Ostatnio byliśmy tam w styczniu, więc już mi się bardzo, bardzo tęskniło za starymi kątami, które tak lubię.
Wprawdzie patrząc na prognozy pogody ręce mi opadły, ale nie ma tego złego...przynajmniej odpoczniemy jak na porządnych dziadków przystało, na spokojnie obejrzymy występy , bez pośpiechu i zmęczenia wyprawami górskimi.
Z takim nastawieniem przestałam sie przejmować pogodą.
Okazało się, że wcale nie było tak źle, tylko w pierwszych dniach dość zimno. Potem pogoda zrobiła wspaniałą niespodziankę i po zakończeniu Festiwalu – a nawet wcześniej - można było kilka wycieczek zrobić.
Festiwal to świetna impreza, a ja jestem wielbicielką tańców i śpiewów wszelakich więc miałam wielką ucztę duchową patrząc na występy prezentujące kultury i zwyczaje różnych narodów.
Ten taniec w wykonaniu młodych Kazachów był niesamowity. Nazywał się taniec galopującego konia, czy dzikiego konia – nie pamiętam dokładnie - ale zrobił na mnie ogromne wrażenie.
1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.

8.

Niestety – chyba pod namiotem – złapałam jakiegoś paskudnego wirusa, który mi bardzo skomplikował pobyt i wędrówki. Właściwie, to wypadałoby leżeć w łóżku cały tydzień …. ale Matuniu...jak tu chorować w Tatrach w taką piękną pogodę
Połaziłam na tyle, na ile mi siły w tym nieciekawym stanie zdrowia pozwoliły.
Wszędzie tłumy ludzi. O kolejce do kolejki nie ma nawet co pisać, ale kolejka do wejścia na Kasprowy mnie zszokowała.
Do Kondratowej na całej trasie pielgrzymka, która spowodowała, że zrezygnowałam i skręciłam do Klasztoru Albertynów. Tu było puściutko.
Fakt graniczący z cudem w Tatrach o tej porze roku .
Taki lekki spacer żeby nie siedzieć w domu, bo po południu występy festiwalowe .
9.

10.

Sarnia Skała po południu, kiedy to większość turystów już zdążyła ją “zdobyć” i zejść. Czasem warto się wlec w ogonie.
11.

12.

Najgorzej było 26 sierpnia w sobotę – wybrałam się raniutko do Gąsienicowej z zamiarem przejścia przez Karb. Niestety , nic z tego nie wyszło. Mimo, że było pięknie, musiałam zrezygnować, wrócić i jakoś dowlec się do chałupy - prosto do łóżka .
Decyzja o tym heroicznym czynie oznaczała sytuację
13.

14.

Po sobotnim popołudniowym wylegiwaniu, w niedzielny poranek czułam się jeszcze gorzej, więc w poniedziałek - skoro świt – wyruszyliśmy w ramach terapii szokowej do Doliny Pięciu Stawów, a potem jeszcze na Kołową Czubę .
Pomogło trochę , ale z tego wszystkiego to szoku dostała moja biedna gaździna i stwierdziła że jestem niemożliwa.
Sądzę że miała na myśli bardziej dosadne określenie
15.

16.

17.

18.

Ten sympatyczny świstak nie przeraził się mojego tragicznego kaszlu którym bezustannie zakłócałam górską ciszę i pięknie pozował mi do fotki
19.

20.

21.

Tu też ucieczka w bok od tradycyjnie zatłoczonej Kościeliskiej.
22.

23.

24.

Nietrudna, bo podparta kolejką ( o cudzie kolejnym, po 15 minutowym oczekiwaniu do kasy) – wycieczka granią z atrakcjami w postaci kozic . U Słowaków można je spotkać prawie wszędzie, u nas rzadziej mam okazję.
25.

26.

27.

28.

29.

No i Tatry Zachodnie, gdzie zawsze jakoś wcześniej jesień zagląda.
30.

31.

32.

A na Rakoniu spotkanie – jak zwykle przemiłe – z Beatką, Romkiem i Pawłem , którzy podeszli tam od strony Przełęczy Zabrat, ponieważ kwaterowali w Zubercu.
Mieliśmy się spotkać na Wołowcu, gdzie oni wcześniej dotarli, ale tam ponoć wyroiły się jakieś skrzydlate mrówki, czy podobne stworzenia boże i latające chmary nie dały spokojnie posiedzieć, więc po krótkim pobycie zeszli na Rakoń.
Tu również były, ale mniej - dało się wytrzymać , choć też trochę dokuczały.
Oczywiście nie obeszło się bez pamiątkowych fotek
33.

34.

35.

Na koniec wypoczynek pełną gębą na Polanie Małej Łąki - o dziwo pustej, chociaż przy kamieniu i ławach turystów nie brakowało.
Na szczęście nikomu nie chciało się iść dalej i można było w spokoju wygrzać kości na słoneczku.
36.

Potem jeszcze pobliski Przysłop Miętusi i koniec pogody – czas wracać do domu.
37.

Dwanaście dni zaspokoiło częściowo mój ciąg, choć miałam trochę inne plany wycieczkowe, które legły w gruzach przez chorobę.
Nic to - mam nadzieję zrealizować je w październiku, bo na wrzesień nie ma już co liczyć
Ala

Panoramki:











