Pierwszy tydzień spędziliśmy w Mittenwald, górach Karwendel gdzie w okropnych temperaturach, dochodzących do 35 C biegaliśmy w górę i w dół na czas, wcale nie dobrowolnie. Wynikało to głównie z tego że po południu nadchodziły burze i musieliśmy zapieprzać żeby zdążyć zejść. Nie zawsze się nam to udawało.
Mieszkaliśmy na campingu w Mittenwald, jak na warunki niemieckie, nieco zdziczałym i zaniedbanym, co nam bardzo odpowiadało, bo nie ma nic gorszego niż sterylność, na którą natknęliśmy się później w Austrii.
Noga spisywała się znakomicie. Jakoś tak się dziwnie składa że obuwie górskie jest jedynym, w którym noga mnie nie boli
Droga na Gehrenspitze. Byłam tu już jesienią zeszłego roku ale dla Basi to pierwszy raz.



Zmęczenie i upał albo raczej upał i w związku z tym zmęczenie.

W drodze do Mailerhuette spotykamy dziewczynę ze Szwecji, która wraz z dwoma psami ( na zdjęciu niestety widoczny tylko jeden, ten mały gdzieś się zapodział) już od dwóch miesięcy przemierza Alpy. Podziwiałam ją bardzo. Zeszłej nocy szalała straszna burza a ona nocowała w namiocie w dolinie. Bardzo dzielna dziewucha. W schronisku udało mi się namówić chatarkę żeby ją przenocowała w pokoju wraz z psami, bo znowu zbierało się na burzę a schronisko leży bardzo wysoko. Dziewczyna nie chciała spać w pokoju bez psów. Jak nie wezmą psów to ona też nie będzie tam nocować.

Przez kilka dni pogoda wpadła w taki rytm że po południu i w nocy burze a ranki przepiękne. Rześkie i słoneczne. Tylko że gonić trzeba było.




Kiedy uznaliśmy że kondycja nam się polepszyła a i pogoda dopisuje przenieśliśmy się w Alpy Oetztalskie. Tam dwa lata temu pozostało tam moje serce, zdradziłam dla nich Dolomity.

Uwielbiam ich przestrzenność i ponurość. Właściwie to tylko kupa kamieni trzymana razem przez lód, wieczną zmarzlinę.




Tu nasze schronisko. Breslauer huette czyli schronisko wrocławskie.

Pod wieczór każdy oddaje się swoim ulubionym zajęciom

Jutro ciąg dalszy:)






























