Zamiast - jak zwykle w tym okresie - słonecznych i ciepłych dni …. deszczowe, burzowe i ponure, niczym w listopadzie.
W końcu zwaliło się na południowe tereny z takimi upałami, jak gdyby chciało w ciągu kilku dni wynagrodzić te jesienne szarości...
I tak źle i tak niedobrze.....BEZ UMIARU, niczym w naszym życiu politycznym...
Ciesząc się z zapowiadanej poprawy pogody i nadchodzących długo oczekiwanych wyżów, spakowałam szybciutko manatki, zadzwoniłam do mojej słowackiej gospodyni, która właśnie wróciła „z Nemecka” i z ogromną radością wyruszyliśmy w kierunku Tatr.
Nic to, że trochę przykryte chmurami....jutro będzie lepiej.
Było, ale dopiero po południu.
Rano jeszcze snuły się po zboczach, ale takie Tatry też są piękne...


Kvetnicowe Ogrody już przekwitły, a stali mieszkańcy tych terenów czujnie obserwowały przechodzących turystów.

Sporo ich było na wszystkich szlakach, pewnie wszyscy chcieli skorzystać z okazji szczęśliwego powrotu lata.
W elektriczce tłok, do kolejki gondolkowej na Skalnate tłok, lanovka na Hrebieniok zapchana do granic przyzwoitości (dwa razy się nawet zepsuła
Takich tłumów już dawno tam nie widziałam....
Sądziłam nawet - z głębokim wyrzutem - że są one przyczyną stresu tego sympatycznego świstaka, który przez przeszło dwie godziny bez chwili przerwy zdzierał gardło na kamieniu.

Jedna pani stwierdziła nawet, że to z pewnością sztuczny na baterie, w charakterze atrakcji dla turystów
Potem dojrzałam na kamieniach przyczynę tego świstakowego nieszczęścia – to lis wybrał się na polowanie aż tutaj – prawie pod Polski Grzebień.
Na drugi dzień – kto rano wstaje....- udało się dostać bilet na Skalnate po kilku minutach czekania.
Słońce prażyło, ale to był dopiero przedsmak tego, co pokazało w następnych dniach.







Trochę kombinacji przy starej sztolni, nie tyle z powodu trudności szlaku, co mokrych i oślizgłych skał i łańcuchów, oraz sporej ilości schodzących i wchodzących turystów.
Jakoś poszło, tylko trochę glinki i błota w niektórych miejscach garderoby górskiej zdradzało mój sposób schodzenia


Nad Czarnym Stawkiem Kieżmarskim, zimne, wychłodzone w lodowatej wodzie piwko, i powrót pachnącą ziołami ścieżką przez Matlary do Tatrzańskiej Łomnicy.

Do Doliny Młynickiej zawsze bardzo chętnie zaglądam, tak było i tym razem.
Mieliśmy zrobić tylko spacer do Capiego Stawu, ale „ciąg górski” zadziałał i skończyło się na Bystrej Ławce - z powrotem przez Furkotną.





Pod samą przełęczą pięciominutowa mżawka zmoczyła skały i nabawiła mnie trochę stresu – szczególnie przy zejściu.
Zawsze w takich przypadkach dopada mnie myśl „gdzie mnie tu przyniosło”

Dałam radę, tylko kolejne spodnie poszły do prania
Do Doliny Furkotnej weszły chmury i zrobiło się trochę szaro.

Im niżej, tym mniej szarości i burości. Na Solisku było już ładnie.
Do Nowej Lesnej przyjechali Romek z Beatką (Forumowi Camzik i Ermen) i małym Pawełkiem.
Wielką przyjemnością są dla nas wspólne wycieczki.
Kiedyś była taka dyskusja, czy jeździć z małym dzieckiem w góry, czy poczekać aż podrośnie.
Na przykładzie tej przemiłej rodzinki stwierdzam – jeździć.
Fakt - wszystkie wycieczki układane są „ pod dziecko”, ale lepsze to, niż siedzenie w domu i nerwowe czytanie cudzych relacji z gór.
Jestem pewna, że z Pawełka wyrośnie wielki miłośnik górskich wędrówek – jest to widoczne już teraz.
Wybraliśmy się razem na wycieczkę do Słowackiego Raju, na szczyt Hawraniowej Skały.
Miała to być wycieczka lajtowa, ale okazało się, że nie brak tam dość ostrych podejść i zejść.
Odpoczynek i obiadek na przepięknej, kwitnącej i pachnącej ziołami polanie, z mnóstwem kolorowych motyli

Widoki z Hawraniowej - piękne.

Czyżby już jesień ?.....



Umówiliśmy się też na spotkanie przy Zbójnickiej Chacie w Dolinie Staroleśnej.
My poszliśmy wcześniej, bo planowaliśmy dotrzeć do Strzeleckich Stawów.
Oni z dzieckiem...wiadomo...tak rano się nie da.









Jak tam cudnie......





Jestem pełna podziwu dla Romka, który w tym upale wtargał Pawełka w „kabadiku” do Zbójnickiej.

Do Batyżowieckiej wybraliśmy się Doliną Małej Huczawy z Wyżnych Hag.
Początkowo szlak wydawał mi się wspaniały, bo prowadził przez leśny trakt, w cieniu – co przy tragicznym wprost upale - nie było bez znaczenia.
No niestety, las się skończył i zaczęły się „schody do nieba „w dusznym i upalnym powietrzu w kosodrzewinie.
Dał nam popalić i dlatego - chyba - na tym nasza przygoda z tym szlakiem się zakończy


Batyżowiecka – kiczowato piękna, ale przy największym nawet upale tam zawsze wieje i jest zimno, dlatego nie czekaliśmy na Romka i Beatkę, tylko wróciliśmy przez Suchy Wierch do Tatrzańskiej Polanki.



No i przyszedł taki moment, że trzeba było dać sobie trochę oddechu od tych tropików.
Małżonek na rekonesans po sklepach sportowych w Popradzie, a ja – ponieważ nie znoszę takich rekonesansów – nad Wodospady Studennego Potoka.
Tam chłodno i pięknie.
Od tego dnia zaczęły się popołudniowe burze z zadziwiającą regularnością – od siedemnastej piętnaście, do dziewiętnastej trzydzieści.

Wygodne fotele przygotowane dla strudzonych wędrowców wracających z gór



A jakie cuda na niebie można było zobaczyć po burzy....




Do tego podwójna tęcza, która „stała' na niebie przeszło godzinę....
Ta chmura stojąca nad Tatrami to mammatus. U ciemnej podstawy wiszą jakby bąble – tu dodatkowo zabarwione promieniami przebijającego się słońca.
Dość rzadki rodzaj chmury – groźny ale i ciekawy.
W kolejnym dniu zaplanowaliśmy wycieczkę do Terycho Chaty – my wcześniej, Romek z Beatką – jak zwykle ze względu na małego – trochę później.
Niestety, z powodów zdrowotnych Pawełka, zdecydowali o powrocie do domu.
Wydawało by się, że nie można się przeziębić w takim upale. Okazuje się, że owszem, można i to nieźle.
Przekonał się o tym mąż na własnej skórze.
Rozliczyłam czas wejścia i zejścia – do szesnastej trzydzieści, żeby zdążyć przed murowaną burzą o zwykłej porze.
Małżonka poniosło jeszcze na Lodową Przełęcz, ja wolałam nie ryzykować spotkania z piorunami na wysokościach.
Burzy nic nie zapowiadało ( oprócz prognoz na dzisiaj podawanych w TV słowackiej ).






Nadeszła jak co dzień , z dokładnością niemalże co do minuty.
Zdążyłam dobiec do domu i rozpętało się małe piekiełko.
Okazało się, że w Tatrzańskiej Łomnicy (rzut beretem od Novej Lesnej) było wielkie piekło. Grad powybijał szyby w samochodach, z gór naniosło błota i kamieni na Cestę Svobody, która przez jakiś czas była nieprzejezdna. Ulewa podtopiła ludziom domy.
Ślady tej apokalipsy były widoczne, kiedy za dwa dni wracaliśmy do domu.
Dał się ten upał wszystkim we znaki.
W ostatnim dniu naszego pobytu wybraliśmy się na Hińczowe Stawy, ale powalające gorąco i zbierające się chmury nad szczytami, skutecznie zniechęciło nas do dalszej wędrówki....ech....

Kapustowa zjedzona w odrestaurowanym dawnym schronisku, piwko nad Popradzkim Plesem w pięknej scenerii.....i nasz plan dzisiejszej wycieczki legł w gruzach....dowlekliśmy się tylko do rozstaju nad Żabim Potokiem


Powrót Magistralą do Szczyrbskiego Plesa przy akompaniamencie dalekich grzmotów – gdzieś z nad Niżnych Tatr - na szczęście.


Wycieczka piękna, ale z lekkim niedosytem, i z widokami pod powieką, których nie udało się zobaczyć na żywo.
Ogólnie – nie można narzekać, w górach zawsze dostaje się w tyłek z różnych powodów, a nawet i bez......
Ala






