Coś za dużo awantur jest wokół tego muzeum, więc postanowiliśmy sami zobaczyć i wyrobić sobie własne zdanie.
Ponoć trudno o bilety...
Decyzja zapadła w weekend majowy. Bilety załatwiłem bez problemów przez internet i pojechaliśmy.
Dojazd nie należy do łatwych, bo to Stara Stocznia... Dobrze, że Gdańsk znamy dość dobrze.

Z zewnątrz bardzo nowoczesny i okazały budynek.

Dla zorientowania się w całości bryły postawili przed wejściem zgrabną miniaturę...
Weszliśmy... Trzy piętra pod ziemię... Ja oczywiście jak zwykle z aparatem na szyi...
No i w środku, choć nikt nie zabraniał, nie zrobiłem ani jednego zdjęcia! Bo tam trzeba być, a żadne zdjęcie czy film z wnętrza nie będzie w stanie oddać ciężaru wrażeń i... refleksji.
Indywidualne słuchawki i prowadzenie każdego indywidualnie od pierwszego od ostatniego eksponatu, to genialny pomysł. Widzieliśmy sporo różnych muzeów w kraju i poza nim. Były bardzo tradycyjne i bardzo nowoczesne, ale aż tak medialnego jeszcze nie zwiedzaliśmy.
Wyszliśmy zszokowani wspaniałą i bardzo rozległą ekspozycją, choć należymy do roczników, którym nie mało o drugiej światowej mówiono w szkołach, a i rodzice z racji osobistych doświadczeń sporo dodawali.
Nasze wspólnie po zwiedzaniu przedyskutowane zdanie jest takie, że zarzut "mało polskiego" sposobu pokazania wojny jest poza wszelką dyskusją... bzdurą, albo... kolejną polityczną hucpą! A najprawdopodobniej... obydwoma, bo każda hucpa jest bzdurą, a bzdury się głosi głównie dla... hucpy.
Jeśli coś w tej ekspozycji pozmieniają, to warto zachować w pamięci tę pierwotną. I po to tam pojechaliśmy.
