Każdy z rodziców dzieci w wieku szkolnym zna sprawę - co roku circa 500 - 600 zł na twarz. Kurde, dlaczego tak drogo?
Podręczniki szkolne - to jeden z większych skandali III RP. Nie mówiąc już o drożyźnie, to jeszcze ta zbędna rozmaitość - do jednego przedmiotu w jednej klasie kilka podręczników, ponoć dlatego aby nauczyciel miał wybór - ble ble i terefere kuku, wiadomo o co chodzi.
A był dobry wzór - w roku 1932 minister Janusz Jędrzejewicz przeprowadził reformę szkolnictwa (6+4+2). I równocześnie pojawił się zestaw podręczników - PO JEDNYM NA PRZEDMIOT I KLASĘ (czasami na kolejne klasy łącznie). Wydawało je państwowe wydawnictwo podległe ministrowi oświaty, działające na zasadzie non profit czyli bez zysku. Jeśli ktoś miał np. trójkę dzieci, rok po roku, to praktycznie kupował je tylko raz, dla najstarszego. Szkoły zostały zobligowane do zorganizowania obrotu podręcznikami używanymi. I były to podręczniki znakomite, napisane przez najlepszych fachowców. Uczyłem się na niektórych z nich, bo ja jestem z pokolenia "bezpodręcznikowego" - po wojnie nowych najczęściej nie było. Pamiętam doskonale podręcznik "Algebra" napisany przez profesora Stefana Banacha. Tak napisany, że największy antytalent matematyczny wszystko rozumiał. Dlaczego go nie wznowiono? Przecież matematyka nie historia i nie zależy od fluktuacji politycznych?
"Odgrzanie" modelu przedwojennego to moim zdaniem możliwość obniżenia kosztów ponoszonych przez rodziców co najmniej o 3/4. A że przy okazji padnie kilkanaście szmatławych wydawnictw założonych przez cwaniaczków, którzy wyczuli świetny interes to najmniejsze zmartwienie. Ale wpierw trzeba by wreszcie ustalić program nauczania i przy okazji odsadzić od cycka pokaźne grono cwaniaczków, którzy bardzo dobrze żyją przy wiecznym przy nim manipulowaniu.
_________________
Podręczniki szkolne
Podręczniki szkolne
Jestem gorszego sortu...
