FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum

Poprzedni temat «» Następny temat
Pierwsze kroki w Tatrach: relacja sprzed 10 lat
Autor Wiadomość
Czesiek



Dołączył: 20 Wrz 2003
Skąd: Wrocław
Wysłany: Śro 01 Gru, 2004   

Myślę, że to jednak ten sam facet, tylko:
Mariusz napisał/a:
...byłem jeszcze niepełnoletni i miałem zupełnie inne poglądy

Sercem pewnie zawsze będziesz przy Tatrach.
Po 30, 50 latach też będzie ten sam - no, może jakaś siwa broda wyrośnie? :-) - wtedy dopiero będą to wspomnienia............
 
 
 
Mariusz



Dołączył: 15 Wrz 2003
Skąd: Warszawa
Wysłany: Czw 02 Gru, 2004   

Rozdział 4. Zima.

Już w kilka miesięcy po powrocie z Zakopanego, pojawiły się pierwsze objawy tęsknoty za górami. Za oknem trwała wciąż smutna i deszczowa jesień. Coraz częściej można było usłyszeć bębnienie deszczu o parapet, a drzewa uparcie sprzeciwiały się wiatrom i szumiąc złowrogo odgrażały się za utracone liście. Świat dookoła stawał się coraz bardziej brązowy, miejscami szary i brzydki, gdzie indziej znów pełen żółtego i pomarańczowego ciepła, które zdawało się zachęcać do dłuższych spacerów na świeżym powietrzu. Wieczorami zaś, było coraz więcej czasu na myślenie i wspomnienia.
Pamiętam, jak sprzeczałem się ze znajomą o to, czy góry piękniejsze są zimą, czy latem. Było tam jednak więcej przekory, niż zdrowego rozsądku, bo kto jest w stanie wartościować rzeczy, których nigdy jeszcze nie widział lub nie przeżył. Wydawało mi się, że zima oznacza jedynie nieznośny mróz i niesłychanie krótkie dni, zasłaniając wszystko co piękne niską powałą wiecznych chmur i mgieł. Sama w sobie - owszem - jest porą bardzo oryginalną, pełną śniegu i lodu, błyszczącą w słońcu, jak żadna inna, ale w konfrontacji z latem wypadała wówczas w moich ocenach o wiele gorzej. Dopiero góry pokazały mi, jak bardzo się mylę.
Z końcem semestru szkolnego roku 1994-tego rozpoczęły się intensywne rozmyślania o feriach. Nagromadzone wspomnienia niesamowitych wrażeń, pozostałe w naszych duszach po wakacyjnym pobycie na Podhalu dały wreszcie znać o sobie, w postaci szybkiej i jednogłośnej decyzji o wyjeździe. Oprócz składu stałego, to jest mnie i Piotra, pojechać zdecydowały się także moje siostra i kuzynka.
Tym razem, pomny na doświadczenia letniej podróży autokarowej, wybrałem jako środek komunikacji pociąg ekspresowy, który pokonywał 444 kilometrowa trasę o wiele szybciej niż jakikolwiek autobus, oferując przy tym bardzo komfortowe warunki. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że jazda pociągiem, kojarząc się być może z wakacjami i przygodą, sprawiała mi zawsze niebywałą wprost przyjemność, zwłaszcza kiedy odbywała się nocą. Wpatrywanie się w czarną czeluść poprzez uchylone okno pędzącego składu, obserwacja tajemniczych fioletowych świateł, pojawiających się raz po raz przy torach, stukot kół, a także niesamowity zapach iskrzącego żelaza i smoły, nie pozwalały ani na chwilę zasnąć, wzbudzając we mnie nadmiar aktywności i zainteresowania. Oczywiście z czasem, oswojony już zupełnie z jazdą pociągiem, przestałem na nią zwracać uwagę, jednakże pamięć pozostała, przejawiając się przyjemnym "dreszczykiem", w momencie podstawiania składu na docelowy peron.
Kuzynka dosiadła się na Dworcu Centralnym, co nie było wcale takie łatwe, biorąc pod uwagę ilość nart i ekwipunku sportowego, wypełniającego po brzegi przedziały. Prawie cała podróż spędziliśmy w "Warsie", ciągle rozmawiając i oglądając coraz to nowe krajobrazy.
Zakopane przywitało nas typowo zimową pogodą. Wszystko wokół pokrywała gruba warstwa śniegu, który wciąż sypał i sypał do tego stopnia, że trudno było dojrzeć jakiekolwiek domy po przeciwnej stronie ulicy. Wysiadając z pociągu poczułem coś podobnego, jak za pierwszym razem, prawdopodobnie za przyczyna owej śnieżycy. Zgodnie z tradycją wyszło nam na przeciw wiele "business-gaździn", krzyczących na przemian: "Kwatyrki ni trzyba?", "Sukocie pokoiku?" itp. Ponieważ byliśmy dość pewni siebie, odpowiadając bardziej lub mniej uprzejmie, udaliśmy się wprost na znaną już ulicę Jagiellońską i dalej w górę, aż do jej końca, gdzie skręcając w prawo, doszliśmy wschodnim zboczem Antałówki na dziedziniec pensjonatu "TATRY". Jest to dość daleka i męcząca droga (biorąc pod uwagę ciężar plecaków), dlatego też dziewczyny, cokolwiek zziajane, kategorycznie oświadczyły, że dalej nie idą. Nie zastanawiając się długo, po krótkiej i rzeczowej wymianie argumentów, wśród których przeważały celne rzuty śniegiem, zostawiliśmy plecaki pod opieką dziewczyn i ruszyliśmy na szczyt wzgórza, w kierunku Pardołówki, spodziewając się znaleźć tam jakieś spanie. Czy był to zwykły przypadek, czy też los tak właśnie chciał, będąc już na szczycie dostrzegliśmy zjawisko, znane nam do tej pory jedynie z programów sportowych w telewizji, a mianowicie mnóstwo ludzi zjeżdżających na nartach. Jednomyślnie zeszliśmy na dół i od razu, bez ogródek, zaczęliśmy negocjować ceny i warunki wypożyczania nart oraz nauki jazdy. Byliśmy bardzo poruszeni tym nowym odkryciem, okazało się bowiem, że kilka pierwszych lekcji oraz parę dni samodzielnych zjazdów jest w naszym zasięgu i to zarówno fizycznym, jak i finansowym. Godzina lekcji wraz z wypożyczeniem sprzętu kosztowała, w zależności od liczby uczestników, w okolicach 100 tysięcy zł. Omawiając z podnieceniem szczegóły przystąpiliśmy do najgorszego to jest szukania kwater. Prawda jest taka, że w czasie ferii zimowych, znaleźć spanie bez rezerwacji to nie lada sztuka, dlatego też chodziliśmy od domu do domu dość długo. W końcu udało się. Był to duży, czteroosobowy (o dwójkach nie było mowy) pokój przy ulicy Na Antałówkę, tuż u wylotu ulicy Antałówka, wiodącej ze szczytu o tej samej nazwie. Ceny były wysokie, ale warunki dobre, położenie też. Po zapłaceniu zaliczki wróciliśmy po dziewczyny, które stojąc ponad godzinę w śniegu, zmarzły co nieco i już razem, przez las udaliśmy się na kwaterę. Na dworze robiło się coraz ciemniej i ciemniej...
Następny dzień przeznaczyliśmy na aklimatyzację. Rano wybraliśmy się na spacer w kierunku skoczni na zboczach Krokwi. Powietrze było mroźne i orzeźwiające, a co najważniejsze, bardzo czyste. Oczywiście, mając w pamięci ładny widok na miasto, który mieliśmy okazję oglądać stąd po raz pierwszy latem, postanowiliśmy zdobyć skocznię ponownie. Fachowo określa się to jako "wejście zimowe". Niestety całe Podhale pokryte było tego dnia mgłami, dlatego nie dojrzeliśmy zbyt wiele. Jednakże w miarę szybkie wejście i zejście było doskonałym sprawdzianem kondycji i okazją do nałykania się tlenu, a poza tym dostarczyło mi wiele satysfakcji, gdyż czułem się jak stary górski przewodnik, przy zupełnie nieświadomych siostrach. Dalsza część dnia upłynęła nam na wałęsaniu się po mieście, ze szczególnym naciskiem na ulicę Krupówki.
Dzień drugi za to przyniósł wspaniałą, słoneczna pogodę. Wszystko wokół iskrzyło się i mieniło niczym ogromne pole brylantów, napełniając świat radością i optymizmem. Słońce grzało dość mocno, jednak temperatura była zdecydowanie ujemna. Wybraliśmy się tym razem do Doliny Białego, gdzie mnóstwo było spacerowiczów, zwłaszcza w jej dolnych partiach. Tym razem udało się nam dojść razem aż do Czerwonej Przełęczy. Mając w zasięgu 100 metrów Sarnią Skałę, nie mogliśmy oprzeć się pokusie ponownego jej zdobycia. Mam tu na myśli siebie i Piotra, gdyż ze strony dziewczyn padło zdecydowane weto. Widok ze szczytu był zdecydowanie inny niż latem. Mogliśmy dostrzec o wiele więcej, prawdopodobnie za przyczyną krystalicznego powietrza i słonecznej aury. Oczywiście nie podziwialiśmy krajobrazu sami, oprócz nas było tam jeszcze kilka osób, które z ciekawością wsłuchiwały się w nasz dialog z dziewczynami leżącymi na przełęczy. 0 dziwo głos, potęgowany przez echo, docierał bez problemu w obie strony, pozwalając na swobodną rozmowę ze znacznej przecież odległości. Powrót z Sarniej Skały odbywał się w tempie zdecydowanie przyspieszonym, systemem zjazdów po śliskim śniegu na plecakach. Wrażenia doprawdy niezapomniane, tym bardziej, ze pod koniec trasy byliśmy już całkiem mokrzy. Wieczór upłynął nam na suszeniu, jedzeniu i grze w karty na zapałki. Tej nocy spaliśmy twardo...

c.d.n.
_________________
Na rowerze
 
 
Szarotka



Dołączył: 07 Lut 2004
Skąd: Pięknoduchowo
Wysłany: Czw 02 Gru, 2004   

Kurcze,przecież to się czyta jak najlepszą książkę !!!!!
.....a do jutra i tym samym do kolejnego kawałka opowieści tak dłuuuuugo- buuuuuuuuuu
_________________
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
 
 
Mariusz



Dołączył: 15 Wrz 2003
Skąd: Warszawa
Wysłany: Pią 03 Gru, 2004   


Rozdział 5. Kasprowy i kolejka.

Kolejny dzień - ze zrozumiałych względów - spędziliśmy na leniuchowaniu i regeneracji sił. Rano spanie, potem Krupówki, a wieczorem dobra muzyka w pubie, w którym zresztą spotkałem przypadkiem dwie koleżanki z liceum. Ze względu na brak jakiegokolwiek motywu górskiego, szczegółowe opisy pominę. Następnym punktem na bieżąco tworzonego programu była wyprawa do Morskiego Oka, miejsca odwiedzanego chyba najczęściej w Tatrach Polskich. Zachęcił nas do tego Piotr, który znał to miejsce z opowiadań swoich braci, a zrobił to w sposób najwyraźniej przekonujący, bo nikt się nie sprzeciwił. Wstaliśmy tego dnia wcześnie rano i po szybkim śniadaniu poszliśmy wprost do dworca PKS, skąd odjeżdżają lokalne autobusy i busy we wszystkie atrakcyjne miejsca Tatr. Jazda w kierunku Łysej Polany odbywa się po długiej i krętej szosie, obfitując przy tym we wspaniałe widoki ogromnych tatrzańskich szczytów, które pozwalają zapomnieć o niewygodzie podróży (autobusy w sezonie bywają bardzo zatłoczone). Spacer Doliną Białki, a następnie Rybiego Potoku trwa około dwóch lub trzech godzin. Oprócz zapierających dech w piersiach nowicjuszy widoków, duże wrażenie robi wodospad Wodogrzmoty Mickiewicza, jeden z mniejszych spośród trzech na Potoku Roztoka. Dolina Rybiego Potoku zamknięta jest od zachodu granią Opalonego, a od wschodu Siedmioma Granatami, w dole słychać szum Rybiego Potoku, wypływającego z Morskiego Oka. Samo jezioro przywitało nas przenikliwym i mroźnym wichrem, całe skute lodem niczym się nie różniło od otaczających go zboczy. Potężne Mięguszowieckie Szczyty, Rysy, Cubryna i Mnich wyglądały bardzo groźnie, odstraszając turystów od dalszej drogi. Pokrzepiliśmy się gorącą herbatą w schronisku, poczym każdy poszedł w swoją stronę. Ania zdecydowała się wrócić konnymi saniami, kuzynka pieszo, a ja z Piotrem poszliśmy jeszcze obejrzeć Czarny Staw pod Rysami, leżący na wysokości 1680 m. n.p.m. Widok stamtąd w zimę należy chyba do najstraszniejszych i najbardziej przygnębiających, jakie do tej pory widziałem. Potężne, czarne olbrzymy, opadające na dół stromymi ścianami lub kamienistymi piarżyskami nie napawały zbytnim optymizmem, tym bardziej, że zaczynało się już ściemniać. Nie przeszkodziło to nam jednak w zasmakowaniu śniegu po kolana, który przykrywał zielony szlak, prowadzący w kierunku Mięguszowieckiej Przełęczy pod Chłopkiem. Kiedy wróciliśmy do schroniska, było już ciemno.. a nas czekała jeszcze długa droga do Zakopanego. Postanowiliśmy zatem, w ramach programu poprawy kondycji fizycznej, pokonać blisko dziewięciokilometrową odległość biegiem. Atmosfera na ceprostradzie (tak niektórzy zwykli nazywać drogę na Morskie Oko i dalej chodnik na Szpiglasową Przełęcz) była co najmniej świąteczna. Mnóstwo ludzi wracało z pochodniami, śpiewając i krzycząc wniebogłosy, co na pewno nie podobało się tatrzańskim zwierzętom, o ile w ogóle jakieś tam jeszcze były. Na dole okazało się, że uciekł nam ostatni autobus i tylko przypadek uratował nas od nocowania w zaspie. Kierowca luksusowego autokaru, wiozącego włoską kolonię do miasta, zgodził się nas podwieźć. Na kwaterę wróciliśmy bardzo późno, około godziny 23:00. Dziewczyny były tym bardzo zdenerwowane, czemu się zresztą wcale nie dziwię.
(...)
W kolejnym dniu, tym razem sami, poszliśmy na Kasprowy Wierch (I-sze wejście zimowe). Pogoda nam sprzyjała, czasu mieliśmy wiele, dlatego nie spieszyliśmy się zbytnio, nie traktując tej wyprawy jako wyczyn, czy coś w tym rodzaju. Bardzo ciepłe promienie słoneczne zachęciły nas do zatrzymania się na jakiś czas w Kuźnicach i opalania twarzy. Była to doskonała okazja, aby zgodnie z tradycją podyskutować chwilę nad sensem budowy kolejki linowej na Kasprowy. W tej materii mieliśmy wtedy podobne opinie, które sprowadzały się do pogardy dla wszystkich ludzi, którzy korzystając z udogodnień cywilizacji, bezmyślnie "gwałcili" góry. Było to podejście bardzo konserwatywne, ale zawierało w sobie sporo racji. Osoba, która wjechała na szczyt kolejka, zamiast, okupując to znacznym wysiłkiem, wspiąć się nań szlakiem, wydawała się nam zupełnie pozbawiona litości dla gór, nastawiona jedynie na zadeptanie szczytu i konsumpcję frytek na wysokości dwóch tysięcy metrów. Nie braliśmy wtedy pod uwagę ani osób starszych czy inwalidów, którzy ledwo dochodzili do Kuźnic, ani narciarzy, dla których zjazdy z wyższych partii gór stanowiły pasję życiową. Taki a nie inny punkt naszego widzenia, spowodowany był prawdopodobnie brakiem funduszy na kolejkę oraz zerowymi umiejętnościami jazdy na nartach. Jednak dla przyrody tatrzańskiej stanowił on wartość bez wątpienia pozytywną. Dziś, z perspektywy czasu, moje poglądy na ten temat nieco się zmieniły. Poczułem, jak niesamowitą frajdę może sprawiać jazda na nartach, a także stałem się bardziej liberalny wobec osób, które z różnych przyczyn, nie mogą o własnych siłach wspiąć się na żaden szczyt. Generalnie, budowa kolejki była moim zdaniem wielkim błędem, jednakże skoro już jest, wykorzystywanie jej powinno być ściśle ograniczone. Należałoby wprowadzić pewne limity, jak na przykład:
  • rozkład jazdy powinien zawierać co najwyżej trzy kursy w górę i tyleż samo w dół
  • w sezonie letnim z kolejki korzystać mogłyby jedynie osoby powyżej 50 lat oraz ludzie z jakimikolwiek ubytkami zdrowia, uniemożliwiającymi im samodzielne wejście plus jedna ewentualna osoba towarzysząca
  • w sezonie zimowym ilość kursów powinna odpowiadać popytowi zgłaszanemu przez narciarzy (z pierwszeństwem osób wyżej wymienionych), przy czym sezon narciarski powinien być systematycznie skracany
  • w przyszłości powinno się dążyć do stopniowej likwidacji kolejki.
Te i podobne propozycje nie są oczywiście doskonałe, ale stanowią ważny element na drodze ku przywracaniu Tatrom ich pierwotnego wyglądu. Nie dotyczą tylko samej kolejki, ale także większości szlaków. Np. likwidacja ceprostrady, czy wydawanie pozwoleń na strzelanie z posolonego śrutu do ludzi, pozostawiających po sobie jakiekolwiek papierki, puszki i inne śmieci lub podpisujących się na skalnych ścianach i zabytkowych chatach - a prym w tej dziedzinie wiodą nasi południowi sąsiedzi, z natury bardziej rygorystyczni od nas (wystarczy porównać ilości szlaków po obu stronach granicy).
(...)
Na Kasprowy Wierch (1987m.) weszliśmy i zeszliśmy pieszo ...

c.d.n.
_________________
Na rowerze
 
 
Szarotka



Dołączył: 07 Lut 2004
Skąd: Pięknoduchowo
Wysłany: Pią 03 Gru, 2004   

Mariusz napisał/a:
Na kwaterę wróciliśmy bardzo późno, około godziny 23:00. Dziewczyny były tym bardzo zdenerwowane, czemu się zresztą wcale nie dziwię.
:D dziewczyny powinny Wam uszy natrzeć...
Mariusz napisał/a:
wydawanie pozwoleń na strzelanie z posolonego śrutu do ludzi, pozostawiających po sobie jakiekolwiek papierki, puszki i inne śmieci
:)) :)) :))
_________________
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
 
 
Czesiek



Dołączył: 20 Wrz 2003
Skąd: Wrocław
Wysłany: Pią 03 Gru, 2004   

Mariusz napisał/a:
Mnóstwo ludzi wracało z pochodniami, śpiewając

Atmosfera musiała być niesamowita - próbuję to sobie wyobrazić :)

Mariusz napisał/a:
i krzycząc wniebogłosy

No niestety - nie da się pogodzić wybuchu radości ludzi i smutku zwierząt z tego powodu :-(
 
 
 
Mariusz



Dołączył: 15 Wrz 2003
Skąd: Warszawa
Wysłany: Sob 04 Gru, 2004   

Rozdział 6. Narty.

Jak już wspomniałem, w czasie drugiego pobytu w Tatrach mieliśmy po raz pierwszy w życiu okazję oglądania zjazdów narciarskich na żywo. Co więcej - dzięki uporowi i oszczędzaniu na czym tylko się dało - wielokrotnie wkładaliśmy ciężkie narciarskie buty, by za kilka chwil zjechać z dużą prędkością ze stromego stoku na sam dół. Oczywiście początkowo zjechanie do końca przy zachowaniu postawy poprawnego narciarza, czy też w ogóle postawy stojącej, było niesłychanie trudne. Przeważnie pierwsza kończyła trasę lewa lub prawa narta, następnie z łoskotem staczał się na dół człowiek (ja lub Piotr), wreszcie dołączały do kompletu kijki, wyprzedzane czasami przez drugą nartę. Cóż - takie właśnie bywają początki. Jednakże już po paru dniach umieliśmy na tyle dużo, by przez kilka dobrych godzin nie wywrócić się, a nawet wprowadzać do jazdy nowe techniki. Narciarstwem byliśmy
doprawdy zafascynowani, jak prawdziwi zawodowcy przynosiliśmy sprzęt na kwaterę, stawiając go w miarę na widoku, czyściliśmy ze śniegu, woskowaliśmy, by zmierzyć się ze stokiem już następnego dnia.
Przyszedł wreszcie czas by zacząć korzystać z wyciągu. Jest to jedna z trudniejszych rzeczy, jakie musi opanować początkujący, wymaga wcześniejszego przygotowania i jako takiej wprawy. My musieliśmy jednak pójść na skróty, a to z dwóch powodów: po pierwsze - ciągłe podchodzenie pod stok w niewygodnych butach i z nartami na plecach wykańczało człowieka doszczętnie, po drugie - nie mieliśmy już funduszy, by technikę tą opanować na kursie. Właśnie dlatego postanowiliśmy któregoś dnia skorzystać z wyciągu orczykowego. Pamiętam, że bardzo się bałem tego "pierwszego razu", zresztą całkiem słusznie, bo niestety nie dane nam było wjechać od razu na sam szczyt. Piotr wywrócił się w około trzech czwartych wysokości wyciągu, ja za to już w połowie. Ledwo udało nam się uniknąć poturbowania przez narciarzy jadących z tyłu, w dodatku pogubiliśmy sprzęt, dlatego cokolwiek niechętnie odnosiłem się do dalszych prób. Jednakże za namową kolegi, odważyliśmy się podjechać ponownie, tym razem bez szwanku. Od tej pory nie musieliśmy już więcej mozolnie wspinać się pod górę, dzięki czemu jazda na nartach stała się jeszcze bardziej przyjemna.
Odkąd "rozjeździliśmy się" na dobre, w góry już raczej nie chodziliśmy. Zdarzały się co prawda niedługie spacery po mieście i do Kuźnic, a także wieczorne degustacje piwa i oczywiście karty na zapałki. Pod koniec pobytu wybraliśmy się jeszcze na Nosal, niezły punkt widokowy między Rondem a Kuźnicami. Ten niewielki szczyt (1206m) był i jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w pobliżu miasta. Prowadzi tam zielony szlak, który zaczyna się w połowie drogi do Kuźnic i po osiągnięciu grani stacza się łagodnie na dół, ku samej osadzie. W czasie naszej wycieczki pogoda była tak piękna, że w środku zimy rozebraliśmy się do podkoszulek i opalaliśmy przez dłuższy czas w pobliżu szczytu, wsłuchując się w najpiękniejszą muzykę - ciszę gór...
Powrót do domu odbywał się w warunkach tragicznych, jeden pociąg pospieszny na setki ludzi, powracających z ferii do Warszawy - to, że udało nam się zająć miejsca w przedziale, było istnym łutem szczęścia lub też nadzwyczajna łaską Opatrzności - jak kto woli. Wspomnę tylko, że od tamtej pory opanowałem technikę wsiadania do pociągu drzwiami alternatywnymi, czyli... oknem.

c.d.n.
_________________
Na rowerze
 
 
Szarotka



Dołączył: 07 Lut 2004
Skąd: Pięknoduchowo
Wysłany: Pon 06 Gru, 2004   

Tiaaa, no to teraz już z grubsza wiem, na czym polega nauka jazdy na nartach ;)
P.S Czekam z utęsknieniem na dzisiejszą część :D
_________________
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
 
 
Mariusz



Dołączył: 15 Wrz 2003
Skąd: Warszawa
Wysłany: Pon 06 Gru, 2004   

Rozdział 7. Giewont i dolinki.

Kilka miesięcy później, latem roku 1994-ego ruszyła na południe kolejna wycieczka. Wyruszyliśmy tradycyjnie z warszawskiego Dworca Wschodniego, by po kilku godzinach jazdy pociągiem dotrzeć wreszcie na Podhale, które przywitało nas tym razem typowo letnią, upalną pogodą. Jak zwykle, nie myśląc zbyt wiele, udaliśmy się na Antałówkę, gdzie bez żadnych kłopotów (jak to latem bywa) znaleźliśmy kwaterę. Był to stylizowany, góralski domek, umiejscowiony tuż koło szczytu, a spod jego bramy rozlegał się, ciekawy zwłaszcza wczesnym rankiem widok na Giewont i Kasprowy Wierch. Jak na zakopiańską willę przystało, miał też swą nazwę - "Jedynaczka". Pensjonat ów znany nam był już w czasie pierwszego w górach pobytu, kiedy to podczas całodziennego spaceru po otaczających miasto wzgórzach spotkaliśmy tu właśnie przemiłą, starszą panią, która zachwyciła nas opowiadaniami o swych wyczynach tatrzańskich, a także dobrą znajomością poszczególnych szczytów. Nic więc dziwnego, że od tamtej pory Antałówka kojarzy nam się bardzo miło.
Pierwszy, bardzo słoneczny dzień, poświęciliśmy z Piotrem na całodzienny spacer Drogą pod i nad Reglami. Jako, że wzdłuż Białego Potoku szliśmy już wielokrotnie, tym razem, skręciliśmy w lewo dopiero przy Dolinie Ku Dziurze. Wiedzie nią króciutki, półgodzinny szlak, uwieńczony niewielką, acz urokliwą jaskinią "Dziura". Składa się ona z jednej, niewielkiej sali oraz dwóch bocznych odgałęzień, zbyt wąskich niestety, by przyjąć zwykłych turystów. Jako ciekawostkę, która w pierwszej chwili zaskakuje turystów, podam fakt, iż w letniej porze na dnie jaskini leży gruba warstwa pomarańczowych, jesiennych liści niewiadomego pochodzenia. Dopiero po wnikliwej obserwacji można zauważyć pod sufitem niewielki, wydłużony komin, przez który zapewne przynosi je tutaj wiatr. Skałki zaś, otaczające otwór wejściowy, stają się często celem ataków początkujących wspinaczy, a to zapewne z racji niezliczonej liczby schodków, przewieszek i wbitych haków, świadczących o treningowym charakterze tego miejsca. Jak to zwykle bywa, próby owe kończą się niezbyt miłym lądowaniem na skalistym i twardym podłożu, urozmaiconym tylko gdzieniegdzie kępka zielonej trawy. Po powrocie na Drogę pod Reglami, udaliśmy się tym razem do Doliny Strążyskiej, kolejnego szlaku spacerowego. Wiedzie tam znakowana, wygodna ścieżka, krzyżująca się raz po raz ze Potokiem Strążyskim, wartko płynącym pośród skał i smreków. Rozliczne, bardzo romantyczne mostki, dodają temu miejscu charakteru "tajemniczego ogrodu" i bez wątpienia przyciągają turystów. Prawie na samym końcu doliny, tuż za Polaną Strążyską, spada stromą ścianą z wysokości kilkunastu metrów wodospad Siklawica, dając wraz z kilkoma okolicznymi źródłami początek potokowi. Latem nie jest on zbyt imponujący, jednak dla osób nieobeznanych z Tatrami stanowi na pewno widok niecodzienny. Przypuszczam, że na wiosnę, kiedy ogromne płaty śniegu, pod wpływem ciepłych promieni słonecznych, zamieniają się w szybkim tempie w wodę, wodospad przybiera na sile.
Tym razem skierowaliśmy się na wschód, podążając za czarnymi znakami Ścieżką nad Reglami. Wije się ona pośród wyższych partii lasów, by wspiąć się wreszcie na Czerwona Przełęcz, skąd już tylko pół godziny na Sarnią Skałę. Ponieważ dzień miał się już ku końcowi, widok na góry był doprawdy niesamowity. Zachodzące słońce zabarwiło zarówno szczyty, jak i niebo na kolor bladoróżowy, który z czasem przeszedł w mocniejszą, pomarańczowo-czerwoną poświatę, otaczając nas ferią ciepłych, stopniowo gasnących barw. Urok owej chwili sprawił, że zupełnie zapomnieliśmy o świecie, dając się zaskoczyć przez szybki zmierzch. Noc zastała nas w górach.
Szybkim krokiem zbiegliśmy do przełęczy i kontynuowaliśmy marsz Ścieżką nad Reglami, aż do wylotu z Doliny Białego, skąd żółtym szlakiem skierowaliśmy się ku miastu. Ponieważ bywaliśmy tu już wielokrotnie, walory krajobrazowe nie zdołały zwrócić naszej uwagi, tym bardziej, że czerń nocy zdołała już wszystko ukryć. Wydawało nam się za to ciągle, że spośród gęstych chaszczy łypią na nas, w niedwuznacznych zamiarach, dzikie górskie bestie o krwistoczerwonych wygłodniałych oczach i wielkich pyskach, co niewątpliwie wpłynęło na tempo naszego marszu, osiągające pod koniec całkiem przyzwoitą prędkość trakcyjną. Całe szczęście, że nie znaliśmy jeszcze wówczas rozlicznych tatrzańskich legend o mrocznych i tajemniczych stworach, gdyż to wpłynęłoby na nas raczej negatywnie (...)
Dolinę Ku Dziurze odwiedziliśmy jeszcze raz, kilka dni później, tym razem w towarzystwie kuzynek. Pogoda była wtedy mokra i dżdżysta, a popołudniem z nieba lunął obfity deszcz, ożywiając cały świat roślinny, złakniony odrobiny wilgoci. Wszyscy oprócz Piotra mieli ze sobą foliowe, jednorazowe płaszczyki, które niezwłocznie na siebie włożyli, wyrażając przy tym prawdziwie szczere wyrazy współczucia dla zmokniętego i wciąż moknącego kolegi. Piotr, ucząc się na błędach kupił sobie dnia następnego podobny płaszczyk, okazało się jednak, że ma pecha. Od tej pory w Zakopanem zapanowała piękna, słoneczna pogoda, bez choćby najmniejszej, deszczowej chmurki...
Kolejnym celem naszej, tym razem już "poważnej wyprawy" stał się bardzo oryginalny, wysoki na 1894 metry szczyt, widoczny doskonale z prawie każdego miejsca w Zakopanem, będący symbolem miasta, jeśli nie całych polskich Tatr - Giewont. Uzbrojeni tradycyjnie w wodę mineralna, gorzka czekoladę i kawałki chleba, udaliśmy się do Kuźnic, skąd poprzez Halę Kalatówki (schronisko) i Halę Kondratową, mijając Piekło i Przełęcz Kondracką wspięliśmy się stromą, ubezpieczoną łańcuchami i klamrami drogą na sam szczyt. Widok z Giewontu jest niezwykle oryginalny, w czasie dobrej pogody, ogarnia on szerokim łukiem od północy Podhale i Orawę, a od południowego wschodu masywy Tatr Zachodnich i Wysokich. Szczyt, podobnie jak Świnica, jest bardzo niebezpieczny w czasie burzy, a także zimą, kiedy strome zejście z kopuły kończy się niekiedy tragicznie...
Krzyż na Giewoncie ma około 15 metrów wysokości i został tu zamontowany w roku 1901, stając się celem corocznych pielgrzymek. Jego poświęcenie było wbrew pozorom dla wielu, wychowanych w górach gazdów, pierwszą okazją do wejścia na szczyt. Giewont, oglądany z miasta sprawia wrażenie dużo większego od Kasprowego Wierchu, choć w istocie jest niższy o blisko sto metrów. Dzieje się tak dzięki ogromnej, na 600 metrów wysokiej ścianie, jaka opada ku Zakopanemu.
Do końca wyprawy towarzyszyło nam piękne, letnie słońce. Wracaliśmy granią Czerwonych Wierchów, począwszy od Kopy Kondrackiej (2005m) przez Suche i Goryczkowe Czuby, aż do Kasprowego, skąd dzieliła nas już od miasta jedynie godzina...

c.d.n.
_________________
Na rowerze
 
 
Szarotka



Dołączył: 07 Lut 2004
Skąd: Pięknoduchowo
Wysłany: Pon 06 Gru, 2004   

Mariusz napisał/a:
Przypuszczam, że na wiosnę, kiedy ogromne płaty śniegu, pod wpływem ciepłych promieni słonecznych, zamieniają się w szybkim tempie w wodę, wodospad przybiera na sile.
Super wygląda ten wodospadzik skuty lodem-jak wielki lodowy jęzor :)
...ja nie wiem, co to będzie jak się ta opowieść w odcinkach skończy

dzięki niej,dziś znowu byłam w Taterkach :)
_________________
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
 
 
Mariusz



Dołączył: 15 Wrz 2003
Skąd: Warszawa
Wysłany: Wto 07 Gru, 2004   

Rozdział 8. Świnica.

Innym znów razem postanowiliśmy wybrać się na jeden z wybitniejszych, a zarazem niebezpiecznych tatrzańskich wierzchołków - wspomnianą wyżej Świnicę. Dlaczego niebezpieczna? Dzięki kolejce na Kasprowy, do głównej grani Tatr docierają tłumy ludzi, którzy nie biorąc pod uwagę ani swojej kondycji, ani pogody, spieszą tłumnie na "spacer" w kierunku Świnicy. Zziajani, zdyszani docierają do jej zboczy albo nawet na szczyt, a wtedy okazuje się nagle, że niewiadomo skąd i niewiadomo kiedy, nadciągnęła burza.
I co wtedy? Ponieważ są bardzo wyczerpani, nie zawsze zdążą się ewakuować, padając niekiedy ofiarą porażeń piorunem. Helikopter TOPR'u zobaczyć można najczęściej właśnie w pobliżu Świnicy, albo nad Giewontem. Wracając jednak do wyprawy - pogoda owego dnia nie była najlepsza, na horyzoncie pojawiało się coraz więcej chmur, a po południu zaczęło się robić parno. Wyruszyliśmy z Kuźnic, podążając znaną nam już Doliną Jaworzynki w kierunku Murowańca (Hala Gąsienicowa), a stąd szlakiem czarnym wprost ku Świnickiej Przełęczy (2050m). Droga zachodnią partią Doliny Gąsienicowej należy do bardzo uroczych. Początkowo leniwie pnie się pod górę, by wreszcie doprowadzić do Zielonego Stawu. Odbijają się w nim okoliczne trawiaste zbocza i grupy kosodrzewiny zabarwiając jezioro kolorem niebiesko-zielonym. Ponad nim górują olbrzymie szczyty Skrajnej i Pośredniej Turni. Powyżej stawu leżą jeszcze Czerwone Stawki, Długi i Zadni Staw oraz Kurtkowiec, a poniżej w znacznej odległości można zobaczyć Dwoisty i Litworowy Staw. Od tego miejsca szlak zaczyna już coraz bardziej stromo piąć się w górę, przebiegając zygzakami poprzez zbocze Pośredniej, aż do Świnickiej Przełęczy. Zbliżając się do tej ostatniej usłyszeliśmy pierwsze, jeszcze odległe pomruki burzy, ale wciąż widoczne słońce zachęcało do dalszej wędrówki. Dobiegało południe. W powietrzu czuć było rosnące napięcie, dokoła robiło się coraz parniej i parniej. Chmury zobaczyliśmy dopiero na przełęczy. Napłynęły nagle i otuliły odległy zaledwie o kilkadziesiąt metrów szczyt szczelną, biała pokrywą. Grzmiało coraz częściej. Zerwał się chłodny, przenikliwy wiatr, niosący ze sobą pierwsze nieśmiałe krople deszczu. Podeszliśmy jeszcze kilkanaście metrów wyżej i schowaliśmy się pod niewielki okap skalny, w celu zastanowienia nad sensem dalszej drogi. Wierzchołek upragnionego szczytu znajdował się, można powiedzieć w zasięgu ręki, a droga którą już przebyliśmy była bardzo trudna i wyczerpująca. Coraz częściej jednak dawała o sobie znać burza. Decyzja, którą podjęliśmy nie należała do najłatwiejszych. Górę wziął jednak rozsądek...
O ile dobrze pamiętam, wycofaliśmy się wówczas poprzez Liliowe (1952m) i odwiedzony już wcześniej Beskid (2012m) do baru na Kasprowym Wierchu, skąd po wstępnym przesuszeniu i napiciu się gorącej herbaty, ruszyliśmy w drogę powrotną w kierunku Kuźnic (szybkim marszem, zajmuje ona około godzinę czasu). Do miasta wkroczyliśmy ze zrozumiałym żalem, tym bardziej, że poza mżawką, deszczu wcale nie było, jednak z perspektywy czasu oceniam tą decyzję jako słuszną i dojrzałą (....)
Deszcz padał przez kilka następnych dni. Ruch turystyczny nieco zmalał, większość ludzi wegetowała w mieście, siedząc w ciepłych i przytulnych wnętrzach barów i knajp. My zaś, dla odprężenia, mając w pamięci ekscytujące zimowe widoki postanowiliśmy wspiąć się ponownie na Nosal. 0 ile rano pogoda była względnie dobra, po południu rozpadało się na dobre i to właśnie w chwili, kiedy nasze stopy oparły się o szczyt góry.
Co można robić w czasie ulewy? Oczywiście należy jak najszybciej znaleźć jakieś schronienie lub też, ewentualnie, zbudować je sobie samemu...
Szałas nasz składał się z jednej grubszej żerdzi opartej o drzewo i obłożonej dokoła mniej lub bardziej "szczelnymi" gałęziami. Była to zaawansowana technologicznie i architektonicznie konstrukcja, tyle tylko, że mogła pomieścić "aż" jedna osobę. Ponad godzinna praca poszła więc na marne, na szczęście deszcz przestał na jakiś czas padać. Przemoczeni do suchej nitki zeszliśmy łagodnym zboczem do Kuźnic z zamiarem ewakuacji na kwaterę, na tym jednak dzień się nie skończył. Nie wiadomo skąd pojawiła się nagle przed nami pewna pani, proponując wycieczkę kolejką linową na Kasprowy z zarezerwowanymi miejscówkami. Okazało się, że część jej grupy nie zdołała stawić się na czas i miała kilka wolnych biletów. Skorzystaliśmy. Podróż wagonikiem dostarcza rzeczywiście interesujących wrażeń, osobiście jednak wolę spacer wąskimi, górskimi perciami, pośród wielkich, przyjaznych skał i szumiących smreków, kiedy można dotknąć każdego kamienia, czy też opłukać zmęczona twarz w chłodnym, krystalicznie czystym potoku. W wagoniku za bardzo czuć cywilizację, a nie po to przecież jeździ się w góry...
Zmarznięci na kość, przemoczeni i zmęczeni, ale z uśmiechami na twarzach wróciliśmy do miasta. Słońce pewnie już zachodziło, Zakopane pokrywała gruba warstwa białej, dżdżystej mgły.

Koniec.
_________________
Na rowerze
 
 
Szarotka



Dołączył: 07 Lut 2004
Skąd: Pięknoduchowo
Wysłany: Wto 07 Gru, 2004   

KONIEC ??????
:( :( :(
_________________
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
 
 
Czesiek



Dołączył: 20 Wrz 2003
Skąd: Wrocław
Wysłany: Śro 08 Gru, 2004   

Dzięki za wspomnienia Mariusz. :-)
Dobrze zapomnieć - na chwilę :-( - o szarym dniu i przenieść się w opisywane przez Ciebie miejsca.

Przypomniało mi się m.in., jak Wiola i ja zrezygnowaliśmy z próby zdobywania Świnicy w tym roku - ogromne zachmurzenie.
Za to "zrobiliśmy" sobie (jak dla nas) maratonik: Ksprowy, Murowaniec, Przełęcz Krzyżne, Dolina Pięciu Stawów Polskich, Roztoka, Palenica Białczańska - było wspaniale. :-) :-) :-)
Jeszcze raz wielkie dzięki.
Pozdrawiamy
Wiola, Asia (MaŁa mySzA)
i ten... w stopce ;-)
 
 
 
Ewcia



Dołączył: 20 Cze 2005
Skąd: Bełchatów
Wysłany: Czw 14 Cze, 2007   

Odkopałam cosik... :)
Jestem pod wielgaśnym wrażeniem. :)
Mariusz, chyba miales piątke z polskiego. Bardzo fajnie sie to czyta :)
 
 
tatromaniaczka



Dołączył: 24 Wrz 2006
Skąd: okolice Łodzi
Wysłany: Czw 14 Cze, 2007   

Hejka super opowiadanko :) Przypomniały mi się moje początki :) Będzie jeszcze jakaś część? ;)
 
 
 
Agaar



Dołączył: 07 Sie 2005
Skąd: wielkopolska
Wysłany: Czw 14 Cze, 2007   

I herbata mi ostygła... :x :P

Ewa, dobrze, że odkopałaś. Dobrze się czyta, szkoda, że nie ma więcej odcinków 8)
_________________
"pamiętaj jak Ci praca lub jakieś studia przeszkadzają w chodzeniu po górach to rzuć to w diabły" Fenek
[galeria zdjęć] http://picasaweb.google.com/103556764021884049151
 
 
Ewcia



Dołączył: 20 Cze 2005
Skąd: Bełchatów
Wysłany: Czw 14 Cze, 2007   

Agaar napisał/a:
Dobrze się czyta, szkoda, że nie ma więcej odcinków

Tez jestem zawiedziona, że tych odcinków jest tak mało.
 
 
Mariusz



Dołączył: 15 Wrz 2003
Skąd: Warszawa
Wysłany: Pią 15 Cze, 2007   

A co to za jakieś wykopki i ekshumacje?
Saperka, zakopać, przydeptać, iść w góry. 8)
_________________
Na rowerze
 
 
Ewcia



Dołączył: 20 Cze 2005
Skąd: Bełchatów
Wysłany: Pią 15 Cze, 2007   

Cytat:
A co to za jakieś wykopki i ekshumacje?

Ekshumacje? :O
A nie można ?

Cytat:
Saperka, zakopać, przydeptać, iść w góry.

łojej .. :P
 
 
MiG


Dołączył: 03 Mar 2004
Skąd: Wawa
Wysłany: Wto 19 Cze, 2007   

Mariusz napisał/a:
A co to za jakieś wykopki i ekshumacje?
Widać, Ci z okolic Łodzi tak mają, co nie dagomar? :)
A jak jeszcze potrenują na odkrywce w Bełchatowie to hoho!
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group