Jak już stało się zasadą, aby wyjść naprzeciw przygodzie w miarę wcześnie wyruszamy o 5 rano. Tym razem trójka Smolik, Marek i Manfred pakuje się do samochodu i wio na Słowację do doliny Wielickiej z zamiarem wejścia na Litworowy Szczyt.
Szok nie ma śniegu narty na plecy

i w drogę

W lesie zaczyna się śnieg a ja z oburzeniem patrzę na nieodśnieżony mostek, który może przyczynić się do tego, iż ktoś może się poślizgnąć i wpaść do potoka brrr.

Ponad Staw Turnia i pogoda wokół niej nie nastraja do optymizmu

Przy “schronisku” he he he pijemy, jemy, przebieramy się i dalej do Wielickiej.

Pogoda napawa nas optymizmem


Wreście przywdziewamy narty i możemy się delektować “betonem” Marek z przodu

Mordor

Smolik z tyłu(przez 10 sekund)

Dochodzimy pod stoki Litworowego szczytu w totalnej mgle, zamieci a z nieba leci jakby to powiedzieć “styropian” czyli malutkie kuleczki. Siadamy z nadzieją na przejaśnienie aby zobaczyć gdzie się znajdujemy.

Niestety pogoda jest okropna widoczność spada do 2-3 metrów i w ciemno idziemy dalej myląc wejście zamiast w żleb wyprowadzający na Litworową przełęcz, wchodzimy w Niżnią Łuczywiańską Szczerbinę tzn w początek. Po wspólnym zastanowieniu się wycofujemy się i wracamy w pięknych zjazdach.

Na biało linia zjazdu, zielona wyprowadza na Litworową, czerwona sami wiecie.
PS Niestety w akcji na Litworowy nie mógł uczestniczyć nasz wspólny kolega Fenek, który miał pilne sprawy do załatwienia u Cichora.

