Prognozy....takie sobie, kontuzjowane kolano......takie sobie, prawa stopa spuchnięta i boląca...
Mój Rozsądek tłumaczył mi jak komu dobremu - "nie jedż, znam cię dobrze, jak będzie pogoda zapomnisz o wszystkim i polecisz co dzień w góry. I nawet nie obiecuj, że zrobisz sobie przerwę, bo wiem, że nie dotrzymasz słowa....narobisz sobie kłopotów...zapowiadają burze....
Święte słowa Rozsądku, faktycznie, znasz mnie dobrze, ale zostań w domu...no dobrze, zabiorę Twoje Resztki, żeby już całkiem bez Ciebie nie jechać. Obiecam Ci tylko, że będę chodzić powoli i uważnie.
Podobno, jak ktoś czegoś bardzo pragnie - to mu nie zaszkodzi...
Dla kolana - elastyczna opaska, dla bolącej stopy - dwa opakowania ketonalu forte, a pogoda MUSI być dobra.
Adios Rozsądku...
Z ogromną radością spakowałam manatki i 17.06 - wg. letniego scenariusza wyjazdów - o 3 pobudka, o 5 ruszamy, na 8 jesteśmy w Zakopanym.
Tatry nie przywitały nas jak zwykle oświetlonymi słońcem szczytami . Osnute mgłą, niewidoczne, zmusiły nas do zmiany naszych planów. Mieliśmy jechać prosto z domu na Palenicę, a potem Dolina Pięciu Stawów i przez Świstówkę do Morskiego Oka.
Ze względu na warunki pogodowe - pojechaliśmy na kwaterę, bagaże do pokoju i wybraliśmy się na spacer - Kuznice, Ścieżka nad Reglami,Strążyska.
Początkowo, mgła była dość gęsta. Nic to, że nie widać było gór - ja je czułam całą sobą, mimo, że zasłonięte, widziałam je w wyobrażni i ta wędrówka sprawiła mi niezwykłą przyjemność.



Gdy schodziliśmy do Strążyskiej zaczęło się przecierać i powoli odsłaniać to, czym moje głodne Tatr oczy pragnęły się nasycić.


Szlak był mokry i śliski, wywróciłam się trzy razy. Dwa niegrożnie, ale za trzecim nabiłam sobie wielką czarną śliwę na drugim kolanie.
Ale co tam, pocieszyłam się, że nie na tym chorym.
Jestem w Tatrach i tylko to jest ważne.

Ten spokojny spacer plus emocje związane z wyjazdem, dały znać o sobie wieczorem. Noc przespana kamiennym snem - jak mało kiedy.
Góry - na szczęście chyba - przyhamowały trochę moje wariackie zapędy
Co się odwlecze, to nie uciecze - na drugi dzień jedziemy na Palenicę i robimy zaplanowaną na wczoraj trasę. Pogoda ładna, trochę chmur, trochę słońca, bardzo ciepło.
Wszędzie zieleń we wszystkich odcieniach, ale w Dolinie Pięciu Stawów jeszcze sporo śniegowych łat.

Podchodziliśmy zielonym szlakiem koło Siklawy, gdzie do przebycia - dwie śniegowe łachy, dość śliskie.
Kilka osób, w tym dziewczyna, której mąż oferował pomoc - wrócili do czarnego szlaku. Z kijkami przeszło się w miarę spokojnie.

Posiedzielismy trochę przy wodospadzie, który o tej porze roku jest obfity i niesie bryzgi aż na szlak powyżej - taki delikatny prysznic chłodzący...
Przed schroniskiem tradycyjny odpoczynek przy piwku.


A jakie tam teraz pięęękne toalety...

Ciekawie wyglądały góry odbite w stawach..


i samotny kaczorek

Pogawędziliśmy miło z współbiesiadnikami i po napatrzeniu się na łaciatą panoramę - wyruszyliśmy dalej.





Ktoś mi kiedyś powiedział, że to spacerowy szlak - no, może nie do końca
Wchodzenie po kamulcach - wiadomo, ale zejście z Opalonego dosyć długie i miejscami stromawe. Do tego trzeba przejść dwa żleby. W jednym łata śniegu i wydeptana ścieżka szerokości buta... hm...powoli z pomocą nieocenionych kijków - jakoś poszło.
W drugim, gdzie poprzednio były łańcuchy, a teraz tylko resztki umocowań zostały, trzeba zrobić kilka kroków po suchych wprawdzie, ale wyślizganych i pochylonych kamieniach. Niezbyt miłe przejście - trzeba przyznać. Niektórzy zawracali w tym miejscu i nawet im się nie dziwię, bo z podejścia wyglądało to jeszcze nieprzyjemniej.
Ale za to widoki piękne, Morskie Oko z innej perspektywy...
Super, mimo, że widoczność nie była rewelacyjna.

Dalej, już w dół po dość wysokich stopniach skalnych.
Kiedy zeszliśmy na drogę, stało się coś niebywałego - polubiłam asfalt
Niebiańska droga dla moich obolałych kończyn.
Oczywiście nad Morskim Okiem też posiedzieliśmy, mimo, że już była godz. 19, ale ludzi mało, cichutko i spokojnie jak mało kiedy.

Wróciliśmy jak zwykle póżnym wieczorem, jak zwykle styrani, ale wycieczka była tego warta
Ala
c.d.n.










































