Prognozy dawały niewielką szansę na cztery dni znośnej pogody, ale dłużej już nie mogłam czekać – tym bardziej, że w dalszym okresie miało być tylko gorzej.
Spakowaliśmy manatki i za trzy godziny zameldowaliśmy się u naszej gaździny w Zakopanem, mocno uradowanej naszym przyjazdem .
W dodatku musiałam zabrać ze sobą pieska od syna, którego zostawił mi pod opieką, bo sami pojechali całą rodzinką na narty do Austrii.
Trochę się bałam jak Tofi zniesie czekanie na nas kilka godzin w obcym dla niego pokoju. Jest przyzwyczajony sam zostawać w domu – ale swoim, lub naszym … a w obcym ? ….
Na szczęście od razu bardzo polubił Panią Zosię. Nawet na nią nie zaszczekał jak przyszła do nas na popołudniowo wieczorne pogaduchy - a wręcz przeciwnie, cieszył się jakby ją znał od zawsze.
W dniu przyjazdu – ze względu na niego - nie poszliśmy nigdzie. Chciałam żeby się trochę oswoił z nowym otoczeniem i poczuł że jesteśmy z nim.

Na drugi dzień, po porannym spacerze, wygłaskaniu i poprzytulaniu, dostał coś dobrego do gryzienia i grzecznie został w pokoju. Mądry piesek, leżał sobie spokojnie i czekał aż wrócimy.
A my poszliśmy na Halę Kondratową – blisko, bo pogoda była taka sobie.
Rano jeszcze dość przyzwoicie, a potem fajna śnieżyca – jak za dawnych prawdziwych zim.





Ileż było psiej radości po naszym powrocie do domu... no i w nagrodę spacer z panem, który Tofi bardzo lubi.
W domu od ubiegłego lata jest kot – dość wypasiony, większy chyba od Tofika, który kotów nie znosi – niestety. Starałam się żeby sobie w drogę raczej nie wchodzili.
Wieczorem małżonek poszedł pomóc Pani Zosi przy telewizorze, bo coś tam sama nie umiała i w pewnym momencie zauważyłam że nie ma w pokoju Tofika. Drzwi wejściowe były zamknięte na noc, więc musiał być w domu. Obeszłam całą chałupę z góry na dół … psa nie ma, kota zresztą też .
Po chwili usłyszałam drapanie z zamkniętego pokoju obok. Otwieram – i ku mojemu przerażeniu zobaczyłam psa i kota razem.
Kot siedział na stole i świdrował wzrokiem psa, a ten nawet nie odważył się szczeknąć na niego.
Sytuacja była nieciekawa, bo gdyby coś się stało kotu Pani Zosia dostałaby “stanu przedzawałowego” , a gdyby psu – z pewnością ja, bo przecież był pod moją opieką.
Na szczęście było tylko sporo śmiechu z tej kocio-psiej przygody.

W następnym dniu spacer do Kościeliskiej.






Mieliśmy iść nad Smreczyński Staw, ale zmieniliśmy zamiar i zajrzeliśmy na szlak na Iwaniacką Przełęcz. Przez tyle lat łażenia byliśmy tam tylko dwa razy - i to dość dawno …. szczerze mówiąc mało go pamiętam. Podeszliśmy kawałek na polankę, skąd ładne widoki zimowych gór, nowy mostek na potoczku i w ogóle piękna zima.








W kolejnym dniu słoneczny, cudowny poranek zajrzał przez okno do pokoju. To zawsze działa na mnie jak wygrana w totolotka.
Szybka decyzja – jedziemy do Kuźnic, na Kasprowy, odwiedzimy Beskid i zejdziemy z Przełęczy Suchej do Gąsienicowej, a potem przez Skupniów Upłaz do Kuźnic.
Niewielka jak na tamte warunki kolejka do kolejki – na pół godziny stania, ale za chwilę już była na półtorej.
Jakoś przecierpiałam tą jazdę ale za to na szczycie... ach... widowisko z chmur, które rzadko mamy okazję oglądać, bo zawsze prawie gdy tam jesteśmy niebo jest bezchmurne, lub chmury wysokie.
Teraz co i rusz odsłaniały się inne szczyty, które za chwilę znikały w białym puchu. Około dwudziestu minut trwało to przedstawienie I niebo zrobiło się prawie czyste. Bardzo mi się podobał ten spektakl, lubię takie rzeczy.















Piękna jak zwykle wycieczka, sprawiła mi dużo radości .
Po południu czekała mnie jeszcze jedna przyjemność – impreza otwarta dla wszystkich pięknoduchów lubiących poezję, pod tytułem Noc Poetów połączona z Konkursem Jednego Wiersza , która miała się odbyć w Grand Hotelu Stamary, niedaleko Urzędu Miasta.
Wyczytałam o tym w Tygodniku Podhalańskim w internecie.
Ponieważ lubię poezję i takie klimaty, postanowiłam iść i posłuchać wierszy twórców, którzy zjechali tu z całej Polski.
Niektórzy wykonywali swoje utwory śpiewająco, akompaniując sobie na gitarze – i te podobały mi się najbardziej.
W przerwie był poczęstunek pysznymi serami, eleganckimi kanapkami, lampką wina - niestety byłam samochodem, bo to dość daleko a już w nogach trochę miałam. Poza tym byłam sama, bo małżonek jest mało romantyczny
A to już do moich przyjemności nie należy, bo jestem tchórzliwa co nieco.
Impreza ta odbywa się co roku, 27 lutego i nosi imię J. Tawłowicza - poety, który zmarł w ubiegłym roku.
Organizuje ją Tygodnik Podhalański i przesympatyczna Pani Redaktor - Beata Zalot..
Jeśli mi się uda, w przyszłym roku też będę chciała wziąć udział w tym wydarzeniu.
I tym wspaniałym akcentem zakończyła się nasza krótka ale treściwa wyprawa w Tatry , razem z pogodą, która w dniu wyjazdu – na szczęście dopiero po południu - popsuła się definitywnie .
Ala

Panoramka




