnych rozpaczy suplik z bazy o niezbędne do działalności górskiej procenty. Nie będzie grupy wsparcia, nie będzie piekących się nad resztkami ogniska rachitycznych kiełbasek. Całkiem prozaicznie trzeba zarzucić graty na plecy, obrócić się zadem do sklepu i leźć do góry. Na horarni bez zmian, z wyjątkiem odnowionego i powiększonego wezwania do wniesienia opłaty za taborzenie. Zasadniczą zmianą jest natomiast powalający widok z polany, który mimo wielu wizyt widzę po raz pierwszy, więc mądrzę się jak najęty, lansując się wręcz nieprzyzwoicie i myląc przy okazji Zadni Gerlach z Rumanowym. Pchełce zdaje się to nie przeszkadzać, więc popuszczam wodze topoznawczości, mało brakuje do pokazania gdzie Osobitą widać. Na taborze pusto i cicho. Poręczujemy więc dojście do sraczyka i wodopoju, pomni zeszłorocznych dramatów i pędzimy rozpoznać bojem dzikie ostępy zwisające progiem nad głowami. Na górze okazuje się, że plan mieliśmy mało oryginalny - nad stawem siedzi już dwóch kolesi o nastawieniu fotoamatorskim, więc cała plaża nie jest nasza. Chwilę później uśmiecham się do wspomnień, bo chłopaki robią wszystko, żeby nie znaleźć wygodnej autostrady wiodącej środkiem doliny, dokładnie tak samo jak my rok temu. Skutkiem tego wyprzedzamy towarzystwo po drodze na wyższe piętro. Zasiadam sobie wygodnie, rozglądam się po okolicy i słyszę stuk. Cóż to - czyżby duch Birkenmajera zrzucał skalną drobnicę? Nie, to tylko Pchełce szczęka opadła i potoczyła się po kamieniach. W sumie nie ma co się dziwić, widok zapiera dech w biuście. Krótki przegląd okolicy w poszukiwaniu okapu czy koleby zakończono sukcesem, dzięki czemu przelotny deszcz nie zmoczył nas tak bardzo, jak przybyłych w międzyczasie fotografów. Nie bójmy się tych słów - lenimy się maksymalnie, dywagując czy aby sympatyczny kaczorek żeglujący po stawie nie jest przypadkiem filancem z zasilaniem bateryjnym. Jak się okazało był, gdyż po zrobieniu kilku rundek połączonych z łypaniem okiem w bliskości zajętego przez nas brzegu wzniósł się ponad próg i odleciał w kierunku Smokovca, natomiast my przy pomocy transportu własnego powróciliśmy na tabor.

Po kolacji rozpoczęło się wyczekiwanie na kolejnych klubowiczów. Przed zmrokiem pojawia się legendarny pogromca rzęchów Spaślak w towarzystwie Bożenki, umordowani niemożebnie, a to głównie z powodu plecaków tradycyjnie w przypadku tego zespołu wyglądających na spakowane pod kątem miesięcznego pobytu w Górach Czerskiego. Nieco później z krzaków wyłania się zespół chłopaków z Zębu, więc tabor zaczyna nabierać ciała i masy. Solidne umasienie odbyło się późno w noc, kiedy to przybyła szybka trójka w postaci Irka, Capreolusa vel Prometeusza oraz Yogiego, acz fakt ten stwierdziłem dopiero wtedy, gdy rozpoczął się

Dzień 2

Budzi mnie szczekanie psa. W sumie nic dziwnego, wieczorem za kołnierz nie wylewałem, trąbienie słonia też nie byłoby zaskakujące, więc śpię dalej. Godzinę później nic jednak nie trąbi tudzież żadna biała myszka nie popiskuje, jedynie Spaślak w namiocie obok chrapie słodko, ignorując krótkie szczeknięcia. Bohatersko postanawiam wygramolić się ze śpiwora. Na zewnątrz wita mnie widok uśmiechniętej wilczej mordy, domagającej się jednoznacznie zrobienia coś z przywleczonym na podest patyczkiem. Tajemniczy zwierz sprawia wrażenie dobrze odżywionego, więc do czasu powstania reszty zespołu nie nudzę się zbytnio, aby go nie skłonić do bardziej inwazyjnych form nacisku. Sekret wyjaśnia się po przebudzeniu Pana Prezesa - pies jest teoretycznie pożyczony, tak naprawdę kradziony, wabi się Yogi i specjalizuje we wkurzaniu wszelkiej maści policji jawnych, tajnych oraz dwupłciowych. Przy śniadaniu decydujemy o wyborze drogi, upewniamy się u rozleniwionego prezesa co do jej przebiegu, zapadamy zgodnie z wytycznymi w las i gubimy wyraźną ścieżkę po trzech minutach. Na twarzy przyzwyczajonej do takich ekscesów Bożenki maluje się lekki fatalizm, natomiast weteranowi alpejskiemu Pchełce oczy rosną do rozmiaru solidnych talerzy w miarę przekraczania kolejnych wykrotów, gęstych paproci, dziurawych trawników i łanów kosówek. Nieco powyżej lasu ruszam na poszukiwanie zgubionej drogi, acz pomny czerwcowego nastąpienia na misiowy zadek posuwam się z duszą na ramieniu. Zwiad kończy się sukcesem, więc zasuwamy jakby raźniej w górę, gdzie wita nas widok jak z bajki - tu pagórek, tam pipancik w stromej grani, ówdzie trawiasto-skalisty zeroplusowy rzęch, a środkiem tego interesu przez landrynkowo zielony płaskowyż płynie sobie potoczek. Nic tylko chatę postawić, owce hodować, a wieczorami gręplować wełnę i na gęślach grać. Tymczasem stan pogody goni nas niestety w górę. Padający z przerwami deszcz powoduje kilka rzeczy: po pierwsze nici z łojenia najładniejszego tatrzańskiego nunataka, po drugie nowe buty tracą moje zaufanie, po trzecie wreszcie starą taterniczą metodą na deszczu robimy się dla siebie nieprzyjemni, acz na krótko.

Nieprzyjemnie zrobiło się za to na taborze. Tłok, smród suszonych gaci, zgraja pożal się Boże turystów z tej nacji cieniasów co Sudety za frajer w 38' oddała, po prostu skandal. Zamiast chłopaków z Zębu jest inna trójca z Zębu, jak się okazało potem - najbliższa rodzina, całkiem zresztą sympatyczna. Mimo tych trudnych warunków zdobyto wystarczający lebensraum do suszenia ciuchów i produkcji obiadu, w trakcie którego na tabor przybyła czołowa ekstremalistka klubowa Julia vel Dziecko z Lasu w asyście Beatki. Impreza jak zwykle była super. Prezes szydził z lipcowych nosicieli żelastwa, Pani z Zębu ich broniła, Capreolus uczciwie polewał, bracia Czesi starali się ignorować werbalne zaczepki i nawet nonszalancko udawali grę w szachy, pies Yogi sprawiedliwie zaczepiał wszystkie obecne nacje patyczkiem lub kamyczkiem, a tomtom jak co roku się sponiewierał, acz z braku brazylijskich klapek wyhamował na tyle, by przed padnięciem w ramiona Morfeusza umyć zęby. Wściekle głodny miś patrzył na to wszystko drugiego brzegu potoku, jednak kiedy upewnił się, że to JKW, machnął łapą i poszedł spać.

Dzień 3

Poranek wstał ciężki. Z racji niepewnej pogody i przyczyn pozasportowych, mających swą genezę w poprzednim wieczorze, pobudka solidnie rozciągnęła się w czasie. Jako pierwszy zebrał się i wystartował w kierunku Małej Wysokiej zespół Spaczy Na Dechach w składzie Julka & Beata, chwilę potem z czeluści namiotów wychynęły zaspane twarze nocnych przybyszy - blondi i bruneta, znanych szerzej jako Dominika i Cheniu. Reszta klubowiczów przeciągając się leniwie lepiła śniadanie, rozważając możliwe warianty. Inspektorzy PEPIK - Kocia £apka i Stary Œwistak zdecydowali się wykonać trawers przez podest do śpiworów, niedługo później w kierunku najbardziej rzęchowatej okolicy tatrzańskiej wyszła dwójka Pchełka i Szumi Mi W Głowie Tomtom, a chwilę po nich w podobnym kierunku udała się reszta klubowiczów w towarzystwie służbowego psa, który za żadne skarby nie chciał pozostać na dole.

Popołudnie na taborze upłynęło w rytmie zniknięć, powrotów i odwiedzin. Zniechęcony niepewną pogodą zespół PEPIK zwinął żagle i odpłynął do lokalnego Namche Bazar, kolejno wracały zmęczone acz zadowolone zespoły, w międzyczasie zniknęli bracia Czesi. W zamian mieliśmy wizyty różnych sławnych person, jak to słynnego pogromcy niedouczonych łapiduchów Kajetana w asyście trzech przeuroczych młodych dam oraz legendarnego wychowawcy wspinaczkowego narybku Zbyszka Wacha, wiodącego ze sobą wsparcie moralne w postaci sympatycznego księdza-wspinacza. Kajetan ponoć próbował wyciągnąć flaschenzugiem Julkę znad skraju przepaści życiowej, w którą z własnej i nieprzymuszonej woli sama wlazła (niestety bez sukcesów), natomiast Zbyszek pogadał o wyższości litej skały nad rzęchową turystyką, pożyczył łyżeczkę, zjadł jogurt i zniknął jak sen jaki złoty. W trakcie obiadu bracia Sarenki przysłuchiwali się uważnie klątwom i kalumniom rzucanym przez tomtoma na nowe buty, by po namyśle przechrzcić je z racji wyprodukowania tychże przez małe żółte łapki na "Rachina", a ich podeszwę na "Chibram", ku ogólnej wesołości wszystkich zainteresowanych. W odróżnieniu od ekscesów sprzed doby impreza sobotnia toczyła się delikatnie, w takt serwowanego przez Beatkę i Julię grzanego wina, popijania oszczędnie resztek wódki polewanej przez Chenia i ostatniego smętnego acz smacznego piwa wyciągniętego z czeluści pchełkowego namiotu. Do nostalgicznej atmosfery dostosował się nawet służbowy pies, najwyraźniej przemęczony intensywną pracą na wysokościach.

Dzień 4

rozpoczął się wizytą kontrolną pana i władcy okolicy. Martin przybył na drżący z zimna tabor w krótkich gaciach i klapkach, skontrolował ściągalność płatności, po czym zakomunikował, że właściciel służbowego psa nie będzie robił scen o krótkotrwałe jego użyczenie, jeśli zostanie jak najrychlej zwrócony. Nieszczególnie zachwycony tym stanowiskiem Yogi krył się nieco po krzakach, jednak uznał rozsądnie, że z Martinem nie ma co zadzierać i zarzucony wraz z patykiem na ramię leśniczego powędrował do domu. Podobnie uczynił zespół kobiecy, udręczony nieco przez skutkującą spaniem na dechach niechęć do taszczenia namiotu. Pozostali ekstremaliści zarządzili wyprawę, uwieńczoną zdobyciem jednej kopki oraz jednego żlebu, przy stosunkowo niewielkich stratach w ludziach i sprzęcie (dwóch ciężko rannych i jeden poobijany aparat), co w porównaniu do alpejskich wyczynów legendarnych uczestników ekstremalnych akcji ratunkowych w asfaltowo - leśno - pustynno - stepowych ostępach Jury Krakowsko - Częstochowskiej należy uznać za wynik przyzwoity. W drodze powrotnej nikomu się nie spieszyło, niektórym nawet do tego stopnia, że pozostali na taborze do dnia następnego, zawzięcie walcząc o utrzymanie ognia i zajadając pyszne grzanki w atmosferze błogości zupełnej i wzajemnego zrozumienia.

The Cast (w orderze apiransu):

Pchełka
Tomtom
Bożenka alias inspektor Kocia Łapka
AndrzejZ alias Spaślak alias inspektor Stary Świstak
Capreolus alias Prometeusz
Irek
Yogi, czyli pies filanca
Beatka
Julka
Dominika
Cheniu


special guest star:

Kajetan z przeuroczą obstawą

special cameo appearance:

Rami z Księdzem

oraz:

chłopaki z Zębu z rodziną
Bracia Czesi
horar Martin.
Tekst ze strony: http://www.jkw.pl/pl/content/view/138/122/
Zdjęcia do relacji: http://www.jkw.pl/galerie/cpg/thumbnails.php?album=252
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Uszba
Jak nie zdobylysmy Mont Blanc :P
lipiec 2006r


To miala byc wyprawa mojego zycia. Z premedytacja pisze – mojego, bo Basia jest mloda i nie takie drogi jeszcze przed nia. Nie wiem czy uda mi się powtornie do takiego stopnia zmobilizowac – psychicznie, fizycznie no i nie bez znaczenia – finansowo. Taka wyprawa kosztuje bo i dojechac trzeba i sprzet dokupic i to nie kiepskiej jakosci, bo jednak wazne jest posiadanie antypotnej bielizny, porządnych spodni, cieplejszych i nieco lżejszych, na wypadek upałów, o butach nie wspominam, bo to zrozumiale, dwie pary rękawic, cienkie i grubsze, wskazana jest również para skórzanych – nie ślizgają się rece, czapka + jedna z daszkiem – slonce zabija, okulary przeciwsłoneczne z prawdziwego zdarzenia, z filtrem, gogle, dobra czolowka, termos, czekan, raki antisnow, lina karabinki, repsznur, petle na prusiki i jeszcze pare innych drobiazgow które podsumowane – kosztuja i to nie malo. Dodam ze sprzętem należy umiec się obsługiwać i gdzies trzeba się tego nauczyc, jeśli się tego nie umie i nie ma znajomych, którzy się naprawde na tym znaja. My nie umialysmy, wiec w lutym robiłyśmy kurs, który tez nie był tani. A wiec nie jest to podroz za jeden uśmiech.
Po kilku miesiącach przygotowan, również kondycyjnych, kazda we wlasnym zakresie, 8 czerwca wyjechałyśmy do Chamonix. Wybrałam droge przez Badenie Wirtembergie i w Bazylei wjechałyśmy do Szwajcarii. Dla zainteresowanych podaje ze winieta kosztuje 26 euro i obowiazuje caly rok. Niestety, nie ma winiet krótkoterminowych. Mijamy Jezioro Genewskie, nad którym gościłyśmy kilka lat temu.

Obrazek

Pogoda jest iscie wakacyjna i nastraja nas optymistycznie. Wkrotce jesteśmy w Martigny i serpentynami pniemy się w kierunku Chamonix.

Obrazek

Tutaj Basia odnajduje szczyt, na którym byłyśmy przed kilkoma laty.

Około godz. 15 jestesmy w Chamonix. Nie rezerwowałyśmy zadnych noclegow ponieważ zdecydowałyśmy się na pole namiotowe. W Chamonix jest ich wystarczająco duzo. Wprawdzie nie wszystkie znajduja się w pobliżu centrum ale jeśli się ma samochod, nie ma problemu. Oglądamy dwa pola namiotowe w samym Chamonix – Mont Blanc, a wiec w absolutnym centrum i decydujemy się na niewielkie pole o wdzięcznej ale nic nie mówiącej mi nazwie – Les Barrats. Jadac tutaj bylam nieco zdegustowana perspektywa tłumów które tu spotkam i związanym z tym meczenstwem ( glownie psychy ) ale już zjeżdżając z Martigny do Chamonix zauważyłam dziwne pustki. Zwykle jadac alpejskimi serpentynami, ktos jadacy za mna jest szybszy i siedzi mi caly czas na plecach, stresując mnie niemiłosiernie ale tym razem droga jest pusta. Az do samego Chamonix. Okazuje się ze to jeszcze nie sezon, choc mnie się wydawalo ze tu jest caly rok sezon, i miasteczko swieci pustkami. Jakze wielka była moja radosc!
Rozbijamy nasz namiocik. Porządny, komfortowy, trójeczka, w której będziemy we dwie rezydowac. Z jednej strony mamy widoczek na Mont Blanc i lodowiec Bossons

Obrazek

A z drugiej na jakis pagor, którego nazwe zapomniałam. Ale tez ladny!

Obrazek

Zaczynamy beztroskie zycie, przeplatane wygłupami i goralskimi tancami z ciupaszka, otoczone tym, co kochamy najbardziej – gorami.

Obrazek


Nastepnego dnia, w piątek, wybieramy się na spacer do pośredniej stacji kolejki Aguille du Midi. Roznica wzniesien około 1300 m. Trasa jest przepiekna widokowo i poprowadzona łagodnymi zakosami. Pomyślałam sobie wtedy, to byłoby cos dla Misiatego. Turystow zero.

Obrazek

Basia przycisnieta potrzeba, znajduje otwarty kibelek z niebagatelnym widokiem.

Obrazek


Tuz pod stacja kolejki spotykamy wreszcie jakiegos człowieka. Zagaduje nas po francusku a my się tylko uśmiechamy i probujemy dac mu do zrozumienia ze rosyjski, niemiecki i polski to nam jakos ida. Ach polski – cieszy się pan i nienaganna gramatycznie, choc z obcym akcentem polszczyzna opowiada nam o swoich przygodach z paralotnia , na której przeniosl się wlasnie przed chwila z Aguille du Midi do pośredniej stacji.

Pozniej znow zostajemy same.

Obrazek

Osiagamy wysokość 2300 i tu zaczynaja się problemy z Basi glowa. Czyli – na zachodzie bez zmian – bo w wyniku kilkuletnich obserwacji wiemy ze Basi glowa zaczyna protestowac wlasnie od tej wysokości. Specjalnie wylazłyśmy tutaj, w nadzieji, ze może cos się zmienilo. Niestety – nie.

Nastepnego dnia, w sobote, zgodnie z zarzadzeniem Maestra, który jeszcze jest w Polsce ale mamy z nim kontakt telefoniczny, jedziemy do Le Tour, uroczej alpejskiej osady, w celu dojscia do schroniska Alberta na wysokości 2700. Jest to już czesc aklimatyzacji. Wazne jest aby spędzić tam noc.. Pakuje plecak tak jakbym szla na Mont Blanc. Chce zobaczyc jak sobie dam rade z obciążeniem. Upal jest niemiłosierny.

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Droga malownicza ale powyżej 2000 bardzo zasniezona. Co chwile pokonujemy platy śnieżne i to calkiem strome. Jeszcze wtedy mialam paniczny lek przed nimi wiec droga była dla mnie psychiczna meczarnia.

Obrazek



Wkrotce przed nami co najmniej 600 m trawersu w sniezno – lodowej breji i ja…rezygnuje. Tym bardziej ze Baska nie ma rakow, Maestro dowiezie je dopiero w niedziele. Pozostalo nam 200 m deniwelacji ale dlugim i stromym trawersem. Wycof.
W drodze powrotnej pokłóciłyśmy się troche i po utrzymaniu bezpiecznej odległości Basia strzelila mi to foto.

Obrazek

W niedziele fundujemy sobie prawdziwy urlop. Szwendamy się po Chamonix, odkrywamy pensjonat pod nazwa „Kościuszko”, moczymy nogi w stawku, obzeramy się czereśniami. Pelen odpoczynek.
O 19 spotykamy się pod kościołem z Maestrem i Grzesiem ( pozniej dolaczy jeszcze Ola ) którzy od tej pory będą nam towarzyszyc w naszych zmaganiach. Sprawdzamy pogode – na razie nieustanne upaly, temperatury ok. 30 st. Izoterma 0 od 3800 ale za dwa dni będzie dopiero od 4000 m.

W poniedziałek o osmej rano podjeżdżamy kolejka zebata Monterverse nad lodowiec Mer de Glace. Uzbierala się nawet spora grupka turystow, pragnaca obejrzec to cudo natury.

Obrazek

Panie w białych, płóciennych spodenkach i wdziecznych kapelusikach i panowie z laseczkami. Baska nazywa ich brutalnie „geriatria” ale ona, bezczelniucha, może sobie jeszcze na to pozwolic. Ja się nie odzywam.
Turyści mogą zejsc sobie kawałeczek nizej aby obejrzec jaskinie ale tutaj najczęściej konczy się ich podroz.

Obrazek

Za pomoca owych drabinek dostajemy się na lodowiec. Ludzi tu mnóstwo. Przewodnicy z grupami klientow, caly oddzial żandarmerii i kilku indywidualistow, ćwiczących samotnie rozne techniki pokonywania szczelin, poruszania się w rakach, wspinaczke w lodzie, wyłażenie ze szczelin, wyciąganie ze szczelin itd.
Przed wyjazdem zaopatrzyłam się w skorupy Koflacha i stwierdzam teraz ze to na pewno nie będą buty, w których pojde na Mont Blanc. Sa za ciezkie i nogi się w nich mecza. Gdyby to było tylko poruszanie się w lodzie i na śniegu, to jeszcze moznaby było wytrzymac ale w drodze na Mont Blanc przez Goutera sa spore odcinki skaly, gdzie trzeba się troche powspinac i te buty sa po prostu niewygodne. W skale czuje się jak slon w skladzie porcelany. Dobita stwierdzeniem Basi ze wygladam w nich jak idiota…

Obrazek

…tego samego dnia jeszcze zaopatruje się w nowiutkie, super wygodne i mięciutkie La sportivy. Wybieral je dla mnie Grzesiu a on w Zakopanem slynie ze znajomości tematu.
Cwiczenia na lodowcu sa bardzo meczace. Upal doskwiera. Najtrudniej przychodzi mi schodzenie po stromym lodzie w glab szczeliny i w miejscu w którym mogę już przeskoczyc na druga strone – przeskok, najlepiej na obydwie nogi i na przednich zebach rakow szybciutko na gore. Musimy przy tym stosowac rozne sposoby podpierania się czekanem. Dla mnie koszmar. Ale jakos przezylam. Cwiczymy ok. 8 godz. i na deser porcyjka drabinek, spowrotem do kolejki. W upale 30 st i z pelnym obciążeniem. Mysle ze kilka szczebelkow tej drabinki zardzewieje od mojego potu.


Aklimatyzacja

Dzis będziemy walczyc o aklimatyzacje. Jestem strasznie ciekawa jak mój organizm zareaguje na rozrzedzone powietrze. Grzesiu zalecil nam dzien wczesnej, wieczorem zarzucic aspiryne. Poprawia krazenie krwi i w związku z tym dotlenienie. Maestro twierdzi wprawdzie ze rownie dobrze można by przedtem zjesc kawalek żółtego sera ale ja mimo wszystko stosuje się do zalecen Grzesia. Wiele godzin pozniej twierdze ze mi pomoglo – Basia, ze nie. No i tak to jest z tymi „receptami”.
O osmej wyjeżdżamy kolejka na Aguille du Midi – 3800 m. Po oszpejeniu się w tunelu wychodzącym na gran , zaczynami wędrówkę sciezeczka tak waziutka i cholernie eksponowana ze az mnie troche ciarki oblatuja. Po obu stronach kilkusetmetrowe przepasci. Nawet nie ma gdzie czekana wbic. Na szczescie po ok. 50 m stoki łagodnieją i robi się przytulniej. Schodzimy jakies dwieście metrow w dol do rozłożystej doliny, na lodowiec, gdzie natykamy się na kilka namiotow..


Obrazek

Mijamy je i dalej sciezka na zbocze widoczne po lewej stronie. Nie musze chyba dodawac ze jesteśmy powiazani tak jak się należy na lodowcu. Odstępy 8 – metrowe, lina zawsze lekko napieta. Konstelacja jest nieco nieszczesliwa bo dzielimy się na dwa zespoly. Basia idzie w zespole z Grzesiem i Ola a mnie bierze Maestro pod swoje skrzydla. Az strach pomyśleć co będzie jakby mi tak Maestro wpadl do szczeliny. Zaczynamy mozolna wspinaczke na Mont Blanc du Tacul. Musimy wydrapac się 4248 m. Widoki wokół nas obledne. Pierwszy raz w zyciu widze seraki. Pod tymi wiszącymi bombami zegarowymi będziemy jeszcze niejednokrotnie dzis przechodzic.

Obrazek

Maestro w chwili zadumy.

Co jakis czas napotykamy szczeliy, ziejace turkusowa otchlania. Przeskakuje nie bez drzenia serca ale jeszcze bardziej mi drzy gdy przeskakuje Maestro…

Zespol Basi stara się jak najszybciej przejść pod wiszącymi serakami. Ale jak tu szybko isc?

Obrazek

Po pewnym czasie zaczynam odczuwac skutki rozrzedzonego powietrza. Znaczy – rezerwy przywiezione z dolu powoli się koncza i teraz zacznie się walka o każdy metr. Co kilka minut nachodza mnie nudności. Początkowo nie bardzo wiem co z tym zrobic ale po jakims czasie odkrywam sposób i to….funkcjonuje! Kiedy zaczyna mnie mdlic, nie przerywm marszu tylko bardzo gleboko oddycham. Za chwile nudności przechodza. I tak już będzie do samego wieczora. Jestem zachwycona swoim odkryciem i ciesze się ze mogę isc dalej.



Obrazek

Basia nie ma nudności ale za to peka jej czaszka. Wystarczy mi jedno spojrzenie na nia by wiedziec jak się czuje.


Obrazek

Podejście jest bardzo strome i monotonne. Stosuje „francuska” technike podchodzenia w rakach i ide bardzo rytmicznie, jak automat. Wkrotce znajdujemy się w miejscu w którym prawdopodobnie zginal Wawrzyniec Żuławski. Widac stad Mt. Maudit.


Obrazek

Ale wtedy nawet o tym nie pomyślałam. Bylam tylko i wyłącznie skoncentrowana na wysilku który musze jeszcze włożyć aby wyjsc na szczyt. Na ostatnich stu metrach pod szczytem Basia zaczyna mieć problemy z rownowaga i „znosi” ja na boki. Grzesiu skraca line i po krótkiej wspinaczce w skale stoimy na szczycie. Nasz pierwszy czterotysięcznik! Duma mnie rozpiera! Chyba widac, no nie?

Obrazek

Zostajemy na szczycie 15 min, Basia zarzuca tabletke przeciwbolowa i schodzimy. Maestro zaleca wzmozona koncentracje ( w miare możliwości ) ponieważ często po zdobyciu szczytu nie będąc jeszcze zaaklimatyzowanym, nastepuje zobojętnienie i demotywacja. To sprzyja wypadkowi. Ja tam nie czuje się zdemotywowana. Troche mnie mdli ale poza tym wszystko ok.
Jest godz. 14. Slonce nieludzkie. Snieg miekki a wiec i mosty na szczelinach niebezpieczne. Rezygnujemy z przejscia pod serakami, tym bardziej ze przed chwila widzieliśmy akcje ratunkowa na zboczach Mt. Maudit. Wyciągali kogos ze szczeliny. Wokół leżały świeżo upadle seraki. Olbrzymie. Czy mialy one cos wspolnego z wypadkiem – nie wiemy. Na wszelki wypadek zamiast grac w rosyjska ruletke, zjeżdżamy skrotem, po lodowej, kilkunastometrowej sciance.
Schodzimy do tej samej, rozleglej doliny i pozostaje nam jakies 150 m w gore do schroniska Cosmick. I to chyba był najgorszy moment tego dnia. Istne do(r)żynki. Basia błagała żeby ja na tym zboczu już zostawic choc do schroniska było jeszcze tylko kilkanaście metrow. Zrozumiala, dlaczego czasami ludzie umieraja o kilka metrow od zbawczego schronu.
No ale wszystko skończyło się dobrze i szczesliwe zasiadlysmy w schronisku.

Obrazek

Tu będziemy nocowac. Waznym elementem aklimatyzacji jest nocleg w wysoko położonym miejscu.
Maestro jest troche z nas dumny i cieszy się ze mamy aklimatyzacje do 4200. Te brakujące 600 m powinnyśmy bez wielkich problemow zrobic na rezerwie. Ja tez się ciesze, bo nic mnie nie boli i nie dokucza. Apetyt mam zdrowy i pochłaniam francuska zupke plus kotlecik duszony w winie. No…może jest taki maly cien nad ta cala historia…schron jest drogi a ja sknera jestem. 54 euro ze sniadaniem i obiadokolacja. No, dobra, przelykam wraz z kotletem.
Zbliza się zachod słońca wiec wychodze na zewnatrz by się troche rozejrzeć po okolicy ale nie za bardzo jest gdzie pojsc, bo schronisko stoi na skale i z jednej strony zieje przepasc w kierunku Bossonsa

Obrazek

A z drugiej jest to cholerne 150 m w dol.

Obrazek

W nocy budzi mnie kolatanie serca i przez dluga chwile nie mogę sobie przypomniec gdzie jestem i co ja tu w ogole robie. Boli mnie glowa ale chyba nie tylko mnie bo slysze jak Maestro lyka tablete i wychodzi na zewnatrz. Jeszcze kilkakrotnie budzi mnie przyspieszone bicie serca tej nocy.

Jeśli chodzi o samo schronisko, to dodam ze Cosmick jest dosc komfortowy. Dziala ogrzewanie i można przemyc w twarz w maleńkiej umywalce ( wielkości takich z PKP) i w toalecie nie podwiewa w tylek. Nie uwzględniane sa legitymacje Alpenverein, bo jest to schronisko prywatne.

Nastepnego dnia, o 7 rano pobudka. Glowa mi peka ale za to Basia wstaje rzeska i wojownicza jak Rambo. Nie potrafie nic przełknąć na sniadanie wiec kiedy inni jedza, ja pakuje plecak i przygotowuje się do wyjscia. Za chwile wloke się w kierunku kolejki Aguille du Midi. Te 200 m podejścia mnie zabijaja. I choc pogoda jest wymarzona, przejrzystość powietrza – jak rzadko, widoki rewelacyjne, mnie to jakos w ogole nie interesuje. Ogarnia mnie zobojętnienie i chce już tylko być na dole. Nawet ta eksponowana gran zwisa mi kompletnie i odsuwam się na bok, robiąc miejsce dla żandarmerii, która się wysypala z kolejki. Oni nas chyba prześladują. Dopiero na dole wracam do siebie. W ciagu 15 minut jestem jak nowo narodzona.
Reszte dnia spedzamy lezac w cieniu przed namiotem. Odpoczywamy przed jutrzejszym dniem. Prognoza zapowiada ze pogoda będzie piekna, jednak po południu należy się spodziewac burzy, która może potrwac do godzin wieczornych, ale pozniej ma być znowu czyste niebo. Izoterma 0 – 3600, szybkość wiatru 20 km. Będziemy wiec starali się przed burza być w Gouterze. Maestro kladzie wielki nacisk na ciezar plecakow. Przed wyjazdem do Cosmicka, na stacji kolejki, wywalil Basce caly plecak do gory nogami i wszystko co uznal za niepotrzebne, kazal odnieść powrotem do auta. Mamy isc absolutnie na lekko.
A wiec w moim plecaku, który wezme ze soba na Mont Blanc znajduja się:
Dwie pary spodni: lekkie ale wiatroodporne oraz cieplejsze, z polarowa wysciolka.kurtka , jeden polar, jedna bluzka antypotna, czapka, kask, dwie pary rękawic, okulary przeciwsłoneczne, dwie pary skarpet, krem do opalania w miniaturowym opakowaniu, stuptuty, uprząż, raki, czekan, 1,5 litra wody mineralnej, cos słodkiego do przegryzienia, kasa. Wszystko to miesci się w plecaku 35 l. aha, szczoteczka do zębów. Paste niesie Basia.

Rano w czwartek wyjeżdżamy kolejka Bellevue, niestety nie pamiętam na jaka wysokość. W każdym razie tramwaj nie chodzi i dalej musimy zasuwac po torach.

Obrazek

Na ostatniej stacji tramwaju biwakuja Polacy. Jeden z nich podchodzi do nas i udziela nam rad, jak należy przejść przez „strefe śniegu” Maestro slucha. Ja dusze się ze smiechu.


W drodze do kuluaru.
Obrazek

Kuluar przechodzimy szybko ale bez szczególnego pospiechu żeby się nie potknąć, bo co chwila lustrujemy zbocze, czy cos nie leci. Nic nie zlecialo. Za chwile widzimy podążający zespol Basi.

Obrazek

Powyżej kuluaru zaczyna się 600 metrowe zebro, gdzie można się przyjemnie powspinac, troche w lodzie a troche w skale.

Obrazek

Ta czesc drogi sprawila mi wielka przyjemność i praktycznie niezmeczona, wyprzedzając trzy francuskie zespoly dochodze do Goutera.

Obrazek

Rozgrzana tempem, nie zauważam początkowo ze wzmogl się wiatr i zrobilo się zimno. Zupełnie inaczej, niż wczoraj, w Cosmicku. Spoglądam na tablice z prognoza, ale wielkich zmian nie ma, oprocz tego ze wiatr wynosi 45 km no i nie ma nadal tej zapowiedzianej burzy.. Po chwili zaczyna mna trzasc zimno. Ubieram na siebie wszystko, co mam w plecaku, nawet podwojne spodnie i zabieram się za kolacje. Soczewica + jakas dziwna kwasna kielbasa, no i tradycyjnie zupka z serem. W schronisku nie ma ani kropli wody, wiec myje żeby w wodzie mineralnej i klade się na wilgotna prycze. Jest mi strasznie zimno i musiałabym do toalety, ale ta perspektywa mnie przeraza. Toaleta znajduje się w innym baraku i wszedzie tam pizdzi wiatr. Bo to cale schronisko „wisi” w powietrzu, na metalowych konstrukcjach. Rezygnuje wiec z eskapady i dlugo jeszcze słucham wyjącego wiatru, zanim na chwile zasne.
O 1.30 pobudka. Ubrac na siebie mogę jeszcze tylko uprząż, bo jest to jedyna rzecz, która mi w plecaku zostala. Wciskam w siebie cos w rodzaju sniadania i wychodzimy na lodowiec. Jeszcze widac gwiazdy i księżyc, ale od zachodu niebo jest czarne. Przed nami ida trzy zespoly. Nie wiem w ogole co znajduje się wokół mnie, bo chociaz od śniegu jest nieco jasniej , to jednak niewiele można rozpoznac. Widze swiatla czołówek idących przed nami zespołów. Ale wkrotce i one znikna bo wokół robi się ciemno i zacinajacy wiatr niesie ze soba ostre igielki lodu. Wieje coraz mocniej. Teraz widze już tylko Maestra i idacy nieco wyzej, po prawej amerykanski zespol. Cztery osoby. W pewnym momencie jeden z nich traci równowagę i cala czworka zeslizguje się kikanascie metrow w dol. Przystajemy i czekamy na rozwoj sytuacji. We mgle widze ze po dłuższej chwili, zaczynaja się ruszac i powoli wstawac. Nie możemy nawet ich zapytac, czy potrzebuja pomocy, po wiatr wyje niemiłosiernie. Idziemy dalej. Nie widac już zadnych zespołów. Jak się pozniej okazalo, wszystkie francuskie się wycofaly prawie na początku, zostaly tylko nasze dwa i ten amerykanski. Po dwoch godzinach mozolnej, stromej drogi, majaczy w zadymce Vallot. Postanawiamy wejsc do niego i przemyśleć cala sytuacje. Jakos udaje mi się po wylamanych szczeblach metalowej drabiny wlezc do wnętrza. Atmosfera jest przygnebiajaca. Ciemno, smierdzaco, jakies dwie osoby spia pod brudnymi kocami. Nie reaguja w ogole na nasze przybycie. Na zewnatrz wyje wiatr i lomoce drzwiami schronu. Początkowo postanawiamy przeczekac. Nawet wydaje się nam ze wiatr ucichl. Ale to nieprawda . Po krotkich pauzach pojawia się ze wzmozona energia. Słyszymy jak o metalowy schron wala kule lodu. Jesteśmy nieco zszokowani takim obrotem rzeczy, choc mnie to nie dziwi, bo przypominam sobie historie z Freneya. A tez miala być piekna pogoda. Po wspolnej naradzie decydujemy się na wycof….no coz, nie pierwszy i pewnie nie ostatni….cdn….kiedys….



Pozdrawiam

PS. Zdjecie z Vallota, jako” gwozdz do trumny” dolacze po wywolaniu.
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

mefistofeles
Festiwal pękniętych gum
- Słowacja 2006


Relacji wstępnej wersji część pierwsza

Piątek, 21 lipca
Inowrocław-Medzilaborce (830 km)

Czerwony, motorowy wagon słowackich kolei opuścił tunel. Wraz z nim opuściliśmy kraj. Tłukliśmy się prawie dwadzieścia godzin najpierw osobówka do Torunia, potem pośpiesznym do Krakowa, tym samym do Rzeszowa, choć musieliśmy przenieść rowery do innego wagonu. Z Rzeszowa do Zagórza szynobusem ze zdecydowanie za słabą klimatyzacja, wreszcie do Łupkowa, gdzie pogranicznik wziął nasze dowody a słowacki kolejarz łapówkę zamiast wystawić nam bilety.
W końcu wysiadamy w Medzilaborcach - dość schludnym miasteczku skąd planujemy zacząć naszą eskapadę po północnej Słowacji. Niedrogi nocleg znajdujemy w hoteliku przy klubie sportowym. Jest późne popołudnie, więc miasteczko sprawia wrażenie na wpół uśpionego. Muzeum Sztuki Nowoczesnej im Andy'ego Warhola jest juz zamknięte, podobnie stylizowana na bizantyjską cerkiew na wzgórzu.

Obrazek Obrazek

Sobota, 22 lipca
Medzilaborce - Bardejov (85 km)

Wyjeżdżamy po 9. Upał już daje się we znaki. Pierwszą rzeczą, jaka nas intryguje po wyjeździe z miasta są dwujęzyczne nazwy miejscowości. Pod białą tabliczką z nazwa słowacką jest mniejsza, niebieska z nazwą rusińską. Pierwsza wieś i pierwsza cerkiew - murowana. W każdej następnej to samo - zwykle kościół i cerkiew, czasem tylko cerkiew, a czasem kościół w dawnej cerkwi. Te drewniane maja prawie 300 lat.
Obrazek Obrazek

Podjazdy na pierwszy dzień lekkie - najwyżej po 100 metrów. Po jednym ze zjazdów niemiła niespodzianka - pana. W maju też po godzinie jazdy złapałem gumę, więc tradycji stało się zadość. Na odcinku drogi krajowej do Svidnika Mariusz każe mi spojrzeć w prawo. Tam szok - na pomniku upamiętniającym bitwę o Przełęcz Dukielską dwa czołgi - pospolity T-34 ("Rudy") rozjeżdża gąsienicami niemieckiego Panzer IV! Seria zdjęć i ruszamy dalej ciekawi, jakie to cuda musza być w svidnickim muzeum. Tam jednak takich cudów już nie ma - z okupanckiego sprzętu jedynie półgąsienicowy transporter. Poza nim samolot transportowy Li-2, katiusza, kilka wersji T-34 i parę armat. Ekspozycja wewnątrz również godna polecenia.
Obrazek
Obrazek
Podczas zwiedzania pleneru muzeum rozpętuje się burza. Uciekamy przed supermarket, gdzie pod daszkiem spotykamy grupę rowerzystów pedałujących do Jerozolimy.
Ze Svidnika wyjeżdżamy na północny zachód, by po kilku kilometrach opuścić główną drogę zgodnie ze znakami cyklomagistrali. Droga znów faluje to w górę to w dół, jednak żaden z podjazdów nie wyciska z nas siódmych potów. Do Bardejova wjeżdżamy około 19. Kierujemy się zaraz to turystickej ubytovni, gdzie po kilkunastominutowym boju dostajemy pokój.
Krótki wieczorny spacer po mieście i idziemy spać. Niestety - 4 piętra niżej, w skrzydle budynku w najlepsze trwa cygańskie wesele (konkretne, nawet pogotowie interweniowało), więc zasypiamy po 4 - znowu nie wstaniemy o świcie i pewnie do Krompach tez nie uda się dojechać...
ObrazekObrazek


Niedziela, 23 lipca
Bardejov - Presov (51 km)

Dzień zaczynamy od zwiedzania bardejowskiej starówki. Oprócz imponującego gotyckiego kościoła św. Egidiusa trafiam na zaszytą w bocznej uliczce małą synagogę. Cała starówka zresztą urzeka pięknem, miasto porównuje się do Krakowa, moim zdaniem bardziej przypomina nastrojem Chełmno.

Obrazek Obrazek
Obrazek

Zaraz za miastem zaczyna się wspinaczka. O tyle nieprzyjemna, że (poza upałem) dokuczają upierdliwe końskie muchy. Będą one przekleństwem całego odcinka przez Szarysz. Droga przypomina dzień poprzedni, tyle, że pagórki są już trochę wyższe, spotykamy dwójkę rodaków, z którymi aż do Preszowa będziemy się co chwile mijać. Zabytkowe wsie mijamy jak w kalejdoskopie, w końcu pojawia się las. Po kilometrach w słońcu jest to zasłużona ulga. Ostry podjazd i szaleńczy zjazd. Nawet nie zdążyliśmy założyć kasków, które przez upał powiesiliśmy na kierownicach. Wjazd w teren zabudowany z sześćdziesiątka na liczniku i już jesteśmy w Preszowie.
Miasto jest duże, sprawia wrażenie sporo większego niż w rzeczywistości (91 000 mieszkańców), ale w końcu jest to trzeci ośrodek Słowacji. Starówka piękna z dużym (jednym z największych na Słowacji) gotyckim kościołem św. Mikołaja na rynku. Jedno, co nie pasuje to stojący na samym środku rynku obelisk wdzięcznosci z sierpem i młotem. Obiad, zakupy w Tesco (nie liczcie, ze w niedzielę znajdziecie inny niż supermarket otwarty sklep), kilka zdjęć i chcemy ruszać dalej. Juz po kilku metrach czuję, że cos jest nie tak. Znowu flak. Znowu na tylnym kole. Przyjmuje to z lekką ulgą - upał tak mnie wykończył, że dalsza jazda mogłaby się dla mnie źle skończyć - chwilę wcześniej przejechałem na czerwonym. Bez większych kłopotów (poza zmiana adresu ubytovni) znajdujemy nocleg. Tam wychodzi na jaw bolesna prawda - do wymiany jest tylna opona - duża dziura powodowała przecieranie dętek.
Obrazek Obrazek

Poniedziałek, 24 lipca
Presov - Spisskie Vlachy (55 km)

Dziś przymusowo marudzimy - najwcześniej o 9 otwierają sklep rowerowy. Dętka i opona kosztują razem 270 koron. Szybko montujemy, instalujemy się i ruszamy. Po kilometrze zawracam po zostawiony plecak. Zwraca przy tym moją uwagę przekrzywiony wentyl nowej dętki. Cóż - grunt, że trzyma powietrze. Wyjeżdżamy z miasta i zaraz skręcamy na Margecany. Po chwili Mariusz zjeżdża na parking z wiatą. Upał go wykańcza. Mnie zresztą też. Po chwili jednak słońce się trochę chowa i ruszamy dalej. Pierwsze serpentyny i okazuje się, ze nie mogę wrzucić najlżejszego biegu. W ostatniej wiosce (Żipow) przed największym tego dnia podjazdem próbujemy zrobić zakupy - niestety, sklep ma przerwę obiadową. Słowacka specyfika. Ruszamy do góry. Kolejna próba wrzucenia łańcucha na największa zębatkę kończy się zaklinowaniem łańcucha między kasetą a szprychami. Po kilku minutach udaje mi się tymczasowo naprawić i, podziwiając widok na dolinę, ruszam dalej. Droga pnie się do góry, najpierw polami (końskie muchy!), potem juz lasem.
W końcu docieram na przełęcz, gdzie czeka na mnie Mariusz. Rezygnujemy z odpoczynku zważywszy na oznaki burzy i fakt, ze nad nami przebiega linia przesyłowa. Przepuszczamy samochody i ruszamy w dół. Najpierw nieśmiało, nawet trzeba pedałować, potem za napęd wystarcza grawitacja. Droga prosta, niezbyt może równa, ale bez dziur, więc szybko osiągam 60 kilometrów na godzinę.
Po kilku minutach takiej jazdy jesteśmy w Margecanach. Zakupy, przekąska i ruszamy dalej. Teraz jest już lekko. Podjazdy delikatne, zjazdy najwyżej na 45km/h. Za to pojawiają się cygańskie slumsy. W Krompachach jesteśmy około 15, decydujemy się na obiad. Decyzja niezbyt słuszna, bo po obfitym posiłku dopada nas rozleniwienie. Pojawia się tez problem z rowerem Mariusza - luz na tylnej osi. W miejscowości Spisskie Vlachy znajdujemy serwis, gdzie za 50 koron udaje się to naprawić. Ponieważ jest juz dość późno, a szans na dojazd w słowacki Raj już nie ma decydujemy się na nocleg u właściciela serwisu - cena atrakcyjna, a warunki doskonałe. Przy okazji zwiedzamy senną mieścinę z gotyckim kościołem i charakterystycznym baniastym ratuszem. Spać idziemy wcześnie.
Obrazek

Wtorek, 25 lipca
Spisskie Vlachy - Tatranskia Strba (55 km pedałowania)

Pobudka przed 7, zakupy i w drogę. Do Spiskiej Nowej Wsi 30 km i kilka ostrych podjazdów. Robiąc dwa krótkie odpoczynki docieramy tam około dziewiątej. Udajemy się na starówkę zobaczyć z bliska najwyższą (87m) wieżę Słowacji przy XIV wiecznym kościele Wniebowzięcia NMP.
Obrazek
Na pociąg do Popradu czekamy 10 minut. Wagony przystosowane do przewozu rowerów i niskie ceny przekonały nas by w ten sposób uniknąć ruchliwej drogi nr 18.
W Popradzie ładujemy się w tramwaj do Smokowca. Widać już Tatry, ale niestety za chmurami. Chwilami tylko wyłania się Sławkowski. Dopiero pedałując cestą slobody w całej okazałości podziwiamy masyw Gierlacha.
Obrazek
Droga wbrew temu, co mówią nie jest zbyt ruchliwa, rowerzystom pomaga szerokie pobocze. Także podjazdy są łagodne. Kawałek przed mostem na Popradzie czuje znajome uczucie jazdy na feldze. Charakterystyczny zapach sugeruje wyrwany wentyl. Na placyku przy moście moje obawy się potwierdzają. Dobrze, że załatałem dętkę z pierwszego dnia. Po dwudziestu minutach, z duszą na ramieniu, ruszamy dalej. Ładny podjazd do Szczyrbskiego, trochę mniej ładna miejscowość i postój nad jeziorem skąd przepędza nas deszcz.
Obrazek
Zjazd do Szczyrby - szybki, z profilowanymi zakrętami, coś cudownego. Pyszny obiad przekonuje nas do noclegu na niezbyt tanim (155Sk/os), ale sympatycznym autocampingu. Wreszcie przyda się namiot.


Środa, 26 lipca

Tatranska Strba - Rysy - Tatranska Strba

Pobudka po 5. Słoneczko już wstało i przebija się przez drzewa, ale powietrze nadal przejmuje chłodem. Toaleta, pakowanie plecaka i punkt 6 jesteśmy na stacji zębatki. W Strbskim Plesie udaje się nam kupić jakieś śniadanie. Pełni energii ruszamy Magistralą do góry.
Dzień pieszy był w programie wyprawy od początku, ale początkowo miał dotyczyć Słowackiego Raju. Jednakże prognozy pogody dały nam nadzieję, że uda się zaliczyć Rysy.



Obrazek

Chwila postoju nad Popradzkim, zmiana plecaka (jeden na dwóch) i dziarsko do góry. Krajobraz cudowny, widoki zmieniają się, co chwilę. Mimo, że jest lipiec Tatry prezentują się cudownie. Na odcinku z łańcuchami zwraca nasza uwagę stara poręczówka rozpięta wzdłuż nich. Nie dość, że jest przetarta to jeszcze można się o nią potknąć. Przed chatą pod Rysami trzeba pokonać mały płat śniegu. Z wypożyczenia roweru, mimo korzystnej ceny, po przymiarce rezygnujemy;)

Obrazek Obrazek
Za schroniskiem czeka nas kolejny płat, przez który wychodzimy na Wagę. Naszym oczom ukazuje się wreszcie Galeria Gankowa. Kiedy opowiadam Mariuszowi legendę o brzęczących hakach Birkenmajera o powtórzenie prosi mnie rodzinka z dwójką małych dzieci. Tak ku przestrodze.
Na Rysach pierwszy melduje się ja. Chwilę później dociera Mariusz. Seria zdjęć, telefon do rodziny (zasięg z Polski) i podziwianie jakiegoś myszowatego (polnik tatrzański).

Obrazek
Zejście w dół jest już bardziej upierdliwe. O ile Mariusz w wibramowych półbutach jakoś sobie radzi na śniegu, o tyle je w tanich adidaskach nie do końca panuję nad torem zejścia. Drugi płat pokonujemy dupozjazdem. Na dalszym zejściu zaczynają mnie konkretnie boleć stopy, jednak kuszę się, na choć pobieżne zwiedzenie cmentarzyka pod Osterwą. Potem mogę juz wymoczyć nogi w Stawie.

Obrazek Obrazek
Pod wieczór meldujemy się na campingu.

Czwartek, 27 lipca
Tatranska Strba - Kvacany (75 km)

Tym razem pobudka bez pośpiechu. Zwijamy namiot, pakujemy się i po ósmej rano jedziemy już zębatką do góry - tym razem jednak z rowerami. Chwila zjazdu do Drogi Wolności i odtąd już delikatniej w dół. Droga wije się lasem, czasem przez wiatrołomy odsłaniając widok na Krywań. Ostre turnie Tatr Wysokich ustępują łagodnym kopom Zachodnich. W końcu zatrzymujemy się w Pribilinie. Niestety - nie stać nas na zwiedzenie skansenu (z pozwoleniem na fotografowanie około 200 Sk), więc zadowalamy się tym, co widać przez płot. Znów powtarzamy formułkę "może innym razem".
Obrazek Obrazek

Droga skręca na południe kierując się ku Niskim Tatrom. Zjeżdżamy w Kotlinę Liptowską. W Liptowskim Hradoku zjeżdżamy na główną drogę, na szczęście niezbyt ruchliwą dzięki równoległej autostradzie. W Liptowskim Mikulaszu wymieniamy 'żelazne' 100 złotych i kupuję zapasową dętkę. Mariusz proponuje by pojechać na camping, zostawić graty i na lekko uderzyć do Doliny Demianowskiej. Niestety - na campingu okazuje się, że ostatnie wejście do jaskiń jest godzinę wcześniej niż myśleliśmy. Rezygnujemy. Dzięki temu możemy jednak poszukać noclegu gdzie indziej. Camping w Liptowskim Trnovcu nie przypomina niczym kameralnego pola w Strbie. Zostajemy tylko na godzinę poleżeć sobie nad Liptowską Marą. Kierujemy się na Kvacany, gdzie mamy zamiar zanocować. Na małym pólku namiotowym dostajemy nocleg za dość przyzwoitą cenę. Urocza wieś, wciśnięta między Góry Choczańskie i Tatry, okazuje się mieć nawet kawiarenkę internetową.
Obrazek
Piątek, 28 lipca
Kvacany - Nowy Targ (70 km)

Wstajemy przed 7. W miejscowym sklepie kupujemy śniadanie (pyszne pączki) i ruszamy w stronę Doliny Kwaczańskiej. Asfalt ustępuje miejsca starej żwirowej drodze, stromo pnącej się na zbocza wąskiej, skalistej doliny. Rowery nawet prowadzić jest ciężko, jednak wyznakowano tędy główną orawską cyklomagistralę. Pod nami 100 metrów pionowej ściany. Droga się wypłaszcza, a znak pokazuje zejście na Obłazy - urokliwą polanę, z trzema zabytkowymi młynami, z których jeden pracuje.
Obrazek Obrazek

Wracamy do miejsca, gdzie zostawiliśmy rowery i kontynuujemy zjazd kamienistą drogą. Parking oznacza, że jedyny odcinek MTB jest już za nami - teraz przez wieś Huty musimy wspiąć się jeszcze 200 metrów do góry. Wymęczeni docieramy w końcu do głównej drogi na Zuberec. Pojawia się znak "niebezpieczny zjazd 12%" - zakładamy więc kaski. NA liczniku 40, 50, 60 km/h, a droga robi się jeszcze bardziej stroma. Hamuje przy 66 - Mariusz dociągnął do 70 km/h. Teraz jednak robi się niebezpiecznie - wyjeżdżająca z kamieniołomu wywrotka wymusza n mnie pierwszeństwo, a potem skręcając bez kierunkowskazu pakuje mnie w żwirowe pobocze. Wszystko przy 40 km/h.
W Zubercu skręcamy na Orawice. Znów ponad 200 metrów do góry. Kiedy już myślimy, że dalej nie da rady wjeżdżamy na siodło przełęczy. Zjazd, przelot przez wieś (w basenach tyle ludzi, że nawet nie widać wody, podobnie było w Tatralandii)
Przed granicą jeszcze trzy krótkie, ale dające kość podjazdy. Zakupy, odprawa i jesteśmy w Chochołowie. Na zjeździe do Cichego przypominamy sobie, co to są dziury w drodze. Przez ostatni tydzień nie widzieliśmy ani jednej. Około 15 jesteśmy w Nowym Targu - tradycyjnym już miejscu kończenia moich wypraw.

Obrazek

Informacje praktyczne

Dojazd.
Na granicy ze Słowacją jest kilkaście przejść drogowych, 3 kolejowe i niezliczona ilość turystycznych. Przy przekraczaniu granicy kolejowym najlepiej dojechać do stacji granicznej i przesiąść się na niej w pociąg (vlak) słowacki.

Drogi i koleje.
Drogi (cesty) są doskonałe. Równe, szerokie. Przy tych bardziej ruchliwych zwykle jest szerokie asfaltowe pobocze. Kierowcy zdyscyplinowani. Myśl o rowerzystach przyświeca też słowackim kolejom (ŻSR). Wiekszość wagonów ma wydzielone przedziały dla rowerów, cena za przewóz też jest atrakcyjna (20 Sk).

Noclegi.

Powtórze za innymi autorami. Jeśli nie planujesz noclegu na dziko nie warto brac namiotu (stanu). Generalnie w każdej choc troche turystycznej miejscowości nie jest problemem znaleźć ubytovanie w rozsądnej (200-220Sk) cenie. Dla przykładu ceny campingów rzadko schodzą poniżje 150 Sk/os a widzieliśmy taki za 200. Można rozbić namiot taniej na prywatnym podwórku, ale wtedy możesz nie mieć nawet ciepłej wody. W większych miastach można spać w turystycznych hotelach, tzw turistickich ubytovniach. Cena do 250 Sk.

Jedzenie.

Sklep spożywczy to potraviny, zakupy mozna też zrobić w mleczarni - mlekaren. Czynne sa zwykle od wczesnego ranka do 16-18, bywa, że z przerwą na obiad. W sobotnie popołudnia i niedziele czynne są tylko zachodnie supermarkety. Ceny produktów spożywczych oraz potraw w jadłodajniach - podobne jak u nas.

Mapy i przewodniki
Z mapami dla rowerzystów jest mały problem. Do wyboru są 'pięcdziesiątki' i 'setki' słowackiego wydawnictwa VKU Harmanec. Turysta rowerowy ma tu dylemat, gdyż mapy 1:100000 nie mają naniesionych poziomic, dzięki czemu nie ma informacji o profilu planowanej trasy. Mapy 1:50000 są natomiast zbyt dokładne dla szybko przemieszczającego sie rowerzysty. Jedne i drugie można nabywac zarówno w arkuszach jak i atlasach ('pięćdziesiątki' w formie segregatora)
Na rynku przewodników interesującą pozycją jest "Słowacja na rowerze" Aleksandra Buczyńskiego (Pascal, 2005). Poza propozycjami tras zawiera szereg praktycznych informacji oraz nieoceniony polsko-słowacki słownik części rowerowych.
Na etapie planowania warto zajrzeć do internetowego przewodnika Macieja Pinkwarta po pólnocnej Słowacji - http://www.pinkwart.pl/slowacja/slowacja.htm .

Język

O tym, że nie należy na Słowacji niczego szukać tylko hladat' wie każdy. Generalnie nie ma potrzeby uczenia się słowackiego, choć z czasem kilka słówek czy zwrotów się przydaje. Pytając przechodniów warto zaczynać od prepačte - na polskie 'przepraszam' czesto nie reagują. W razie kłopotów z rowerem warto też miec pod ręką wspomniany słownik części. Sklep rowerowy to predaj bicyklov, serwis zaś to cykloservis.
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Zygmunt
sardynia-wspin, morze, groty, nurkowanie, wino-chyba raj...
2006r


Ostatnio raczej unikam bezpośrednich relacji na tatry prv i innych forach z moich różnorakich wypadów i inicjatyw [czasem coś przy okazji przemycę], ale przyszła mi ochota na malutki wyjątek. Bo miejsce jest wyjątkowe. Przynajmniej dla mnie. Nie będzie zbyt wiele słów, bo zmiast się rozpisywać wolę planować i realizować kolejne wyprawy. Będzie kilka zdjęć. Może kogoś zainspirują.

Najbardziej inspirująco działają na mnie spotkania z osobami, które potrafią zarazić tym co je wciąga oraz właśnie fotografie. Gdy widziałem zdjęcia osób wspinających się nad morzem to wiedziałem, że musi nadejść ten moment, gdy uda mi się połączyć w jednym moje zamiłowanie do morza i wspinania. No i nadszedł ten dzień. Biwakując na kempigach, na dziko i śpiąc po prostu na plaży objechałem dookoła wybrzeże Sardynii zatrzymując się w rajach wspinaczkowych i miejscach, ktore uznalem za szczegolne: okolice Cala Gonone, Masua, Capo Caccia, Capo Testa, Gola Goroppu. Wybrzeże południowe, Costa Verde, Costa Paradiso i Costa Smeralda tylko przeleciałem;) W sumie przejechałem ponad 5 tys km. Wspaniałego wspinania jest tam mnówstwo i spokojnie mógłbym tam jeszcze wrócić ...., gdyby nie fakt, że tyle jeszcze miejsc czeka w Europie i poza nią. Ale któż to wie ...

Coż tu powiedzieć, Sardynia to raj wspinaczkowy dla tych, którzy chcą wspinać się w przepieknej scenerii, w pięknej skale, nad samym morzem. Nad morzem znajdziemy zarówno drogi jedno jak i wielowyciągowe (klify kilkudziesięcio i kilkusetmetrowe), głownie wspinanie w niesamowitym wapieniu ale i w niezwykle urzeźbionym granicie.

Do tego tanie i dobre wino ...

Więcej do poczytania:
http://www.gory.wyd.pl/archiwum.php?art=1227
http://www.goryonline.com/all.php?d=a,1048

Obrazek


I garść moich zdjęć (w sumie zrobiłem ich ponad tysiąc!).


Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Reszta fotek na stronie: viewtopic.php?t=2868
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

krakus
Norway 2006
- jabłka, góry, jeziora, łosie i trolle


Propozycja wyjazdu do Norwegii spadła na mnie nagle i niespodziewanie w połowie marca. Wyjazd miał być w lipcu. Praca (bo taki miał być cel naszego wyjazdu) miała polegać na obrywaniu nadwyżki małych jabłuszek. Ok. 10 godz. dziennie przez 6 dni w tygodniu. Niedziele wolne. Od razu stanęły mi przed oczami fiordy (Widział pan fjordy? Panie, fjordy mi z ręki jadły ;) ) i łosie. Problem tylko w tym, że urlop miałem już zaplanowany i nawet opłacony (przełom VIII i IX - Grecja). Trzeba było szybko działać. 3 rozmowy na szczeblu kierowniczo-dyrektorskim i można jechać !! Mieliśmy (bo potrzebnych było 5 par rąk do pracy), ok. 2,5 miesiąca na przygotowanie się do wyjazdu. Zbieranie informacji, robienie zakupów (makarony, ryże, konserwy, co wolno, czego nie wolno i ile wolno przewieźć ;) ), planowanie: co można zobaczyć w ciągu 4 wolnych niedziel, ile to będzie kosztowało i czemu tak drogo??!! Na miejscu potrzebny samochód. Jak moja 13 letnia Cytrynka zniesie taką trasę? Już teraz mogę powiedzieć, że wspaniale (choć lekko kontuzjowana). Aż ją ucałowałem gdy dojechałem powrotem pod dom ;).
Jedziemy w składzie: ja, Magda i Renata - samochodem. Moja siostra-Karolina i Łukasz, dolatują samoloten do Oslo.
Wreszcie wyjazd. Jedziemy przez Wrocław, do Świnoujścia. Potem promem do Ystad, przejazd przez Szwecję i kawałek Norwegii. Naszym celem jest region Telemark. W sumie ok. 1600 km w jedną stronę. Zanim odpłynął prom zdążyliśmy zjeść rybkę w Międzyzdrojach, przedeptać alejką gwiazd i zerknąć w TV. Właśnie trwał mecz Niemcy - Argentyna (1:1 w karnych 4:2 :x ) Na promie prosto do kabiny i prawie natychmiast w kimono. Przypływamy do Ystad o 7:30. Pogoda i droga wymarzona. Tylko cisnąć po gazie. Tylko te ceny :( Na robienie zdjęć po drodze nie było miejsca. Jak było jakieś miejsce warte zdjęcia, to nie było gdzie się zatrzymać. Odnosiliśmy wrażenie, że jest to jakiś inny świat. Wszędzie trawka równiutko przystrzyżona, całe mnóstwo pól golfowych, mostów, tuneli i stacji Statoil. Nawet krowy nie były obesrane, a owce jakieś takie czyste i puszyste. Droga prosta jak drut. Z ciekawszych miejsc po drodze: most na granicy norwesko-szwedzkiej i tunel pod Oslofjordem. 7 km jazdy pod wodą i te światełka na suficie: czerwone, fioletowe, niebieskie :D Dojechaliśmy do Drammen. Tu zachciało nam się zatankować gaz. Oczywiście stacja była ale bez gazu. Znaleźliśmy za to nieoznaczone progi zwalniające i zaliczyliśmy pierwsze uderzenie podwoziem (zbiornikiem gazu??, wydechem??) o taki właśnie próg. Zanim dojechaliśmy na miejsce uderzyliśmy jeszcze raz i chyba wtedy właśnie urwaliśmy tłumik :think: Ostatecznie nie naprawiłem wydechu w Norwegii.
Obrazek
Uwiązany drutami jeździ do tej pory :). Ok. 20:30 dojechaliśmy na miejsce. Tutaj po raz pierwszy spotkaliśmy się z namiastką ;) białych nocy ;). Szliśmy spać o północy, a było jasno jak o 21 w Polsce. Rano czekała nas pierwsza z wolnych niedzieli. Plan zakładał Oslo i spotkanie z Karoliną i Łukaszem, którzy dolatywali z Warszawy. Spotkaliśmy się z nimi w centrum i poszwędaliśmy się parę godzin po mieście.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Nie mogę powiedzieć żeby Oslo (jakby nie było stolica Norwegii) zrobiło na mnie jakieś specjalne wrażenie.
Zanim zaczęliśmy prace czekała nas jeszcze wizyta na miejscowym posterunku policji i załatwienie paru papierków.
Praca faktycznie polegała na oberwaniu nadwyżki jabłuszek. W tym roku była to naprawdę duża nadwyżka. Ścinaliśmy około 6 tysięcy !! jabłuszek dziennie/osobę.
Obrazek
Obrazek

I tak rwaliśmy te jabłka od poniedziałku do soboty przez okrągły miesiąc. Prawie codziennie po robocie śmigaliśmy nad jezioro Norsjo.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Czekaliśmy na niedziele żeby zobaczyć to co było zaplanowane.
I niedziela 02.07. :) Oslo.
II niedziela 09.07 - chcieliśmy zobaczyć kawałek jakiegoś fjorda i morza. Padło na Kragero. Nieduże miasteczko nad otwartym morzem. No nie są to fjordy z zachodniego wybrzeża Norwegii. To nie wysokie skały opadające pionowo do morza. Ale fjordy ;) . W planie była kąpiel lecz niestety pogoda niedopisała.
Obrazek

Obrazek Obrazek Obrazek

W całej Norwegii zauważyliśmy bardzo sympatyczny zwyczaj malowania skrzynek pocztowych. Niektóre są naprawdę bardzo ładne:
Obrazek
Obrazek
Obrazek


III niedziela 16.07 – GAUSTATOPPEN 1883 m n.p.m. :) ulubiona góra Norwegów (tak podają wszystkie informatory)
Po tygodniu ciężkiej pracy wstaliśmy wcześnie rano (o 9 ;) ). Śniadanko, wałówka i w drogę. Trzeba było dojechać ok. 70 km. Po drodze pełno znaków uwaga łoś :D
Obrazek

i oczywiście łoś, a raczej łosica wychodzi nam na drogę!! A my nie mamy przygotowanego aparatu !! :x !!
Droga wiła się serpentynami ostro w górę. Wyjechaliśmy na wysokość 1100m. Parking, knajpka, czyste kibelki i cudowne jezioro Hedderswatn. Żadnej kasy, tylko furtka na szlak.

Obrazek
Obrazek

Przed nami ok. 3 godzin wyjścia. Szlak spokojnie, mozolnie pnie się w górę. Miałem skojarzenie z wyjściem na Babią. W dolnej części małe stadko owieczek pobrzękujących zbyrckami.
Obrazek

Cała okolica była kiedyś pod lodowcem. Stąd te polodowcowe jeziorka i ogólnie poorana powierzchnia. Gaustatoppen wystawał ponad lądolód.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po drodze mijamy rodzinki z psami i na oko 70 letniego gościa, który podczas naszego wyjścia na górę wbiegł i zbiegł 2 razy. Szlak (którym tak naprawdę nikt się nie przejmuje i kto chce idzie w linii prostej na górę) dochodzi do schroniska pod szczytem. Wygląda to makabrycznie. Olbrzymi kawał betonu i komin??, rura?? W każdym razie jakiś obiekt wojskowy z kolejką podziemną i cholera wie czym jeszcze.
Obrazek

Większość ludzi tu kończy swoją wycieczkę. Od schroniska do szczytu jeszcze 30-45 min. szlaku granią. Im bliżej samego szczytu tym ciekawiej. Coraz większe głazy, jakby luźno rzucone na kupę. Niektóre śliskie, jakby cięte nożem. Szczeliny, dziury. Miejscami śnieg. Oczywiście żadnego łańcuszka. Może to i lepiej?
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po powrocie ze szczytu chwila na popas, wpis do księgi pamiątkowej w schronisku, zakup pamiątkowej naszywki i w drogę powrotną.
Obrazek
Obrazek

Najpierw zjazd do Rjukan - 800 m w dół po serpentynach. Miasteczko to jest pozbawione promieni słońca od listopada do początków marca. Zawdzięcza to właśnie Gaustatoppen. Straszne. Można tam chyba zrobić interes na solariach :D
W drodze powrotnej krótki przystanek w Heddal. Kościółek z 1242 roku, cały z drewna, kryty gontem, bez ani jednego gwoździa.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

IV niedziela 23.07 :) planowany wypad na pobliskie pasmo Lifjel 1291 m npm. Niestety. Pogoda pokrzyżowała nam plany. Dlatego skończyło się na zwiedzeniu XIX śluz na Telemarkkanale. Śluzy ciągle czynne i obsługiwane ręcznie.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Ogólnie jesteśmy bardzo zadowoleni z wyjazdu. Trochę się zarobiło :D , zobaczyło inny kraj, innych ludzi, inna przyrodę. Inne tempo życia, ład, porządek i inną mentalność. Mamy czego się uczyć :(
Może w przyszłym roku znowu uda się wyjechać.

Na zakończenie kilka zdjęć zachodu słońca (ok. godz. 23 )
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek


i troll :)
Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Wiola i Czesiek w Tatrach
lipiec 2006r


29.07.06. - Sobota.
Zakopane przywitało nas ulewą.
Wieczorny - długi spacer po Bukowinie Tatrzańskiej.

30.07.06. - Niedziela.
Pobudka o 5-tej.
Autobus z Klina na Palenicę "zadymił". Pół godziny czekania na drugi - piękne początki.
Wierch Poroniec - Rusinowa Polana (deszcz) - Polana pod Wołoszynem - czerwonym szlakiem pod Wodogrzmoty Mickiewicza (ulewa) - asfaltem do Łysej Polany i na... Słowację.
http://img272.imageshack.us/img272/31/2040452lx0.jpg
Wilki zrobiły swoje:
http://img148.imageshack.us/img148/4923/2040456ol9.jpg
http://img148.imageshack.us/img148/5051/2040458iq3.jpg

31.07.06. - Poniedziałek.
Pobudka o 5-tej.
Kuźnice - Kasprowy Wierch - Przełęcz Świnicka - czarnym do Doliny Gąsienicowej - Murowaniec (deszcz) - Cyrhla.
http://img306.imageshack.us/img306/5954/2040465mu5.jpg
http://img64.imageshack.us/img64/7551/2040467tu2.jpg
http://img529.imageshack.us/img529/2186/2040476ln2.png
http://img517.imageshack.us/img517/5159/2040480vh8.jpg
http://img446.imageshack.us/img446/8237/2040481fb7.jpg
http://img432.imageshack.us/img432/7380/2040483yr4.jpg

1.08.06. - Wtorek.
Pobudka o 7-mej.
Kiry - Jaskinia Mylna - Wąwóz Kraków - Kiry.
http://img432.imageshack.us/img432/4090/2040490cw1.jpg
http://img217.imageshack.us/img217/6438/2040491vw6.jpg
http://img529.imageshack.us/img529/5876/2040493hg7.jpg
http://img112.imageshack.us/img112/8773/2050502zv5.jpg

2.08.06. - Środa.
Pobudka o 5-tej.
Kuźnice - Dolina Jaworzynki - Murowaniec - Czarny Staw Gąsienicowy - Zawrat - Dolina Pięciu Stawów Polskich (deszcz-schronisko) - Dolina Roztoki - Wodogrzmoty Mickiewicza - Palenica Białczańska.
http://img112.imageshack.us/img112/2268/2050504aw7.jpg
http://img529.imageshack.us/img529/4936/2050506ww9.jpg
http://img180.imageshack.us/img180/4920/2050507zv6.png
http://img260.imageshack.us/img260/1238/2050512jm5.jpg
http://img260.imageshack.us/img260/2889/2050516fh8.jpg
http://img402.imageshack.us/img402/9701/2050517ip5.jpg
http://img402.imageshack.us/img402/3621/2050524pp5.jpg

3.08.06. - Czwartek.
Pobudka o 5-tej.
Kuźnice - kolejką na Kasprowy Wierch - Świnica - Zawrat - Mały Kozi Wierch - Zamarła Turnia - (drabinka) Kozia Przełęcz - Zmarzły Staw - Murowaniec - Brzeziny - asfaltem (deszcz) do Cyrhli.
http://img315.imageshack.us/img315/4267/2050526gj3.jpg
http://img315.imageshack.us/img315/390/2050527za0.jpg
http://img402.imageshack.us/img402/7992/2050528rd1.jpg
http://img350.imageshack.us/img350/3169/2050529ln1.jpg
http://img317.imageshack.us/img317/1880/2050530uv5.jpg
http://img421.imageshack.us/img421/8885/2050535xz3.png
http://img421.imageshack.us/img421/5605/2050548bs9.jpg
http://img218.imageshack.us/img218/1218/2050554jd7.jpg

4.08.06. - Piątek.
Totalne lenistwo. W taki dzień nawet psa... - ulewa.

5.08.06. - Sobota.
Pobudka o 5-tej.
Słowacja - maraton: Stary Smokowiec - Siodełko - Śląski Dom - Polski Grzebień - Łysa Polana.
http://img267.imageshack.us/img267/8722/2050557ti3.jpg
http://img209.imageshack.us/img209/4459/2050558kd1.jpg
http://img267.imageshack.us/img267/8049/2050560bt4.jpg
http://img57.imageshack.us/img57/8431/2050561zq5.jpg
http://img507.imageshack.us/img507/3033/2050562zu0.jpg
http://img419.imageshack.us/img419/738/2050564yo7.jpg
http://img344.imageshack.us/img344/1847/2050565im2.jpg
http://img45.imageshack.us/img45/4265/2050566et6.jpg
http://img45.imageshack.us/img45/5149/2050567me6.jpg
http://img216.imageshack.us/img216/5306/2050568hm5.jpg
http://img216.imageshack.us/img216/1161/2050571gv1.jpg
http://img169.imageshack.us/img169/9952/2050572js7.jpg
http://img392.imageshack.us/img392/3802/2050574mr8.jpg
http://img392.imageshack.us/img392/1253/2050578uh2.jpg
http://img216.imageshack.us/img216/7547/2050579ob1.jpg
http://img56.imageshack.us/img56/2492/2050588jf8.jpg
http://img76.imageshack.us/img76/7424/2050589kl8.jpg
http://img76.imageshack.us/img76/6397/2050590of0.jpg
http://img147.imageshack.us/img147/8818/2050591tf7.jpg
http://img147.imageshack.us/img147/593/2050592ii7.jpg
http://img416.imageshack.us/img416/9223/2050593xg8.jpg
http://img416.imageshack.us/img416/5033/2050594uo5.jpg
http://img422.imageshack.us/img422/8800/2050596ur6.jpg
http://img219.imageshack.us/img219/3083/2050597yr1.jpg
http://img422.imageshack.us/img422/8693/2050600bo7.jpg
http://img219.imageshack.us/img219/7818/2060602kd9.jpg
http://img219.imageshack.us/img219/6840/2060607pg5.jpg
W tym czsie byliśmy pod Gierlachem - nad Długim Stawem:
http://www.hzs.sk/index.php?lang=sk&sit ... idnews:522
http://img56.imageshack.us/img56/7609/2050584nx8.jpg
http://img306.imageshack.us/img306/3197/2050583sk7.jpg
http://img56.imageshack.us/img56/5827/2050587yg1.jpg

6.08.06. - Niedziela.
Pogoda znów... deszczowa.
Słowacja: Jaworzyna Tatrzańska - spacer pod Murań (leśniczówka) - powrót.
http://img91.imageshack.us/img91/6006/2060608mr0.jpg
http://img438.imageshack.us/img438/3739/2060610wf8.jpg
http://img438.imageshack.us/img438/2348/2060611ly2.jpg

7.08.06. - Poniedziałek.
Pobudka o 5-tej.
Słowacja: Żdiar Średnica - Szeroka Przełęcz Bielska - Wyżnia Przełęcz pod Kopą (deszcz-burza) - Przełęcz pod Kopą - Jaworzyna Tatrzańska.
http://img145.imageshack.us/img145/6843/2060612mz3.jpg
http://img438.imageshack.us/img438/1188/2060613jt9.jpg
http://img207.imageshack.us/img207/9429/2060615ze5.jpg
http://img207.imageshack.us/img207/9234/2060616ei2.jpg
http://img207.imageshack.us/img207/3708/2060617lw0.jpg
http://img207.imageshack.us/img207/8484/2060621sh1.jpg
http://img207.imageshack.us/img207/6233/2060622yn1.jpg
http://img412.imageshack.us/img412/637/2060626gv6.jpg
http://img145.imageshack.us/img145/3829/2060636gx1.jpg
http://img207.imageshack.us/img207/7743/2060637du0.jpg

8.08.06. - Wtorek.
Pobudka o 8-mej (o 5-tej lało).
Dolina Chochołowska - rowerkami pod leśniczówkę - Przełęcz Iwaniacka - Ornak - Siwa Przełęcz - Dolina Starorobociańska - rowerkami na Siwą Polanę.
http://img131.imageshack.us/img131/5093/2060639lo4.jpg
http://img106.imageshack.us/img106/632/2060640ma3.jpg
http://img434.imageshack.us/img434/9185/2060641jo0.jpg
http://img434.imageshack.us/img434/784/2060642od3.jpg
http://img106.imageshack.us/img106/2310/2060643ou0.jpg
http://img434.imageshack.us/img434/5374/2060646tv1.jpg
http://img106.imageshack.us/img106/6105/2060648sv6.jpg

9.08.06. Środa.
Znów lenistwo - non stop (prawie) leje.
Spacer po Bukowinie Tatrzańskiej.
Scena "Pod Skocznią" - "Sabałowe Bajania"
http://img257.imageshack.us/img257/6682/2060649wy3.jpg

10.08.06. - Czwartek.
Pobudka o 5-tej.
Słowacja: Biała Woda - Zielony Staw (schronisko) - Białe Stawy - schronisko "Pod Szarotką" - Tatrzańska Kotlina.
http://img252.imageshack.us/img252/3544/2060655hj5.jpg
http://img252.imageshack.us/img252/7137/2060657hj4.jpg
http://img163.imageshack.us/img163/5030/2060661nh5.jpg
http://img429.imageshack.us/img429/472/2060662eg1.jpg
http://img157.imageshack.us/img157/7644/2060663kg3.jpg
http://img321.imageshack.us/img321/8837/2060665kf2.jpg
http://img430.imageshack.us/img430/7048/2060666rm9.jpg
http://img321.imageshack.us/img321/1631/2060672xr5.jpg
http://img430.imageshack.us/img430/107/2060673ta9.jpg

11.08.06. - Piątek.
Pobudka o 5-tej (samotnie).
Palenica Białczańska (leje od ok. 6.25 do 11.00) - Morskie Oko (2,50 min. w schronisku) - smotnie na Szpiglasową Przełęcz - Dolina Pięciu Stawów Polskich (schronisko) - Dolina Roztoki - Wodogrzmoty Mickiewicza. Wkładam mokre adidasy i do Palenicy Białczańskiej.
http://img468.imageshack.us/img468/9783/2060676wj2.jpg
http://img468.imageshack.us/img468/4817/2060677pa5.jpg
http://img236.imageshack.us/img236/2267/2060678xu3.jpg
http://img135.imageshack.us/img135/7899/2060679js8.jpg
http://img320.imageshack.us/img320/5421/2060680vl6.jpg
http://img320.imageshack.us/img320/8435/2060681dh4.jpg
http://img320.imageshack.us/img320/9774/2060682mo3.jpg
http://img421.imageshack.us/img421/6237/2060687jf0.jpg
http://img320.imageshack.us/img320/5506/2060688ui9.jpg
http://img320.imageshack.us/img320/6278/2060690ty5.jpg

Żegnajcie Tatry na rok(?) - oby tylko... :)
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Zygmunt
wspin w dolomitach - czy można chcieć więcej?
sierpień 2006r


W Dolomitach spedziłem już wcześniej nieco czasu przechodząc niemało ferrat w takich grupach jak Tofany, Sella, Pala, Cristallo, Di Sesto i Marmolada. Wydawało mi się więc, że zbyt szybko tam nie zawitam jako, że generalnie lubię poznawać nowe rejony. Plany na drugą połowę sierpinia były wielorakie i ostatecznie skończyło się na ... wspinie w Dolomitach. Jeszcze niedawno miał być Mattehorn plus inne 4tysięczniki alpejskie, ale uświadomiłem sobie, że tak naprawdę to dużo więcej radości sprawia mi wspinanie skalne niż w wbieganie na szczyty [no, chyba, że na nartach, aby potem z nich zjechać:) ]. Zapewne jakieś znaczenie miały 2 tygodnie spędzone na Sardynii, gdzie piękno i kolorystyka skał przypomina Dolomity. Skoro więc przeważyło wspinanie sensu stricto to wiedziałem, że musi to być w Dolomitach.

Nie było też innej możliwości tylko znaleźć osobę, którą również ciągnie w te strony, odwiedzić supermarket, kupic trochę orzeszków oraz rodzynek i ruszyć na jakże znaną już trasę.

Ponieważ pogoda w całych Alpach była raczej kiepska postanawilismy zatrzymać się na 2 dni i rogrzać w Hollentalu. Po dwóch dniach wspinu i pewnych przygodach na ścianie bardzo szybko przenieślismy się w Tofany i Fanis a następnie do Selli. I tym razem dopisało nam szczęście gdyż pogoda była w sam raz na wspin i moglismy łoić przecudne ściany do woli. Udało nam się przejść kilka ciekawych i pięknych dróg, większość o trudnościach 5 i 6 i długości ok. 300 metrów (ok 10 wyciągów). Najbardziej powaliła mnie Dibona na Grande di Falzarego. Wprawdzie ma tylko 5+, ale jest bardzo urozmaicona (płyta, komin, przewieszka, trawers) i w niektorych 5-kowych miejscach idzie się niemalże na żywca więc emocji jest co niemiara. Polecam rządnym mocnych przeżyć i piękna. Zarówno partner jak ja nie narzekalismy na niedobór wrażeń. Oj nie.

W Selli na sam koniec doświadczyliśmy wspinania, ktore określam jako górsko-sportowe, gdyż niektore drogi są dobrze obite, ale jednocześnie trudniejsze technicznie od popopularnych 5ek i 6tek.

Olbrzymim plusem był fakt, że spaliśmy niemalże pod ścianą na wysokości 2 tys więc dojście do drogi zajmowało nam ok. 20 minut.

Wnioski:
Za krótko - tam jest pięknego łojenia na całe życie. Jestem nadal nienasycony.
Muszę tam wrócić w przyszłym roku aby przejść kilka długich dróg (ok 20 wyciagów) oraz kilka trudniejszych dobrze obitych. Oczywiście w jak najpiekniejszej scenerii. Trzeba będzie więc ostro poćwiczyć.
Trzeba wybierac grupy, gdzie skała jest bardziej solidna oraz drogi powyzej 5tek, gdyz są one mniej kruche i w zwiazku z tym jest sie mniej narazonym na spadajace kamienie...
Dobrze jest wyjechac w co najmniej 2 pary. Mozna sobie duzo nawzajem podpowiadac[dobra informacja to podstawa] i wieczory będą ciekawsze.

Ktoś chętny na przyszły rok?

I trochę fotek dla zachęty:

Obrazek
chyba trzeba przystapić do akji, w końcu nie przyjechalismy tutaj dla przyjemności

Obrazek
no to szybko biegiem, ponoc najlepsza metoda wspinania to szybiej wchodzić niż spadać

Reszta fotek: viewtopic.php?t=2928
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Agaar
Piękne Tatry w sierpniu 2006r.


I dzień 16.08.2006
Po ok. 1,5 miesiąca znów wyruszam w Tatry. Tym razem w 5-os. ekipie. Pozdróż ciągnie się niemiłosiernie. W pociągu pełno ludzi. Przedziały całe pozajmowane, ludzie siedzą na korytarzu... Jednak to nie jest ważne. Dojeżdżając do Zakopanego ukazują się piękne szczyty. Tym razem wypady z kwatery, więc nie da się uniknąć tłumów. Piękna pogoda. Ciepło.
Na początek wybieramy Dolinę Kościeliską . Od początku trasy pełno ludzi.

Obrazek


Postanawiamy przejść wszystkie znakowane jaskinie. Zaczynamy od Mroźnej (chyba nigdy mi się tam nie spodoba). Pewna pani wzbudza moje zainteresowanie. Dobry sposób, bo "buty" idzie szybko umyć :))

Obrazek


Dalej Wawóz Kraków. Tu już zdecydowanie mniej ludzi. Niedaleko drabinki ładne miejsce.

Obrazek


Teraz czas na posiłek i uzupełnienie płynów. Schronisko oblegane, wszędzie trzeba się przeciskać.
W drodze powrotnej wchodzimy do Jaskini Raptawickiej i i w tym czasie na niebie pojawiają się chmury, zaczyna wiać. Pozostaje już tylko Jaskinia Mylna, pusta (!). Po niej kąpiel w potoku.
Tak mija nam pierwszy dzień.

Obrazek
Reszta relacji: viewtopic.php?t=2919
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

jacekk
Karkonosze i Samotnia
2006r


Po dłuzszej przerwie zajechałem w Karkonosze.
Śnieżne Kotły,Śnieżne Stawy, nocleg w Samotni, jednym słowem
był to taki wyjazd, o którym się długo pamięta.

Dodatkowo przeżyliśmy tam super przygodę i choć naprawdę trudno to opisać, to postarałem choć trochę ubrać to w jakieś słowa.

zapraszam do lektury!
http://www.foto.pwsk.pl/2006/06/03/kark ... zne-kotly/
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Kuba
Ekstremalny Szlak Szarlotek Tatrzańskich
wrzesień 2006


Melduję posłusznie, że przedwczoraj "wytyczyłem" Ekstremalny Szlak Szarlotek Tatrzańskich. To była dla mnie podwójnie ekstremalna droga, bo po pierwsze - nigdy nie przeszedłem w Tatrach tak długiego szlaku, a po
drugie... nigdy nie zjadłem tylu szarlotek jednego dnia... Postanowiłem bowiem podczas jednej wycieczki odwiedzić wszystkie nasze schroniska tatrzańskie i w każdym zjeść szarlotkę.
Efekty tego kulinarnego rekonesansu znajdują się pod adresem:
http://republika.pl/terakowski/szarlotki/index.htm
Zapraszam do... konsumpcji!
Pozdrawiam słonecznie!
Kuba Terakowski :)
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Kuba
Z GDAŃSKA NA RYSY - PIECHOTĄ
28.07.2006 - 19.08.2006


Z przyjemnością zawiadamiam, że udało mi się "zrobić" nową drogę na Rysy: z Gdańska - 23 dni, ponad 750 km. Relację z tej wędrówki opublikowałem pod adresem http://republika.pl/terakowski/rysy/index.htm
Zapraszam do lektury!
Kuba Terakowski :)
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Iwona
TATRY.prv w Alpach
lipiec 2006 r


TATRY prv.pl w składzie: Iwona, Dorian, dr kidler (Adam) tym razem na alpejskich ścieżkach...

Obrazek

14 lipiec 2006…czas w praktyce sprawdzić umiejętności i wiedzę z zimowego kursu w Betlejemce. Miesiące czytania relacji, oglądania zdjęć i szukania wszelkich informacji o Alpach…plan, mapy, kosztorys…zapakowane plecaki…”odjaaazd” usłyszany na rodzimej stacji PKP, masa myśli i obaw przewijająca się w głowie podczas długiej podróży …zaczęła się alpejska przygoda.
Samochodem załadowanym na max docieramy wreszcie na bardzo przytulny (i niedrogi) camping Atermenzen kawałek za Randą. Opiekun campu wita nas bardzo serdecznie…próbuje nawet pochwalić się znajomością kilku słów w naszym języku. Wreszcie udajemy się na zasłużony odpoczynek. Rano pakujemy nasze plecaki..namiot,lina,sprzęt,jedzenie…lekko licząc grubo ponad 20kg na osobę. Zdajemy sobie sprawę, że przeniesienie się od razu na sporą wysokość może być zgubne aklimatyzacyjnie, więc postanawiamy zanocować na ok. 3000m niedaleko Gandegghutte. Trawka pod namiot, woda siąkająca kilka metrów dalej i….bajeczne widoki na otaczające góry. Ponieważ cześć drogi pokonaliśmy kolejką, postanawiamy w ramach wspomnianej aklimatyzacji, podejść jeszcze wyżej, by „załapać” kilka metrów i na nocleg wrócić do naszego obozu. Tego dnia rozpoczyna się słynny już cykl wieczornych wykładów dr kidlera :P
Celem kolejnego dnia jest wejście na nasz pierwszy 4tysięcznik. Wcześniej zaplanowaliśmy, że spróbujemy swych sił na stosunkowo łatwych trasach, by stopniować sobie trudności …obserwować organizm. Ponieważ nasze organizmy pamiętały wysokość 3300m z ubiegłorocznego wejścia na Marmoladę, zadyszkę zaczynamy odczuwać dopiero nieco powyżej 3700m. Krok za krokiem…lekko zdziwieni ciężkimi oddechami…wchodzimy na Breithorn (4076m) Pogoda jak marzenie…gdzie nie spojrzeć….góry. Czas nie pozwala nam na słodkie leniuchowanie na szczycie (jak to można doskonale robić w naszych Tatrach). Lodowce są bezlitosne….najrozsądniej jest opuszczać je do godziny 14, gdyż grzejące słońce robi melasę ze śniegu i zamienia przechodzenie przez mostki śnieżne na szczelinach w rosyjską ruletkę. Wiązać się liną ludzie!!! Mozolnie człapiemy się po dziurawym serze pod granią Breithornów, wypatrując bivacco Rosi Volante - naszego ewentualnego miejsca na nocleg. Znajomy mówił mi, że bivak jest sprytnie schowany i można go przeoczyć….to prawda, choć jeśli wcześniej dobrze rozezna się temat to wie się, gdzie należy się go spodziewać. Nie spodziewa się natomiast człowiek tego, że gdy wreszcie go znajdzie….będzie musiał wysoko zadzierać głowę i wypatrywać go wśród skał. Ekipa zdecydowanie stwierdziła, że nocleg na przełęczy Schwarztor (3734m) bardziej nam tego dnia odpowiada. W obawie przed wiatrzyskiem starannie przykotwiczyliśmy nasz namiot do śniegu czym się dało…nawet mój termos pełnił funkcję śledzia. Kiedy wreszcie błogo udaliśmy się do śpiworów na zasłużony sen …usłyszeliśmy potworny huk walących się głazów. Odczucie nieziemskie…hałas, zamknięty namiot i….czekanie. Okazało się, że to pobliska Roccia Nera (4075m) pluje kamieniami, rozsadzana zamarzającą wodą.

ObrazekObrazekObrazek
Fot.1 ...postanawiamy zanocować na ok. 3000m niedaleko Gandegghutte
Fot.2 ...Krok za krokiem…lekko zdziwieni ciężkimi oddechami…wchodzimy na Breithorn (4076m)
Fot.3 ...bivak jest sprytnie schowany i można go przeoczyć

Następnego dnia powitał nas cudowny poranek i…..totalnie zamarznięte sprzęty którymi kotwiczyliśmy nasz namiot. Po odzyskaniu co nasze, postanowiliśmy przenieść się do bivacco i resztę dnia spędzić na ćwiczeniach układów ratowniczych i błogim leniuchowaniu z widokiem na wszechogarniającą biel. Na nocleg doczłapało się jeszcze 2 Walijczyków. Widać było u nich zupełnie inną taktykę alpejskiego chodzenia…na lekko. Plecak, mały kartusz, spanie w tym co na grzbiecie, bez śpiworów. Generalnie to głównie Polacy i nasi południowi bracia Czesi praktykują jeszcze ciężki model chodzenia…z domem na plecach.
Jeszcze tylko długie wieczorne rozmowy, ustawienie budzika na 5 rano i błogo zasypiamy na mięciutkich materacykach. Na kolejny dzień zaplanowaliśmy Castora a…poszliśmy na Polluxa. Dużo czytałam o Poluxie (4092m);niższy ale zdecydowanie trudniejszy od Castora, droga granią ,miejscami choć ubezpieczoną –wymagającą dodatkowej asekuracji własnej. Sama końcówka to już raczej przyjemne wejście po śniegu na sam szczyt. Wejście na Poluxsa uważam za najfajniejszy pomysł i najbardziej satysfakcjonujący dzień z całego wyjazdu, mimo iż w drodze powrotnej do biwaku zaliczyłam niegroźną szczelinę. Panowie perfekcyjnie mnie wyłapali, jednak od tego momentu mój strach się wzmógł…mam kolejną słabość do pokonania w przyszłości…
Ponieważ stwierdziliśmy, że z tymi ciężkimi plecakami nie uśmiecha nam się za bardzo przedzierać przez szczyt Castora –wg planu mieliśmy iść dalej w kierunku Signalkuppe (4559m)- zarządziliśmy odwrót, by po odpoczynku na campingu spróbować dostać się w w/w rejony od strony schroniska Monte Rosa (2795m)

ObrazekObrazekObrazek
Fot.1 ...Następnego dnia powitał nas cudowny poranek
Fot.2 ...z Weisshornem w tle
Fot.3 ...Na kolejny dzień zaplanowaliśmy Castora a…poszliśmy na Polluxa

Odpoczywając dreptaliśmy dookoła jeziokra Stausee Mattmark i Saas Fee- uroczej alpejskiej miejscowości z królującymi nad nią: Domem(4479m), Taschhornem(4494m) i Allalinhornem (4027m)
Półtora dnia regeneracji na polu namiotowym…z gorącą wodą, zapasami jedzona, pozwoliło nam nabrać sił by wyruszyć na kolejny górski etap. Kolejką, w 90% towarzystwie Japończyków, wjechaliśmy na Rotenboden i stamtąd już na nogach przemieściliśmy się powyżej Monte Rosa Hutte by na kamiennych blokach założyć obóz. Miejsce znowu wybraliśmy- jak się później okazało- bardzo trafne. Wieczorem nadciągnęła burza i nasz ledwie sączący się strumyczek 3m od namiotu zaczął huczeć jak Niagara. Ze strachem obserwowaliśmy teren zalewowy. Jednak okazało się, że biwakujemy dokładnie na niewielkiej wysepce i cała woda ucieka gdzieś bokami. Ponieważ lodowiec Grenz jest mocno spękany, postanowiliśmy zrobić małe rozeznanie terenu. Chcieliśmy zobaczyć, czy uda nam się (i czy to ma sens) przedrzeć z plecakami do schroniska Margherita (4559m) Pokonaliśmy kamorkowy odcinek i doszliśmy do początku pola seraków. Gdzieś wyżej nich widoczna była wydeptana ścieżka. Stwierdziliśmy, że następnego dnia spróbujemy przedostać się na lekko do schronu i w nim zanocować. Znienawidzona już melodyjka budzika wyrwała nas ze snu o 4 rano…ciemno, zimno i do domu daleko…na niebie gwiazdy…nie ma zmiłuj…trza wstawać. Niezapomniane wrażenie zrobił na mnie widok sznureczka czołówek przedzierających się wśród skał w kierunku Dufourspitze. Jakoś nikt nie chciał tego dnia obrać naszego celu. Podobnie jak wspomniani wyżej, pierwszą część trasy pokonaliśmy w blasku czołówek. Przy polu serakowym robiłam pierwsze fotki leniwego wschodu słońca. Szukanie dalszej drogi stawało się coraz bardziej uciążliwe, weszliśmy bowiem w seraki. Ślady ekip z poprzednich dni wytopiło słońca, a te co pozostały urywały się znienacka lub prowadziły w dwie różne strony. Mieliśmy oczywiście mapę i teoretycznie wiedzieliśmy którędy prowadzą warianty wejść ale w praktyce to wcale nie jest takie proste. W praktyce bowiem pokonuje się serak za serakiem nie wiedząć co czeka nas w dalszej części. Takim sposobem doszliśmy do miejsca, którego trudność budziła nasze obawy….odwrót…szukanie innej możliwości i bolesna ale wspólna decyzja –rezygnujemy. Lepiej jest rozsądnie zawrócić, niż wylądować w sercu seraków gdy słońce będzie już na tyle grzało, by osłabiać mostki śnieżne. Ze smutkiem opuszczaliśmy naszą trasę. Bardzo nam zależało ale czasem trzeba wykazać się pokorą i przyznać, że coś nas przerasta na ten moment. „Jest tyle gór do zdobycia” jak mówią słowa piosenki Kombi.
Zwinęliśmy nasz obóz i udaliśmy się w kierunku stacji Rotenboden. Słoneczko grzało niemiłosiernie. Jedyną przyjemną-chłodną ulgę odczuwaliśmy idąc po lodowcu Gorner …
Kolejne alpejskie dni minęły nam pod znakiem oglądania flory i fauny. Wreszcie mogłam naoglądać się do woli szarotek alpejskich….świstak dosłownie czmychnął mi spod nóg…a kozica bacznie przyglądała się nam w lesie …a wszystko to na jednej trasie do schroniska Kinhutte (2582m) Chcieliśmy jeszcze odwiedzić Europahutte (2265m) ale przegoniła nas burza.

ObrazekObrazekObrazek

Fot.1 ...Odpoczywając dreptaliśmy dookoła jeziokra Stausee Mattmark
Fot.2 ...przemieściliśmy się powyżej Monte Rosa Hutte by na kamiennych blokach założyć obóz
Fot.3 ...lodowiec Grenz jest mocno spękany

ObrazekObrazekObrazek

Fot.1 ...Przy polu serakowym robiłam pierwsze fotki leniwego wschodu słońca
Fot.2 ...Kolejne alpejskie dni minęły nam pod znakiem oglądania flory i fauny
Fot.3 ...a wszystko to na jednej trasie do schroniska Kinhutte (2582m)

Przyszedł czas na tradycję naszych wyjazdów, czyli podział grupy. Adam postanowił zawitać do schroniska pod Weisshornem a ja i Dorian bardziej lajtowo wybraliśmy trasę pod ścianę Matterhornu. Tego dnia miał być wprawdzie Allalinhorn ale nikt nie zareagował zerwaniem się ze śpiwora o 4 rano….jak się potem okazało opatrzność czuwała nad nami, pogoda bowiem już ok. 12 zaczęła się wyraźnie psuć. Burza zaczęła nas gonić już od jeziorka Schwarzsee ale skutecznie jej umykaliśmy boczkiem, oglądając przepiękne zielone krajobrazy dawno już pokonanego w tym miejscu lodowca. Sosny, ich zapach ,dzika ścieżka wśród ukwieconych polan, w oddali delikatne dzwonki alpejskich Milek i głośne gwizdy świstaków, dla których to miejsce musiało być idealne na zamieszkanie zrobiło na mnie ogromne wrażenie.
Ostatni górski dzień….tym razem budzik zdążył wydać tylko jeden dzwięk . Ok. 7 byliśmy już na parkingu w Saas Fee a niewiele później pod kolejką. Dziś naszym celem był stosunkowo łatwy 4tyś –Allalinhorn. Kolejna górska lekcja- w górach wszystko jest możliwe i to co wydaje się być łatwe sprawia najwięcej problemów. Samo wejście na szczyt nie sprawiło nam większych trudności. Od przełęczy Feejoch (3826m) szliśmy nawet osobno, bo panowie chcieli zobaczyć trasę na Alphubel (4206m). Miałam do wyboru: zaczekać na przełęczy lub spróbować wejść na Allalinhorn. Wybrałam to drugie. Szło wiele ekip więc stwierdziłam, że mogę spróbować. Zawsze można wszak zawrócić. Krok za krokiem…mogłam wreszcie usiąć wygodnie tuż przed szczytem i zaczekać na idących jednak w moją stronę chłopaków, oglądając przecudne widoki od Monte Rosy, przez Matta po Blanka. Jako drogę zejściową wybraliśmy trasę przez schronisko Britannia (3030m)….i tu pozwolicie, że nie opiszę tej części, bo to był najgorszy psychicznie górski dzień w moim życiu jak do tej pory. Powiem tylko, że utwardzonej ziemi dotknęliśmy prawie zbiegając już w deszczu o godzinie 21. Tego dnia oprócz wejścia na szczyt przyszło nam zejść 2200m…ubezpieczając się podczas zejścia z grani, pokonywać ścieżkę w nawisach śnieżnych i lodzie…po kamorach...lodowcach, by w leśnej końcówce bawić się w wyścigi z burzą. Z perspektywy czasu patrzę na to już łagodniejszym okiem. To była spora lekcja dla mnie..z różnych względów
W drodze powrotnej do Polski postanowiliśmy dosłownie na dzień zawitać do Alp Berneńskich. Niestety nie mam fotek z tej części…akumulatorki mi padły. Jedno jest pewne, warto tam wrócić na dłużej....

ObrazekObrazekObrazek

Fot.1 ...oglądając przepiękne zielone krajobrazy dawno już pokonanego w tym miejscu lodowca.
Fot.2 ...Dziś naszym celem był stosunkowo łatwy 4tyś –Allalinhorn.
Fot.3 ...oglądając przecudne widoki od Monte Rosy, przez Matta po Blanka.

Tak kończy się nasza alpejska przygoda…inna niż dolomitowa…trudniejsza, bardziej pouczająca…sprawdzająca. Pozdrawiamy serdecznie :)
ObrazekObrazek
Adam.........i.........Dorian.......oraz.........ja

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

dzikus
fotorelacja z Gruzji


Zapraszam do ogladniecia fotorelacji z wyjazdu do Gruzji w rejony
Kazbegi, Chiukhi oraz Rachy.
http://www.goryidoliny.freehost.pl/expe ... photos.htm
Milego ogladania ;)
Dominik
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

horolezec
kurs skałkowy - relacja
wrzesień 2006 r


Tak jak pewnie niektórzy pamiętają z moich postów dołączyłem do grona tych, którym szlaki wystarczać przestały i zachciało mi się wspinania...Taternikiem chciałem być i co z tego wyszło zobaczycie po przebrnięciu przez relację, która głównie ma charakter foto. Niestety na skutek dziwnych zachowań aparatu zachowały mi się tylko zdjęcia z ostatniego dnia kursu (trwał 6 dni), a mianowicie ze wspinania na Żabim Koniu gdzie sprawdzano nas jak sobie radzimy z drogami wielowyciągowymi ( każdy kto ma jakieś pojęcie wie, że w przypadku Żabiego Konia mowa tu jedynie o 2 wyciągach ;) )

Zanim jednak o tym kilka słów wprowadzenia.

Na kurs pojechałem sam gdyż osoba, która na co dzień towarzyszy mi w górskich i sciankowych wyjściach miała na uczelnie ciężki wrzesień. Piszę o tym gdyż miało to spore znaczenie dla rozwoju kursowych znajomości. Tak się niestety złożyło, że każdy kogoś przywiózł ( było nas 8 osób na 2 instruktorów ) więc byłem taki trochę przyszywany.Na początku nie było to miłe ale w sumie potem jakoś się współpraca z moją przydzieloną partnerką układała :) Jeśli jednak mogę coś poradzić to aby jednak pojechać grupką - jest wtedy znacznie raźniej ;)

Instruktorami byli W.Niemiec i W.Szymendera - obaj z dużą dozą cierpliwości. W trakcie kursu naliczyłem jedynie kilka nerwowych "kurw" no i pare razy ktoś coś "spierdolił"...Generalnie ni jak miało się to do mieszania kursanta z błotem, co jak niektórzy pamiętają bardzo sobie ceniłem.

Program kursu dość standardowy choć podobno mieliśmy też wiele elementów zupełnie w skałkach nieprzydatnych a które w górach są niezbędne. Naprawdę trudno mi to ocenić gdyż nie mam porównania z innymi szkołami ale generalnie trzeba przyznać, że chłopaki się przykładali :)

Kilka refleksji natury ogólnej ....
Wspinaczka to SPORT i na żaden romantyzm nie ma tu miejsca. Na kursie uczą jak to naprawde w ścianie jest...Że jest ciężka walka nieraz o przetrwanie, że jest ostro, że jest mokro, że jest zimno i nieprzyjemnie.Że nie ma miejsca na rozczulanie się nad krajobrazem (od tego jest turystyka), nad refleksjami z kręgu filozofii. Liczy się zaliczenie przejścia i to jak najczyściej...Mój błąd polegał na tym, że była we mnie refleksja i zachwyt, co jak się okazuje osłabia czujność i w trudnych momentach prowadzi do błędu. Byćmoże dlatego właśnie, że tej romantycznej otoczki , którą wyniosłem z turystyki nie pozbyłem się od razu na początku, na kursie jakoś specjalnie nie zabłysnąłem i należałem do tych raczej przeciętnych, którym zalecono dużo ćwiczyć...Były też słowa krzepiące,że rokuję na dobrego łojanta, ale to nie jest najważniejsze. Kurs nauczył mnie bardzo dużo i zawsze już będę bronił tezy o konieczności fachowego szkolenia zanim zaczniemy coś działać w tej dziedzinie. Nabytą wiedzę z powodzeniem można wykorzystać w kwalifikowanej turystyce w Tatrach i nie tylko , więc naprawdę warto nawet jeśli kogoś nie rajcują skałki.
Nie każdy jednak wbrew obiegowej opinii może taki kurs skończyć. U nas były dwie takie osoby - jedna padła na prowadzeniu IV-ek druga nie radziła sobie zupełnie z ekspozycją.
Ciesze się więc ,że taki kurs ukończyłem.Mam jednak zamiar zgodnie z zaleceniami ćwiczyć dużo i często a nad kursem taternickim zastanowie się wiele razy zanim podejmę decyzję. Byćmoże lepiej zostać "kwalifikowanym" turystą niż taternikiem romantykiem :))

Wielu na pewno już zasnęło czytając te mętne refleksje, więc teraz zobaczcie jak to wyglądało z małym komentarzem 8)

Obrazek
Żabi Koń robi spore wrażenie. Do tego doszły jeszcze te bezczelne szerszenie :))

Obrazek
Idę pierwszy.Przelot przed trudnościami oczywiście ;)

Reszta fotek: viewtopic.php?t=3016
Zablokowany