Gdybym musiała jechać tam 10 godzin, to pewnie wybrałabym się cztery razy w roku i spokój.
Ponieważ mam tylko trzy, to za sześć dni po ostatnim powrocie ze Słowacji już byliśmy spowrotem w Zakopanym.....
Śledzenie prognoz pogody stało się moim nawykiem..
Ech
Tradycyjnie już przyjechaliśmy 30.08 - w niedzielę rano i oczywiście zaraz w góry.
Zachłannie, jak gdyby to miało być ostatni raz pożeram oczami znane mi przecież widoki i wpadam w jakiś euforyczny stan ducha, trudny do opisania...
Poszliśmy na Czerwone Wierchy przez Przełęcz pod Kopą Kondracką.
Już w lesie, po drodze miła niespodzianka – kolejne forumowe spotkanie - tym razem z Uszbą, która wraz z córką i przyjaciółką Basią wybrały się tamtędy na Kasprowy.
Ale sobie miło pogadałyśmy
No i oczywiście nie obyło się bez pamiątkowej fotki ..

Po odpoczynku na przełęczy rozeszliśmy się w przeciwnych kierunkach.
My w stronę Kopy Kondrackiej, na Małołączniak i zeszliśmy przez Kobylarzowy Żleb.
Dwa razy tamtędy podchodziliśmy, wiedziałam, że tam jest ostro do góry, ale dopiero przy zejściu widać, jak bardzo.




Widokowy szlak, chociaż trzeba zachować dużą ostrożność przy schodzeniu.
Przy każdorazowym pobycie w Zakopanym, nie wyobrażam sobie nie zajrzeć na stronę słowacką.
Od jakiegoś czasu marzyła mi się Szeroka Przełęcz Bielska i zaraz w poniedziałek, po wcześniejszym „opracowaniu” wycieczki, właśnie tam się wybraliśmy.
Wyjechaliśmy z Zakopanego o 6 rano.
Samochód został na parkingu Bela Voda, a my autobusem o 7 godz. wróciliśmy do Żdżiar, gdzie Doliną Monkową, a potem mozolnie Doliną do Regli - „schodami do nieba” - doczłapaliśmy ponad próg wodospadu.



i pięknie okwieconymi łąkami Doliny Szerokiej na samą przełęcz.


To była jedna z piękniejszych wycieczek w ostatnim czasie.
Wracaliśmy trawersem Szalonego Wierchu na Przełęcz pod Kopą Bielską, potem Doliną Białych Ples do Kieżmarskiej i do parkingu Bela Voda, gdzie czekało zostawione rano nasze autko.
Długa trasa, ale wiedziałam co wybieram
Dolina Zadnich Koperszadów widziana z góry.

Trochę chmur zebrało się nad Kieżmarską, ale potem sobie poszły.





W tym roku co rusz można było zobaczyć kozice.

Wspaniałe Jatki i Dolina Przednich Koperszadów.




Taki widok zawsze powoduje poważne opóżnienia czasowe na szlaku



Za Chatą przy Zielonym Plesie powstaje ciekawy gród z drewna..
Miał ktoś polot



Trzeba się trochę sterać przy podejściu na Szeroką Przełęcz, ale warto.
Przepiękne widoki rekompensują ten wysiłek z nawiązką.
We wtorek kolejna trasa – trzecie podejście na Bystrą i Błyszcz – tym razem udane
Ostatnio trochę mi było żal, że przez stojącą tam ciemną chmurę nie zdecydowałam się na wejście, ale tą wycieczkę wyobrażałam sobie przy takiej właśnie pogodzie.
Moja cierpliwość została nagrodzona – co się odwlecze....
Znów znajome widoki z podejścia Starorobociańską na Siwą Przełęcz.
Dzisiaj góry wyglądają pięknie...oświetlone słońcem na bezchmurnym niebie.


Nie byłabym sobą, gdybym nie sfotografowała jakiegoś motylka

Tu czuć już trochę oddech jesieni, brązowieją trawy, co dodaje kolorytu cudownym Tatrom Zachodnim.








No.... będzie się trzeba trochę wysilić...
Po chwili zastanowienia, którą drogę wybrać i za doradą schodzących – poszliśmy trawersem, hm...wcale nie takim łagodnym, jak z daleka wyglądał.



Widoki ze szczytu, przy tej pogodzie i przejrzystości powietrza przepiękne.
Można powiedzieć, że prawie pusto, bo tylko 5 osób wcześniej odpoczywało na kamulkach, ale po krótkiej chwili poszli.
Usiadłam dopiero wtedy, gdy uwieczniłam krok po kroku całą wspaniałą panoramę rozciągającą się z wierzchołka Bystrej.
Cudo.





Po dość długim odpoczynku, schodziliśmy przez Błyszcz zakosami, a widoki przyprawiały o zawrót głowy.
Jeszcze spojrzenie za siebie, gdzie byliśmy.


Krótki oddech dla „ugotowanych” w całych butach stóp i dość szybko w dół, żeby zdążyć załapać się na rowery, bo perspektywa lezienia na parking do Siwej Polany na sfatygowanych nogach niezbyt nam się uśmiechała.

Zasuwaliśmy ostro, ale udało się – co za ulga, siedem kilometrów na wygodnym siodełku, bez pedałowania.
Drogo, ale jakoś mi nie żal, tym bardziej, że na jutro w planie Granaty.
Na te Granaty - to prawdę mówiąc małżonek mnie wyciągnął, bo ja miałam trochę obaw co do szlaku...
Dzień od samego rana zapowiadał się pięknie, zakładana była trasa od Skrajnego Granatu przez Pośredni, z zejściem z Zadniego do Dolinki Koziej.
Nie udało mi się w tym roku zajrzeć na Halę Gąsienicową w czasie kwitnienia wierzbówki kiprzycy, ale jeszcze resztki tego zjawiskowego okresu pozostały.

Przed wejściem na żółty szlak informacja - „szlak turystyczny trudny itd...”
Chociaż widoki bajeczne - faktycznie, łatwy nie jest - zwłaszcza, że słońce też dawało popalić.










Wyskrobałam się jakoś na ten Skrajny Granat, ale jak popatrzyłam na dalszą część szlaku, to mój Wredny Lęk Wysokości odezwał się, a nawet wrzasnął - „ani kroku dalej !!!” - po czym lekko sparaliżował moje sterane członki
Co było robić ....
Posiedzieliśmy dość długo na szczycie, skąd widoki dzikie i wspaniałe.
Dość sporo osób wędrowało Orlą Percią, z małą zazdrością mogłam tylko popatrzeć umocowana dobrze w kamiennym siedlisku....
Schodziliśmy tą samą drogą, choć myślałam o tym z niepokojem - zwłaszcza o szczytowym odcinku.
Gdy wchodziliśmy zapytałam w pewnym miejscu wracającą dziewczynę, jak długo jeszcze na szczyt. Odpowiedziała z uśmiechem, że jakieś 45 min. na czworakach
Niewiele przesadziła..
Powoli, trudniejsze odcinki na tyłku i nawet zaskakująco sprawnie mi to poszło.
No niestety, Orla Perć, ani nawet jej odcinki - nie dla mnie, o czym ja już dawno wiedziałam.
Mąż – po ostatnich naszych „zdobyczach” - moje możliwości zbyt optymistycznie ocenił.
Trudno mu zrozumieć, że można mieć lęki przed ekspozycją i nie da się nic z tym zrobić.


Mimo lekkiego stresu, jaki towarzyszył mi w górnych partiach szlaku - nie żałowałam, bo wycieczka piękna i była tego warta.
W czwartek pogoda miała się popsuć, więc zdecydowałam, że wracamy.
Małżonek wstał o 5 rano i stwierdził, że - póki co - jest ładnie i idzie na Kościelec, z optymistycznym założeniem, iż zdąży przed przewidywaną zmianą.
Ja odpuściłam, tym bardziej, że zapowiedzieli możliwość wystąpienia burz.
Poszedł, zaszedł i zdążył...


Ponieważ musiał się trochę spieszyć żeby wrócić na wyznaczoną godzinę wyjazdu, wrócił sterany nieco.
Ja miałam tzw „dzień organizacyjny”, - ktoś musiał spakować bagaże, kupić wnuczkom prezenty, no i pobawić się z kotkiem gospodarzy - okropnym rozrabiaką.

Może i dobrze, że Tatry tak niedaleko
Tyle wspaniałych chwil tam spędzonych mogłoby nam umknąć.
Niech tak pozostanie.
Ala





