viewtopic.php?t=9337
W tej części napiszę o przyjemniejszych wydarzeniach, o które mój Anioł Stróż Górski zadbał – jak zwykle – bez zarzutu.
Nie planowałam wyjazdu do Zakopanego w tych dniach, ponieważ wiedziałam, że w “mojej” chałupie, “Rysiu” i dwóch innych zaprzyjaźnionych, gościła 80-osobowa grupa młodych sportowców z Białegostoku, którzy co roku w listopadzie i styczniu mają jakieś zajęcia w Tatrach.
Ponieważ jednak bardzo chciało mi się jechać – śledziłam portale internetowe i wyśledziłam kilka dni ładnej pogody...
Dwa dni szarpały mną rozterki i nadzieja, że te piękne dni przesuną się o tydzień – ale nie chciały....
Tęsknota zwyciężyła i właściwie dobrze, bo poznałam nowych wspaniałych ludzi.
Znalazłam przez internet pokoik w willi “Żółta Turniczka”, dwie chałupy dalej, na ul. Kurierów Tatrzańskich. Blisko i okolica ta sama, do której jestem mocno przywiązana.
1.

Bardzo sympatyczna, młoda gospodyni Kasia, w domku czyściutko, pachnąco i miło.
Gorąco polecam
Żeby się wybrać gdzieś dalej w dniu przyjazdu, trzeba wyjechać z domu o 5 rano.
Niestety wyjechałam dużo później i czasu starczyło tylko na Nosal.... ale i tu było pięknie, bo pogoda dopisała, górka niedaleko, a widoki stamtąd przednie.
Na stokach i szlaku Nosala też ślady po grudniowej katastrofie, powywracane drzewa, sterczące korzenie.
2.

3.

4.

5.

Zaraz po przyjeździe - podczas spisywania danych meldunkowych – poznałam mamę gospodyni, która również lubi chodzić po górach, więc szybko się dogadałyśmy i zaprosiłam ją na drugi dzień na wycieczkę do Doliny Kieżmarskiej.
Ania okazała się świetną towarzyszką na szlaku, i dzięki niej ta wycieczka sprawiła mi podwójną, ogromną przyjemność.
Pogoda jak z bajki i zaraz na parkingu niespodzianka.... nie ma parkingowego, ani nawet budki, w której urzędował, nikt nie zbiera opłaty...... super.... 5.60 euro zostało w kieszeni.
Co za fajny początek wycieczki !!!
Tylko w tej dolinie zobaczyłam podczas tego wyjazdu zimę... od szlabanu do schroniska droga w śniegu przymrożonym, gdzie nie gdzie zalodzony mocno odcinek – dla zapewnienia sobie komfortu marszu trzeba było założyć raczki.
6.

7.

Na polanie też biało, choć kosodrzewina nie przykryta śniegiem.
8.

9.

10.

11.

Doszłyśmy do schroniska, ale radość z tego faktu popsuł mi przeraźliwy krzyk dziecka nad stawem.Wychyliłam się z nad barierek i zobaczyłam dwoje dzieci w wieku 3 i 4 lat, próbujących wyjść po lodospadzie, w który zamieniły się schody prowadzące nad staw.
Jak one tam zeszły ????
Pewnie zjechały na dupkach, ale wejście z powrotem było niemożliwe, tym bardziej, że nie dostały rączkami do poręczy. Rodziców ani śladu.
Przerażony młodszy chłopczyk krzyczał wprost nieludzkim głosem, a siostra próbowała go bez skutku wypychać do góry.
Nikt się nie kwapił, a ja nie mogłam tego słuchać i bardzo powoli, ważąc każdy krok (w raczkach
Mały, niesamowicie usmarkany i spłakany – choć mnie nie znał - przestał płakać i wyciągnął do mnie rączkę, jak do jakiejś wybawicielki.
Wyciągnęłam jakoś te dzieci do połowy schodów, potem pomógł mi młody chłopak, którego poprosiła Ania.
Przekazałam je na górze słowackiej mamie, której się ode mnie oberwało zdrowo.
Dopiero co wyszła ze schroniska i szykowała się powoli do zejścia z trzecim, może półrocznym dzieckiem przywieszonym do piersi – próbując zakładać raki, bo bez tego zejście tam było niemożliwe.
Trochę się tłumaczyła, że zostawiła je same na chwilę, ale podziękowała mi bardzo za pomoc, bo widziała w jakim stanie był synek.
Mama bez wyobraźni.
12.

13.

Pod wieczór fajne chmury podświetlone zachodzącym słońcem pojawiły się na niebie.
14.

Spodobała nam się ta wspólna wycieczka i na drugi dzień umówiłyśmy się na kolejną – na Białovodską Polanę.
Krótko, bo Ania miała jakieś obowiązki w domu.
Tam szok – od Łysej Polany dokąd wzrok ogarnął na Polanie - zero śniegu .
Pięknie wykończona siedziba nowa TANAP, stara zburzona bez sentymentów i
postawiony budynek gospodarczy z garażami.
.
15.

Luty w Tatrach ?????
16.

Widoki - jak zawsze - CUDNE …..
17.

Pamiątkowa fotka z miłym gospodarzem “Tanapówki” Martinem, z którym wesoło pogadałyśmy o psach i innych ciekawych rzeczach.....
18.

…. i trzeba było wracać do domu.
19.

Ponieważ taka wycieczka na cały dzień to dla mnie za mało, a było jeszcze dość wcześnie, podwiozłam Anię do domu i pojechałam do Doliny Kościeliskiej, której widok wprawił mnie w niezły szok i popsuł mi całą radość tego pobytu.
Ale nie chcę tu o tym pisać ….. piękne chwile też były.
20.

21.

22.

W następnym dniu wybrałam się do Doliny Chochołowskiej.
Miałam już wyobrażenie, jakie widoki mnie tam czekają.
Sprawdziły się niestety i znów skatowały moją biedną zakochaną w Tatrach duszę.
Nie będę o tym pisać
Dzień początkowo lekko pochmurny, na Polanie Chochołowskiej pięknie się rozpogodziło.
Posiedziałam długo - w cieple słoneczka - na ławkach koło kapliczki rozmyślając o tych fatalnych świątecznych wydarzeniach.
Tu halny na szczęście nie zrobił krzywdy wspaniałym smrekom – ozdobą tego miejsca.
23.

24.

25.

26

Na pociechę – kolorowy zachód słońca nad Siwą Polaną.
27.

Dzień zakończył przemiły wieczór spędzony w pięknym góralskim domu Ani i
jej męża.
W grudniu nie starczyło mi czasu, aby zajrzeć na moją ulubioną Małą Łąkę, toteż postanowiłam zrobić to tym razem. Miałam nadzieję, że tam ochłonę trochę po ostatnich dniach, które mówiąc delikatnie – radości mi nie przysporzyły.
No, niestety – tam też nic pocieszającego …..
Nad samymi szczytami budował się kolejny halny, ale póki co – tu nie wiało, wiec polazłam jeszcze na Przysłop Miętusi.
Dalej się nie wybierałam, bo sądziłam, że może być szlak zamknięty, ale kilka osób podchodziło z tamtej strony i poinformowali iż nie ma problemów z przejściem.
Skoro nie ma – to poszłam.... ale chyba po to, aby kolejny raz popsuć sobie nastrój
Nie będę o tym pisać
28.

29.

30.

Za to w tej biednej Dolinie Kościeliskiej wiało, aż tumany kurzu fruwały w powietrzu na otwartej polanie koło bacówki. Mnie w plecy, więc pół biedy, ale ludzie, z małymi dziećmi z pozastawianymi szalikami twarzami dzielnie parli w głąb doliny, mimo wyraźnie szybko budującego się wału chmur.
W sobotę musiałam wracać do domu, ale ponieważ było ładnie zajrzałam jeszcze na Pęksowy Brzyzek i pospacerowałam po lubianych okolicach Zakopanego.
31.

32.

Trzeba było przejść kawałek przez Krupówki , a tam - jak zwykle - krupówkowe cuda i dziwy
33.

Nie obyło się bez odwiedzenia mojej gaździny, która była autentycznie bardzo zmartwiona moim zamieszkaniem w innym domu, ale ją pocieszyłam i było dobrze.
A poza tym w Tatrach była wiosna....
W zmasakrowanej Dolinie Chochołowskiej kwitną bazie....
34

….a w Białovodskiej wychylały swoje łepki lepiężniki
35.

….wiewiórce z ulicy B.Czecha ktoś odgryzł kawałek ucha
36.

Trochę za szybko zleciało mi tych kilka dni, nie zdążyłam wiele miejsc odwiedzić.
Ale nic to – jak się trafi znów okienko pogodowe pojadę tam z powrotem .......
Jeśli ta wiosenna pogoda się utrzyma – to pewnie na krokusy trzeba będzie wyruszyć w pierwszej połowie marca
Dziękuję przemiłej Ani za wspaniałe towarzystwo na szlakach i za pyszną wystawną kolację, oraz serdeczne przyjęcie w swoich gościnnych progach mojej skromnej osoby.
Mam nadzieję, że jeszcze się nieraz razem gdzieś w góry wybierzemy
Ala





