Jak zdobyłem Gierlach - jak to drzewiej w Tatrach bywało
Jak zdobyłem Gierlach - jak to drzewiej w Tatrach bywało
Motto:
Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał Hydrze,
Ten młody zdusi Centaury,
Piekłu ofiarę wydrze,
Do nieba pójdzie po laury.
(Adam Mickiewicz)
W zasadzie to tego Gierlachu nie powinniśmy „zdobyć”. Więcej, biorąc pod uwagę cały szereg fatalnych zdarzeń, które się działy nim ruszyliśmy w drogę, to powinniśmy się na nim zabić – to byłoby logiczne ich zwieńczenie!
Ale do rzeczy – Marka i Violę oraz Bolka i Halinę, dwa małżeństwa z jednego dużego miasta z Polski centralnej (imiona zmienione) poznałem w poprzednim roku na Hali Gąsienicowej – pochodziliśmy razem tylko trzy dni bo wszystkim kończyły się urlopy. W ostatnim dniu przespacerowaliśmy się po Orlej Perci i tam na Honoratce byłem zmuszony dać Halinie po pysku, bo ją zablokowało pośrodku pola śniegowego. Jakoś mi wybaczyła, Bolek też – taka była potrzeba chwili. Viola, tak na oko, bardziej pasowała do spacerowania po Krupówkach – prawie sobowtór Kaliny Jędrusik z jej najlepszych czasów – pozory jednak mylą, była świetna w górach. Marek jej mąż, był artystą grafikiem. Bolek, poczciwy grubasek był pracownikiem naukowym, Halina dentystką.
Na rozjezdnym umówiliśmy się na przyszły rok, w tym na Słowację. Punkt zborny ustaliśmy w znanej nam wszystkim kwaterze na Skibówkach.
Dostałem „urlop” z chałupy i pojechałem, pociągiem, jeszcze wtedy nie miałem samochodu. No i się zaczął ciąg nieszczęść – po pierwsze spóźnili się o dzień. Jak się potem okazało, po drodze wpierw Bolkowi nawalił jego dość starożytny Moskwicz a Markowi motocykl Junak. Trudno, straciłem dzień czekając, a był to bardzo piękny dzień. Jak się okazało, ostani taki, bo jak przyjechali to zaraz słońce zaszło za chmury i zaczęło lać i to jeszcze jak!
Powie ktoś, że to dla prawdziwego górołaza żadna przeszkoda, trzeba jechać na tą Słowację i napierać! Może teraz tak można, wtedy jednak to była jedna przepustka na siedem dni bez możliwości podziału – pojechałeś, wróciłeś po dniu lub dwóch – dupa zimna, przepadło. Włóczyć się po deszczu w Polskich Tatrach też nam się nie chciało, zwłaszcza, że mieliśmy inne zajęcia.
Pierwsze z nich to było szukanie kontaktów z zakopiańskimi cinkciarzami, aby dokupić na lewo koron. Skąd ta potrzeba? Po pierwsze dlatego, że PRL nie była hojna w oficjalnej wymianie – te 300 koron to albo starczało na nocleg a już niezbyt na żarcie ale z tym od biedy można było sobie poradzić zabierając je z Polski i tam sobie pichcąć, na co jednak Viola i Halina nie miały specjalnej ochoty. Druga była poważniejsza – mianowicie wieść gminna po Zakopanem niosła, że na Słowacji nastąpiła dziwna obfitość w przedmiocie porządnych butów na wibramie. To była pokusa nieodparta, jako, że nikt z nas nie miał porządnych butów, bo ich w Polsce po prostu nie szło kupić. Były nawet produkowane, całkiem niezłe w Krośnie, dwa rodzaje, Rysy i Zawraty, ale diabli wiedzą gdzie je sprzedawano, bo na pewno nie w sklepach. Członkowie klubów wysokogórskich dostawali na nie talony, ale tylko ci co bardziej zaawansowani w osiągnięciach. Na Słowacji kosztowały 300 koron za parę czyli akurat cała wymiana. Dodatkowo, w Zakopanem mówiono, że w Popradzie, Rużenborku lub Mikulaszu jak dobrze poszukać, to można było kupić importowane koszule non iron a to był wówczas hit – po 100 koron za sztukę.
Odbywaliśmy długie konferencje z szatniarzem w Europejskiej i jakoś te korony zgromadziliśmy – dziwna sprawa, znacznie łatwiej byłoby kupić dolary niż te korony.
Druga przyczyna miała na imię Zbyszek. Był to znajomy Marka i Bolka z ich miasta. Spotkaliśmy go zaraz pierwszego dnia. Był to dziwny facet – miał kupę kasy bo był dobrze prosperującym rzemieślnikiem (jakieś torebki, portmonetki, saszetki z plastiku) i w Zakopanem rezydował w apartamencie w „Rzemiślniku”. Dlaczego dziwnym? Bo diabli wiedzą, po co on w ogóle przyjeżdżał do Zakopanego bo na pewno nie w góry. Jak była pogoda to opalał się na Gubałówce, zawsze z jakimś damskim bóstwem, a potem, jak człowiek a nie górołaz, szlifował Krupówki. Jak lało to siedział w tym „Rzemieślniku” i popijał wódkę, oczywiście też w damskim towarzystwie. Zapyta ktoś, co z tego, na co nam był potrzebny? Niestety był – coś mu strzeliło do łba, że pojedzie z nami, aby zabawić się w Tatrzańskiej Łomnicy, oczywiście swoim samochodem i nas zabierze, co stanowiło gwarancję, że tam zajedziemy, bo z tym Moskwiczem coś było nie tak i Bolek całe ranki spędzał pod wozem coś tam naprawiając. No i moi znajomi mieli z nim jakieś układy.
W zasadzie sytuacja była idealna – lało jak cebra, zamawiało się taksówki i jechało do Rzemieślnika do Zbyszka i jego panienek, jakieś drinki, brydżyk, koło 14 kelner przywoził obiady (oczywiście Zbyszek strasznie się wkurwiał jak ktoś powiedział choć słowo o dołożeniu się do rachunku), popołudniu na ogół przestawało padać, więc drobny spacerek na Krupówkach a potem znowu do apartamentu, brydżyk, drinki, kolacyjka, taksówka i na Skibówki. A Gierlach? Nie zając, nie ucieknie, poczeka!
Tak jest, proszę młodzieży kapitalistycznej, młodzież socjalistyczna, szczególnie ta trochę podrośnięta wiedziała jak korzystać z życia. A wy, co? Zaledwie weekend, noc w pociągu, Szwagrowski i pędem w te cholerne góry, na ogół w deszczu. To ma być życie? Płakać mi się chce jak pomyślę jak cierpicie!
Na domiar złego wieści z PIHM były coraz bardziej optymistyczne i zanosiło się, że już wkrótce pogoda się poprawi, co oznaczało, że czeka nas to co najgorsze, czyli jednak pojechanie na tą Słowację i zmierzenie się z tym cholernym Gierlachem.
Pierwsze, co się rypło to Zbyszek i jego auto. Cholernik poznał jakąś Montanę a ta zapragnęła zmienić Zakopane na Krynicę a o Słowacji nawet nie chciała słuchać. No trudno, trzeba zaczarować tego Moskwicza, Marek pocieszał, że w razie jakby coś to nas weźmie tym Junakiem na hol.
Drugie, co się rypło polegało na tym, że nasz gazda z kwatery zalał mordę i nie mógł pójść do roboty. Co to ma wspólnego z Słowacją i Gierlachem? Ano miało, gazda się uparł, że nam na wyjazd upiecze specjalny chleb, który wystarczy na cały tydzień w dodatku zupełnie się nie starzejąc (gazda pracował w piekarni w Bukowinie). Oczywiście mogliśmy sobie bez tego chleba poradzić, ale był to dla gazdy punkt honoru i w żaden sposób nie mogliśmy mu zrobić takiej przykrości. No trudno, jeden dzień nie problem, gazda dokonał wypieku, dwa wielkie bochenki niebywale sam okowicie wyglądające i następnego dnia przyszło zakończyć dotychczasowy stan radosnego błogostanu i ruszyć w drogę. Prognoza była wręcz idealna, naciągnął wyż z nad Rosji, co pozwalało mieć nadzieję na kilka dni dobrej pogody.
Bladym świtem Bolek udał się w ostatnie poleżenie pod Moskwiczem, jak wylazł to wyglądał jak świnia ale dawał słowo honoru doktora nauk technicznych, że będzie ok. Śniadanko, pakowanko – trzeba było część bagażu umocować na bagażniku dachowym bo się za cholerę nie chciał mieścić w środku auta. Zupełnie nie wiem, dlaczego, wszak pogoda miała być dobra (i była!) ale Bolek się uparł, że te graty na dachu okryje kawałkiem plastikowej folii – jakoś ją zamocował (proszę to zapamiętać – to ważny szczegół).
No to w drogę – jadąc przez Zakopane w kierunku via rondo i dalej na Łysą Polanę, tęsknie spoglądałem po chodnikach Krupówek (wtedy jeszcze ruch nie był zamknięty), po których snuły się całe tabuny przepięknych Montan. A my, co, do jakiejś pieprzonej Słowacji, na jakiś pieprzony Gierlach, za jakie grzechy, no, za jakie? Czułem się trochę jak zesłaniec w kibitce wiozącej go na Sybir!
Cdn.
PS.
Czestne słowo, że nic nie zmyśliłem i wszystko teo jest, jak by powiedział Ksiądz Tischner - "święta prawda" a nawet "tyż prawda".
http://www.youtube.com/watch?v=NvpCN9GN9GI
Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał Hydrze,
Ten młody zdusi Centaury,
Piekłu ofiarę wydrze,
Do nieba pójdzie po laury.
(Adam Mickiewicz)
W zasadzie to tego Gierlachu nie powinniśmy „zdobyć”. Więcej, biorąc pod uwagę cały szereg fatalnych zdarzeń, które się działy nim ruszyliśmy w drogę, to powinniśmy się na nim zabić – to byłoby logiczne ich zwieńczenie!
Ale do rzeczy – Marka i Violę oraz Bolka i Halinę, dwa małżeństwa z jednego dużego miasta z Polski centralnej (imiona zmienione) poznałem w poprzednim roku na Hali Gąsienicowej – pochodziliśmy razem tylko trzy dni bo wszystkim kończyły się urlopy. W ostatnim dniu przespacerowaliśmy się po Orlej Perci i tam na Honoratce byłem zmuszony dać Halinie po pysku, bo ją zablokowało pośrodku pola śniegowego. Jakoś mi wybaczyła, Bolek też – taka była potrzeba chwili. Viola, tak na oko, bardziej pasowała do spacerowania po Krupówkach – prawie sobowtór Kaliny Jędrusik z jej najlepszych czasów – pozory jednak mylą, była świetna w górach. Marek jej mąż, był artystą grafikiem. Bolek, poczciwy grubasek był pracownikiem naukowym, Halina dentystką.
Na rozjezdnym umówiliśmy się na przyszły rok, w tym na Słowację. Punkt zborny ustaliśmy w znanej nam wszystkim kwaterze na Skibówkach.
Dostałem „urlop” z chałupy i pojechałem, pociągiem, jeszcze wtedy nie miałem samochodu. No i się zaczął ciąg nieszczęść – po pierwsze spóźnili się o dzień. Jak się potem okazało, po drodze wpierw Bolkowi nawalił jego dość starożytny Moskwicz a Markowi motocykl Junak. Trudno, straciłem dzień czekając, a był to bardzo piękny dzień. Jak się okazało, ostani taki, bo jak przyjechali to zaraz słońce zaszło za chmury i zaczęło lać i to jeszcze jak!
Powie ktoś, że to dla prawdziwego górołaza żadna przeszkoda, trzeba jechać na tą Słowację i napierać! Może teraz tak można, wtedy jednak to była jedna przepustka na siedem dni bez możliwości podziału – pojechałeś, wróciłeś po dniu lub dwóch – dupa zimna, przepadło. Włóczyć się po deszczu w Polskich Tatrach też nam się nie chciało, zwłaszcza, że mieliśmy inne zajęcia.
Pierwsze z nich to było szukanie kontaktów z zakopiańskimi cinkciarzami, aby dokupić na lewo koron. Skąd ta potrzeba? Po pierwsze dlatego, że PRL nie była hojna w oficjalnej wymianie – te 300 koron to albo starczało na nocleg a już niezbyt na żarcie ale z tym od biedy można było sobie poradzić zabierając je z Polski i tam sobie pichcąć, na co jednak Viola i Halina nie miały specjalnej ochoty. Druga była poważniejsza – mianowicie wieść gminna po Zakopanem niosła, że na Słowacji nastąpiła dziwna obfitość w przedmiocie porządnych butów na wibramie. To była pokusa nieodparta, jako, że nikt z nas nie miał porządnych butów, bo ich w Polsce po prostu nie szło kupić. Były nawet produkowane, całkiem niezłe w Krośnie, dwa rodzaje, Rysy i Zawraty, ale diabli wiedzą gdzie je sprzedawano, bo na pewno nie w sklepach. Członkowie klubów wysokogórskich dostawali na nie talony, ale tylko ci co bardziej zaawansowani w osiągnięciach. Na Słowacji kosztowały 300 koron za parę czyli akurat cała wymiana. Dodatkowo, w Zakopanem mówiono, że w Popradzie, Rużenborku lub Mikulaszu jak dobrze poszukać, to można było kupić importowane koszule non iron a to był wówczas hit – po 100 koron za sztukę.
Odbywaliśmy długie konferencje z szatniarzem w Europejskiej i jakoś te korony zgromadziliśmy – dziwna sprawa, znacznie łatwiej byłoby kupić dolary niż te korony.
Druga przyczyna miała na imię Zbyszek. Był to znajomy Marka i Bolka z ich miasta. Spotkaliśmy go zaraz pierwszego dnia. Był to dziwny facet – miał kupę kasy bo był dobrze prosperującym rzemieślnikiem (jakieś torebki, portmonetki, saszetki z plastiku) i w Zakopanem rezydował w apartamencie w „Rzemiślniku”. Dlaczego dziwnym? Bo diabli wiedzą, po co on w ogóle przyjeżdżał do Zakopanego bo na pewno nie w góry. Jak była pogoda to opalał się na Gubałówce, zawsze z jakimś damskim bóstwem, a potem, jak człowiek a nie górołaz, szlifował Krupówki. Jak lało to siedział w tym „Rzemieślniku” i popijał wódkę, oczywiście też w damskim towarzystwie. Zapyta ktoś, co z tego, na co nam był potrzebny? Niestety był – coś mu strzeliło do łba, że pojedzie z nami, aby zabawić się w Tatrzańskiej Łomnicy, oczywiście swoim samochodem i nas zabierze, co stanowiło gwarancję, że tam zajedziemy, bo z tym Moskwiczem coś było nie tak i Bolek całe ranki spędzał pod wozem coś tam naprawiając. No i moi znajomi mieli z nim jakieś układy.
W zasadzie sytuacja była idealna – lało jak cebra, zamawiało się taksówki i jechało do Rzemieślnika do Zbyszka i jego panienek, jakieś drinki, brydżyk, koło 14 kelner przywoził obiady (oczywiście Zbyszek strasznie się wkurwiał jak ktoś powiedział choć słowo o dołożeniu się do rachunku), popołudniu na ogół przestawało padać, więc drobny spacerek na Krupówkach a potem znowu do apartamentu, brydżyk, drinki, kolacyjka, taksówka i na Skibówki. A Gierlach? Nie zając, nie ucieknie, poczeka!
Tak jest, proszę młodzieży kapitalistycznej, młodzież socjalistyczna, szczególnie ta trochę podrośnięta wiedziała jak korzystać z życia. A wy, co? Zaledwie weekend, noc w pociągu, Szwagrowski i pędem w te cholerne góry, na ogół w deszczu. To ma być życie? Płakać mi się chce jak pomyślę jak cierpicie!
Na domiar złego wieści z PIHM były coraz bardziej optymistyczne i zanosiło się, że już wkrótce pogoda się poprawi, co oznaczało, że czeka nas to co najgorsze, czyli jednak pojechanie na tą Słowację i zmierzenie się z tym cholernym Gierlachem.
Pierwsze, co się rypło to Zbyszek i jego auto. Cholernik poznał jakąś Montanę a ta zapragnęła zmienić Zakopane na Krynicę a o Słowacji nawet nie chciała słuchać. No trudno, trzeba zaczarować tego Moskwicza, Marek pocieszał, że w razie jakby coś to nas weźmie tym Junakiem na hol.
Drugie, co się rypło polegało na tym, że nasz gazda z kwatery zalał mordę i nie mógł pójść do roboty. Co to ma wspólnego z Słowacją i Gierlachem? Ano miało, gazda się uparł, że nam na wyjazd upiecze specjalny chleb, który wystarczy na cały tydzień w dodatku zupełnie się nie starzejąc (gazda pracował w piekarni w Bukowinie). Oczywiście mogliśmy sobie bez tego chleba poradzić, ale był to dla gazdy punkt honoru i w żaden sposób nie mogliśmy mu zrobić takiej przykrości. No trudno, jeden dzień nie problem, gazda dokonał wypieku, dwa wielkie bochenki niebywale sam okowicie wyglądające i następnego dnia przyszło zakończyć dotychczasowy stan radosnego błogostanu i ruszyć w drogę. Prognoza była wręcz idealna, naciągnął wyż z nad Rosji, co pozwalało mieć nadzieję na kilka dni dobrej pogody.
Bladym świtem Bolek udał się w ostatnie poleżenie pod Moskwiczem, jak wylazł to wyglądał jak świnia ale dawał słowo honoru doktora nauk technicznych, że będzie ok. Śniadanko, pakowanko – trzeba było część bagażu umocować na bagażniku dachowym bo się za cholerę nie chciał mieścić w środku auta. Zupełnie nie wiem, dlaczego, wszak pogoda miała być dobra (i była!) ale Bolek się uparł, że te graty na dachu okryje kawałkiem plastikowej folii – jakoś ją zamocował (proszę to zapamiętać – to ważny szczegół).
No to w drogę – jadąc przez Zakopane w kierunku via rondo i dalej na Łysą Polanę, tęsknie spoglądałem po chodnikach Krupówek (wtedy jeszcze ruch nie był zamknięty), po których snuły się całe tabuny przepięknych Montan. A my, co, do jakiejś pieprzonej Słowacji, na jakiś pieprzony Gierlach, za jakie grzechy, no, za jakie? Czułem się trochę jak zesłaniec w kibitce wiozącej go na Sybir!
Cdn.
PS.
Czestne słowo, że nic nie zmyśliłem i wszystko teo jest, jak by powiedział Ksiądz Tischner - "święta prawda" a nawet "tyż prawda".
http://www.youtube.com/watch?v=NvpCN9GN9GI
Ostatnio zmieniony pn 19 mar, 2012 przez Janek, łącznie zmieniany 1 raz.
Jestem gorszego sortu...
Nadzieja na odwrót nikła z każdym kilometrem, pogoda nie chciała się zepsuć, samochód też. W końcu Łysa Polana. Dość spora kolejka, zarówno samochodów jak i pieszych turystów. Mechanizm kontroli granicznej wówczas był prosty, obywatel na pewno coś wiezie na handel. Co więcej, władza miała rację, każdy lub prawie każdy coś wiózł w tym celu. Była to dość konsekwencja tego, że Państwo szczędziło obywatelowi drogocennych „dewiz”, nawet takich jak korona czechosłowacka, kraju jakby nie mówić zaprzyjaźnionego, jak najbardziej socjalistycznego a niektórzy powiadali, że jeszcze bardziej socjalistycznego, powiązanego z Polską rozlicznymi paktami i sojuszami. Na wstępie była kontrola dokumentów dokonywana przez żołnierzy WOP (Wojska Ochrony Pogranicza). Nie był to personel zawodowy, zwykli żołnierze z poboru, tylko ich szefowie byli oficerami lub podoficerami zawodowymi. Zawsze się zastanawiałem czy elementem szkolenia wojskowego w WOP były zajęcia z sztuki aktorskiej w dodatku prowadzone przez najznakomitszych możliwie aktorów. Skąd to podejrzenie? Ano stąd, że żaden normalny obywatel nie w mundurze, nawet gdyby się bardzo starał nie potrafił mieć takiej stężonej w powadze miny, która wyrażała głębokie przekonanie tegoż żołnierza, że oto stoi przed nim potencjonalny zbrodniarz, mający zamiar i to niezbity aby zrobić jakieś „kuku” ukochanemu socjalistycznemu krajowi. Na granicy czechosłowackiej szczególnie, wszak Czechosłowacja graniczyła z kapitalistyczną Austrią i wręcz obmierzłą Niemiecką Republiką Federalną, samym centrum nienawistnych sił pragnących pozbawić nasz kraj prastarych, piastowskich Ziem Odzyskanych i obywatel polski przekroczywszy granicę czechosłowacką już miał co najmniej część trudności do pokonania na drodze do zdrady Ojczyzny. To, że na kolejnej granicy miałby już znacznie trudniej, bo musiałby mieć paszport i wizę jakoś do strzegących naszej granicy, a raczej nimi kierujących nie docierał – wszak poza nielicznymi szczęśliwcami nikt tego paszportu nie miał i w celu znalezienia się w kapitalistycznym raju musiałby pokonywać rozmaite zasieki i inne zabawki służące do tego aby obywatel socjalistycznego kraju mógł szczerze go kochać nie kuszony grzesznymi miazmatami kapitalizmu.
Groźna podejrzliwa mina nie była jedynym elementem tego spektaklu – inne to wielokrotne przeglądanie dowodu osobistego i przepustki, przerywane odrywaniem oczu funkcjonariusza od papierów i kierowanie ich na nieszczęsnego delikwenta, odchodzenie bez słowa i znikanie w dyżurce itd. itd. Była to presja psychologiczna naiwnie obliczona na to, że obywatel pęknie, padnie na kolana i sam się do wszystkiego przyzna. Ku wyraźnemu zdenerwowaniu połączonego z przejawami znudzenia wyszliśmy obronną ręku z tej kiepskiej komedii i funkcjonariuszowi nie pozostało nic innego jak nas przekazać służbie celnej.
Celnicy mieli zajęcia z aktorstwa chyba z tym samym aktorem, bo ich repertuar min i gestów był zasadzie identyczny jak ich kolegów pograniczników. Byli oni jednak w zdecydowanie gorszej sytuacji, bo musieli jeszcze dokonywać pracy fizycznej przy przeglądaniu bagażu, opukiwaniu samochodu czy nie zawiera on jakichś ukrytych skrytek, co ich wyraźnie stresowało, szczególnie wtedy, gdy mimo usilnych starań nic nie mogli znaleźć. Tak było w naszym przypadku, bo jako żywo niczego zdrożnego poza „lewymi” koronami nie posiadaliśmy.
Kwestia, w jaki sposób najlepiej przewozić lewą walutą była przedmiotem burzliwych dyskusji i istniały w tym zakresie rozliczne „szkoły”. Wkładki do butów, ukryte kieszenie, czapki z podszewką i inne sztuczki. Myśmy zastosowali sztuczkę najprostszą – mieliśmy je w portfelach. Po prostu stara szkoła z jednej z pierwszych powieści kryminalnych na świecie pióra Edgara Poe – chowaj tam gdzie nikt nie podejrzewa, że możesz być tak idiotycznie bezczelny, aby tam właśnie je mieć. Wobec bezskutecznych prób ujawnienia kontrabandy celnik postanowił uciec się do ostatniej deski ratunku i nakazał zdjąć tą plastikową płachtę z bagażu na dachu i zabrał się do bebeszenia plecaków. Nic nie znalazł, wzruszył ramionami i spojrzał na nas jak na idiotów, – po co taki jedzie zagranicę skoro nic nie wiezie na handel. Był to psychologiczny błąd z naszej strony, trzeba było mieć jakąś nadliczbową butelkę wódki, by ją znaleźli i skonfiskowali i byłoby po kłopocie – celnik też człowiek i lubi popić. Czechosłowaccy pogranicznicy i celnicy okazali się być milsi, obserwowali wysiłki swoich polskich kolegów, przybili pieczątki i kazali jechać w cholerę. Przejechaliśmy! Ale zaraz przystanęliśmy, bo Bolek zabrał się do pracy, aby znowu okryć te plecaki tą plastikową szmatą. Rano zabrało mu to mnóstwo czasu, bo rzecz nie była prosta – ta folia nie miała żadnych oczek i rzecz polegała na zastosowaniu chytrej kombinacji sznurków i drutów. Trochę uprzedzę – chyba mu to nie wyszło tak sprawnie jak rano.
Ruszyliśmy w dalszą drogę, wszystko szło sprawnie i nic nie sygnalizowało kolejnej „afery”. Stało się to w Zdziarze. Środkiem drogi sobie jechał wóz zaprzeczony w jednego konia, pewnie koń się spłoszył, Junaki były głośniejsze od czeskiej Javy a potem ten cholerny plastik na naszym dachu się urwał w dwóch miejscach i postawił się jak żagiel a niestety żaglówki są w Zdziarze raczej mało rozpowszechnione, dość, że pognał jak szalony, staranował jakiś płotek i później jakby z lekka uszkodził drzwi i okno. Spłoszony Bolek dał po gazie i uciekliśmy slysząc za sobą ścigające nas Javy. Ten Moskwicz to jednak niezły samochód bo się nam udało, szkoda, że nie spojrzałem na zegarek – to na pewno był niezły czas przejazdu z Zdziaru do Tatrzańskiej Łomnicy.
Ale to wcale nie był jeszcze koniec emocji tego dnia. Marek i Viola mieli znajomych w Łomnicy i byli przekonani, że dostaniemy tam kwaterę. Oczywiście, jak się za kilka minut okazało nie mieli tego uzgodnionego i zastaliśmy chatę zamkniętą na cztery spusty a od sąsiadów się dowiedzieliśmy, że wyjechali do Bułgarii nad morze. Cholera jasna, też pomysł, jeździć w lipcu nad morze, kompletny idiotyzm! No i się zaczęło! Na Słowacji był porządek i w Łomnicy była centralna recepcja wszystkich schronisk i tam się okazało, że żadnych miejsc i długo nie będzie, tak gdzieś do końca sierpnia. Coś takiego jak „gleba” tam nie istniało, zresztą po polskiej stronie również i nawet do głowy by nam nie przyszło aby tak nocować. Trzeba było poszukać coś na dole. Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować, bo wtedy coś takiego jak Nowa Leśna jeszcze nie istniało. Nie było też hoteli poza Grandami w Łomnicy i Smokowcu, ale tam nas pognano, mieli lepszych gości płacących lepszą walutą. Cała reszta, na ogół przedwojenne jeszcze budynki była pozamieniana na domy wczasowe, zakładowe lub takiego tamtejszego FWP. Perspektywa „zdobycia” Gierlachu zaczęła odpływać w siną dal…
Wracaliśmy właśnie z Szczyrbskiego Plesa bo aż tam się zagoniliśmy, byliśmy już w Tatrzańskiej Łomnicy gdy nagle dojrzeliśmy jakiś lasek, przed nim ogrodzony plac, na którym stały dość podejrzanie wyglądające budy, jak to wtedy elegancko nazywano – bungalowy. Przy bramie wisiała tabliczka, ż której wynikało że jest to ośrodek wczasowy jakiegoś socjalistycznego „zavoda”. Ano nic z tego, już to znaliśmy, gdy facet stojący przy furtce dał nam sygnał ręką, że można pogadać. Niebo się do nas uśmiechnęło, facet miał chyba dziesięć wolnych bungalowów, w tym dwa dla nas, ale pod kilkoma warunkami – rachunku nie będzie, forsa do łapy, samochód i motor nie śmie wjechać do środka, mamy zostawić za płotem, no i mamy się nie afiszować z głośnym mówieniem po polsku, najlepiej gdybyśmy gadali po czesku, co mimo dość sporego podobieństwa naszych języków było jednak dość trudne. Co jednak mogliśmy zrobić?
Ten „zavod” musiał być chyba kiepskawy, bo nędza tu była okrutna, w tych budach śmierdziało stęchlizną, na podłodze były mysie kupy, umywalni nie było, tylko latryna, przy której taka polska wojskowa, którą znałem z obozu wojskowego była wytwornym przybytkiem. Ale co było robić?
W dodatku było już tak późno, że już sklepy były zamknięte i nawet nie można było pójść po te buty.
No to zabraliśmy się za kolację, całe szczęście, że zabraliśmy ze sobą ostatnią nowość polskiego przemysłu, czyli takie aluminiowe kochery, o butlach gazowych jeszcze wtedy nikt nie słyszał.
Trzeba było się pójść umyć, tylko gdzie? Poszedłem do naszego „veduczego” się popytać, gdzieś przecież ci Czesi muszą się myć, dwutygodniowe wczasy to co prawda okres niezbyt długi, ale chyba aż tak źle nie jest. „Veduczy” wyjaśnił mi, że on co prawda ma swoim służbowym domu wodę i łazienkę (zresztą w tych latrynach też były spłuczki), ale nie może nam tym służyć, bo wtedy ci wszyscy Czesi też by chcieli (aha, pomyślałem – „ci Czesi”, to znaczy, że on jest Słowak). Umyć się można w tym lesie, w strumieniu, niedaleko za jego pierwszymi drzewami.
Ok, można i tak, gorzej bywało a chwalono, jeszcze miałem w pamięci obozy harcerskie jak miałem jedenaście, dwanaście i trzynaście lat, potem harcerstwo szlag trafił, to znaczy było ale takie inne.
Jak wychodziliśmy do tej „leśnej łazienki” to już było dość ciemno, właściwie zupełnie ciemno, ale co tam. Strumyk znaleźliśmy dość szybko i zabraliśmy się do mycia, byliśmy same chłopy, dziewczyny miały przyjść po nas. Cholera, nic nam jakoś nie podpadło – naga prawda ukazała swoje oblicze, gdy zabraliśmy się do mycia zębów. Plułem jak oszalały, Marek i Bolek też i wtedy pojawił się pan veduczy. Załamał ręce – Jezis Maria, krucyfiks, zupełnie zapomniałem wam powiedzieć, że nie pierwszy strumyk tylko drugi, do tego pierwszego lecą gówna z ubikacji…
Poszliśmy nad ten drugi, woda była cholerycznie zimna, ale myliśmy się ofiarnie i nie pamiętam kiedy przedtem tak długo myłem zęby…
Dziewczyny uprzedziliśmy, człowiek bywa czasami świnią ale nie do tego stopnia…
Spałem dość dobrze, tylko dwa razy przez ścianę usłyszałem wrzaski Violi, wzywającej Marka do pogoni za myszami. Cholerna Viola, przecież mieliśmy mówić cicho po polsku.
cdn.
Groźna podejrzliwa mina nie była jedynym elementem tego spektaklu – inne to wielokrotne przeglądanie dowodu osobistego i przepustki, przerywane odrywaniem oczu funkcjonariusza od papierów i kierowanie ich na nieszczęsnego delikwenta, odchodzenie bez słowa i znikanie w dyżurce itd. itd. Była to presja psychologiczna naiwnie obliczona na to, że obywatel pęknie, padnie na kolana i sam się do wszystkiego przyzna. Ku wyraźnemu zdenerwowaniu połączonego z przejawami znudzenia wyszliśmy obronną ręku z tej kiepskiej komedii i funkcjonariuszowi nie pozostało nic innego jak nas przekazać służbie celnej.
Celnicy mieli zajęcia z aktorstwa chyba z tym samym aktorem, bo ich repertuar min i gestów był zasadzie identyczny jak ich kolegów pograniczników. Byli oni jednak w zdecydowanie gorszej sytuacji, bo musieli jeszcze dokonywać pracy fizycznej przy przeglądaniu bagażu, opukiwaniu samochodu czy nie zawiera on jakichś ukrytych skrytek, co ich wyraźnie stresowało, szczególnie wtedy, gdy mimo usilnych starań nic nie mogli znaleźć. Tak było w naszym przypadku, bo jako żywo niczego zdrożnego poza „lewymi” koronami nie posiadaliśmy.
Kwestia, w jaki sposób najlepiej przewozić lewą walutą była przedmiotem burzliwych dyskusji i istniały w tym zakresie rozliczne „szkoły”. Wkładki do butów, ukryte kieszenie, czapki z podszewką i inne sztuczki. Myśmy zastosowali sztuczkę najprostszą – mieliśmy je w portfelach. Po prostu stara szkoła z jednej z pierwszych powieści kryminalnych na świecie pióra Edgara Poe – chowaj tam gdzie nikt nie podejrzewa, że możesz być tak idiotycznie bezczelny, aby tam właśnie je mieć. Wobec bezskutecznych prób ujawnienia kontrabandy celnik postanowił uciec się do ostatniej deski ratunku i nakazał zdjąć tą plastikową płachtę z bagażu na dachu i zabrał się do bebeszenia plecaków. Nic nie znalazł, wzruszył ramionami i spojrzał na nas jak na idiotów, – po co taki jedzie zagranicę skoro nic nie wiezie na handel. Był to psychologiczny błąd z naszej strony, trzeba było mieć jakąś nadliczbową butelkę wódki, by ją znaleźli i skonfiskowali i byłoby po kłopocie – celnik też człowiek i lubi popić. Czechosłowaccy pogranicznicy i celnicy okazali się być milsi, obserwowali wysiłki swoich polskich kolegów, przybili pieczątki i kazali jechać w cholerę. Przejechaliśmy! Ale zaraz przystanęliśmy, bo Bolek zabrał się do pracy, aby znowu okryć te plecaki tą plastikową szmatą. Rano zabrało mu to mnóstwo czasu, bo rzecz nie była prosta – ta folia nie miała żadnych oczek i rzecz polegała na zastosowaniu chytrej kombinacji sznurków i drutów. Trochę uprzedzę – chyba mu to nie wyszło tak sprawnie jak rano.
Ruszyliśmy w dalszą drogę, wszystko szło sprawnie i nic nie sygnalizowało kolejnej „afery”. Stało się to w Zdziarze. Środkiem drogi sobie jechał wóz zaprzeczony w jednego konia, pewnie koń się spłoszył, Junaki były głośniejsze od czeskiej Javy a potem ten cholerny plastik na naszym dachu się urwał w dwóch miejscach i postawił się jak żagiel a niestety żaglówki są w Zdziarze raczej mało rozpowszechnione, dość, że pognał jak szalony, staranował jakiś płotek i później jakby z lekka uszkodził drzwi i okno. Spłoszony Bolek dał po gazie i uciekliśmy slysząc za sobą ścigające nas Javy. Ten Moskwicz to jednak niezły samochód bo się nam udało, szkoda, że nie spojrzałem na zegarek – to na pewno był niezły czas przejazdu z Zdziaru do Tatrzańskiej Łomnicy.
Ale to wcale nie był jeszcze koniec emocji tego dnia. Marek i Viola mieli znajomych w Łomnicy i byli przekonani, że dostaniemy tam kwaterę. Oczywiście, jak się za kilka minut okazało nie mieli tego uzgodnionego i zastaliśmy chatę zamkniętą na cztery spusty a od sąsiadów się dowiedzieliśmy, że wyjechali do Bułgarii nad morze. Cholera jasna, też pomysł, jeździć w lipcu nad morze, kompletny idiotyzm! No i się zaczęło! Na Słowacji był porządek i w Łomnicy była centralna recepcja wszystkich schronisk i tam się okazało, że żadnych miejsc i długo nie będzie, tak gdzieś do końca sierpnia. Coś takiego jak „gleba” tam nie istniało, zresztą po polskiej stronie również i nawet do głowy by nam nie przyszło aby tak nocować. Trzeba było poszukać coś na dole. Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować, bo wtedy coś takiego jak Nowa Leśna jeszcze nie istniało. Nie było też hoteli poza Grandami w Łomnicy i Smokowcu, ale tam nas pognano, mieli lepszych gości płacących lepszą walutą. Cała reszta, na ogół przedwojenne jeszcze budynki była pozamieniana na domy wczasowe, zakładowe lub takiego tamtejszego FWP. Perspektywa „zdobycia” Gierlachu zaczęła odpływać w siną dal…
Wracaliśmy właśnie z Szczyrbskiego Plesa bo aż tam się zagoniliśmy, byliśmy już w Tatrzańskiej Łomnicy gdy nagle dojrzeliśmy jakiś lasek, przed nim ogrodzony plac, na którym stały dość podejrzanie wyglądające budy, jak to wtedy elegancko nazywano – bungalowy. Przy bramie wisiała tabliczka, ż której wynikało że jest to ośrodek wczasowy jakiegoś socjalistycznego „zavoda”. Ano nic z tego, już to znaliśmy, gdy facet stojący przy furtce dał nam sygnał ręką, że można pogadać. Niebo się do nas uśmiechnęło, facet miał chyba dziesięć wolnych bungalowów, w tym dwa dla nas, ale pod kilkoma warunkami – rachunku nie będzie, forsa do łapy, samochód i motor nie śmie wjechać do środka, mamy zostawić za płotem, no i mamy się nie afiszować z głośnym mówieniem po polsku, najlepiej gdybyśmy gadali po czesku, co mimo dość sporego podobieństwa naszych języków było jednak dość trudne. Co jednak mogliśmy zrobić?
Ten „zavod” musiał być chyba kiepskawy, bo nędza tu była okrutna, w tych budach śmierdziało stęchlizną, na podłodze były mysie kupy, umywalni nie było, tylko latryna, przy której taka polska wojskowa, którą znałem z obozu wojskowego była wytwornym przybytkiem. Ale co było robić?
W dodatku było już tak późno, że już sklepy były zamknięte i nawet nie można było pójść po te buty.
No to zabraliśmy się za kolację, całe szczęście, że zabraliśmy ze sobą ostatnią nowość polskiego przemysłu, czyli takie aluminiowe kochery, o butlach gazowych jeszcze wtedy nikt nie słyszał.
Trzeba było się pójść umyć, tylko gdzie? Poszedłem do naszego „veduczego” się popytać, gdzieś przecież ci Czesi muszą się myć, dwutygodniowe wczasy to co prawda okres niezbyt długi, ale chyba aż tak źle nie jest. „Veduczy” wyjaśnił mi, że on co prawda ma swoim służbowym domu wodę i łazienkę (zresztą w tych latrynach też były spłuczki), ale nie może nam tym służyć, bo wtedy ci wszyscy Czesi też by chcieli (aha, pomyślałem – „ci Czesi”, to znaczy, że on jest Słowak). Umyć się można w tym lesie, w strumieniu, niedaleko za jego pierwszymi drzewami.
Ok, można i tak, gorzej bywało a chwalono, jeszcze miałem w pamięci obozy harcerskie jak miałem jedenaście, dwanaście i trzynaście lat, potem harcerstwo szlag trafił, to znaczy było ale takie inne.
Jak wychodziliśmy do tej „leśnej łazienki” to już było dość ciemno, właściwie zupełnie ciemno, ale co tam. Strumyk znaleźliśmy dość szybko i zabraliśmy się do mycia, byliśmy same chłopy, dziewczyny miały przyjść po nas. Cholera, nic nam jakoś nie podpadło – naga prawda ukazała swoje oblicze, gdy zabraliśmy się do mycia zębów. Plułem jak oszalały, Marek i Bolek też i wtedy pojawił się pan veduczy. Załamał ręce – Jezis Maria, krucyfiks, zupełnie zapomniałem wam powiedzieć, że nie pierwszy strumyk tylko drugi, do tego pierwszego lecą gówna z ubikacji…
Poszliśmy nad ten drugi, woda była cholerycznie zimna, ale myliśmy się ofiarnie i nie pamiętam kiedy przedtem tak długo myłem zęby…
Dziewczyny uprzedziliśmy, człowiek bywa czasami świnią ale nie do tego stopnia…
Spałem dość dobrze, tylko dwa razy przez ścianę usłyszałem wrzaski Violi, wzywającej Marka do pogoni za myszami. Cholerna Viola, przecież mieliśmy mówić cicho po polsku.
cdn.
Jestem gorszego sortu...
Kurde, zaspaliśmy. To chyba efekt tej orzeźwiającej wieczornej kąpieli. Z pewnym niepokojem poszedłem nad strumyk, oczywiście ten drugi. Ale w tym celu trzeba było przejść przez ten pierwszy. No tak, niezbyt fajnie to wyglądało, jak mogliśmy tego wieczorem nie zauważyć. Nie tyle wizualnie co węchem, śmierdziało okrutnie. No coż, co nas nie zabije to nas wzmocni.
Śniadanko i w drogę. Hej ho, hej ho, w Taterki by się szło… Ale nie, nie w tych butach, już wczoraj zauważyłem, że nasz „szturmowy” obuw budzi niejaki e zdziwienie u braci Czechów i Słowaków.
Problem nierównomierności w zaopatrzeniu krajów socjalistycznych jest godzien zajęcia się przez jakiegoś historyka ekonomii . Jeden i ten sam ustrój, ścisłe sojusze, porozumienia gospodarcze a jeśli chodzi o stan zaopatrzenia rynku, tego towarów dla ludzi a nie fabryk były kolosalne różnice.
Jeśli chodzi o towary służące turyście, wszelkiemu turyście, górskiemu, pieszemu, wodnemu, między Polską a Czechosłowacja ziała dosłownie przepaść, co nie znaczy, że w tam był ideał. O nie, tak dobrze nie było. Porządne górskie buty bywały, a takie „gorsze” czyli trampki, tenisówki oraz tzw. pionierki były znacznie lepszej jakości, niż ich polskie odpowiedniki . Czasami bywały w polskich sklepach wysokie buty (tzn. z podwyższoną cholewką) na podeszwie wibramowej, miały one jednak jedną zasadniczą wadę – wystarczyło w nich przez jeden dzień pochodzić w plenerze i obtarcia, bomble i inne cholerstwa miało się na bank.
Rzecz nie tylko w butach, czarna rozpacz była także z plecakami (te szyte przez jedną krakowską spóldzielnię, pojawiły się znacznie później. Prawdziwym hitem był taki niewielki plecaczek „szturmowy” – tzw. „horolezka”, prawie każdy wspinacz ale i turysta przywoził to sobie z Słowacji. Podobnie było z przyzwoitymi skarpetami a nawet sznurowadłami. Kiepsko było też z jakimiś w miarę „przyjaznymi” kurtkami. W tych co były do kupienia, wpierw człowiek mógł się udusić a jak już zaczął deszcz padać to najdalej po pół godzinie było się kompletnie mokrym. W Czechosłowacji były, niezbyt urodziwe, ale były. Bez większego kłopotu było można kupić przyzwoitą linę, tak zwaną nylonkę. W Polsce wtedy tzw. „sizalka” była luksusem a był to szajs. Szczególnie jak zmókł i się poskręcał.
Młotki bywały, ale takie ślusarskie lub stolarskie, ale to pryszcz, młotek to młotek, natomiast haki i karabinki zdobywano „sposobem”, diabli wiedzą skąd. W Czechosłowacji haki były, gorzej z karabinkami, ale one były na Węgrzech i jakoś wymiana przygraniczna funkcjonowała.
Te braki w zaopatrzeniu miały swoją dobrą stronę – kwitła wtedy lewizna przy przekraczaniu granicy, mając na sobie czeskie buty i ciuchy nie zwracało się na siebie uwagi, oczywiśnie nie należało się wydzierać po polsku. Podnudzam pewnie, już kończę.
„Obchodny dom” w Tatrzańskiej Łomnicy, stoisko z napisem „Obuv”. Były, w pełnej rozmaitości numerów, starczyło dla wszystkich. Kasjerka z zdwojoną uwagą oglądała nasze banknoty, pewnie podejrzewała, że fałszywe, bo skąd ci Polacy mogą mieć tyle pieniędzy przy tak nikłej oficjalnej wymianie. Wyszedłem z sklepu dumny jak paw i bezgranicznie szczęśliwy, oczywiście w nowych butach na nogach. Czy Wy, młodzieży kapitalistyczna chociaż wiecie ile szczęścia tracicie idąc ot takie sobie po buty do sklepu? W innym stoisku kupiłem skarpety i „horolezkę”. Wychodząc czułem się jakl sam sir Edmund Hillary!
No, pierwsza rzecz, która się nam udała, czyżby zła passa się odwróciła. Chyba tak, bo jeszcze zupełnie niespodziewanie w wychapie przy piwku spotkaliśmy ojca Bolka, profesora z jaką nieco młodszą towarzyszką. Profesor miał wtedy koło 65 lat i oczywiście wydawał mi się wtedy strasznie starym, mój Boże, mieć tyle teraz… Spotkanie było wielce obiecujące, profesor znał drogi na Gierlach jak własną kieszeń i łaskawie zgodził się nam jutro potowarzyszyć. Naga prawda, że jednak przyjdzie się zmierzyć z Gierlachem wielce się uprawdopodniła.
Z tej radości wsiedliśmy do elektriczki, pojechaliśmy do Smokowca i potem (na piechotę) na Hrebienok i do Obrowskich Wodospadów. Buty zdały egzamin, najmniejszego obtarcia!
Cdn.
Śniadanko i w drogę. Hej ho, hej ho, w Taterki by się szło… Ale nie, nie w tych butach, już wczoraj zauważyłem, że nasz „szturmowy” obuw budzi niejaki e zdziwienie u braci Czechów i Słowaków.
Problem nierównomierności w zaopatrzeniu krajów socjalistycznych jest godzien zajęcia się przez jakiegoś historyka ekonomii . Jeden i ten sam ustrój, ścisłe sojusze, porozumienia gospodarcze a jeśli chodzi o stan zaopatrzenia rynku, tego towarów dla ludzi a nie fabryk były kolosalne różnice.
Jeśli chodzi o towary służące turyście, wszelkiemu turyście, górskiemu, pieszemu, wodnemu, między Polską a Czechosłowacja ziała dosłownie przepaść, co nie znaczy, że w tam był ideał. O nie, tak dobrze nie było. Porządne górskie buty bywały, a takie „gorsze” czyli trampki, tenisówki oraz tzw. pionierki były znacznie lepszej jakości, niż ich polskie odpowiedniki . Czasami bywały w polskich sklepach wysokie buty (tzn. z podwyższoną cholewką) na podeszwie wibramowej, miały one jednak jedną zasadniczą wadę – wystarczyło w nich przez jeden dzień pochodzić w plenerze i obtarcia, bomble i inne cholerstwa miało się na bank.
Rzecz nie tylko w butach, czarna rozpacz była także z plecakami (te szyte przez jedną krakowską spóldzielnię, pojawiły się znacznie później. Prawdziwym hitem był taki niewielki plecaczek „szturmowy” – tzw. „horolezka”, prawie każdy wspinacz ale i turysta przywoził to sobie z Słowacji. Podobnie było z przyzwoitymi skarpetami a nawet sznurowadłami. Kiepsko było też z jakimiś w miarę „przyjaznymi” kurtkami. W tych co były do kupienia, wpierw człowiek mógł się udusić a jak już zaczął deszcz padać to najdalej po pół godzinie było się kompletnie mokrym. W Czechosłowacji były, niezbyt urodziwe, ale były. Bez większego kłopotu było można kupić przyzwoitą linę, tak zwaną nylonkę. W Polsce wtedy tzw. „sizalka” była luksusem a był to szajs. Szczególnie jak zmókł i się poskręcał.
Młotki bywały, ale takie ślusarskie lub stolarskie, ale to pryszcz, młotek to młotek, natomiast haki i karabinki zdobywano „sposobem”, diabli wiedzą skąd. W Czechosłowacji haki były, gorzej z karabinkami, ale one były na Węgrzech i jakoś wymiana przygraniczna funkcjonowała.
Te braki w zaopatrzeniu miały swoją dobrą stronę – kwitła wtedy lewizna przy przekraczaniu granicy, mając na sobie czeskie buty i ciuchy nie zwracało się na siebie uwagi, oczywiśnie nie należało się wydzierać po polsku. Podnudzam pewnie, już kończę.
„Obchodny dom” w Tatrzańskiej Łomnicy, stoisko z napisem „Obuv”. Były, w pełnej rozmaitości numerów, starczyło dla wszystkich. Kasjerka z zdwojoną uwagą oglądała nasze banknoty, pewnie podejrzewała, że fałszywe, bo skąd ci Polacy mogą mieć tyle pieniędzy przy tak nikłej oficjalnej wymianie. Wyszedłem z sklepu dumny jak paw i bezgranicznie szczęśliwy, oczywiście w nowych butach na nogach. Czy Wy, młodzieży kapitalistyczna chociaż wiecie ile szczęścia tracicie idąc ot takie sobie po buty do sklepu? W innym stoisku kupiłem skarpety i „horolezkę”. Wychodząc czułem się jakl sam sir Edmund Hillary!
No, pierwsza rzecz, która się nam udała, czyżby zła passa się odwróciła. Chyba tak, bo jeszcze zupełnie niespodziewanie w wychapie przy piwku spotkaliśmy ojca Bolka, profesora z jaką nieco młodszą towarzyszką. Profesor miał wtedy koło 65 lat i oczywiście wydawał mi się wtedy strasznie starym, mój Boże, mieć tyle teraz… Spotkanie było wielce obiecujące, profesor znał drogi na Gierlach jak własną kieszeń i łaskawie zgodził się nam jutro potowarzyszyć. Naga prawda, że jednak przyjdzie się zmierzyć z Gierlachem wielce się uprawdopodniła.
Z tej radości wsiedliśmy do elektriczki, pojechaliśmy do Smokowca i potem (na piechotę) na Hrebienok i do Obrowskich Wodospadów. Buty zdały egzamin, najmniejszego obtarcia!
Cdn.
Jestem gorszego sortu...
Co do butów - we wczesnych latach 80-tych większość znanych mi wówczas żeglarzy pływała w czeskich (czechosłowackich ?) bardzo wygodnych kaloszkach, które w ilościach wręcz hurtowych przywozili do naszego klubu bracia Czesi obsadzający jako załoga jeden z klubowych jachtów. U nas w sklepach były te kaloszki nie do kupienia. I gdy wreszcie je zdobyłem to czułem się jak jakiś Baranowski czy inny Jaworski 
Każdemu jego Everest...
Takie opowiadania z przyjemnością czytam i bez zdjęć.
Ja chyba jestem jeszcze ze starej szkoły "słowa pisanego" nie "obrazkowej".
Zdecydowanie wolę czytać niż oglądać.
Ja zaczęłam chodzić po górach w następnej epoce - to jest drugiej połowie lat 70 - i na problemy z butami już się nie załapałam, bo wtedy dla klubów dostępne były "himalaje" - doskonałe buty. Mój mąż zaczął się wspinać w roku 1968, jeszcze na sizalkach.
Natomiast obydwoje mieliśmy "horolezki" absolutnie kultowe plecaki o bardzo zgrabnym kroju, swoją mam jeszcze gdzieś na pawlaczu.
Ja chyba jestem jeszcze ze starej szkoły "słowa pisanego" nie "obrazkowej".
Zdecydowanie wolę czytać niż oglądać.
Ja zaczęłam chodzić po górach w następnej epoce - to jest drugiej połowie lat 70 - i na problemy z butami już się nie załapałam, bo wtedy dla klubów dostępne były "himalaje" - doskonałe buty. Mój mąż zaczął się wspinać w roku 1968, jeszcze na sizalkach.
Natomiast obydwoje mieliśmy "horolezki" absolutnie kultowe plecaki o bardzo zgrabnym kroju, swoją mam jeszcze gdzieś na pawlaczu.
cd.
Jak to było w jednym odcinku „Samych swoich” ? Chyba – „nadejszła historyczna chwila”? Słowo się rzekło, kobyła u płota stoi, czas jednak pójść na ten Gierlach (zwolennicy należnej Tatrom emfazy by pewnie napisali „zmierzyć się z tatrzańskim olbrzymem” lub „doznać niebotycznego szczęścia, że wyżej już nie można” lub zgoła „zranić palce na strzelistej gier lachowskiej grani”, ale ja jakoś nigdy nie czułem poetycznego bluesa i piszę tak po prostu pójść, choć pewnie należałoby napisać „wspiąć się”)
Pewnie ktoś się zadziwi i zapyta – no jak, tak po prostu pójść, a gdzie przewodnik, regulamin TANAP-u itd.? No nie, proszę Państwa, proszę mnie nie rozśmieszać, wtedy był socjalizm a nie kapitalizm! Zapyta ktoś a co tu ma do tego socjalizm i kapitalizm. Ano ma. Wtedy też wszędzie widniały tabliczki, że chodzić wolno tylko po znakowanych ścieżkach a jeśli komu tego mało, to proszę wynająć przewodnika, oczywiście afiliowanego w TANAP-ie. Był nawet podany adres gdzie to zrobić. Wtedy nie, ale kiedyś potem zajrzeliśmy z kumplem do takiego biura – pośrodku stał stolik, na stoliku piwko tudzież karcięta a na czterech krzesełkach siedziało sobie czterech przewodników, w służbowych swetrach i oczywiście z wiadomą blachą. Powiedzieliśmy grzecznie dzień dobry, ani drgnęli, widać rozgrywka była pasjonująca. Jak się okazało leciał szlemik w bez atu, było bez jednej. Skończyli rozgrywkę, jeden z nich się zapytał, czego chcemy, z słabo ukrywaną niechęcią, zresztą. Wyłuszczyłem, że chcielibyśmy pójść na Lodowy i przyszliśmy się zapytać, kiedy to możliwe i ile kosztuje. Przeleciał po nas wzrokiem, chyba docenił buty i resztę i zapytał się czy znamy drogę. Powiedziałem, że tak i powołałem się na Kroutila i Gellnera (odpowiedni tomik WHP nie był jeszcze wydany). Pochwalił źródło wiedzy i zapytał, wprost dlaczego im trujemy dupę, jak wiemy jak iść to niech idziemy z Panem Bogiem. A zakaz – zapytałem. Zarechotali wszyscy jednym chórem i zapytali się od kiedy to Polacy się zakazami przejmują? A potem dodał, że jak chcemy z nimi pogadać to mamy skoczyć do sąsiedniego sklepu po piwo bo im się właśnie skończyło. Ok., skoczyliśmy, fajni faceci byli, przy piwko co nieco poinstruowali o rozmaitych dróżkach.
Nadal zdziwienie? No to walę kawę na ladę. Wszyscy przewodnicy byli zatrudnienie w TANAP-ie na etat i ich uposażenie nijak nie było zależne od tego ile by kasy utargowali z turystów. Tylko głupcowi by się chciało tłuc się po górach z klientem w takiej sytuacji, zwłaszcza z Polakami a nie jakimiś Angolami czy Niemcami z RFN nawykłymi do dawania napiwków. No i oni wiedzieli doskonale, że „filace” są też na etacie, doli z mandatów nie mają, to po cholerę gdzieś sterczeć na zimnie jak można dekować się w schronisku. Podobnie było z rozbiciem namiotu lub spaniem w kolebie – przecież kierownicy schronisk też byli na etacie i nijakiej korzyści z kasy za noclegi nie mieli.
A jak jest dzisiaj? Znakomicie to wyjaśnia taki model „taty i trzech synów”. Otóż jest tata, dyrektor TANAP-u i ma trzech synów – przewodnika, chatara (ale właściciela chaty lub dzierżawcy) oraz filanca. Tata wydał przepis – poza szlakiem tylko z przewodnikiem. No to syn przewodnik ma klientów a syn filanc pilnuje aby lewusy nie łazili w szkodę. Przy okazji filanc pilnuje też aby nie spali za friko w namiocie lub kolebie, tylko w chacie u brata chatara. Powie ktoś, że takiej rodziny nie ma i będzie miał rację, jednakowoż wiadomo, na słowackim Podtatrzu wszyscy się znają a wielu jest spokrewnionych więc ten „model” działa, trzeba było tylko zlikwidować etaty, które w kapitalizmie nie są w modzie i tylko filanc na nim pozostał ale i on krzywdy nie ma, wiadomo jak.
Jednym słowem – socjalizm był dla pozaszlakowców wielce dobrotliwy a kapitalizm wręcz przeciwnie. Ma co prawda inne zalety ale pełnego szczęścia nigdy nie ma.
Zapyta ktoś może dlaczego dyrektor Skawiński otworzył Tatry dla wspinaczy i „wspinaczy”? Ano chyba to jakiś „nieżyciowy” facet!
cdn
Jak to było w jednym odcinku „Samych swoich” ? Chyba – „nadejszła historyczna chwila”? Słowo się rzekło, kobyła u płota stoi, czas jednak pójść na ten Gierlach (zwolennicy należnej Tatrom emfazy by pewnie napisali „zmierzyć się z tatrzańskim olbrzymem” lub „doznać niebotycznego szczęścia, że wyżej już nie można” lub zgoła „zranić palce na strzelistej gier lachowskiej grani”, ale ja jakoś nigdy nie czułem poetycznego bluesa i piszę tak po prostu pójść, choć pewnie należałoby napisać „wspiąć się”)
Pewnie ktoś się zadziwi i zapyta – no jak, tak po prostu pójść, a gdzie przewodnik, regulamin TANAP-u itd.? No nie, proszę Państwa, proszę mnie nie rozśmieszać, wtedy był socjalizm a nie kapitalizm! Zapyta ktoś a co tu ma do tego socjalizm i kapitalizm. Ano ma. Wtedy też wszędzie widniały tabliczki, że chodzić wolno tylko po znakowanych ścieżkach a jeśli komu tego mało, to proszę wynająć przewodnika, oczywiście afiliowanego w TANAP-ie. Był nawet podany adres gdzie to zrobić. Wtedy nie, ale kiedyś potem zajrzeliśmy z kumplem do takiego biura – pośrodku stał stolik, na stoliku piwko tudzież karcięta a na czterech krzesełkach siedziało sobie czterech przewodników, w służbowych swetrach i oczywiście z wiadomą blachą. Powiedzieliśmy grzecznie dzień dobry, ani drgnęli, widać rozgrywka była pasjonująca. Jak się okazało leciał szlemik w bez atu, było bez jednej. Skończyli rozgrywkę, jeden z nich się zapytał, czego chcemy, z słabo ukrywaną niechęcią, zresztą. Wyłuszczyłem, że chcielibyśmy pójść na Lodowy i przyszliśmy się zapytać, kiedy to możliwe i ile kosztuje. Przeleciał po nas wzrokiem, chyba docenił buty i resztę i zapytał się czy znamy drogę. Powiedziałem, że tak i powołałem się na Kroutila i Gellnera (odpowiedni tomik WHP nie był jeszcze wydany). Pochwalił źródło wiedzy i zapytał, wprost dlaczego im trujemy dupę, jak wiemy jak iść to niech idziemy z Panem Bogiem. A zakaz – zapytałem. Zarechotali wszyscy jednym chórem i zapytali się od kiedy to Polacy się zakazami przejmują? A potem dodał, że jak chcemy z nimi pogadać to mamy skoczyć do sąsiedniego sklepu po piwo bo im się właśnie skończyło. Ok., skoczyliśmy, fajni faceci byli, przy piwko co nieco poinstruowali o rozmaitych dróżkach.
Nadal zdziwienie? No to walę kawę na ladę. Wszyscy przewodnicy byli zatrudnienie w TANAP-ie na etat i ich uposażenie nijak nie było zależne od tego ile by kasy utargowali z turystów. Tylko głupcowi by się chciało tłuc się po górach z klientem w takiej sytuacji, zwłaszcza z Polakami a nie jakimiś Angolami czy Niemcami z RFN nawykłymi do dawania napiwków. No i oni wiedzieli doskonale, że „filace” są też na etacie, doli z mandatów nie mają, to po cholerę gdzieś sterczeć na zimnie jak można dekować się w schronisku. Podobnie było z rozbiciem namiotu lub spaniem w kolebie – przecież kierownicy schronisk też byli na etacie i nijakiej korzyści z kasy za noclegi nie mieli.
A jak jest dzisiaj? Znakomicie to wyjaśnia taki model „taty i trzech synów”. Otóż jest tata, dyrektor TANAP-u i ma trzech synów – przewodnika, chatara (ale właściciela chaty lub dzierżawcy) oraz filanca. Tata wydał przepis – poza szlakiem tylko z przewodnikiem. No to syn przewodnik ma klientów a syn filanc pilnuje aby lewusy nie łazili w szkodę. Przy okazji filanc pilnuje też aby nie spali za friko w namiocie lub kolebie, tylko w chacie u brata chatara. Powie ktoś, że takiej rodziny nie ma i będzie miał rację, jednakowoż wiadomo, na słowackim Podtatrzu wszyscy się znają a wielu jest spokrewnionych więc ten „model” działa, trzeba było tylko zlikwidować etaty, które w kapitalizmie nie są w modzie i tylko filanc na nim pozostał ale i on krzywdy nie ma, wiadomo jak.
Jednym słowem – socjalizm był dla pozaszlakowców wielce dobrotliwy a kapitalizm wręcz przeciwnie. Ma co prawda inne zalety ale pełnego szczęścia nigdy nie ma.
Zapyta ktoś może dlaczego dyrektor Skawiński otworzył Tatry dla wspinaczy i „wspinaczy”? Ano chyba to jakiś „nieżyciowy” facet!
cdn
Jestem gorszego sortu...
Trylogia Sienkiewicza też się ukazała po raz pierwszy w odcinkach, stary numer!Fenek pisze:ale nas męczysz zaś trza bedzie czekać pewnie do jutra na C.D.N. eh
Jest taka anegdota na ten temat. Sienkiewicz jadąc do Ameryki przekazał gazecie porcję odcinków na czas planowanego pobytu. Pobyt się przedłużył, ale nie chciał złamać umowy i postanowił pisać dalej, tylko jeden szkopuł - zapomniał co było w ostatnim odcinku. Wysłał więc telegram - "podasjcie natychmiast gdzie jest i co robi Kmicic.", Gazeta odpowiedziała - jest w Częstochowie, właśnie wysadził kolumbrynę. No i poszło.
A tak nawiasem - cieszą takie posty, każdy jest trochę próżny. No i w całości mało kto by dotarł do końca.
Jestem gorszego sortu...
Ruszyliśmy dość wcześnie, oczywiście na „elektriczkę”. Profesor, tak jak było umówione czekał na dworcu, ale dość oryginalnie ubrany, bo jeszcze w portkach od piżamy i tenisówkach. Wyjaśnił – „moja towarzyszka trochę zaspała, spróbujemy dogonić a jeśli nie to się spotykamy w Wielickiej przy budowie”. Uzgodniliśmy też trasę. Wyjaśniam od razu tą „budowę” – właśnie trwała, Slieskiego Domu, jak się potem okazało, byli tak na poziomie drugiego pietra.
Elektriczka – jak trudno sobie wyobrazić Tatry Słowackie bez niej – wrosła w krajobraz a także w uszy. Szczególnie ta co kursowała wtedy, w niczym nie podobna do obecnej. Wagony takie trochę jak z westernu – Bonanza jak się patrzy. Ale chyba kursowała podobnie szybko? Sam nie wiem, trzeba by poszperać w archiwach i ustalić czasy w starych rozkładach. Zresztą co za różnica – pięć minut w lewo lub w prawo na odcinku do Smokowca, na piechotę byłoby sporo czasu.
Zarówno Tatrzańska Łomnica jak i Smokowiec wówczas wiele się nie różniły o tego co jest obecnie. Może jestem konserwatystą, ale dla mnie to plus. Na tarasie Grandu w Łomnicy popołudniu grała orkiestra dęta, taka w wojskowym stylu, w białych mundurach armii austriackiej – chyba teraz ten zwyczaj się nie ostał. Trochę inaczej jest teraz z sklepami, nie wszystkie się ostały lub zmieniły branżę. Np. w tym dużym budynku nad parkingiem w T.Ł. na parterze (ostatnio jak byłem to było zabite dechamy) mieścił się taki duży sklep wielobranżowy, do którego zachodził chyba każdy Polak – można tam było kupić wiele towarów turystycznych a także takich rarytasów w Polsce jak np. kredki „Technic color” Hardmutha, przyzwoite farby akwarelowe, piórniki, o których w Polsce marzyło każde dziecko, temperówki nie łamiące ołówków, pluszowe misie (moja starsza córka miała swego właśnie stamtąd, potem „obsłużył” wnuczkę i teraz czeka na kolejne pokolenie – jest w zadziwiająco dobrym stanie; polskie misie wtedy nadawały się raczej do straszenia dzieci), krótko później pojawiły się tam flamastry, przez wiele lat jeszcze nieobecne w Polsce. Ja w pewnym stopniu zawdzięczam temu sklepowi skończenie studiów – kupowałem tam tusz kreślarski firmy Pelikan, dzięki któremu rysunki wyglądały jak należy (bez „wydrapywań” kleksów, którymi „pluł” grafion wypełniony polskim tuszem. Sporo lat później, już w latach 80-ych kupiłem tam córce, studentce Politechniki, rapidografy, znacznie lepsze i znacznie tańsze niż w Polsce, gdzie takie „porządne” były tylko w Pewexie. Parę razy kupiłem też tam córkom zeszyty do szkoły, też były fajniejsze. Ten czechosłowacki socjalizm miał swoje zalety, do minusów należały wszechobecne pięcioramienne czerwone gwiazdy.
Całkowicie inna była natomiast sama „cesta Svobody” i nie chodzi tu tylko o znacznie mniejszy ruch, była znacznie węższa i sporo bardziej kręta. Krótko później zaczęła się jej przebudowa – na FIS w Szczyrbskim Plesie. Podejrzewam, że mało kto wie, ża całość przebudowy wykonała polska firma – Krakowskie Przedsiębiorstwo Robót Drogowych – to była naprawdę porządnie i szybko wykonana robota. Nie wiem czy KPRD oraz jej „siostry” w Rzeszowie, Kielcach (mosty), Warszawie, Płocku (mosty) oraz w Poznaniu i Gdańsku jeszcze istnieją, jeśli nie, to wielka szkoda, to były zacne firmy i podejrzewam, że gdyby istniały nadal to z autostradami byłyby znacznie mniejsze kłopoty.
Niewielkie zmiany zaszły też w Smokowcu, ten koszmarny nigdy nie dokończony obiekt, chyba hali sportowej (przy dojściu do dolnej stacji kolejki na Hrebienok) właśnie rozpoczynano budować. W tym budynku w samym centrum naprzeciwko Grandu restauracja była prawie taka sama jak obecnie. Natomiast za cholerę nie mogę sobie przypomnieć co się mieściło w tym dużym pomieszczeniu gdzie obecnie jest spożywczy sklep samoobsługowy, ale na pewno coś innego. Z boku po prawej stronie, nie było też tej znakomitej kawiarni „alpinistycznej” z starymi sztychami i pismami alpinistycznymi do poczytania. A także z znakomicie podawanymi herbatami owocowymi i ziołowymi. Natomiast dokładnie tak samo wygląda ta mała restauracja z boku Grandu, też pry drodze do kolejki na Hrebienok. Mam z niej zabawne wspomnienie – to była pierwsza restauracja, w której byłem po słowackiej stronie, zupełnie się wtedy nie wyznawałem na słowackich nazwach – zamawiałem na „nosa” i wybrałem „rezkovą polievkę” – ku mojemu zdziwieniu okazało się to być flakami, których nie znoszę, wymienili bez protestu i wówczas po raz pierwszy poznałem uroki „czosnakovej”.
Jak już jestem przy tych „miejskich” porównaniach – całkowicie i totalnie inaczej wyglądał wtedy Poprad, była to senna dziura, bez tych wszystkich blokowisk, wieżowców i innego cholerstwa. Tutaj należy się Czechosłowakom a chyba raczej Czechom, bo to oni decydowali o wszystkim, przyznać swoisty „medal” – w Polsce chyba żadnego podgórskiego miasta tak nie „spierdolono” jak się to „udało” Czechom w Popradzie! Rekord świata! Inna sprawa, że panorama na Tatry z tych wieżowców jest nieprzytomna.
Aby skończyć z „urbanistyką”, choć nie dotyczy to zrobionej wówczas trasy, to jeszcze kilka słów o Hrebienoku. Nie mam stuprocentowej pewności czy wtedy, pod koniec lat 60-ych był tor bobslejowy. Czarna dziura w pamięci! Nie było za to na pewno tego wielkiego hotelu. Rozebrano za to dwa jeszcze powęgierskie budynki hotelowo –wczasowe, widoczne z kolejki po lewej stronie, patrząc na górną stację kolejki. Znacznie skromniejszy był też teren „zjazdowy” a tuż obok niego przy Magistrali był camping, ale nie dla samochodów tylko dla ludzi – budynek z umywalniami i kilkadziesiąt namiotów dwuosobowych lub czteroosobowych z pryczami i śpiworami, wszystko na drewnianych podestach.
No to wreszcie pora wejść na trasę – wybraliśmy tą malowaną na żółto ścieżkę, łączącą się już w dolnym piętrze doliny z tą malowaną na zielono. To urokliwa trasa, szczególnie wtedy, przed kalamitą. Gdzieś w tak połowie drogi doścignął nas profesor z swoją towarzyszką. Zasuwali jak czołgi, chyba w jeszcze przedwojennych butach, takich z stalowymi ćwiekami, dźwigał na sobie olbrzymi plecak i w ogóle wyglądał tak jak to można zobaczyć na przedwojennych fotografiach. „Ale się wleczecie” powiedział pogardliwie, a przypominam miał wtedy coś koło 65 lat (a ja wtedy 32). Jakiś czas szedł z nami a potem się pożegnali – na „pożegnanie” powiedział – czekamy z kawą nad stawem.
Cdn.
Elektriczka – jak trudno sobie wyobrazić Tatry Słowackie bez niej – wrosła w krajobraz a także w uszy. Szczególnie ta co kursowała wtedy, w niczym nie podobna do obecnej. Wagony takie trochę jak z westernu – Bonanza jak się patrzy. Ale chyba kursowała podobnie szybko? Sam nie wiem, trzeba by poszperać w archiwach i ustalić czasy w starych rozkładach. Zresztą co za różnica – pięć minut w lewo lub w prawo na odcinku do Smokowca, na piechotę byłoby sporo czasu.
Zarówno Tatrzańska Łomnica jak i Smokowiec wówczas wiele się nie różniły o tego co jest obecnie. Może jestem konserwatystą, ale dla mnie to plus. Na tarasie Grandu w Łomnicy popołudniu grała orkiestra dęta, taka w wojskowym stylu, w białych mundurach armii austriackiej – chyba teraz ten zwyczaj się nie ostał. Trochę inaczej jest teraz z sklepami, nie wszystkie się ostały lub zmieniły branżę. Np. w tym dużym budynku nad parkingiem w T.Ł. na parterze (ostatnio jak byłem to było zabite dechamy) mieścił się taki duży sklep wielobranżowy, do którego zachodził chyba każdy Polak – można tam było kupić wiele towarów turystycznych a także takich rarytasów w Polsce jak np. kredki „Technic color” Hardmutha, przyzwoite farby akwarelowe, piórniki, o których w Polsce marzyło każde dziecko, temperówki nie łamiące ołówków, pluszowe misie (moja starsza córka miała swego właśnie stamtąd, potem „obsłużył” wnuczkę i teraz czeka na kolejne pokolenie – jest w zadziwiająco dobrym stanie; polskie misie wtedy nadawały się raczej do straszenia dzieci), krótko później pojawiły się tam flamastry, przez wiele lat jeszcze nieobecne w Polsce. Ja w pewnym stopniu zawdzięczam temu sklepowi skończenie studiów – kupowałem tam tusz kreślarski firmy Pelikan, dzięki któremu rysunki wyglądały jak należy (bez „wydrapywań” kleksów, którymi „pluł” grafion wypełniony polskim tuszem. Sporo lat później, już w latach 80-ych kupiłem tam córce, studentce Politechniki, rapidografy, znacznie lepsze i znacznie tańsze niż w Polsce, gdzie takie „porządne” były tylko w Pewexie. Parę razy kupiłem też tam córkom zeszyty do szkoły, też były fajniejsze. Ten czechosłowacki socjalizm miał swoje zalety, do minusów należały wszechobecne pięcioramienne czerwone gwiazdy.
Całkowicie inna była natomiast sama „cesta Svobody” i nie chodzi tu tylko o znacznie mniejszy ruch, była znacznie węższa i sporo bardziej kręta. Krótko później zaczęła się jej przebudowa – na FIS w Szczyrbskim Plesie. Podejrzewam, że mało kto wie, ża całość przebudowy wykonała polska firma – Krakowskie Przedsiębiorstwo Robót Drogowych – to była naprawdę porządnie i szybko wykonana robota. Nie wiem czy KPRD oraz jej „siostry” w Rzeszowie, Kielcach (mosty), Warszawie, Płocku (mosty) oraz w Poznaniu i Gdańsku jeszcze istnieją, jeśli nie, to wielka szkoda, to były zacne firmy i podejrzewam, że gdyby istniały nadal to z autostradami byłyby znacznie mniejsze kłopoty.
Niewielkie zmiany zaszły też w Smokowcu, ten koszmarny nigdy nie dokończony obiekt, chyba hali sportowej (przy dojściu do dolnej stacji kolejki na Hrebienok) właśnie rozpoczynano budować. W tym budynku w samym centrum naprzeciwko Grandu restauracja była prawie taka sama jak obecnie. Natomiast za cholerę nie mogę sobie przypomnieć co się mieściło w tym dużym pomieszczeniu gdzie obecnie jest spożywczy sklep samoobsługowy, ale na pewno coś innego. Z boku po prawej stronie, nie było też tej znakomitej kawiarni „alpinistycznej” z starymi sztychami i pismami alpinistycznymi do poczytania. A także z znakomicie podawanymi herbatami owocowymi i ziołowymi. Natomiast dokładnie tak samo wygląda ta mała restauracja z boku Grandu, też pry drodze do kolejki na Hrebienok. Mam z niej zabawne wspomnienie – to była pierwsza restauracja, w której byłem po słowackiej stronie, zupełnie się wtedy nie wyznawałem na słowackich nazwach – zamawiałem na „nosa” i wybrałem „rezkovą polievkę” – ku mojemu zdziwieniu okazało się to być flakami, których nie znoszę, wymienili bez protestu i wówczas po raz pierwszy poznałem uroki „czosnakovej”.
Jak już jestem przy tych „miejskich” porównaniach – całkowicie i totalnie inaczej wyglądał wtedy Poprad, była to senna dziura, bez tych wszystkich blokowisk, wieżowców i innego cholerstwa. Tutaj należy się Czechosłowakom a chyba raczej Czechom, bo to oni decydowali o wszystkim, przyznać swoisty „medal” – w Polsce chyba żadnego podgórskiego miasta tak nie „spierdolono” jak się to „udało” Czechom w Popradzie! Rekord świata! Inna sprawa, że panorama na Tatry z tych wieżowców jest nieprzytomna.
Aby skończyć z „urbanistyką”, choć nie dotyczy to zrobionej wówczas trasy, to jeszcze kilka słów o Hrebienoku. Nie mam stuprocentowej pewności czy wtedy, pod koniec lat 60-ych był tor bobslejowy. Czarna dziura w pamięci! Nie było za to na pewno tego wielkiego hotelu. Rozebrano za to dwa jeszcze powęgierskie budynki hotelowo –wczasowe, widoczne z kolejki po lewej stronie, patrząc na górną stację kolejki. Znacznie skromniejszy był też teren „zjazdowy” a tuż obok niego przy Magistrali był camping, ale nie dla samochodów tylko dla ludzi – budynek z umywalniami i kilkadziesiąt namiotów dwuosobowych lub czteroosobowych z pryczami i śpiworami, wszystko na drewnianych podestach.
No to wreszcie pora wejść na trasę – wybraliśmy tą malowaną na żółto ścieżkę, łączącą się już w dolnym piętrze doliny z tą malowaną na zielono. To urokliwa trasa, szczególnie wtedy, przed kalamitą. Gdzieś w tak połowie drogi doścignął nas profesor z swoją towarzyszką. Zasuwali jak czołgi, chyba w jeszcze przedwojennych butach, takich z stalowymi ćwiekami, dźwigał na sobie olbrzymi plecak i w ogóle wyglądał tak jak to można zobaczyć na przedwojennych fotografiach. „Ale się wleczecie” powiedział pogardliwie, a przypominam miał wtedy coś koło 65 lat (a ja wtedy 32). Jakiś czas szedł z nami a potem się pożegnali – na „pożegnanie” powiedział – czekamy z kawą nad stawem.
Cdn.
Jestem gorszego sortu...
No i rzeczywiście. Nie ma co ukrywać dostaliśmy strasznie po nosie od przedwojennego pokolenia. Lepsze geny czy może materiał wyjściowy? Fakty były takie, że kawa była gotowa, nawet trochę przechłodzona. I podana z klasą – w porcelanowych kubeczkach. Porcelanowych! Dacie wiarę! Nie umiem sobie tego wytłumaczyć, trochę mi się to wyjaśniło sporo lat potem gdy oglądałem film „Jak wywołałem drugą wojnę świątową” – ta scena podawania herbaty angielskiemu oficerowi przez ordynansa – namiot, pustynia, ale dokładnie o godzinie 17 herbata w porcelanowym kubeczku musi być. Ale nie to było najistotniejsze – najpiękniejszy był prymus do grzania wody jeszcze z przed pierwszej wojny – prawdziwe dzieło sztuki – lśniący mosiądz w doskonałym stanie. Tudzież nienagannie wyprasowana serweta rozłożona na płaskim trawiastym poletku. Od razu porównałem to z dość specyficznymi zwyczajami gastronomicznymi w „kurniku” w Morskim Oku.
Tak trochę od tematu – jest na forum ktoś, co pamięta „kurnik” w Morskim Oku? Pewnie nie, więc kilka słów objaśnienia. Kurnik był to drewniany budyneczek stojący tuż przy tzw. „nowym” schronisku – patrząc na werandę po prawej stronie. Ponoć w czasach przedwojennych faktycznie hodowano tam kury na cele kuchni schroniskowej. W ten sposób na stoły klientów trafiały świeżutkie jajka na miękko oczywiście na sposób wiedeński, czy zaledwie lekko ścięte a jak się trafili amatorzy pieczonego kurczaczka to ktoś z personelu kuchni szedł do kurnika i dokonywał egzekucji. Po wojnie dobre obyczaje gastronomiczne uległy pewnemu zapomnieniu i państwo Łapińscy dokonali przeróbki obiektu na cele noclegowe. Były to najtańsze miejsca noclegowe w schronisku i stanowiły one domenę wspinaczy. Nikogo innego tam nie nocowano, zresztą wątpię, aby ktokolwiek zdołał to wytrzymać. Ilu osobom tam sprzedawano nocleg pozostało „słodką tajemnicą” pani Dziuni Łapińskiej, która rządziła tym twardą ręką, no i jeszcze pozostaje „czarna liczba” tzw. waletów. Ja bym to określił w sposób matematyczny – zmierzała w kierunku nieskończoności. Jedno jest pewne – pomieszczenia noclegowe w „starym schronisku” to był przy kurniku hotel Hilton. W kurniku nie tylko spano, również i gotowano, podstawowymi daniami był tam budyń i kisiel, ten pierwszy na proszku mlecznym. Plus chleb i margaryna. Czasy były trudne i jak studenciak chciał posiedzieć w Moku przez miesiąc albo i dwa to trzeba było się ograniczać. Dwie rzeczy pozostają absolutnie niezrozumiałe. Pierwsza to to, jakim cudem ta symbioza kocherów i sienników wypchanych słomą nie doprowadziła do pożaru. A druga – jak przy tak surowych warunkach bytowych pensjonariuszom kurnika starczyło siło na pokonywanie tak długich i trudnych dróg wspinaczkowych?
Kawa wypita, wszystko posprzątane, pora przystąpić do realizacji celu naszej „ekspedycji”, mozolne podejście pod próg górnej części doliny, wygodna ścieżka zmierzająca na Polski Grzebień, od której w pewnym miejscu odchodzi w bok na lewo wąziutka perć w kierunku do punktu wyjściowego drogi przez Próbę Wielicką. Halina i Bolek zostali trochę z tyłu, dyskretnie się oglądając zauważyłem, że trwa między nimi dość ożywiona dyskusja. Ale po chwili przyspieszyli i dołączyli do reszty. Jak się później dowiedziałem dyskutowali na tym czy przypadkiem to nie jest kres ich drogi? No cóż, ubiegłoroczne „występy artystyczne” Haliny w Honoratce budziły moje i chyba nie tylko moje wątpliwości, ale postanowili schwycić byka za rogi i idziemy wszyscy w pełnym składzie. Było to dość istotne dla wszystkich, bo miałem pełną świadomość, że jest to ostatnie miejsce do ew. rozdzielenia się grupy. Każda ew. niedyspozycja, obojętnie czy psychiczna czy też fizyczna kogokolwiek z nas oznaczała tylko jedno – wszyscy się wycofujemy i to zupełnie niezależnie od stanu zaawansowania drogi do punktu docelowego. Zdaję sobie sprawę, że to może dzisiaj kogoś dziwić, ale wtedy był to aksjomat. Może nie mam racji, może mam, trudno powiedzieć, jednakowoż ja pozostałem wierny tej zasadzie aż do dzisiaj.
Próba Wielicka, trochę czytałem o jej „przeraźliwych” trudnościach. No cóż mogę to jedynie skwitować za Stendhalem – „a więc to tylko to?” Oczywiście Stendhal pisał o czymś zupełnie innym – pierwszym doświadczeniu erotycznym młodego kleryka.
Cdn.
Tak trochę od tematu – jest na forum ktoś, co pamięta „kurnik” w Morskim Oku? Pewnie nie, więc kilka słów objaśnienia. Kurnik był to drewniany budyneczek stojący tuż przy tzw. „nowym” schronisku – patrząc na werandę po prawej stronie. Ponoć w czasach przedwojennych faktycznie hodowano tam kury na cele kuchni schroniskowej. W ten sposób na stoły klientów trafiały świeżutkie jajka na miękko oczywiście na sposób wiedeński, czy zaledwie lekko ścięte a jak się trafili amatorzy pieczonego kurczaczka to ktoś z personelu kuchni szedł do kurnika i dokonywał egzekucji. Po wojnie dobre obyczaje gastronomiczne uległy pewnemu zapomnieniu i państwo Łapińscy dokonali przeróbki obiektu na cele noclegowe. Były to najtańsze miejsca noclegowe w schronisku i stanowiły one domenę wspinaczy. Nikogo innego tam nie nocowano, zresztą wątpię, aby ktokolwiek zdołał to wytrzymać. Ilu osobom tam sprzedawano nocleg pozostało „słodką tajemnicą” pani Dziuni Łapińskiej, która rządziła tym twardą ręką, no i jeszcze pozostaje „czarna liczba” tzw. waletów. Ja bym to określił w sposób matematyczny – zmierzała w kierunku nieskończoności. Jedno jest pewne – pomieszczenia noclegowe w „starym schronisku” to był przy kurniku hotel Hilton. W kurniku nie tylko spano, również i gotowano, podstawowymi daniami był tam budyń i kisiel, ten pierwszy na proszku mlecznym. Plus chleb i margaryna. Czasy były trudne i jak studenciak chciał posiedzieć w Moku przez miesiąc albo i dwa to trzeba było się ograniczać. Dwie rzeczy pozostają absolutnie niezrozumiałe. Pierwsza to to, jakim cudem ta symbioza kocherów i sienników wypchanych słomą nie doprowadziła do pożaru. A druga – jak przy tak surowych warunkach bytowych pensjonariuszom kurnika starczyło siło na pokonywanie tak długich i trudnych dróg wspinaczkowych?
Kawa wypita, wszystko posprzątane, pora przystąpić do realizacji celu naszej „ekspedycji”, mozolne podejście pod próg górnej części doliny, wygodna ścieżka zmierzająca na Polski Grzebień, od której w pewnym miejscu odchodzi w bok na lewo wąziutka perć w kierunku do punktu wyjściowego drogi przez Próbę Wielicką. Halina i Bolek zostali trochę z tyłu, dyskretnie się oglądając zauważyłem, że trwa między nimi dość ożywiona dyskusja. Ale po chwili przyspieszyli i dołączyli do reszty. Jak się później dowiedziałem dyskutowali na tym czy przypadkiem to nie jest kres ich drogi? No cóż, ubiegłoroczne „występy artystyczne” Haliny w Honoratce budziły moje i chyba nie tylko moje wątpliwości, ale postanowili schwycić byka za rogi i idziemy wszyscy w pełnym składzie. Było to dość istotne dla wszystkich, bo miałem pełną świadomość, że jest to ostatnie miejsce do ew. rozdzielenia się grupy. Każda ew. niedyspozycja, obojętnie czy psychiczna czy też fizyczna kogokolwiek z nas oznaczała tylko jedno – wszyscy się wycofujemy i to zupełnie niezależnie od stanu zaawansowania drogi do punktu docelowego. Zdaję sobie sprawę, że to może dzisiaj kogoś dziwić, ale wtedy był to aksjomat. Może nie mam racji, może mam, trudno powiedzieć, jednakowoż ja pozostałem wierny tej zasadzie aż do dzisiaj.
Próba Wielicka, trochę czytałem o jej „przeraźliwych” trudnościach. No cóż mogę to jedynie skwitować za Stendhalem – „a więc to tylko to?” Oczywiście Stendhal pisał o czymś zupełnie innym – pierwszym doświadczeniu erotycznym młodego kleryka.
Cdn.
Jestem gorszego sortu...






