Pokonywałem już kiedyś tą ścianę. Jednakże burza spowodowała, że musiałem z niej się wycofać tuż przed samym szczytem. Teraz patrzałem na nią z uwagą. Miałem na nią wejść poprowadzoną ferratą „Strobel”.
Dla mnie nie jest to trudna trasa, ale po dołku z poprzedniego dnia, w którym to wystraszyłem się innej ferraty, trochę się zastanawiałem.
Po piargach poszło szybko. Na szczęście ruszyliśmy, gdy na trasie panował jeszcze cień.
Ferrata była fajna. Cały czas pod nami mieliśmy fajny punkt odniesienia – boisko piłkarskie. Widać było jak nabieramy wysokości.
Kominki nie były trudne. Trochę klamer, drabinki i … coraz wyżej i wyżej.
A pogoda była piekna, więc każdy krótki postój wykorzystywaliśmy na podziwianie Tofan, Sorapis i Cortiny.
W większości prowadziłem. Chciałem przełamać wczorajszy lęk.
Minęliśmy miejsce, do którego dotarłem przed laty. Poszliśmy wyżej.
W dole zostało boisko, nasz kamping i dwie nitki szosy i rzeczki.
Stanęliśmy na szczycie. To jest to..
Pozostało zejście - żlebem aż na sam dół. Częściowo zbiegaliśmy, a częściowo żmudnie schodziliśmy. W gorącym słońcu dało nam to trochę popalić. Stopy „paliły się”, gdy schodziliśmy po rozżarzonych kamieniach.

Uploaded with ImageShack.us

Uploaded with ImageShack.us

Uploaded with ImageShack.us

Uploaded with ImageShack.us

Uploaded with ImageShack.us

Uploaded with ImageShack.us

Uploaded with ImageShack.us

