Święte krowy, Sekretne życie motyli i cd.

Pasma górskie w Polsce i na świecie.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Święte krowy, Sekretne życie motyli i cd.

Post autor: Janek »

Na początek kilka linków:
http://www.rp.pl/artykul/12,776328.html
http://jkw.pl/nowosci/rozne/513-stanowi ... olita.html
http://www.npm.pl/index.php?action=site&id=5
http://www.efwf.pl/pl/distinguished.php ... 14&lang=pl
http://polskihimalaizmzimowy.pl/pages/p ... ej-411.php
http://pl.wikipedia.org/wiki/The_Explorers_Club
http://www.eventmapa.pl/podmiot/2166/monika-rogozinska

Dla wygody ew. czytelnika podaję treść pierwszego linku:
Narodowy program narażania młodych
Monika Rogozińska21-12-2011, ostatnia aktualizacja 21-12-2011 02:34
dziennik - Rzeczpospolita

Artur Hajzer prowadzi w najwyższe góry wspinaczy bez doświadczenia na ośmiotysięcznikach i oni drogo za to płacą
Kiedy 3 października 2011 r. szef Kancelarii Prezydenta RP podpisywał list informujący, że Bronisław Komorowski objął patronat nad programem „Polski himalaizm zimowy 2010 – 2015", prezydent zapewne nie wiedział, że kierownik tego programu Artur Hajzer od doby woła w Himalajach o ratunek.
Trzy dni wcześniej na szczycie Makalu (8463 m n.p.m.) stanęli 49-letni Hajzer i 28-letni Adam Bielecki, a półtorej godziny po nich 29-letni Tomasz Wolfart. Wspinali się bez tlenu z butli i pomocy Szerpów. Z wierzchołka do obozu IV (7800 m n.p.m.), gdzie czekał Maciej Stańczak, zeszli tylko Hajzer i Bielecki. Wolfarta noc zastała w drodze. Biwakował pod gołym niebem. Kiedy dotarł do kolegów, zaczęli wspólny odwrót, ale nie zdołali za dnia osiągnąć obozu III.
Hajzer wreszcie poprosił o pomoc. Zejście ze szczytu trwało pięć dni. Przerodziłoby się w tragedię, gdyby nie szybka akcja Szerpów – ratowników, którzy dolecieli helikopterem i pognali do góry, a także wysiłek pozostałych kolegów. Pogoda i umiejętności pilota pozwoliły na zabranie z wysokości 5600 m najbardziej odmrożonych alpinistów. Maciejowi Stańczakowi amputowano dziesięć odmrożonych palców u rąk, a Tomaszowi Wolfartowi cztery. Przyjaciele i rodzina Stańczaka zaapelowali o pomoc w leczeniu oraz rehabilitacji wspinacza.
Tragiczna wyprawa
Relacjonując wyprawę na Makalu, Hajzer mówił: – Góra nie jest technicznie trudna. Rasowy wspinacz powiedziałby, że pastwisko. Ma tylko pułapkę. Długi trawers w drodze na szczyt.
Wyprawa Polskiego Związku Alpinizmu miała charakter szkoleniowy. Na owo szkolenie dla siedmiu młodych, silnych wspinaczy, w większości bez doświadczenia na ośmiotysięcznikach, Hajzer wybrał piątą co do wysokości górę na świecie z grupy tzw. wysokich ośmiotysięczników, w sezonie jesiennym po opadach monsunowych. Nie zabrał lekarza. Ludzi ratował przez telefon z Gdańska dr Robert Szymczak.
– Mieliśmy bardzo głęboki śnieg. Droga do obozu IV (7600 m n.p.m.) była koszmarem – mówi na filmie o wyprawie jeden z jej uczestników.
– Makalu jest trudną, niebezpieczną i rzadko zdobywaną górą – podkreśla Krzysztof Wielicki, zdobywca Korony Himalajów. – Ostatnią wyprawę ze względu na konsekwencje dla tych młodych ludzi uważam za tragiczną. Nie chciałbym, żeby moja wypowiedź uderzyła w polski zimowy himalaizm, którego kontynuacja ma sens. Ale metody realizacji programu są do dyskusji.
Artur Hajzer podjął program „Polskiego himalaizmu zimowego", który ogłosił kilka lat temu Wielicki. Hajzer w latach 80. zdobywał himalajskie szlify u boku Jerzego Kukuczki, z którym wszedł nowymi drogami na tzw. niskie ośmiotysięczniki: Manaslu (8156 m) i Shisha Pangmę (8027 m) oraz, jako pierwsi zimą, na Annapurnę (8091 m).
Po kilkunastu latach przerwy wrócił do himalaizmu jako biznesmen i właściciel firmy HiMountain, produkującej sprzęt i odzież turystyczną. Narodowy program zimowego himalaizmu finansują Polski Związek Alpinizmu, Ministerstwo Sportu i Turystyki, Fundacja Wspierania Alpinizmu Polskiego im. Jerzego Kukuczki oraz firma Hajzera HiMountain, zapewniając sobie reklamę.
Hajzer zaczął prowadzić na ośmiotysięczniki wyprawy wiosenne, letnie, jesienne i zimowe unifikacyjne, których „celem nadrzędnym jest selekcja polskich alpinistów w dziedzinie himalaizmu". Na tych ekspedycjach zmieniali się młodzi uczestnicy, którzy ufając znanemu himalaiście, dawali z siebie wszystko. To także dzięki nim Hajzer wszedł na szczyt Nanga Parbat i Makalu.
Nestor się dziwi
Przed wyprawą na Broad Peak (8047 m n.p.m.) poprzedniej zimy pod dowództwem Hajzera na stronie internetowej, obok haseł o polskich zimowych, lodowych wojownikach, pojawił się buńczuczny napis: „Gdy nadchodzi zima, w Himalajach zaczynają rządzić Polacy". Kosztowna, prowadzona w anachronicznym stylu wyprawa trwała od grudnia do marca, część zespołu aklimatyzowała się nad pakistańskim kurortem Sadpara, mesa w bazie była ogrzewana piecem i wyłożona dywanem, a gorące termofory przynoszono alpinistom do śpiworów. W tym czasie trzyosobowa wyprawa: Denis Urubko, Simone Moro i Cory Richards, w ciągu miesiąca wspięła się na pobliski, dziewiczy zimą Gasherbrum II. Przygotowanie i szybkość zwiększa bezpieczeństwo i szanse na sukces.
W ostatni poniedziałek na konferencji prasowej Hajzer ogłosił wyjazd w końcu grudnia kolejnej wyprawy na niezdobyty zimą Gasherbrum I (8068 m n.p.m.). Ekspedycja tym razem ma być szybka, bez butli z tlenem. Z Hajzerem jadą Janusz Gołąb, wybitny alpinista, ale bez doświadczenia na ośmiotysięcznikach, i Adam Bielecki, który zetknął się tylko z Makalu.
– Dziwię się, że nie biorą lekarza – skomentował ten plan nestor polskiego himalaizmu, który woli zachować anonimowość. – Nie chcę się narażać – tłumaczył. Nikt nie chce. Więc wszyscy milczą.

Może jeszcze ktoś pamięta dyskusje wokół książki pt. Święte Krowy? Przypominam w kilku słowach - Znany polski alpinista, ojciec jednego z dwóch TOPR-owcó, którzy zginęli podczas akcji na Szpiglasowej Przełęczy (nazwisk celowo nie podaję) napisał książkę, w której zarzucił kierownictwu TOPR popełnienie błędów, których wynikiem była śmierć jego syna. Oprócz argumentów natury stricte alpinistycznej i ratowniczej znalazły się i takie, które nawiązywały do rzekomej niezbyt pięknej przeszłości paru osób z środowiska taternickiego - oczywiście natury lustracyjnej. Sprawa powędrowała do Sądu, nie znam wyniku i nie zauważyłem dalszych publikacji na ten temat. Może umorzenie, może ugoda, może się jeszcze wlecze, trudno zgadnąć.

"Sekretne życie motyli" - niby powieść, ale z "kluczem" (wprowadzeni w temat umieją rozszydrować każdego bohatera powieści i podać prawdziwe personalia) - kulisy pewnej wyprawy wspinaczkowej w Grenlandii. Są efekty - ktoś stracił prestiżową nagrodą, ktoś kogoś skarży, wniosek o zabezpieczenie powództwa poprzez zablokowanie sprzedaży książki - jednym słowem "magiel", niestety na szczytach polskiego środowiska alpinistycznego.

Teraz artykuł Moniki Rogozińskiej. - jak wynika z informacji z linków, które podałem, pani Rogozińska nie jest "zwykłym" dziennikarzem, takim co dziś o himalaizmie, wczoraj o jakiejś tam aferze gospodarczej a jutro może o stadionie na EURO 2012. To znana podróżniczka, uczestniczka wypraw himalajskich, kiedyś przez kilka lat zawodowa ratowniczka TOPR - słowem osoba, która zna się na rzeczy i nad której artykułem warto się zastanowić. Tymbardziej, że zarzut jest ostry - Kierownictwo PZA źle organizuje wyprawy i naraża życie i zdrowie młodych himalaistów i to niejako pod patronatem Prezydenta RP, Bronisława Komorowskiego.

Drobna uwaga - Dziennik Rzeczpospolita raczej nie sympatyzuje z środowiskiem Prezydenta RP - jednakowoż, przynajmniej ja, zdecydowanie odrzucam ew. pogląd, że to zagrywka polityczna mająca na celu skompromitowanie Prezydenta.

Mój osobisty wniosek z analizy tekstu, być może błędny - pani Monika Rogozińska chyba niezbyt "kocha" pana Artura Hajzera - widzę wyraźne aluzje "ad personam". Nic nowego w polskim alpiniźmie - już przed wojną były takie rzeczy, choćby "wojenka" między Wincentym Birkenmajerem a Wiesławem Stanisławskim - było ostro, krótko później obaj zginęli w Tatrach.

Niestety niektóre zdania z tekstu artykułu nie są smaczne - ot choćby takie, że Artur Hajzer na początku swej kariery "woził" się na Kukuczce, potem na kilkanaście lat poszedł w byznes a na stare lata (49) chce się "wozić" na młodych, z delikatną sugestią, że być może chodzi o reklame swojej firmy. W tle tego tragedia, zarówno alpinistyczna, jak i życiowa, młodego alpinisty (29) który stracił wszystkie palce u rąk, z sugestią, że to wskutek braku lekarza na wyprawie.

PZA bronis się tym, że teraz mało kto zabiera lekarzy na wyprawy, m.in. dletego, że nie ma chętnych lekarzy a zarazem alpinistów, a lekarz był zabezpieczony, ale tak "na odległość" - pod telefonem satelitarnym.

Czy taka forma opieki lekarskiej jest wystarczająca? Rzecz jasna - lepiej byłoby aby był na miejscu. Jednakowoż - kiedyś, wiele lat temu poznałem, zresztą w Zakopanem, ale to nie ma nic do rzeczy, lekarza chirurga, który dla zarobku zatrudnił się jako lekarz na wielkim trawlerze rybackim; mniejsze jednostki tego armatora lekarzy na pokładzie nie miały, jeden z oficerów był tylko przeszkolony w elementarnych elementach sztuki lekarskiej. No i mój znajomy opowiedział mi jak to przez telefon "przeprowadzał operację" usunięcia wyrostka robaczkowego w stanie ostrym - operował ów oficer, operacja się udała, pacjent przeżył, czuje się dobrze. Warto dodać, że wtedy internetu nie było, skype też, pozostawała tylko fonia. Czyli można, pewnie głównie zależy od jakości tego przeszkolenia. Uprzedzam zarzuty, że mnie obujano - nie, sprawa była głośna, opisana w mediach. Nawey dość szeroko jak na tamte czasy. Zresztą też nie była nowością - już wówczas był w użyciu sygnał radiowy, o pomoc w podobnych przypadkach i mojemu znajomemu w czasie wielomiesięcznego rejsu zdarzało się udzielać pomocy kutrom kanadyjskim, duńskim, amerykańskim itp.

Czy za artykułem pani Moniki Rogozińskiej ukrywa się tylko osobista niechęć do pana Artura Hajzera? Oczywiście nie wiem. Gdyby tak było to z jednej strony byłoby to smutne, lecz z drugiej pocieszające, bo znaczyłoby, że sprawy nie ma, PZA nic nie ma, mówiąc kolokwialnie, na sumieniu. Ale... Czyżby pani Monika Rogozińska tak narażała swoje nieposzlakowane dotąd nazwisko i to z jakichś tam pewnie "maglowatych" pobudek. Ja mam wątpliwości...

Wiadomo, że nikt, szczególnie początkujący himalaista, nie pojedzie w Himalaje za własne pieniądze, bo ich po prostu nie ma. No chyba, że ma tatę, kogoś takiego jak Jan Kulczyk. To oczywiste - można nad tym ubolewać ale tak już jest. Wiadomo, że nie tylko potrzebny jest sponsor, wiadomo również, że niektórzy himalaiści i alpiniście z tego żyją i to bynajmniej nie z przewodnictwa. W materiałach, które wyżej podałem jest mowa, że Simone Moro i Denis Urubko właśnie z tego żyją. Nie tylko oni - nieżyjący już niestety polski himalaista, pan Piotr Morawski w swoim dzienniku, którego fragmenty są składnikiem książki pani Olgi Morawskiej, wyrażnie pisze, że porzucił dobrze zapowiadającą się karierę naukową, bo w górach idzie lepiej zarobić.

Życie jest brutalne a "kasa" jest wszechmocna, może to wszystko jest elementem za jej pościgiem. Nie wiem, nie wiem... Byłoby mi jednak przykro gdyby w górach było coraz mniej miejsca dla "pięknoduchów".

PS.

Gdy to piszę, to wiadomo, że trzech alpinistów z "konkurencyjnej" ekipy na Gashebrum I prawdopodobnie już nie ma pośród żyjących. A także i to, że są kłopoty z zejściem polskich zimowych zdobywców. Bardzo smutne to wszystko.
Jestem gorszego sortu...
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

Dosłownie z ostatniej chwili:

http://off.sport.pl/off/1,111379,113474 ... tesmy.html

Gołąb i Bielecki oskarżają TVP o manipulację i epatowanie sensacją.
Jestem gorszego sortu...
Awatar użytkownika
Basia Z.

-#7
Posty: 4974
Rejestracja: sob 11 lis, 2006
Kontakt:

Post autor: Basia Z. »

Janek pisze:Dosłownie z ostatniej chwili:

http://off.sport.pl/off/1,111379,113474 ... tesmy.html

Gołąb i Bielecki oskarżają TVP o manipulację i epatowanie sensacją.
Było już dziś na forum - sama napisałam.

A co do meritum - uważam ze mają 100 % racji, to co się dzieje w mediach, w każdej dziedzinie po prostu przekracza na każdym kroku dobry smak.
Mieliśmy to przy poszukiwaniu Madzi, przy katastrofie kolejowej, dlaczego przy himalaistach miałoby być inaczej ?
Za wszelką cenę pogoń za sensacją.
Awatar użytkownika
andy67

-#8
Posty: 9509
Rejestracja: sob 20 maja, 2006
Lokalizacja: Gdańsk

Post autor: andy67 »

Basia Z. pisze: Za wszelką cenę pogoń za sensacją.
Z czegoś muszą żyć te rozbudowane media. Jak sensacji (katastrofy/wypadku/księdza-pedofila/pijanego posła itp) akurat nie ma to się ją stworzy z tego co jest pod ręką.

Gdzieś kiedyś czytałem że w początkach radia (i tzw. serwisów informacyjnych) zdarzało się np. że spiker mówił iż "dziś nic ważnego się nie wydarzyło". Wyobrażasz sobie coś takiego teraz ? :))

Na szczęście nie ma jeszcze przymusu oglądania/słuchania/czytania tych wszystkich jakże ważnych informacji. Choć np. gdy jestem w pracy, a tam radio nonstop gra, to uciec niestety nie ma gdzie.
Każdemu jego Everest...
ODPOWIEDZ