We wtorek po południu, w jednej chwili zdecydowałam, że:
- nie będę słuchać już żadnych wiadomości o powodzi,
- nie będę słuchać żadnych prognoz - co chwilę innych...
- jadę natychmiast, albo jeszcze prędzej.
Telefon do naszych gospodarzy, że wieczorem przyjeżdżamy, szybko się pozbieraliśmy i w drogę.
Jeszcze nigdy nie jechałam w góry z takimi obawami - a tu:
- droga nadspodziewanie dobra
- pogoda mimo zapowiadanych burz gwałtownych - ładna
Mój optymizm wracał wraz z przejechanymi kilometrami, a gdy pokazały się góry na tle błękitu, doszedł do normalnego stanu „przedpowodziowego”.
Musi być ładnie i będzie dobrze.
Pieniny przywitały nas bujną zielenią w kilku odcieniach.
Deszcze spowodowały, iż rośliny i kwiaty nie spalone słońcem, miały kolory niespotykanie soczyste.
Niestety, aura obeszła się niełaskawie z tym pięknym zakątkiem, Zniszczone przez wodę szlaki robiły smutne wrażenie, zwłaszcza w Rezerwacie Biała Woda i Wąwozie Homole, przez który zdążyliśmy przejść, zanim został zamknięty.
Kilka upalnych dni osuszyło trochę górskie ścieżki, chociaż były miejsca, gdzie można się było nieźle wymalować gliną
Za to szlaki puste, nawet w weekend.
Trzeba być sporym zapaleńcem, żeby iść w góry w taki upał, toteż często na szlakach nie spotykaliśmy żywej duszy.
Nie było jednak źle, bo wyżej wiał wiatr, bez którego faktycznie byłoby ciężko, no i w lesie zbawiennego cienia nie brakowało.
Krościenko jeszcze całkiem nie obudziło się ze snu, gdy wczesnym rankiem wybraliśmy się na Trzy Korony.

Dotarliśmy tam około ósmej godziny i punkt poboru opłat jeszcze był zamknięty.



Pusto, cicho, no i takie widoki :




Śpiew ptaków i kolorowe zbocza pod nami....ech, życie jest piękne.

Postanowiłam, że posiedzimy tu do momentu przyjścia pierwszej wycieczki, która nadeszła dopiero o dziesiątej.
Dwie godziny sami na Trzech Koronach, w taką pogodę, za darmo...... to chyba szczęśliwy los na loterii, lub dobra robota mojego Anioła Stróża Górskiego
Potem Wąwozem Szopczańskim zeszliśmy do Sromowców Niżnych.

Zrujnowany szlak - częsty widok tegorocznych wędrówek...

Pierwsze kroki do Schroniska Trzy Korony na piwko, a tam piwka brak

No, ale na przystani było do wyboru, do koloru, można było się odrobinę ochłodzić i odpocząć z widokiem na leniwie płynący, dziwnego koloru Dunajec.


Powrót Drogą Pienińską, gdzie też widać, co szalejący potrafi...

Nie spotkaliśmy tym razem tych pięknych jaszczurek, widocznie tylko w deszczu wychodzą ze swoich kryjówek.
Ta z ub. roku






Nie można było pominąć wycieczki granią Małych Pienin. To bardzo ładny szlak.


Niestety, mimo ładnej pogody, widoczność nie była dobra i Tatry ledwo majaczyły na horyzoncie...
Ale poza tym zielono, kolorowo, pachnąco....cudnie.







Na Wysokim Wierchu zauważyłam tylko dwa motyle - pazia żaglowca.
W ub. roku było ich mnóstwo, zresztą innych też.
Widocznie długotrwałe opady zaszkodziły tym pięknym owadom.
Łąki też były cichsze, nie „brzęczały” tak, jak podczas zeszłorocznego pobytu.



Na Wysokiej mocny wiatr wysuszył nasze ciuchy i sterane jestestwa, oraz dostarczył trochę ulgi od wędrówki - przepiękną, ale prawie bez cienia – granią. A upał był niezły.....

Wróciliśmy przez Homole do Jaworek, gdzie nie obyło się bez pysznego pstrąga w restauracji Bacówka.
Niestety do – na pewno odnowionego już kościoła, nie mieliśmy siły już poleźć i trochę mi żal.

Wybraliśmy się też na Lubań, szlakiem od Grywałdu - z nadzieją, że uda się obejrzeć tamtejszy zabytkowy kościół.
Nie udało się, był zamknięty na cztery spusty

Mimo wczesnej pory, asfaltowa droga przez Grywałd, w upalnym powietrzu ciągnęła się niemiłosiernie.
Jaka ulga po dojściu do zbawczego lasu...
Okazało się, że minęliśmy szlak skręcający przy mostku i poszliśmy asfaltem do końca.
Dobrze, że pogadaliśmy z drwalami pracującymi w lesie, i tak od słowa do słowa, okazało się, że źle idziemy na Lubań.
Trzeba było wyrywać na skróty, pionową ścieżką do góry, wydeptaną chyba przez grzybiarzy, po chaszczach i wertepach......ło Jezu
Jakimś cudem wewnętrzny GPS w głowie mojego małżonka wyprowadził nas do właściwego szlaku


I znów nie napatrzyłam się na Tatry, zawoalowane mgiełkami z parującej, nasączonej wodą ziemi.
Próbowałam przez lornetkę zobaczyć coś więcej, ale nic z tego...
Wydawało mi się, że słyszę ….„nie oglądaj się za innymi górami...patrz na nas, my też jesteśmy piękne”....

No fakt....piękne i lepiej widoczne.
Dwie godziny odpoczynku na szczycie, w zupełnej samotności, dodało nam sił do powrotnej drogi do Krościenka puściutkim szlakiem






Kolejna wycieczka to kółeczko – Jaworki, Biała Woda, Przełęcz Rozdziele, Wierchliczka i powrót przez Rówienki i Homole do Jaworek.
Miało być niezbyt długo, bo upał niesłychany i zapowiedź gwałtownych burz
Jeśli chodzi o upał, to owszem, sprawdziło się w stu procentach, ale burz na szczęście nie było.

Tu też wszystko powywracane...


A rów przy podejściu do bacówki sięgnął już chyba 2 metrów....
Żentycy nie było, ale był pyszny bundz.



Zajrzeliśmy nareszcie do starej owczarni.
Jeszcze trochę i nie będzie czego oglądać.
Szkoda, że nie robi się nic, żeby ten zabytek utrzymać w przyzwoitym stanie...

Kręcono tu ponoć nową wersję Janosika, po której zostały resztki dekoracji.
Dawne pomieszczenie dla owiec posłużyło jako wnętrze kościoła, który się chyba spalił...
Trzeba było chyba użyć niezłych sztuczek filmowych, że się ta cała ruina nie sfajczyła









Dopiero po przejściu przez Homole zauważyliśmy wielką tablicę informującą o zamknięciu wąwozu.
A ja się całą drogę dziwiłam, że tak mało tam ludzi i nie ma żadnych wycieczek.....
W niedzielę ciepło, ale trochę pochmurnie – wybraliśmy się „tylko” do Szczawnicy, odetchnąć po tych upalnych wędrówkach.
Jak zwykle, poniosło nas dalej, na Bryjarkę, a potem jeszcze do schroniska Bereśnik na piwko...
Hm...jakby w Szczawnicy nie było
Zanim zdążyliśmy się podelektować złocistym napojem, wypogodziło się pięknie.


Powrót deptakiem nad Grajcarkiem i znów szok....
Taka spokojna rzeczka, a tak narozrabiała....

Przeprawa promem na drugi brzeg Dunajca i wspaniałą, pachnącą ziołami łąką, a potem Krasem powrót na kwaterę.





Marzył mi się Turbacz, ale nie bardzo wiedziałam, jak go „ugryźć”.
Podpowiedział nam nasz gospodarz, że najlepiej dojechać do Ochotnicy Ustrzyk, stamtąd bliżej niż z Ochotnicy Górnej o ładnych parę kilometrów.
...Łatwo powiedzieć...busików do Ustrzyk jak na lekarstwo, ten rano nie przyjechał i trzeba było te parę kilometrów szosą dyrdać...
W dodatku było trochę pochmurnie, co miało swoje dobre strony po tych upałach, ale obawiałam się, że z widoków będą nici....
Może się rozpogodzi – mówiłam sobie cicho, z nadzieją w duchu....

Z Przełęczy Knurowskiej już blisko do szlaku.

Pasące się przy drodze owieczki, popatrzyły na nas uważnie, jakby chciały powiedzieć „że też wam się tak chce....”


Z Hali Młyńskiej widać, że w dolinach świeci słońce, a my pod chmurami....

Pokazało się schronisko na Turbaczu, też w chmurze i już się prawie pogodziłam z losem, że nic nie zobaczę..

A tu przy dojściu do Długiej Hali przytrafił mi się kolejny „cud pogodowy”
Jak na zawołanie, chmury się rozeszły, wyszło słońce i od razu zrobiło się weselej na duszy.






Schodziliśmy szlakiem do Łopusznej, ale ponieważ był błotnisty dość mocno, zboczyliśmy na lepszy i skończyło się w Ostrowsku, skąd busem dotarliśmy do Krościenka.
I na tym szlaku, w obie strony nie spotkaliśmy nikogo.
Muszę jeszcze napisać, że muchy niezbyt dokuczały, może im deszcze też dały popalić.
Na koniec – motylek (z małych, ale ładny) i kwiatki, których było mnóstwo i miałam duuużo zajęcia po drodze



Z żalem, jak zwykle wyjeżdżałam do domu, ale i z nadzieją, że w tym roku uda mi się tam zajrzeć pogodną jesienią...

Ala





