Sympatycznie i wesoło upłynęły wspólnie spędzone chwile i trzeba było opuścić Chatę na Rzekach.
My oczywiście prosto w Tatry, bo jak tu jechać do domu, kiedy się jest tak blisko gór.
Nie do pomyślenia, ani wyobrażenia
Niedziela piękna, ale wyjazd z Rzek do Zakopanego dopiero koło południa, więc dzień dla gór stracony.
Za to w poniedziałek z samego rana – kierunek Słowacja, Dolina Białej Wody, Litworowy Staw, a dalej to się zobaczy na ile czasu wystarczy.
I tak trzeba wracać tą samą drogą, bo samochód został na parkingu w Łysej Polanie – za darmochę, bo „kasjera” nie było
Zajrzeliśmy do pustego w tym dniu obozowiska pod Wysoką.

W wyższych partiach Tatr zaczynają wybarwiać się jesiennie liście jarzębin.
Jesień w górach... to chyba najpiękniejsza pora roku.



Tym razem dotarliśmy do Litworowego Stawu i chociaż trochę chmur zaczęło się zbierać nad samą Doliną Kaczą, nie były one grożne, a snując się po urwistych zboczach Ganku - dodawały swoistego uroku tej pięknej dolinie.



Na drugi dzień zwiedziliśmy Dolinę Rohacką - Rohackie Stawy.
Nawet nie próbuję opisywać jej urody.
Zdjęcia przepięknych odbić gór w kolejnych na szlaku stawach dadzą może jakąś namiastkę rzeczywistości.
Widać, że szlak popularny, bo turystów sporo, mimo dnia powszedniego, ale nie ma się co dziwić, że to miejsce przyciąga jak magnes.
Jest cudne.











Piękny Wyżni Wodospad Rohacki rozbryzguje kropelki wody na ciekawskich turystów, fotografujących go ze wszystkich stron.

Poniżej kolejna kaskada, widoczna zza kolorowych gałęzi drzew.

Wspaniała wycieczka i nawet się nie spodziewałam, że tak szybko tu wrócę
Trzeci kolejny dzień też spędzony po słowackiej stronie, mimo że mieszkaliśmy u naszej gażdzinki w Zakopanym.
Tym razem poszliśmy Doliną Małej Zimnej Wody do Terinki, a potem jeszcze wyżej zobaczyć jak się idzie na Czerwoną Ławkę i Lodową Przełęcz.
Pogoda piękna, ciepło i tu też widać już oznaki wczesnej jesieni.





Nad doliną krążył mały helikopter.
Zaopatrywał Terinkę w opał na zimę no i piweczko w beczkach bujało się w powietrzu w umocowanej siatce
Dość sporo tego dobra tam wylądowało, chyba dziesięć kursów naliczyłam.


I znów te stawy, w których jak w lustrze, przeglądały się okoliczne szczyty.





Zielony szlak prowadzi ostro w górę do miejsca, skąd widać rozchodzące się drogi w drugiej części doliny.
Popatrzyłam przez lornetkę – no...... Czerwona Ławka na pewno nie dla mnie ...

A Lodowa.....hm.....można spróbować.
Mój małżonek wyrywny bardzo w takich sprawach, chciał natychmiast wykorzystać okazję, ale szybko ostudziłam jego zapał, bo czas na dalszą wyprawę nie był przewidziany i też go nie było.
Będziemy na Słowacji, to na spokojnie, bez stresującego wyścigu z czasem można tam się wybrać.




W czwartek miał przechodzić jakiś niżowy front, więc na wszelki wypadek poszliśmy na spacer na Halę Stoły.
Koniec września, a w Dolinie Kościeliskiej tłumy, jak w środku wakacji. Szok.
Nawet na spokojnych Stołach, gdzie przeważnie spotyka się jedną, dwie osoby, lub nikogo – przewinęło się ich z dziesięć.
Front nie był grożny, wieczorem trochę popadało.

A w lesie rósł sobie taki ogromny okaz grzyba.
Ładny, ale niejadalny. Szkoda, ale byłaby smażonka....

Pogodę na piątek zapowiadali w TV ładną, z tym, że ranek miał być mglisty, ale potem powinno się rozpogodzić.
Bardzo chciałam w to uwierzyć i wybraliśmy się, mimo byle jakiej widoczności do Dolinki Koziej, z myślą o Zadnim Granacie.
Nie udało mi się ostatnio przejść przez całe od Skrajnego, to spróbuję chociaż na Zadni się wyskrobać.
Wprawdzie miało się rozpogodzić koło dziewiątej, a rozpogodziło się około dwunastej, ale nic to, dobrze, że w ogóle zrobiło się ładnie.
Ranek był nieciekawy.
Przy wejściu na szlak prowadzący na Skrajny Granat kręcił się spory niedżwiadek..
Stanęliśmy, choć wlazł w kosodrzewinę, ale za niedługą chwilę wyszedł na ścieżkę i powędrował w stronę Skrajnego.
Dwóch turystów zrezygnowało z marszu w tamtym kierunku i zeszło nad staw.
Oczywiście szybko uruchomiłam aparat, bo miś długo nie pozował, ale udało się kilka fotek pstryknąć



Rozpogodzenie nad górami trwało ze trzy godziny i gdy dotarliśmy do Dolinki Koziej, znów nad szczyty zaczęły napływać chmury.
W tej sytuacji zrezygnowałam z wejścia na Granat – jutro też jest dzień...
Małżonek oczywiście poszedł dalej, przeszedł przez Granaty i schodził żółtym szlakiem ze Skrajnego.
Misia nie spotkał.
Szedł w chmurach, chociaż w pewnym momencie podniosła się zasłona na krótką chwilę i coś tam można było zobaczyć.
Widmo Brokenu pokazało mu sie już drugi raz w Tatrach.–


Na drugi dzień pogoda była wspaniała i weszłam na ten Zadni Granat.
Cierpliwość popłaca , widoki były cudne
A po powrocie do domu cała kocia i psia menażeria pcha się za nami do pokoju.
Kot skakał po stolikach i wlazł mi do plecaka, a potem razem z psem nie pozwolili mi szykować obiadokolacji , wespół w zespół wtryniając pychole gdzie się da..
Po krótkiej gościnie musiałam stanowczo wyprosić to towarzystwo, bo dobrowolnie nie chciało opuścić pomieszczenia


Ala
c.d.n.





