Plan był taki że idziemy na Przełęcz Liliowe i na Beskid bo nigdy nie byłem na Beskidzie. Potem Kasprowy i Czerwone Wierchy. Weszliśmy na Liliowe.
Zmrożone trawy pięknie kontrastowały z zielenią Stawów Gąsienicowych. Popatrzyłem w kierunku planowanej wycieczki. Widać było Kasprowy ale za nim szczyty kryły się w chmurach. Odwróciłem się w drugą stronę. Górująca nad otoczeniem Świnica wyglądała groźnie ale chmury jej nie zasłaniały. Zastanawiałem się chwilę. Pójdziemy na Czerwone i gówno zobaczymy czy zaryzykujemy troszkę, tak w sumie niewiele więcej niż drogą na zachód i będziemy mieli widoczki – pocieszałem się. Zdecydowałem. Poinformowałem Mikela o zmianie planów. Dla niego znaczyło to tylko tyle że zaliczy honorniejszą górę. Ucieszył się.
Szlak był wymagający. Kamienie pokryte były lodem. Czujne stąpanie trwało aż do łańcuchów. Łańcuchy okazały się sporym ułatwieniem (nie mylić z ubezpieczeniem drogi). Aż napotkaliśmy chłopaka z dziewczyną.
Byli w cienkich kurteczkach bez czapek i rękawiczek. Wystraszeni i zmarznięci odradzali nam dalszą drogę bo dalej był niebezpieczny moment i oni akurat nie czuli się na takie atrakcje i zawrócili.
- Pójdziemy, zobaczymy i najwyżej zawrócimy – powiedziałem.
- Powodzenia – zawołała dziewczyna.
- Do zobaczenia w schronisku - rzuciłem niczym zaklęcie.
Spojrzeliśmy po sobie z bratem i wzruszywszy ramionami ruszyliśmy dalej. Doszliśmy do miejsca o którym wspominała parka.
Szlak był łagodnie nachylony i trawersował zbocze. Latem nie byłoby to nic godnego uwagi ale wtedy spływał na niego taki mini lodospad a do tego na odcinku trzech metrów nie było łańcuchów. Problem był taki że nie było czego się trzymać a na pochyłej glazurze przyczepność była żadna. Mikel zaoferował się że pójdzie pierwszy. Przyznaję przed czytającymi tę relację że nie było mi śpieszno i puściłem go przodem. Robiliśmy te trzy metry piętnaście minut. Był to ekwilibrystyczny balans ciałem i psychiczna walka i próba zapanowania nad strachem. Najtrudniejsze i najdłuższe mentalnie trzy metry w moim życiu. Przeszliśmy to. Udało się.
- Ja pierdolę - krzyczałem z wrażenia.
- Ty wiesz co ja musiałem zrobić - darł się Mikel.
- Zasysałem powietrze pośladkami żeby mieć lepszą przyczepność - śmiał się mój brat.
Na szczycie Świnicy byliśmy sami.







[/URL








