Pięć dni słoneczka pod rząd …. to miód na moje serce... w dodatku pełna zgodność na wszystkich portalach pogodowych dawała dużą szanse na to, że się sprawdzi
Mogło być i więcej, ale w sobotę i. niedzielę musiałam zostać w domu, ze względu na ważne uroczystości rodzinne.
Nic to ….. już w sobotę spakowałam manatki, żeby w poniedziałek - w miarę rano - wyjechać.
Znów tylko oboje - z Puntusiem.
Wielką radość miała gaździna z powrotu “córki marnotrawnej” na stare śmieci.
Mimo, że wiedziała, czym ta chwilowa wyprowadzka była spowodowana, było jej bardzo smutno. Autentycznie i szczerze.
Przez tyle lat i przy tak częstych naszych przyjazdach bardzo się człowiek zżyje, polubi i przyzwyczai do siebie.
A mnie ten skok w bok przyniósł nowe znajomości - wspaniałych, gościnnych Górali i świetną towarzyszkę na tatrzańskie szlaki
Chałupa tym razem pusta, więc apartamenty - do wyboru, do koloru.
Wzięłam moją ulubioną dwójeczkę ... fajna i gaździna ma do mnie blisko - drzwi w drzwi..
Wieczory spędzamy sobie razem, z czymś dobrym na przegryzkę, przy herbacie wiśniowej z Lidla, którą zawsze zabieram, bo Pani Zosia ją bardzo lubi.
W dniu przyjazdu - znów tylko krótki spacer, bo dość długo zbałamuciłam na powitaniu, pogawędkach i innych sprawach organizacyjnych.
Poszłam na Kalatówki zobaczyć czy są już pierwsze krokusy .
Po drodze wstąpiłam dla Klasztoru Albertynów. Dawno tam nie zaglądałam.
Wkrótce tego trochę pożałowałam, ponieważ trochę wyżej szlak przypominał Przystanek Woodstok , a ja - po jego pokonaniu - jednego z uczestników
Tam też grudniowy halny narozrabiał i prace przy ściąganiu powalonych drzew zamieniły ten poczciwy szlak na sporym odcinku - w błotniste koryto.
Zresztą cały był urozmaicony wielce - najpierw suchy, potem błocisko, a na końcu lodowisko.
Ale co tam.... widoki stamtąd fajne. Ludzi zero.


Połaziłam, popatrzałam i z powrotem : lodowisko, błocisko, a na suchym - z trudem doprowadziłam swoje buty i spodnie - za pomocą śniegu z poboczy - do stanu nie wbudzającego ciekawości na drodze do Kalatówek.... “gdzie tą kobiecinę nosiło ???”
Na Polanie pięknie, jak zwykle, ale śniegu sporo i krokusy jeszcze pogrążone w zimowym śnie.

Jednak moje cierpliwe śledztwo na bezśnieżnych pagórkach z nosem przy ziemi dało efekt.
Znalazłam pierwsze zwiastuny wiosny i początek dywanu, który już niedługo pokryje całą Polanę.
Dużo uciechy sprawiły mi te małe kwiatki


W kolejnym dniu wybrałam się nad Morskie Oko. Pomyślałam sobie naiwnie ...wtorek...początek tygodnia....ferie się skończyły, będzie spokojnie i bezludnie...
Nie wiem, czy teraz jest jakiś czas, gdy nie ma ludzi na tych popularnych, łatwiejszych tatrzańskich szlakach.....
Nawet taki okres jak listopad, czy marzec - dawniej pusty kompletnie, w ostatnich czasach ludny i gwarny.
Asfalcikiem ciągnęło sporo turystów, furkom też co i rusz trzeba było ustępować.
Skróty częściowo suche, częściowo bardzo mocno oblodzone, ale to zimowa norma - nawet w taką byle jaką zimę jak ta.


W drodze powrotnej wszyscy maszerowali serpentynami. Schodziliśmy tylko we dwójkę - ja w raczkach w miarę spokojnie, i jeden pan bez , ale z ostrą gimnastyką przy poręczach.
Obok schroniska wszystkie miejsca przy ławach zajęte na opalanie przy piwku.
Faktycznie - słońce na bezchmurnym niebie grzało i można było skorzystać z darmowego solarium.
Ja oczywiście poszłam poszukać spokojniejszego miejsca nad stawem.
Hurra.... znalazłam.

Ale zaraz przydreptały na kaczych nóżkach morskooczne żebraczki i próbowały dobrać się do mojego piwka
Po pijaku pływać nie wolno - nie dałam.

Wysmażyłam się zdrowo w słońcu na kamieniu i poszłam na spacer po zamarzniętym jeszcze stawie.
Tam sesja fotograficzna z takim śnieżnym przystojniakiem, do którego ustawiały się kolejki chętnych.
Polacy lubią bałwany – a tych jest ci u nas dostatek
Całe nieszczęście polega na tym, że ich 99 procent stanowią osobniki z krwi i kości - a nie ze śniegu


Na koniec ostatnie spojrzenie na ten bardzo znany widok, mający w sobie jakąś magię, która przyciąga i każe tu wracać wciąż i wciąż - bez znudzenia.
Na pewno wrócę.... mam nadzieję.



“Mam nadzieję “ ...hm...w moim wieku do każdego planu - górskiego zwłaszcza - trzeba te dwa słowa zawsze dodawać
Na kolejną wycieczkę zabrałam moją nową koleżankę “Góralkę Hankę “ z którą bardzo się polubiłyśmy.Tym razem była to Dolina Wielicka, w pięknej zimowej oprawie.
Na parkingu przy Drodze Svobody tylko mój jeden samochód.
Pustki również na szlaku. Nareszcie.
Do lasu szlak suchutki i jak zwykle gorąco w ostrym słońcu.

Za to w lesie droga oblodzona, momentami mocno. Przezornie zabrałam drugą parę raczków i kijków z myślą o Hani i dobrze zrobiłam.
Początkowo planowałam dojście dołem - przez Polanę, ale po wyskrobaniu lasem do rozstaju dróg przy Moście Wielickim doszłam do wniosku, że wyżej może być jeszcze gorzej, ubezpieczenia nie mamy - więc nie ma co ryzykować połamania nóg i wybicia resztek zębów. Pójdziemy szosą.
Sama może bym polazła, ale Adam - mąż Hani, zatroskany naszą wyprawą w obce mu rejony, bardzo prosił żeby było bezpiecznie i to mu obiecałam.
Usiadłyśmy na chwilę przy ławie, po krótkim posiłku zdjęłyśmy raczki , bo szosa na zakręcie sucha.
No niestety...tylko na zakręcie...dalej - do samego Śląskiego Domu - mocno zamrożone lodowisko z wyślizganymi koleinami.
Raczki natychmiast z powrotem na buty, bez nich byłoby naprawdę ciężko.
Tylko kilka krótkich odcinków było suchych.
Nic nie przesadzili Toprowcy w komunikacie o warunkach w Tatrach, ostrzegając, że większość szlaków oblodzonych i bardzo śliskich.

Ale co tam ślizgawica.... widoki, które zaczęły się otwierać wprawiły moją koleżankę w prawdziwy zachwyt.
Mnie też, ale ja je znam - o każdej porze roku - natomiast Hania była tu po raz pierwszy.





Na Sławkowskim coś się wydarzyło niedobrego ......

Tu moja koleżanka wprost oniemiała, trzeba było zatrzymać się na sesję zdjęciową. Chciała pokazać mężowi, dzieciom i przyjaciołom nieznane, piękne okolice Tatr



Gerlach wyglądający z dołu - jak kupka kamieni...

Poszłyśmy oczywiście do końca stawu, skąd Hania nie miała chęci wracać, a ja się bardzo cieszyłam, że sprawiłam jej mnóstwo radości tą wycieczką.
Ostatnio byłam tu w październiku z Violą i jej wrażenia były identyczne.

Droga powrotna też szosą, ale już szybciej, bo z górki, a lód nie był tak bardzo twardy po ciepłym dniu.


Oddałam mężowi Hankę całą, zdrową i zachwyconą wycieczką
Spodobały nam się te wspólne spacery, więc w następnym dniu znów poszłyśmy razem do Gąsienicowej, a potem jeszcze nad Czarny Staw.
Do góry – przez Skupniów Upłaz, powrót przez Jaworzynkę.
Tu i tam momentami sucho, momentami bardzo ślisko, z tym , że momentów śliskich Jaworzynką - dużo więcej.



Poza tym …. co tu pisać.... wyżej piękna zima, choć śniegu nie za wiele.... na dole nie ma go w ogóle.
Nawet zimowa droga nad Czarny nie była przedeptana, bo kosodrzewina nie przykryta śniegiem.
Trzeba było iść pod Małym Kościelcem - jak latem.


091







Krzyżne.... ostatnio dało nam w kość...
Powiedziałam wtedy, że tam już nie pójdę, ale mi przeszło....poczekam tylko na odpowiednią pogodę i pewnie znów się wybierzemy na tą daleką, dość trudną ale przepięknie widokową przełęcz..

Jaworzynka najbardziej uroczo wygląda oświetlona promieniami zachodzącego słońca.


Piątek ....ostatni dzień tej cudnej pogody ….nie do wiary, że jutro ma lać, sypać, wiać, a nawet - jak się okazało - błyskać i grzmieć.
Postanowiłam spędzić ten dzień na Kasprowym - sama - gdyż moja kochana “Góralka Hanka “miała jakieś obowiązki w domu.
Wyjechałam tą okropnie przeze mnie nielubianą kolejką o godzinie 10 - zjechałam o 16.
Bardzo ciepło, piękne widoki, narciarska atmosfera - to co mnie cieszy.
Dwa razy przymierzałam się wcześniej do zjazdu i wracałam, bo jeszcze mi było żal....
Wygrzałam kości na słoneczku w kamulkach na kopule Kasprowego i pod Beskidem - czekając, aż zejdzie stamtąd szemrane towarzystwo drące gębę na całą okolicę.
Z pewnością zwróciłabym im mało grzecznie uwagę i mogłabym dostać za to w swoją


Siedziałam sama i patrząc na panoramę Tatr myślałam sobie – jakie to szczęście, że poznałam smak gór, nie dający się porównać z żadnym innym... ile pięknych chwil tu spędziłam....jakie bogactwo wrażeń wyniosłam z tych wędrówek....ile ciekawych ludzi poznałam dzięki tej pasji......
O ile ubożsi są ci, którym to nie zostało dane......
Mogę się spokojnie uważać za WIELKĄ SZCZĘŚCIARĘ



Luda - jak w lato.

A na Kościelec mogę sobie tylko popatrzeć z daleka ...

Sobota spędzona w przemiłym towarzystwie – w gościnnym domku Hani i Adama.
I niech mi nikt nie powie złego słowa na Górali.
W niedzielę była taka zadyma od rana, wszystko przez noc zasypane....myślałam, że stamtąd nie wyjadę.
Na szczęście popatrzyłam na kamery na drogach i - poza Zakopanem - nie było tak źle...
Buro i ponuro, wiatr dość silny, ale drogi czarne, więc się pozbierałam i jakoś dotarłam szczęśliwie do domu.
Na krokusy trzeba będzie wybrać się ponownie....mam nadzieję, że pogoda będzie łaskawa i pozwoli obejrzeć w promieniach ciepłego słońca to widowisko.
Wycieczki banalne, po utartych szlakach.... zimą na tyle mogę sobie pozwolić.... ale dzięki Ci mój Aniele Stróżu Górski i za to
Niech tylko przyjdzie pogodne lato, jesień …... to i wyżej też się gdzieś wyskrobię..
Mam nadzieję
Ala








