Zanim jednak o tym kilka słów wprowadzenia.
Na kurs pojechałem sam gdyż osoba, która na co dzień towarzyszy mi w górskich i sciankowych wyjściach miała na uczelnie ciężki wrzesień. Piszę o tym gdyż miało to spore znaczenie dla rozwoju kursowych znajomości. Tak się niestety złożyło, że każdy kogoś przywiózł ( było nas 8 osób na 2 instruktorów ) więc byłem taki trochę przyszywany.Na początku nie było to miłe ale w sumie potem jakoś się współpraca z moją przydzieloną partnerką układała
Instruktorami byli W.Niemiec i W.Szymendera - obaj z dużą dozą cierpliwości. W trakcie kursu naliczyłem jedynie kilka nerwowych "kurw" no i pare razy ktoś coś "spierdolił"...Generalnie ni jak miało się to do mieszania kursanta z błotem, co jak niektórzy pamiętają bardzo sobie ceniłem.
Program kursu dość standardowy choć podobno mieliśmy też wiele elementów zupełnie w skałkach nieprzydatnych a które w górach są niezbędne. Naprawdę trudno mi to ocenić gdyż nie mam porównania z innymi szkołami ale generalnie trzeba przyznać, że chłopaki się przykładali
Kilka refleksji natury ogólnej ....
Wspinaczka to SPORT i na żaden romantyzm nie ma tu miejsca. Na kursie uczą jak to naprawde w ścianie jest...Że jest ciężka walka nieraz o przetrwanie, że jest ostro, że jest mokro, że jest zimno i nieprzyjemnie.Że nie ma miejsca na rozczulanie się nad krajobrazem (od tego jest turystyka), nad refleksjami z kręgu filozofii. Liczy się zaliczenie przejścia i to jak najczyściej...Mój błąd polegał na tym, że była we mnie refleksja i zachwyt, co jak się okazuje osłabia czujność i w trudnych momentach prowadzi do błędu. Byćmoże dlatego właśnie, że tej romantycznej otoczki , którą wyniosłem z turystyki nie pozbyłem się od razu na początku, na kursie jakoś specjalnie nie zabłysnąłem i należałem do tych raczej przeciętnych, którym zalecono dużo ćwiczyć...Były też słowa krzepiące,że rokuję na dobrego łojanta, ale to nie jest najważniejsze. Kurs nauczył mnie bardzo dużo i zawsze już będę bronił tezy o konieczności fachowego szkolenia zanim zaczniemy coś działać w tej dziedzinie. Nabytą wiedzę z powodzeniem można wykorzystać w kwalifikowanej turystyce w Tatrach i nie tylko , więc naprawdę warto nawet jeśli kogoś nie rajcują skałki.
Nie każdy jednak wbrew obiegowej opinii może taki kurs skończyć. U nas były dwie takie osoby - jedna padła na prowadzeniu IV-ek druga nie radziła sobie zupełnie z ekspozycją.
Ciesze się więc ,że taki kurs ukończyłem.Mam jednak zamiar zgodnie z zaleceniami ćwiczyć dużo i często a nad kursem taternickim zastanowie się wiele razy zanim podejmę decyzję. Byćmoże lepiej zostać "kwalifikowanym" turystą niż taternikiem romantykiem
Wielu na pewno już zasnęło czytając te mętne refleksje, więc teraz zobaczcie jak to wyglądało z małym komentarzem

Żabi Koń robi spore wrażenie. Do tego doszły jeszcze te bezczelne szerszenie

Idę pierwszy.Przelot przed trudnościami oczywiście

Czasem i tak trzeba

Stanowisko z liny i zmiana prowadzenia

Przygotowanie do zjazdu

Kluczowe trudności na kolejnej drodze

Ufff...udało się

I zjazd - jak się to umie sprawnie robić to jest duża frajda

Wygląda efektownie i tak też było w istocie
Wszystkim, którzy przebrnęli przez całość dziękuję i pozdrawiam!




