14.09.10
Chyba nigdy żaden widok tak mnie nie zaskoczył...wychodzę z namiotu i prawie przewracam się z wrażenia i nie jest to bynajmniej wina/zasługa bardzo mokrej trawy. Nie spodziewałam się po prostu takiego widoku – góry Prokletije w niczym nie przypominają gór, do jakich jesteśmy „przyzwyczajenie.” Dolina Grebaja jest bardzo głęboka, a górujące nad nią skaliste szczyty wypiętrzone są na wysokość 2500m n.p.m.
Ponieważ nie mamy mapy, postanawiamy tego dnia nie iść w góry, lecz zrobić rekonesans po okolicy i zdobyć mapę lub chociaż coś na jej kształt.
Kilka praktycznych rad:
- z Dol. Grebaje do Gusinje jest ok.8km. Z miejscowości można złapać busa do Plav (jeżdżą rzadko), dojechać taxówką (drogo) lub jechać na stopa (może zdarzyć się, że kierowca będzie chciał zapłaty).
- w Plav znajduje się Turystyczna Organizacja. Jak ją znaleźć? Od Autobusovej Stanicy, należy iść w górę miejscowości, po lewej stronie, obok domu kultury, znajduje się mały, drewniany domek, który kryje w sobie Turystyczną Organizację. Tam za 4 Euro można nabyć mapę Gór Prokletije. Ogólnie mapę tych gór bardzo ciężko dostać. Na necie można znaleźć mapy z czasów Jugosławii, ale bez zaznaczonych szlaków.
- Jeśli przebywa się w tym terenie dłużej niż dwa dni, należy zameldować się na policji. Gdy naszą bazą wypadową jest Dol. Grbaje, to należy udać się do policji w Gusinje, która wpisze nas do swoich rejestrów. Szczerze mówiąc ciężko jest wytłumaczyć, jak znaleźć posterunek policji w Gusinje, bo jest z lekka zakamuflowany, ale każdy miejscowy pokaże wam drogę.
- Należy pamiętać również o tym, że z racji bliskości granicy z Albanią możemy mieć przyjemność spotkać panów pograniczników. O kwestii granic napiszę jeszcze za chwilę, gdyż wiąże się z tym dłuższa historia.
- Region ten jest bardzo muzułmański, w każdej miejscowości znajdziemy nawet po kilka meczetów. Dziewczyna siedząca w knajpie, w towarzystwie faceta, pijąca piwo jest tam dość dziwnym zjawiskiem. Ja dopiero po pewnym czasie zorientowałam się, że we wszystkich knajpach siedzą tylko faceci
O górach Prokletije słów kilka...
Przez długi czas określane były przez miejscowość jako „zakazane góry”, wywoływały strach, niepokój. Właściwie nie powinno to nikogo dziwić – góry te są pełne kontrastów. Od trawiastych wzgórz w Dolinie Valusnicy, po zimne, niedostępne skały Kalanfiri i Maje e Jezerce. Głębokie doliny, skaliste strome granie, to cechy charakterystyczne tych gór.
Prokletije położone są w południowo – wschodniej części Czarnogóry. Ciągną się również po albańskiej stronie. Ostatni w Czarnogórze posterunek policji granicznej znajduje się w Vusinje, gdzie należy się zgłosić, jeśli wybieramy się z Czarnogóry, na albańską stronę. Jednak UWAGA: przejście graniczne, które istnieje przy Vusanje jest przejściem małego ruchu granicznego i rządzi się swoimi prawami, co w praktyce wygląda tak, że wiele zależy od tego, w jakim humorze są pogranicznicy. My chcąc iść na Maje e Jezerce, które znajduje się w Albanii, zgłosiliśmy się na posterunek w Vusinje i usłyszeliśmy że nic z tego, bo musimy iść na normalne przejście graniczne, gdzie dostaniemy pieczątkę do paszportu i od albańskiej strony możemy sobie już iść gdzie chcemy w góry. Nasz znajomy Bułgar nie miał tego typu problemów i mógł bez problemu przekroczyć granicę. Inna sprawa, że w tym rejonie Montenegro ciągle brani byliśmy za Rosjan...a ja często brana byłam za Niemkę, więc może to też sprawiło, że nie otrzymaliśmy błogosławieństwa od pogranicznika na przejście do Albanii. Jak dowiem się dokładnie o zasadach tam panujących, to niezwłocznie się tą wiedzą podzielę.
poranek w dolinie
w dolinie znajdziemy wiele drogowskazów kierujących nas na szlaki...ale na tym zazwyczaj kończą się wszelkie oznaczenia i zaczyna się zabawa z cyklu, gdzie jest nasza droga?
sielankowo
w Gusinje
Plavskie Jezioro
nadciąga wieczór
15.09.10Zabawa w poszukiwanie drogi
Zaopatrzeni w mapę i po konsultacjach ze znajomym Czechem, wybieramy na ten dzień niezbyt długą trasę, wydającą się całkiem lajtową. Ekhm...”lajtowość” tego wyjazdu można często kwestionować. Po pewnym czasie zaczęliśmy już mówić, żebyśmy przypadkiem nie wymyślali kolejnych lajcików, bo nie przyjechaliśmy do obozu pracy, a na wakacje.
Idąc w górę doliny odnajdujemy drogowskaz z naszym szlakiem – szlak nr 503 na Veliki vrh. I na tym można zakończyć listę naszych osiągnięć. Szeroką szutrową drogą idziemy kilka metrów pod górę. W pewnym momencie droga się urywa a w lewo odchodzi spory stożek usypiskowy (oh yeah!!), na początku którego stoi metalowy słupek, który wzięliśmy za pozostałość drogowskazu. Wiedzieliśmy, że nasza ścieżka ma się wspinać stromą Doliną Krasnja, ale nie spodziewaliśmy się czegoś takiego. Widać momentami czyjeś ślady i usiłujemy nie zjechać z całym tym usypiskowym stożkiem. Po pewnym czasie, kiedy ja stoję, a właściwie wiszę uczepiona gałęzi, a Tomek wywołuje kolejną kamienną lawinę, doznajemy olśnienia. Wpakowaliśmy się we wcześniejszą dolinę. Usiłując trawersować po tym ciekawym terenie w końcu docieramy do szlaku. I tu uwaga WOW, szlak jest widoczny, nawet jest wyznakowany. Piękne widoki szybko rekompensują nam godzinną walkę ze stożkiem

Docieramy do rozejścia szlaków – 503 idzie na Veliki vrh, 502 go omija i wiedzie w stronę Mali Karanfili. Wybieramy drogę nr 2 i...taa..nikogo nie powinno już to dziwić, szlak postanawia gdzieś sobie zniknąć. Chodzimy jak dwóch detektywów w poszukiwaniu poszlak szlaku. Skaczemy po ostrych jak brzytwa kamieniach, ślizgamy się po zroszonej jeszcze trawie. Pół godziny później udaje nam się wypatrzeć ścieżkę. Docieramy niż do skalnego okna. Wspinamy się na jego „parapet” - jest tam przywieszona stara, stalowa lina, która teoretycznie ma pomóc we wspinaczce, ale lepiej się jej nie łapać

Widok z okna jest super, my jeszcze postanawiamy wyjść ponad nie i zobaczyć szerszą panoramę. Po obfotografowaniu każdego kamienia, zaczynamy analizować mapę i usiłujemy zrozumieć, jak poprowadzono nasz szlak. Eh...mapa okazuje się być bardzo niedokładna. Oznakowań szlaku jak na złość znów brakuje. W trawie dopatrujemy się ścieżki i nią podążamy. Ja mam bardzo bliskie spotkanie ze żmiją – radośnie sobie na niej staje. Na szczęście dla mnie i dla niej spotkanie to nie kończy się źle. Później trzy razy się zastanowiłam, gdzie stawiam kroki.
Dalej dobrze widoczną ścieżką docieramy do rozejścia szlaków – jeden idzie do Planninarskiego Domu, znajdującego się zaraz obok knajpy, przy której nocujemy (we wrześniu nie jest czynny), drugi kieruje w stronę Mali Karanfili. Szlak znów jest mało widoczny, dlatego stawiamy kopczyki z kamieni, co okaże się za chwilę bardzo przydatne. Na Mali Karanfili docieramy bez większych problemów. Wylegujemy się na trawie, wygrzewając się w słońcu, podziwiając zróżnicowany krajobraz gór Prokletije. Patrzymy też na majestatyczne Maje e Jezerce, które miało być naszym celem na za dwa dni.
Zbieramy się w dalszą droge i...taaa znów nam gdziesz szlak umyka. Idziemy granią, która zaczyna się robić bardzo zabawna, bo wymaga skakania z kamienia na kamień, nad kilkunastometrowymi lufami. Cofamy się w momencie, w którym musielibyśmy być batmanem, żeby przelecieć na drugą stronę. Kręcimy się w okolicach Małego Karanfili, ale nie wiele to daje i wracamy drogą, którą przyszliśmy. Usypane przez nas kopczyki okazują się być teraz bardzo pomocne w zlokalizowaniu drogi zejściowej.
Schodzimy szlakiem do Planninarskiego Domy – tam wszystko wyznakowane jest pięknie, idealnie i w ogóle. Przynajmniej na zakończenie się nie gubimy
Tomka konsultacje ze znajomym Czechem
nie taki mały stożek usypiskowy
widoki już ze szlaku
skalne okno
nad skalnym oknem
w drodze na Mali Karanfili
górskie odosobnienie
majestatyczne Maje e Jezerce
widoki z Mali Karanfili
czy ktoś widział szlak?
16.0910 Trojana uroki...
Tym razem obieramy sobie cel po drugiej stronie doliny. Szczyt o wdzięcznej nazwie Trojan. Wyruszamy z okolic naszego noclegu. Przechodzimy obok nieczynnego Planninarskiego Domu i leśną ścieżką, wyciętą jak z naszych Beskidów, docieramy do bajkowej Doliny Valusnicy. Nie wiem na ile zdjęcia oddadzą jej bajkowość, ale po prostu rzuciła nas na kolana. W szczegółności o tej porze roku trawy i krzewinki przyjmują przepiękną barwę. Widok tam jest bezcenny, w szczególności gdy wyjdzie się wyżej i na tle trawiastych wzgórz widzi się zimne, groźne i majestatyczne skalne ściany. Przez przełęcz Cafu udajemy się w stronę masywu Trojana. Mylimy ścieżki i...lądujemy w Albanii. Szybka korekta naszej wędrówki, machamy panom policjantom, którzy obserwują nasze manewry siedząc sobie po czarnogórskiej stronie, nieco poniżej nas. Docieramy u podnóża Trojana i wypatrujemy ścieżki. Odnajdujemy jakąś wiodącą po...małych stożkach usypiskowych. Po 15 minutach marszu ścieżka znika, a oznakowań szlaku oczywiście bra. Dlaczego nas to nie dziwi? Po 40minutach kręcenia się bez celu, rezygnujemy ze zdobycia Trojana i udajemy się na położoną niedaleko górę o nazwie Karaula. Tomek wypatruje wcześniej jakąś drogę wiodącą na nią, która...też się po pewnym czasie urywa. Ale tym razem idąc na azymut, docieramy nie tylko do ścieżki, ale także do szlaku. Ze szczytu rozciąga się świetna panorama. Można się tam wpisać do pamiątkowej księgi, którą znajdziemy w metalowej puszce. Jest tam kilka polskich wpisów. Robimy tam liczne zdjęcia, jesteśmy nawet w stanie wypatrzeć w dolinie Grebaje nasz namiot

Szlakiem schodzimy do doliny, tym razem nie gubiąc się.
kolejny poranek
Dolina Valusnica
Trojan
poniżej Trojana znaleźć można ślady po wojnie
Z Karauli...
