Postanowiłam, że w tym roku musimy pojechać w Tatry, gdy będą kwitnąć krokusy. Dzięki internautom - tatrzańskim zapaleńcom - którzy informowali "czy już i gdzie" ustaliliśmy wyjazd - zaraz po Świętach Wielkanocnych. Niestety ze Świąt wróciłam chora i z gorączką. Lekarka przepisała antybiotyk i inne rzeczy , kazała leżeć, a tu pogoda - marzenie - kilkudniowe wyże nad Polską i nie tylko.No i teraz dylemat - czy umrzeć w górach z przeziębionej choroby, czy w domu z rozpaczy, że nie pojechałam
14.04 - jak zwykle - wczesny wyjazd, bagaże do pokoju i natychmiast w góry. Na pierwszy ogień - krokusy w Chochołowskiej. Przyjechaliśmy na Siwą Polanę .... no, jak zobaczyłam ten napchany parking, to odechciało mi się tam iść. Na szczęście okazało się, że nie było tak tragicznie, jak mi wyobrażnia podpowiadała. Na pewno przy schronisku było najtłocznej, ale tam nie podchodziliśmy.Wielka Polana Chochołowska cała w dywanach z krokusów...Niesamowita harmonia wiosny z resztkami zimy, błękitem nieba, ciepłym powietrzem....Nie wiem, czy jeszcze gdzieś oprócz gór można zobaczyć coś tak fantastycznego....






Spędziliśmy tam sporo czasu, mając na uwadze, że dopiero w przyszłym roku będzie okazja zobaczyć coś tak pięknego. Kto tego nie widział - dziwi się naszym zachwytom - krokus - znany kwiatek......ale w takich ilościach, a przede wszystkim w takiej scenerii - nie każdemu wystarcza wyobrażni
W końcu trzeba było wracać, ale żal mi było na kwaterę, ciągnęło mnie jeszcze do mojej ukochanej Małej Łąki, która przy tym błękicie nieba wyglądała przepięknie. Tam też posiedzieliśmy dość długo, a potem zajrzeliśmy na Przysłop Miętusi. Niedaleko, a warto, bo i tam widoki piękne....


Zeszliśmy niebieskim szlakiem do parkingu i jak zwykle wieczorem na kwaterę, rozpakować bagaże i odpocząć , choć mimo zmęczenia trudno usnąć po takich wrażeniach.
Następnego dnia - wczesna pobudka - wybraliśmy się do Doliny Pięciu Stawów. Po raz trzeci od lutego br. Pierwsze dwa podejścia nieudane ze względu na warunki pogodowe. Do trzech razy sztuka - tym razem się powiodło.Jako - że jak stwierdził mój mąż - jestem okropnie zachłanna na góry



Niestety nie zabawiliśmy tam zbyt długo, bo przed nami dość daleka droga i czas gonił. Poszliśmy szlakiem czarnym do Polany pod Wołoszynem, a potem czerwonym do Wodogrzmotów i dalej - wiadomo - Dolina Roztoki. Na Podhalu i w niższych partiach - wiosna z resztkami zimy, wyżej zima w całej pełni.





Szlak zimowy pod Kopę dał nam nieżle popalić...Śnieg był głęboki i "kaszowaty". Często robiąc jeden krok do góry - zjeżdżało się dwa w dół. Powiem szczerze, że przez moment pożałowałam trochę tej mojej górskiej zachłanności, bo jednak od Zazadni kawałek drogi, a tu ciężko było... Ale - tylko przez moment, bo naokoło pięknie, że dech zapierało. Pod górę to jeszcze nic, ale jak patrzyłam na ekwilibrystykę schodzących - myślałam, co nas czeka przy zejściu. No - będzie ciekawie...ale przecież nie będziemy wracać....






Z jaką ulgą usiedliśmy na tarasie schroniska...Było tak ciepło, że na ławie - dziewczyna opalała się w kostiumie bikini. Spotkaliśmy dwie - w naszym wieku - takie same szalone miłośniczki gór z Rybnika i jednego turystę z Katowic, z którymi - jak się potem okazało połączyła nas wspólna podróż busem. Póki co, miło sobie pogadaliśmy. Po godzinnym odpoczynku musieliśmy opuścić piękną zimową Dolinę Pięciu Stawów. Zejście, zgodnie z moimi obawami było jeszcze trudniejsze, niż wejście. Zaczęło się pięknie:

ale na tej wąskiej i śliskiej ścieżynie wywróciłam się sromotnie i zaczęłam nabierać takiej zjazdowej prędkości, że bałam się, iż wyrzuci mnie po drugiej stronie - w połowie Wołoszyna
Przy Wodogrzmotach spotkaliśmy wspomnianych wyżej turystów i po wspólnym zjedzeniu resztek z plecaków, poszliśmy razem do Palenicy. Tam okazało się, że nie ma czym jechać - stał tylko jeden bus, którego kierowca zażyczył sobie za bilet trzy razy drożej




















