Kolejny piękny ranek w Tatrach,rozświetla czerwonym brzaskiem szczyty.
Razem z moim przyjacielem podążamy ścieżką przez wiatrołomy by kolejnej przygodzie stawić czoło.
Rześkie powietrze wypełnia płuca,gdy ścieżką zasłaną resztkami śniegu opuszczamy las by po chwilach paru
nad brzeg Wielickiego Stawu dotrzeć.
Siła wodnego żywiołu słońca ciepłem wspomagana zwały śniegu na progu rozpruwa by okna wodospadu światu ukazać.
Pusto,ciho,żywej duszy nie uświadczysz. Chłód rannej pory wędrówke łatwiejszą czyni racząc nas twardymi śniegami,szybko
przeto na Wielicki Ogród sie wydostajemy.Wytopione zerwy Granatów Wielickich znaczą swe żleby brudno szarymi lawiniskami.
Nad brzegami Długiego Stawu , który walkę o byt swój z piargami przegrywa,przerwe małą robimy.
U stóp jednego z największych stożków piargowych w Tatrach,pierwszy posiłek dnia tego spożywamy.
Przezbroiwszy się w narzędzia wędrówke zimową czyniące łatwiejszą ku gardzieli żlebu pomykamy gdzie
onegdaj karczmarz pewien zasiadkę na kamziki zwykł robić.
Cień płaszczem swym nas okrywa gdy w dno żlebu się wgłębiamy ,przystaje na chwilę by wyobrażni
oczyma pionierów tatrzańkich zobaczyć jak przed lat 110 podobnie jak my w żlebie tym przebywali.
Ludwig Darmstadter ( nazwiskiem którego żleb z Tetmajerowej przełęczy opadający jest zwany) , August Otto
i przewodnik alpejski Johan Niderwieser, który "panów" na linę wziąwszy stopnie im w zlodowaciałym śniegu rąbał
całą drogę prowadząc.
Cisza..,oddech własny zdaje się od ścian odbijać,drobne pyłówki co jakiś czas swe pióropusze znaczą.
Robotę górską czas zacząc.
Jako ,że warunki śnieżne mamy dobre ,a żleb wypełnia sporo sniegu ,pomykamy przeto jego środkiem.
Mijamy bystro nastromiony próg,to już prawie połowa drogi,przyznać trzeba ,że sporo przestrzeni jest za plecami.
Przystając co czas jakiś by łydkom dać wytchnienie spogladam na wyłaniajace się Tatrzańskie kolosy,które z każdym metrem
zdobywanej wysokości coraz więcej swych wdzięków ukazują.
Co kroków piędziesiąt mały postój robiąc,spoglądam ku górze na widoczne juz słońcem zalane siodło Lawinowej Przełączki, ile to jeszcze
kroków pięćset,sześćset,nieważne wszytko się przecież kiedyś kończy.
Wreszcie przez nastyrmaną jakie 60 stopni rynnę docieramy na przełęcz,która wita nas podmuchami zimnego wiatru.
Po romiękłej brei i skałach na szczyt Małego Gierlacha wychodzimy by wycieczkę naszą zakończyć.
Mozna by się rozpisać o widokach cudnych ,które się się wkoło roztaczają,mnie jednak urzeka ta górska cisza powodująca uczucie
jakiegos wewnętrznego spokoju,wyciszenia,lubię takie chwile.
Jest już po dziesiątej więc czas jaką drogę zejściową obmyślić.
Do Przełączki Nad Kotłem trza by nam było tuptać w rozmiękłym śniegu,trawers do Batyżowieckiego Żlebu też czujny,a poza tym
przejście Batyżowiecką Doliną w tych warunkach to razcej czysty masochiżm.
Stara prawda mówi "Jak się wlezie to zleżć trzeba" więc kaski na czaszki i z powrotem do Karczmarza,pomni zagrożeń jakie żleb ów niesie.
Po niecałej godzince leżymy już na ciepłych głazach nad Długim Stawem w kompletnie opustoszałej dilinie a czas odmierza godziny ku
następnej przygodzie ,gdzie? hmm.....
Ps: Adamowi za towarzystwo piknie dziękuję,resztę ekipy pozdrawiam.
Smolik
Początek z celem w tle

Pod Wielickim Żlebem

Na piargowym stożku

Górska robota

Chwila zadumy

W objęciach "karczmarza"

Człowieczek i natura

Ku słońcu

Ponad Kocioł Turnia

Wewnętrzny spokój

Kolosalna cisza

Opustoszała dolina



