PRK - czyli Polska Rzeczpospolita Kilometrówkowa.
No i zaczęło się polowanie z nagonką, takie same na uczciwych jak i nieuczciwych. Z tym, że wpierw należałoby ustalić co znaczy "uczciwy", czy wg kryteriów przepisu prawnego czy też niepisanych na ogół reguł etycznych. A przede wszystkim należałoby ustalić czy mamy do czynienia z ryczałtem czy też limitem bo to zasadnicza różnica.
Panie i panowie posłowie/politycy prześcigają się w mądrych lub odwrotnie pomysłach na to jak to wszystko uszczelnić, tak aby wszystko było na ostatni guzik, by nie trafił się ani jeden nieuczciwie rozliczony kilometr.
No i na tym tle takie osobiste wspomnienie - owszem, korzystałem z kilometrówki lub raczej miałem zezwolenie na korzystanie z własnego samochodu do celów służbowych, podobnie zresztą jak ok. 10 osób w firmie (tak, tak, to wcale nie był przywilej dla superkomuchów), po 1989 roku również. No i w firmie pojawił się rewident z ministerstwa i zabrał się za moje i wszystkich pozostałych rozliczenia. No i wtedy się okazało, że przy iluś tam rozliczeniach zawyżyłem o jakieś tam 5,8,12 km i przy iluś tam zaniżyłem o jakieś tam 5, 8, 12 km. W sumie "naciągnąłem" firmę, pamiętam to doskonale, na 14 km w trakcie 3 lat. Skąd się to wzięło? Otóż ja miałem w aucie specjalny notes, w którym zapisywałem stany licznika a ów nadgorliwy rewident posłużył się danymi z atlasu samochodowego, co oczywiście przy dużych miastach nie jest precyzyjne, by mówiąc już o ew. czasowych objazdach. Zapłaciłem za te 14 km, choć mogłem się odwoływać ale doszedłem do wniosku, że szkoda czasu i nerwów na utarczki z idiotą.
Dlaczego o tym piszę - by wykazać do czego prowadzi chorobliwa podejrzliwość. I mam podstawy aby sądzić, że właśnie z czymś takim mamy do czynienia lub zaczynamy mieć do czynienia w sytuacji, w której od absolutnego "hulaj dusza, piekła nie ma" przechodzimy do zegarmistrzowskiej precyzji. Nie przesadzam - otóż wysoki urzędnik Kancelarii Sejmu stwierdza dobitnie, że poseł aby rozliczyć podróż zagraniczną samochodem musi go mieć na własność. A co jeśli jest zarejestrowany na żonę/męża? Powie ktoś - ok, własność wspólna. Ale prawnie tylko wtedy jak został zakupiony w okresie trwania małżeństwa i nie ma notarialnie stwierdzonej rozdzielności majątkowej. Pomijając już taki orzypadek, że się jest od niedawna w związku i mąż/żona go zakupił przed ślubem. Albo to, że ktoś akurat gruchnął i ma auto u blacharza i lakiernika i pożyczył auto od kogoś.
Powie ktoś, że dzielę włos na czworo i to są przypadki specyficzne, które można wyjaśnić. Owszem, jest w tym może trochę racji, ale tu chodzi o zasady a raczej o to aby nie tworzyć kija, którym można uderzyć kogoś, którego akurat trzeba. I zupełnie tu nie ma znaczenia czy to jest kij władzy na opozycję czy też kij opozycji na władzę.
PS.
Szef klubu PiS, pan poseł Błaszczak domaga się od pani premier aby pana Radosława Sikorskiego wyrzuciła z partii, sejmu itd. Chciałbym tu przypomnieć, że sakramentalna zasada prawna określa, że dopóki nie zapadł wyrok sądowy to obowiązuje zasada domniemanej niewinności. Z drugiej strony natomiast uważam, że w tej sytuacji pan Radosław Sikorski powinien zawiesić swoje obowiązki marszałka sejmu a także udział w klubie poselskim. No i uważam, że dotyczy to nie tylko Sikorskiego ale i "trójki madryckiej" również. Bo jak wymiar sprawiedliwości, szczególnie tej nie tyle sądowej co partyjnej/korporacyjnej działa zbyt szybko, to zawsze to wzbudza podejrzenia, że mamy do czynienia z "sądem kapturowym" a ludziom w moim wieku jakoś to dziwnie przypomina praktyki nieboszczki PZPR.
_________________
prk
Tak dla uzupełnienia i pośmiania się:
W wczesnych latach 60-ych pracowałem w firmie zajmującej się eksploatacją kruszywa budowlanego. Akurat koleżanka geolog z firmy była na urlopie i mnie, mechanika, oddelegowano na spotkanie z pracownikiem firmy geologicznej na terenie projektowanych wierceń poszukiwawczych, co zresztą nie było specjalnie skomplikowane bo byłem w tej geologii nieźle oblatany. Na miejscu okazało się, że ta wioszczyna to było absolutne zadupie, w której nie było żadnej firmy/instytucji/urzędu dysponującej pieczątką. Precyzyjnie mówiąc to jedna była - parafia. No i poszliśmy do księdza, pieczątki na delegacjach przyłożył i nawet kawą i nalewką na wiśniach poczęstował. Mogłem oczywiście zrezygnować z tych kilkunastu złotych diety (dojechałem służbowym samochodem) ale potraktowałem to, nie ukrywam, że złośliwie, jako swoisty eksperyment.
Księgowy gdy mu dałem delegację zbladł i jąkając się z zdenerwowania oświadczył, że to prowokacja i on tego rozliczyć nie może, dyrektor okazał się jednak być odważniejszym i zatwierdził. Ale to nie koniec sprawy, za jakiś rok pojawił się w firmie rewident z Zjednoczenia z Warszawy, zausterkował i podłożył samemu dyrektowowi Zjednoczenia pismo, w którym wezwano mnie oraz mojego szefa do wyjaśnień. Pośmialiśmy się setnie i wypichciliśmy pismo. Zatwierdzono, jakoś kolejnego pisma, tym razem z Ministerstwa nie było.
Jak mi się zdaje to wkraczamy na podobną ścieżkę idiotyzmu.
W wczesnych latach 60-ych pracowałem w firmie zajmującej się eksploatacją kruszywa budowlanego. Akurat koleżanka geolog z firmy była na urlopie i mnie, mechanika, oddelegowano na spotkanie z pracownikiem firmy geologicznej na terenie projektowanych wierceń poszukiwawczych, co zresztą nie było specjalnie skomplikowane bo byłem w tej geologii nieźle oblatany. Na miejscu okazało się, że ta wioszczyna to było absolutne zadupie, w której nie było żadnej firmy/instytucji/urzędu dysponującej pieczątką. Precyzyjnie mówiąc to jedna była - parafia. No i poszliśmy do księdza, pieczątki na delegacjach przyłożył i nawet kawą i nalewką na wiśniach poczęstował. Mogłem oczywiście zrezygnować z tych kilkunastu złotych diety (dojechałem służbowym samochodem) ale potraktowałem to, nie ukrywam, że złośliwie, jako swoisty eksperyment.
Księgowy gdy mu dałem delegację zbladł i jąkając się z zdenerwowania oświadczył, że to prowokacja i on tego rozliczyć nie może, dyrektor okazał się jednak być odważniejszym i zatwierdził. Ale to nie koniec sprawy, za jakiś rok pojawił się w firmie rewident z Zjednoczenia z Warszawy, zausterkował i podłożył samemu dyrektowowi Zjednoczenia pismo, w którym wezwano mnie oraz mojego szefa do wyjaśnień. Pośmialiśmy się setnie i wypichciliśmy pismo. Zatwierdzono, jakoś kolejnego pisma, tym razem z Ministerstwa nie było.
Jak mi się zdaje to wkraczamy na podobną ścieżkę idiotyzmu.
Jestem gorszego sortu...
Jeszcze trochę i Hofman męczennikiem zostanie 
A w sumie kolejna burza w szklance wody.
Ja jestem za tym by po prostu poseł zarabiał więcej.
Masz np. 30000 miesięcznie i wydaj je na co chcesz. Ale żadnej innej kasy, żadnych zwrotów wyimaginowanych kosztów, kilometrówek itp. cudów na kiju.
Tyle że to pewnie byłoby za proste.
A w sumie kolejna burza w szklance wody.
Ja jestem za tym by po prostu poseł zarabiał więcej.
Masz np. 30000 miesięcznie i wydaj je na co chcesz. Ale żadnej innej kasy, żadnych zwrotów wyimaginowanych kosztów, kilometrówek itp. cudów na kiju.
Tyle że to pewnie byłoby za proste.
Każdemu jego Everest...
Dokładnie.andy67 pisze:
A w sumie kolejna burza w szklance wody.
Ja jestem za tym by po prostu poseł zarabiał więcej.
Masz np. 30000 miesięcznie i wydaj je na co chcesz. Ale żadnej innej kasy, żadnych zwrotów wyimaginowanych kosztów, kilometrówek itp. cudów na kiju.
Tyle że to pewnie byłoby za proste.
Pomyśl o wszelkich instytucjach prawodawczych, potem wytworzeniu przepisów wykonawczych, utworzeniu instytucji kontrolnych, rozsądzaniu sporów, także tych dotyczących wzajemnie wykluczających się przepisów.
Każdy patrzy po swojemu, więc z mojej działki-
czy Twoje słowa nie przypominają pojedynczych głosów rozsądku, tak jak np. w czasie wchodzenia ustawy refundacyjnej i nieogarnialnego bałaganu związanego z ustaleniem prawa do świadczeń zdrowotnych: ktoś mądry zasugerował, że skoro sama władza upiera się, iż nieubezpieczonych jest mniej niż 1 %, to może ustawowo uznać po prostu obywatela Polski za ubezpieczonego i że koszty tego mogą być wyraźnie mniejsze od kosztów tworzenia, wymagania i kontrolowania przestrzegania przepisów, z których część była ze sobą sprzeczna a wszystkie razem i tak nie dawały nikomu pewności co do skuteczności i bezpieczeństwa procedowania.
Ale niestety - w mętnej wodzie......
Już ktoś to dawno zauważył: tzw. uczciwi ludzie nie powinni się zżymać na istnienie różnych, czasami bardzo uciążliwych przepisów kontrolnych - bowiem nie można patrzeć po sobie. Jak dla mnie, nie musiałyby w ogóle istnieć przepisy karne o kradzieży, bowiem mentalnie nie mam w sobie w ogóle pomysłu by móc coś ukraść....
Ale rozumiem, że przepisy o kradzieży jednak muszą być.
Istnieje jednak trend odwrotny. Mnożyć przepisy by wytworzyć właśnie ową mętną wodę.
Taką w której odpowiednio zdolny, wystarczająco bezczelny oraz dostatecznie obeznany z mętnością przepisów osobnik, będzie mógł kręcić lody i zgarniać kasę, poniekąd nie kradnąc. Poniekąd.
- mefistofeles
-

- Posty: 17204
- Rejestracja: pt 25 cze, 2004
- Lokalizacja: Inowrocław
- Kontakt:
i tak by robili przekręty, to nawet nie jest specyfika budżetówki. Słyszałem masę historii typu dyrektor w dużej firmie kserujący w pracy dodatek do Wyborczej bo szkoda mu 5 złotych z prywatnej kasy (choć to w sumie chwalebne nie dać Agorze zarobić), czy też syn własciciela dający do rozliczenia kazdy najmniejszy prywatny rachunek.andy67 pisze:Ja jestem za tym by po prostu poseł zarabiał więcej.
Jeśli się boisz, już jesteś niewolnikiem!
Grzegorz Braun
Grzegorz Braun

