Przywitanie ze stęsknionymi wnukami, opowieści, wrażenia..
Czas do domu.
Na bardzo krótko.
W drodze powrotnej uzupełniające zakupy, telefon do naszej przemiłej gospodyni czy jest w domu (ostatnio – często jej nie ma ).
Na szczęście jest.
Nazajutrz rano załatwienie ubezpieczenia i w południe wyjazd w moje ukochane Tatry - tym razem do sąsiadów.
Jak zwykle, przywitały nas wspaniale - bajecznym zachodem słońca.

Poczułam tą atmosferę, która wprowadza mnie w stan trudny do zrozumienia przez całą moją rodzinę i znajomych – nie mających nic wspólnego z górami...
Tylko Ela i Zbyszek – nasi górscy przyjaciele, którzy w tym samym dniu wyjeżdżali do Zakopanego na 4 dni, podzielali nasz entuzjazm. Oni to rozumieją.
Za to ich kocham.
Już w domu zaplanowałam w pierwszej kolejności, wycieczkę na Krywań.
Może to nie było zbyt rozsądne na pierwszą wyprawę, bo trasa długa i uciążliwa, upał przy bezchmurnym niebie...
Tak sobie jednak wyobrażałam tą wędrówkę – jak się już mam sterać, to nie po to, żeby mi chmury widoki pozasłaniały.
Rano pobudka o 4.30, wyjazd o godz.6 do Trzech Studniczek, około 7 wyruszamy...
Najpierw przez las, potem kosodrzewinka, a dalej już tylko kamienie i ostro palące słońce...
Ale za to widoki, niczym nie zmącone , piękne....
Coś za coś.....
Rano pusto, ale potem sporo turystów, w ogromnej większości Słowaków, w różnym wieku – ciągnęło na tą ich „Świętą Górę”.



Pokazał się nareszcie cel naszej wyprawy, ale gdzie tam jeszcze szczyt


Wiadomo....motylek i kwiatuszek


Trochę nielegalny chyba punkt widokowy, z którego rozciąga się wspaniała panorama na Dolinę Koprową i Tatry po naszej stronie, aż po Giewont.
Pod Zamarłą Turnią działał toprowski helikopter, obserwowaliśmy akcję przez lornetkę, ale dopiero po przyjeździe dowiedziałam się, co się stało.
To ten 18-letni zakopiańczyk




Pod szczytem, prawie godzinna wspinaczka na „czterech nogach”, z co najmniej 10 kilowym plecakiem, w upale.....nie było to takie proste, ale jakoś sobie poradziłam
Wspinanie umilał mi śpiew słowackich turystów, dochodzący ze szczytu.

Odsłoniła się Dolina Ważecka z Zielonym Stawem Ważeckim...

Hura, hura !!!!! …....... no nie myślałam, że tu dolezę, a zwłaszcza doskrobię po tych kamulcach...

Widoki ze szczytu, spod chmurki:
na część zieloną

i skalistą

No i piękne Teriańskie Stawki – duży Niżni i mniej widoczny u góry na progu - Wyżni.





Ech, Krywaniu, Krywaniu...wysoki....nie dałeś nam o sobie prędko zapomnieć....dostaliśmy w kość, może nawet jeszcze więcej niż na Sławkowskim

Kość, kością, a tu pogoda ładna i nie da rady siedzieć w domu.
Nie ma zmiłuj, pobudka o 7, troszkę później, ale po tym pierońskim Krywaniu myślałam, że nigdzie nie pójdziemy na drugi dzień.
Wybraliśmy się Doliną Wielicką, przez razcestie pod Suchym Vierchom do pięknej Batyżowieckiej, a potem niekończącą się, ale za to cudownie ukwieconą magistralą – na Przełęcz pod Osterwą.











Z wielką radością patrzyliśmy na przechodzące chmury, dające trochę ulgi w tym nagrzanym powietrzu.


Zimne piwko w schronisku nad Popradzkim Plesem dodało nam animuszu na tyle, że do zastavki dopędziliśmy w 35 min. , żeby nie czekać kolejnej godziny na następną – przed 21.
Oczywiście odczuliśmy to w następny poranek w kościach.
Biedne te nasze stare kości, poniewierane bez żadnego poszanowania
A schroniskowe kocisko myślało, że coś lepszego na ząb dostanie...ciastek nie chciał, a co innego już było zjedzone.

Zajrzeliśmy też do Kvetnicowych Ogrodów, z myślą o Polskim Grzebieniu.
Nastawiłam się bojowo i w kolejny upalny poranek doczłapaliśmy do Śląskiego Domu, który jest w remoncie.
Elewacja już zrobiona, jaśniejsza i wygląda lepiej, niż stara ciemna i paskudna.
Z wierzchu też ocieplany i otynkowany, nie będzie straszył swoją brzydką szarością.
W środku jednak wszystko wybebeszone i ponoć dopiero na sezon zimowy będzie gotowe.
Mnie tam – rybka

W Kvietnicovych Ogrodach, jak zawsze latem - kolorowo i cudnie.
No i jak się idzie cichutko, można spotkać stałych mieszkańców tej wspaniałej doliny.

Buzi, buzi....

pani do roboty, a pan na swoją świstakową wersalkę...

…..no bo przecież trzeba odpocząć....

Ech, coś mi to z obserwacji własnych przypomina
W pięknej scenerii, doszliśmy pod przełęcz do łańcuchów...hm....


Przede mną sporo młodsza „sprytniutka pani”, ochoczo wskoczyła do góry i zanim złapałam za łańcuch, jeszcze szybciej zeszła na dół z przerażeniem w oczach, po czym oświadczyła, że w żadnym razie i absolutnie tam dalej nie idzie.
Krótko mówiąc wystraszyła mnie i mimo namów małżonka, też nie poszłam
Taki ze mnie górołaz – pożal się Boże
Nic to..... przecież nie chodzi o to, by za wszelką cenę "zdobyć" kolejny szczyt, ale o to, by nacieszyć się obcowaniem z tatrzańską przyrodą, poczuć góry całą sobą, dodać sobie chęci do życia.
To jest WIELKA MOJA RADOŚĆ i ten plan mam zawsze wykonany - w 100 procentach.

Razem ze "sprytniutką panią" zeszłyśmy powoli na dół, a mąż - ponieważ nie ma żadnych zahamowań w tym względzie – wybrał się dalej i dotarł na Małą Wysoką.



Nareszcie....... po raz pierwszy zobaczyłam te kwitnące "liście", które mnie zawsze tak bardzo intrygowały
Pełno ich było w Dolinie Wielickiej.

W kolorowej i pachnącej "poczekalni" posiedziałam samiuteńka, aż do przybycia zmęczonego, ale zadowolonego małżonka.

Kilka zdjęć, które tam pstryknął.









Na zakończenie tej – mimo wszystko wspaniałej wycieczki, nagroda w postaci uroczego, "landrynkowego" zachodu słońca.

Po paru dniach tej łazęgi w upale, postanowiliśmy dać sobie trochę oddechu – gondolką na Skalnate, potem przez Zamkovskiego, Rainerovą, Wodospady Studennego Potoka na Hrebieniok, no i lanovką na dół
Poranek ładny, ale zanim dojechaliśmy elektriczką do Tatrzańskiej Łomnicy, nad szczyt nadeszła ogromna czarna chmura.
No nic...jedziemy z nikłą nadzieją, że się przejaśni.
Zanim gondolka dotarła do stanicy Start, deszczowa chmura zeszła niżej, a nad Łomnicą pięknie się rozpogodziło.
Przypomniałam sobie komentarz pogodowy Krzymula z ub. relacji mówiący coś w tym rodzaju, że tam świeci słońce w Tatrach , gdzie my przebywamy i serdecznie się roześmiałam.
Coś w tym chyba jest
Na Skalnatym nowa atrakcja dla najmłodszych - Svistia Krajinka...hm...żeby się tylko jeszcze stragany z pamiątkami nie pojawiły

Tylko 100 metrów i można konsumować.

Poszliśmy, ale skonsumowaliśmy na ławeczce swoje
Czarny dzięcioł też wybrał własną stołówkę.

Przy Rainerovej Chacie panna młoda w stroju galowym,

Na Wodospadach nowy, przyzwoity mostek.


Kwietne pobocze drogi do Bilikovej Chaty – aż przyjemnie się idzie....

i kolejna atrakcja na zboczach Hrebienioka....

No nie mogłam sobie odmówić fotki tych ogromnych „dzwonków”, rosnących w środku żywopłotu, przy głównej ulicy Starego Smokowca.
Jedyna chabinka, ale jaka dorodna...

Wycieczka - super luzik.
Tyle na razie, resztę naszych tatrzańskich wędrówek opiszę później
Ala





