zamknięte.
Tatry większe, wyższe, kamieniste więc tam się może jakiś suchszy znajdzie
A tak poza tym; - to Tatry są moim numerem jeden, więc mnie to specjalnie nie zmartwiło.
Dość intensywne życie rodzinno- towarzyskie w maju mi się wykroiło, a i pogoda nie sprzyjała za bardzo - więc ze splotu tych dwóch dwóch czynników wyszło mi, że mogę jechać tylko na dwa dni.
Trudno - dobre i to, a zdziwionymi pytaniami niektórych - “jak ci się chce ???? “ ….. i “czy ci się opłaci ???”
Jak zwykle się nie przejęłam, ani nie próbowałam im wytłumaczyć dlaczego ...
I tak nie zrozumieją
Trzeba łapać słoneczne i spokojne dni - nawet w pojedynczych egzemplarzach.
Wiosna w tym roku dość szalona, jakby chciała pokazać zimie, że i ona nie przystawała do utartych oczekiwań.....
W czwartek rano pojechałam prosto z domu na Palenicę, z zamiarem spędzenia całego dnia w pięknym otoczeniu Morskiego Oka ...
W ciszy i spokoju .
Po drodze wstąpiłam - pierwszy raz - do tego uroczego kościółka, który tyle razy mijaliśmy na serpentynach Zakopianki …. i jakoś nie było okazji....
1.

W środku byłam sama, oraz przemiła dziewczyna zajęta haftem jakiejś serwety, która opowiedziała mi całą historię tego obiektu z tragicznymi momentami (podpalenie i pożar kościółka 10 lat temu).
2.

Na szczęście przywrócono mu dawną świetność i może cieszyć oczy przejeżdżających
turystów.
Widoki stamtąd też niczego sobie - Tatry....Babia....
3.

Trochę zbałamuciłam, ale warto było.
A takie widoki przed szybą kierującego miłośnika Tatr grożą śmiercią lub kalectwem
Musiałam się mocno pilnować, żeby nie zapomnieć o kierownicy ...;..
4.

Tu sobie podarowałam odrobinę luksusu i znów zrobiłam mały postój - jeden na Głodówce, a potem jeszcze niżej , na punkcie widokowym - skąd pięknie widać Hawrań i Tatry Wysokie.
5.

6.

Na Palenicy - około godziny 10.30 - dostałam lekkiego szoku..... tłumy, wycieczki, parking prawie pełny, ze 30 autokarów, tylko dwa rzędy wolne dla osobówek.... i sznur dojeżdżających aut.....
Nie było jednak tak źle, jak wyglądało.
Do Wodogrzmotów pielgrzymka, ale potem poczekałam chwilę, towarzystwo poszło, i do Want szłam prawie sama.
Od Włosienicy znów tłumy, ale w przeciwną stronę, bo część wycieczek już wracała.
Potoki i wodospady niosą dużo wody po ostatnich opadach, w niektórych miejscach
pobocza szosy uszkodzone, zabezpieczone taśmami.
7.

Mimo, że ostre słońce dało mi trochę popalić, od razu skręciłam na Ceprostradę, omijając hałaśliwe okolice schroniska.
Tam znalazłam wymarzony spokój.
Głośny szum potoku i chłodek od niego, dawał ulgę w upale i poczucie dzikości miejsca.
Tak sobie wyobrażałam ten dzień i moje marzenie się spełniło.
Było przecudnie.
8.

9.

Dopiero około 17 godziny opustoszał placyk przy schronisku i szlak nad stawem, co
skrzętnie wykorzystałam przed powrotem.
10.

Do mojej gaździny dotarłam przed dwudziestą - i mimo, że byłam trochę zmęczona (po dwóch godzinach snu) -
jeszcze zdążyłyśmy odbyć tradycyjne wieczorne spotkanie przy herbatce wiśniowej i czymś dobrym do niej
Na drugi dzień wymyśliłam wycieczkę dla mojej Góralki Hanki, ale niestety Hania miała gości “osobistych” i nie mogła ich zostawić
Bardzo jej było żal i prosiła mnie tylko, żebym sama tam nie jechała, bo potem z nią nie będzie mi się chciało ...
Co było robić …. poszłam przez Skupniów Upłaz na moją ulubioną Gąsienicową na cały dzień.
Tu również niespodzianka - ludzi do czorta, oczywiście wycieczka za wycieczką....
Starym sposobem przepuszczałam towarzystwo i szłam sobie spokojnie za nimi w pewnej odległości, gwarantującej odrobinę mniej hałasu.
Trzeba jednak przyznać, że niektóre wycieczki zachowywały się cicho...
Nie wiem czy zależy to od wychowawców, przewodnika, dzieci - czy wszystkiego po trochu.
Też był upał, ale i trochę dość mocnego wiatru, który dawał pożyć na otwartym szlaku.
Wszyscy oczywiście do schroniska, a ja od razu przy szałasie w prawo, na nasze miejsce w kamulkach, gdzie tylko lekki szum z dołu dobiega.
Cudna Gąsienicowa...... zawsze w takich chwilach myślę - jak dobrze, że tu przyszłam,
mogę posiedzieć w słońcu i napatrzeć się na te wspaniałe góry, które - mimo, że te same
- za każdym razem wyglądają inaczej.
Teraz - przyprószone świeżym śniegiem szczyty odcinały się od soczystej wiosennej zieleni i błękitnego nieba.
Rozłożyłam swój mały “obóz cygański “ i postanowiłam się stąd nie ruszać.
11.

Ale... gdzie tam... ja mam chyba jakieś ADHD i nie bardzo potrafię w jednym miejscu długo wysiedzieć
Ponieważ wszyscy tradycyjnie ciągnęli nad Czarny Staw, więc - z nadzieją, że tam znajdę spokój - poszłam nad Zielony.
12.

Już samo dojście zapowiadało niezwykłe doznania ...
Stawki ozdobione śnieżnymi kołnierzykami...
13.

14.

Potoki ostrzegające głośno, że trzeba im się pokłonić w niektórych miejscach.....
15.

W końcu dotarłam i znalazłam to, czego szukałam
Nie dość, że pusto, pięknie i cisza - to jeszcze trafiło mi się widowisko pod tytułem
: “nie całkiem rozmarznięty staw”
Tyle razy tu byliśmy i nigdy nie udało się zobaczyć Zielonego w takiej odsłonie - a było co oglądać...
16.

17.

I znów wyskrobałam się wyżej na kamienie, żeby mieć lepszy widok na staw i ewentualnie zapobiec niespodziance zbyt bliskiego spotkania z misiem, które tam mają swoje tereny.
18.

Niestety, chyba wlazłam w szkodę jakiemuś stworzeniu bożemu, które w odwecie boleśnie ugryzło mnie w palec.
Być może był to szerszeń, bo potem kolejny - ogromny - urządził sobie spacer po drugiej ręce
…..Owinęłam palec w to co miałam, czyli mokrą chusteczkę do rąk i - choć palec bolał mocno - nie przerywałam sobie radości i przyjemności podziwiania widoków, które zawsze wprawiają mnie w stan trudny do określenia.
W drodze powrotnej zamoczyłam chusteczkę w zimnym “potocku” i po tej kuracji spuchł mi tylko odrobinę.
Do dziś jednak mam ślad i lekki ból przy dotyku.
To był tak piękny dzień, że choćby mnie miało pogryźć całe stado szerszeni - to było warto
Wracałam - krok za krokiem - Jaworzynką, wśród wspaniale ukwieconych poboczy, przy zachodzącym powoli słoneczku, w którym ta śliczna dolinka nie pozwala oderwać od siebie wzroku.
Takie samotne spacery też mają swój urok ….. ile bym się musiała nasłuchać od męża za to lezienie, stawanie co chwila i gapienie na góry, kwiatki, ptaszki, motylki itp
19.

20.

21.

22.

Ponieważ się nie zmęczyłam tą wycieczką, bo nie było czym - postanowiłam iść z Kuźnic pieszo, zahaczając oczywiście o “teren wystawowy”. gdzie prezentowane były stare , bardzo ciekawe zdjęcia Tatr.
Najbardziej zszokowała mnie koliba na Krzyżnem... jakoś nie potrafię sobie jej tam wyobrazić.
23.

Do chałupy dotarłam na dwudziestą.
Wieczór -; jak zwykle z gaździną, a w sobotę raniutko musiałam wracać.
Wstałam o piątej, spakowałam manatki i o szóstej poszłam jeszcze na Bachledzki Wierch,
a potem na Antałówkę popatrzeć na Tatry.
Była piękna pogoda, która po południu niestety (a może i dobrze) miała się definitywnie popsuć.
24.

25.

Dwa przepiękne - spędzone na luzie - dni w Tatrach......
Zadziwiająco dobrze zaspokoiłam mojego Tatrzańskiego Głoda....
Mało... ale mnie zawsze mało
Dzięki Ci mój Aniele Stróżu Górski …. spisałeś się jak zwykle świetnie
Ala



