Grudzień - święta tuż, a ja wciąż myślami w letnich i jesiennych Tatrach. Przez całe lato nie było bardziej śledzonej przeze mnie wiadomości, niż ta o pogodzie, która w tym roku nie rozpieszczała zbytnio turystów. No, ale około 20 września prognoza okazała się łaskawa wielce

. Cała Europa w wyżach, a to oznacza tylko jedno - jedziemy w góry. Niestety, tym razem było trochę inaczej. Żeby nie zanudzać - powiem krótko - mój mąż nie mógł jechać, a ja nie mogłam nie jechać. Spakowałam manatki do samochodu i pojechałam na 6 dni. Pierwszy raz wybrałam się sama i po tym doświadczeniu mogę powiedzieć, że jak wszystko w życiu - i taka sytuacja też ma dwie strony medalu. Wiadomo, we dwoje rażniej i bezpieczniej. To jedna strona. Druga - to święty spokój (kto ma drugą połówkę - to wie o czym mowa

). Na kwaterze, oprócz mnie mieszkały dwie pary bardzo sympatycznych studentów spod Łodzi, potem dojechały jeszcze dwie znad morza. Wyjechałam troszkę póżniej, niż zwykle, ale w pierwszy dzień planowałam spokojny spacer Doliną Białego Potoku. Było jednak tak pięknie, że poszłam dalej na Czerwoną Przełęcz i Sarnią Skałę. Zeszłam do Strążyskiej, zajrzałam jeszcze nad Siklawicę.Ścieżką pod Reglami wróciłam do Zakopanego. Na Dużej Krokwi odbywały się mistrzostwa Polski w skokach, skakał Małysz, więc też trochę popatrzyłam "na żywo".
Na drugi dzień wybrałam się nad Morskie Oko i Czarny Staw pod Rysami. Busikiem do Palenicy, dalej jak zwykle "pieszkom". Po drodze wstąpiłam do schroniska w Starej Roztoce, gdzie nigdy nie było czasu zejść jak się gdzieś dalej wędrowało...Szlak po zniszczeniach przez wichurę wyglądał niesamowicie. Plątanina połamanych i powyrywanych z korzeniami drzew, w której wycięto ścieżkę - jak wąwóz - prowadzący do schroniska. Widok przykry dla miłośników przyrody. Przy schronisku spotkałam dziewczynę, która też sama wędrowała, pogadałyśmy miło i razem doszłyśmy do asfaltu, gdzie każda poszła w swoją stronę.
Mimo końca września ludzi na szlaku było dużo. Jesienne klimaty Morskiego Oka przy błękitnym niebie.....widok, który cieszył oczy i duszę. Ponieważ było dość sporo turystów, wybrałam się nad Czarny Staw. Tam też nie było pusto, ale bez porównania do okolic schroniska... Nikt mnie nie poganiał ( to ta druga strona medalu samotnego chodzenia

). Lazłam sobie pomału, gawędząc ze spotkanymi turystami. Słońce, błękitne niebo, ciepło, jesienne kolory - widoki......hm... no - pełnia szczęścia. Chciało by się zatrzymać czas. No i wiadomo - zdjęcia, bardzo dużo zdjęć, które dają mi w te szaro-bure jesienne dni ogromną radość przeżywania po raz któryś - niezliczony - tamtych cudnych chwil na szlakach.
23.09 - pogoda jak wczoraj - piękna - idę nad kolejny staw, bo przy tych błękitach wyglądają nadzwyczajnie. Szlakiem przez Jaworzynkę do Doliny Gąsienicowej, spacerkiem nad Czarny Staw i w stronę Zamarzłego. Marzy mi się przejście tego szlaku przy takiej pogodzie i widoczności, jednak po dłuższej naradzie chęci z rozsądkiem - ten drugi zwyciężył

. Dość dużo śniegu leżało wyżej, obuwie mam nie na śnieg, no i sama - w razie czego....Posiedziałam na kamieniu - wyżej powędrowała moja dusza, myśli i wyobrażnia. Ja niestety zawróciłam. Za to w drodze powrotnej, w okolicy Małego Kościelca - tatrzańska atrakcja - niedżwiedż. Dobrze,że odległość była bezpieczna, ale przez lornetkę widać go było doskonale. Wraz z grupą turystów, którym użyczyłam lornetki, dość długo obserwowaliśmy misia. Gdy stanął na białej skale, wyglądał imponująco.. No, ale rzut oka na zegarek, trzeba wracać.. Jeszcze jak zwykle - odpoczynek i piwko w Murowańcu - i tą samą drogą - przez Jaworzynkę do zakopiańskiej przystani. Ala. c.d.n.
