Małżonek hm...raczej nie wypoczęty, bo cały gruntowny remont zrobił sam – a ja też niezupełnie, bo ktoś musiał to wszystko posprzątać..... prognoza pogody .... ciepło, ale burzowo....
Rozterka – jak zwykle krótka w takim przypadku – burze wieczorem, w górach zmęczenia nie czuję, nie byłam już dość długo....decyzja łatwa do przewidzenia.... – jedziemy.
18 maja, po południu wybraliśmy się na kilka dni w Pieniny, do naszej stałej przystani w Krościenku..
W Tatrach jeszcze trochę śniegu, a majowe Pieniny, cudownie zielone, pachnące ziołami łąki i głośny śpiew ptaków...takie je zapamiętałam z pierwszego wyjazdu i takie były i tym razem.
Na pierwszą wycieczkę poszliśmy – zgodnie z moim planem i marzeniem – Granią Małych Pienin na Wysoki Wierch, a potem na Przełęcz pod Tokarnią.
Przepiękny szlak, pogoda wspaniała, choć na popołudnie zapowiadane były burze.
Na Wysokim Wierchu mnóstwo motyli pazia żaglowca. Widocznie mają tam swój rejon, bo w innych miejscach ich nigdy nie spotkałam
Prognozy sprawdziły się, co do joty, zresztą co dzień tak było – rano cudnie, a po południu mruczało i burczało...na szczęście nie mocno i gdzieś tam w okolicy, a w Pieninach było pięknie....przynajmniej tam, gdzie my byliśmy
Ani raz nie spotkała nas burza na szlaku, i ani raz nie zmokliśmy, choć wracając z wycieczek, widać było ślady ulewy, a z daleka i wysoka widzieliśmy chmury, z których grzmiało i padało.
Jednym słowem – mieliśmy trochę pogodowego farta






W następnym dniu, małżonek czuł się grypowo
Pojechałam drogą Pienińską do Sromowców, potem na piweczko do schroniska Trzy Korony, do bacówki po oscypki, i na koniec wytargałam rower do bramy Wąwozu Szopczańskiego.
Baca ciekawie zapytał „gdzie się to pani z tym rowerem wybiro, jeśli mozno wiedzieć?”.
Kiedy mu powiedziałam stwierdził „no, mocie zdrowie....”


Nad Tatrami burknęlo kilka razy, a w Sromowcach było słonecznie i spokojnie.
Wróciłam późnym popołudniem do Krościenka, oświetloną zachodzącym słońcem, tą samą piękną trasą nad Dunajcem.


W sobotni, bezchmurny poranek – kółeczko: Biała Woda – Rozdziele, Wierchliczka, Rówienki, Homole.
I znów koło południa, nad Gorcami widać i słychać było burzę, która bokiem poszła sobie nad Słowację, a nad nami spokojna, słoneczna pogoda
Wyczytałam niedawno w internecie, że piorun może uderzyć nawet 20 km od chmury i coś takiego nam się na tej wycieczce przydarzyło.
Na Przełęczy Rozdziele, dołączyła do nas pani samotnie wędrująca, która nie znała tego szlaku.
Kiedy schodziliśmy z Wierchliczki, spokojnie patrząc na dość dalekie od nas mruczące chmury burzowe gdzieś nad Słowacją – nagle, dosłownie za naszymi plecami trzasnęło i walnęło tak, że wszyscy poskoczyliśmy do góry. Popatrzyliśmy na siebie zdziwieni i skonsternowani...jakim cudem... skąd ten piorun ?...
Następnie odetchnęliśmy z ulgą, że nie zrobiliśmy sobie jakiegoś przystanku, tam wyżej w lesie.
Dalej już spokojnie, obserwując burzowe chmury prawie naokoło naszego szlaku, doszliśmy do polany , gdzie posiedzielismy trochę na „Książkach” i powoli zeszliśmy wąwozem do Jaworek
Po drodze do Szczawnicy kropił deszcz, a w Krościenku polało krótko, ale solidnie, co było widać po kałużach przy drodze.
W Jaworkach, w miejscu nieciekawego parkingu – elegancki ryneczek.



Takie malusieństwo, dopiero co chyba urodzone, zgubiło się gdzieś mamie i jakiś litościwy turysta przyniósł je do bacówki pod Rozdzielą, gdzie opychaliśmy się pysznym bundzem i wspominaliśmy zeszłoroczną wspólna wycieczkę z Gosią D i jej sympatyczną rodzinką.
Pozdrawiamy


Pod wieczór pięknie się rozpogodziło i dzień zakończył się prażonkami w ogrodzie naszych przemiłych gospodarzy.

Ponieważ małżonkowi dokucza ostroga, w niedzielę znów sama wybrałam się na Przełęcz Szopka, a potem na Sokolicę.
Myślałam o Trzech Koronach, ale takie pielgrzymki tam ciągnęły, że mi się odechciało. Posiedziałam dość długo na przełęczy, podziwiając przepiękną panoramę Tatr, nad którymi już od godzin przedpołudniowych budowały się burzowe cumulusy. Potem oczywiście poburczało z tamtego kierunku, ale krótko i niegroźnie.
Na Sokolicy – o dziwo, tylko kilka osób.
Zeszłam do Szczawnicy na przeprawę promem, prawie pustym szlakiem.



Zeby trochę ulżyć małżonkowej niedoli, na poniedziałek wymyśliłam wycieczkę objazdową – Majerz – spacer, Rezerwat Przełom Białki – spacer, Grandeus – hm...spacer.
Na Majerzy miałam nadzieję popatrzeć na Tatry....no niestety, prawie nic nie było widać.

Bacowie czujnie patrzyli na swoich podopiecznych i na nas, czy nie mamy złych zamiarów.
Widocznie dobrze wypadliśmy w tej psiej ocenie, bo nawet na nas nie zaszczekały


A Przełom Białki.....przepiękny zakątek, byliśmy tam pierwszy raz i zrobił na nas duże wrażenie.
Jaskinie, piękne skałki i zakole rzeki przy Kramnicy, wśród morza białych kamieni.


Obłazowa też ma swoją krzywą sosenkę.







Ech ten widok....

Wyczytałam, że z Grandeusa też jest na co popatrzeć...na wszystkie strony....i faktycznie....

Kolejny bardzo ciepły i błękitny poranek...tym razem wycieczka rowerowa we dwoje Drogą Pienińską do Haligowskich Skał.
Zielony Dunajec, zielone pola, zielone Haligowce....zielono mi....




W następnym dniu, znów objazdówa – Przełęcz Snozka i spacer na Górę Wdżar.
Śpiewający pomnik Hasiora pięknie odnowiony, niesłuszny napis zlikwidowany ...już nie straszy.

Jak się troszkę zboczy ze szlaku, dojdzie się do pięknego kamieniołomu.

A na Górze Wdżar mnóstwo kwiatów i kolorowych motyli. Upolowałam takiego „błękitka”

i piękną górówkę, których latało mnóstwo, ale są płochliwe i dość trudno je podejść.

Kwiatuszka też, tu już trudności nie było

No i widoki przednie, ale nad Tatrami oczywiście stoją chmury...

Potem połaziliśmy po Niedzicy.
Na zaporze malowidło pt. „potęga mocy”, czy „moc żywiołów”. albo ”cóś „ w tym rodzaju....

Trzy Korony z trochę innej perspektywy.

Na koniec wycieczki chciałam popatrzeć na Tatry z Łapszanki, a tam....jak zwykle

A nie mogło być tak, jak nad Łapszanką ?....

Wieczorem poszliśmy zerknąć na Krościenko skąpane w promieniach zachodzącego słońca.

Jutro wyjeżdżamy i jak zwykle trochę żal....prognozy pogody wspaniałe - bezchmurnie, bez burz, bez upałów...w dodatku mieli przyjechać Romek z Beatką i synkiem
Ech...
....Ale taki piękny dzień w Tatrach śnił mi się po nocach ostatnio.
Pomysł oczywiście mój i decyzja trudna, ale krótka - ten najpiękniejszy dzień będzie dla Tatr...... pojedziemy z Krościenka do Zawiercia przez Zakopane, drogą przez Łapszankę.
Wąsko tam i kręto, pod górę i z góry (dobrze, że ostatnio miałam hamulce wymienione).... ale widziałam w wyobraźni ten widok Tatr na tle błękitnego nieba...
Wieczorne pakowanie bagaży, wcześnie rano pożegnanie z naszymi przemiłymi gospodarzami i jak na skrzydłach - w moje ukochane strony
Po drodze musiałam stanąć na poboczu, bo taka panorama nie pozwala skoncentrować się na prowadzeniu samochodu po pienińskich serpentynach

Dłuższa chwila na Łapszance....

Na początek - Rusinka

potem na Małą Łąkę

i jeszcze na Przysłop Miętusi w stronę Stanikowego Żlebu


Jaka szkoda, że nie starczyło czasu na więcej.....
Przez te kilka dni w Pieninach, zaspokoiłam sobie mojego Górskiego Bóla , ale najwięcej radości sprawił mi ten ostatni dzień spędzony w Tatrach.
Dolomity są piękne, Pieniny również....zresztą wszystkie góry są cudowne, ale Tatry mają najwięcej miejsca w moim sercu...i tak już pewnie zostanie.
Ala















