Wycieczka rowerowa Norwegia 2009
Nasza wycieczka do Norwegii nie była próbą bicia rekordu - typu Nordkapp w tydzień, Norwegia dla twardzieli - min 100km dziennie, czy średnia dobowa ok.20 km/h
Chcieliśmy po prostu zobaczyć jak tam jest
A rowerami, bo jakoś tak wychodzi nam, że jest to idealny środek lokomocji do zadań turystyczno - wakacyjnych
Poza tym prawie wszędzie da się wjechać rowerem - podróżuje się wolno, ale mimo wszystko wystarczająco szybko by w czasie urlopu zobaczyć kawałek kraju który chce się zwiedzić.
Trasa była wstępnie zaplanowana na początku roku /no w zasadzie zaplanowana to w sytuacji jak to wyglądało nie jest dobre słowo/ wymyślona w oparciu o wieczór spędzony nad mapą Pd Norwegii i krótkie wertowanie strony z opisami znakowanych tras rowerowych w tym rejonie. Szliśmy na łatwiznę
Na lotnisku udało nam się w miarę szybko przygotować bagaż i bezproblemowo się odprawić - na szczęście młody chłopak, który nas odprawiał przymknął oko na to, że troszkę przekroczyliśmy limity wagowe bagażu.
Po krótkim locie i dużo dłuższej walce z doprowadzeniem rowerów do stanu używalności...pojechaliśmy w stronę centrum Bergen - choć to trochę zbyt mocne słowo na te pierwsze wygibasy, które zaczęłam uskuteczniać próbując złapać równowagę na moim mocno objuczonym (pierwszy raz miałam także sakwy przednie) rowerze.
To jakie myśli podsumowujące nasz głupi pomysł wakacyjny przefruwały mi przez głowę w tych pierwszych chwilach, nie da się zacytować nie używając potoku wyzwisk i bluzgów, więc sobie daruję...
W początkowym etapie drogi miałam też kilka niebezpiecznych i dramatycznych momentów obłąkańczej walki z rowerem, gdy moje przednie koło skręcało zupełniej niekontrolowanie w stronę jadących samochodów. Na szczęście potem zaczęła się ścieżka poza obrębem ulicy więc czułam się już swobodniej i powolutku zaczęłam uczyć się jak się steruje taką ciężarową wersją roweru.
W Bergen byliśmy umówieni z człowiekiem z couchsurfingu, który miał nas przygarnąć na pierwszy nocleg i pomóc nam w ostatnich przygotowaniach oraz w zakupie butli. Ponieważ już na wstępie udało nam się jakoś dziwny trafem lekko zabłądzić oraz Michałowi padła przerzutka (pierwszy lekki podjazd z obciążonym rowerem), musieliśmy zmienić priorytet spotkań i rozpocząć od poszukiwań sklepu/serwisu rowerowego. Na szczęścia misja sklep rowerowy z serwisem udała się (naprawa skończyła się tylko na wymianie haka nie na wymianie całej tylnej przerzutki) , tak samo jak odnalezienie punktu kontaktowego (tajemniczego „Blue stone”) gdzie byliśmy umówieni z hostem z couchsurfingu.
Wieczór upłynął nam w miłej atmosferze – ekspresowego zwiedzania centrum Bergen (oczywiście lekko padało – W Bergen prawie zawsze pada), pogaduszek rowerowych z naszym przemiłym gospodarzem wprowadzających nas w specyfikę rowerowania po Norwegii.
Szczerze powiedziawszy wtedy mój wewnętrzny głos, który zrugał mnie już na lotnisku odezwał się po raz kolejny – tylko mocniej - wystarczyło, że nasz gospodarz pokazał nam trasy swoich ostatnich wycieczek wraz z ich profilami
Udało mi się go na szczęście trochę zdławić (oczywiście nie gospodarza, tylko panikę rodzącą się moim sercu) ( winem zaproponowanym przez gospodarza) ale lekka obawa, czy sobie poradzę pozostała.
Następnego dnia mieliśmy zacząć naszą przygodę.
Rano troszkę nam zajęło spakowanie wszystkich gratów …

No i ruszyliśmy … na stację kolejową, bo początkowy etap trasy rowerowej wiodącej niby z Bergen do Voss trzeba było pokonać pociągiem, gdyż na drodze znajdował się tunel zamknięty dla ruchu rowerowego.
Ale w końcu ten odwlekany moment prawdziwego startu nadszedł. Wysiedliśmy w miejscowości Stanghelle i ruszyliśmy. Na szczeście okazało się, że już całkiem nieźle radzę sobie z rowerem, poza tym ścieżka wiodła boczną asfaltową drogą, na której prawie nie było ruchu samochodowego.
Nareszcie zaczęliśmy czuć, że jesteśmy na wakacjach
A potem jakoś tak te 3 tyg. śmignęło - jak w kalejdoskopie:
mijane krajobrazy -góry,morze, fiordy , zmieniająca się pogoda, jazda na rowerze - i odpoczynki, odcinki trudne, odcinki gdzie nie pozostawało już nic innego jak tylko pchanie roweru, szaleńcze zjazdy (gdzie przy lekki hamowaniu licznik i tak wskazywał koło 50km/h) odpoczynki (a czasami dogorywanie ze zmęczenia gdy odcinek był odpowiednio wymagający)...










Oczywiście całej "zakładanej trasy" nie udało nam się zrobić
I z powrotem do Bergen zdążyliśmy tylko wykorzystując pociąg, oraz promy ale dzięki temu zobaczylismy też takie widoki:




Cała wycieczka kondycyjnie nieźle dała mi w kość (szczególnie te fragmenty ze średnią ok. 4 km/h i niższą) ale warto było się pomęczyć
Do Polski przylecieliśmy z postanowieniem, że jeszcze tam kiedyś wrócimy - i tym razem być może odważymy się pojechać jeszcze bardziej na pn.




