Rumunia 2007 - relacja (baaaardzo długie)

Wspomnienia z pobytu w górach, relacje, plany wyjazdów.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Basia Z.

-#7
Posty: 4974
Rejestracja: sob 11 lis, 2006
Kontakt:

Rumunia 2007 - relacja (baaaardzo długie)

Post autor: Basia Z. »

Dawno obiecywana relacja.

Ponieważ jest baaardzo długa, to aby się szybciej ładowała - zamiast zdjęć - linki do picasy.


Ekipa na ten wyjazd jakoś do ostatniej chwili nie mogła się skompletować, pierwotnie miałam jechać tylko ja z moją koleżanką Jolą, potem ponieważ termin wyjazdu się nieco przesunął dołączyła Ania zwana Juzią (obie dziewczyny są przewodniczkami w SKPG „Harnasie”), dał się namówić mój syn – Maciek. Dosłownie na dzień przed wyjazdem się okazało, że jedzie z nami jeszcze dwóch panów – Michał – zeszłoroczny uczestnik obozu na Ukrainie, zaproszony przez Jolę oraz Marek – zeszłoroczny uczestnik mojego obozu w Rumunii, zaproszony przez Juzię. Z tego powodu w ostatniej chwili musieliśmy się zdecydować na zabranie innych namiotów niż to było pierwotnie planowane.
Wszystkie wyszukane przeze mnie połączenia ułożyły się idealnie i wyjeżdżając z Katowic 14.08 o godz. 15.14 już około 1 w nocy następnego dnia wylądowaliśmy w szóstkę na granicznej stacji Czop na Ukrainie.
Do małej dworcowej kafejki, w której sprzedawczyni krzyczała na nas, że nie wolno siedzieć przy stolikach, jak się czegoś nie zakupi weszły dwie postacie jak z innego świata – dwóch Żydów z pejsami, w jarmułkach. Zapowiedź egzotyki i niezwykłego świata, który miał nas otaczać przez kolejne dni.
Około 3 był pociąg do Sołotwiny. Niestety niechcący nabyłam bilety do wagonu „obszcziego” a nie „plackartnego” i po wejściu powitał nas smród kilkudziesięciu par brudnych skarpetek. Do wszystkiego można się jednak przyzwyczaić więc już po chwili spaliśmy jak się tylko dało, w różnych dziwnych miejscach i pozycjach.
Około 9 rano, kiedy po przebudzeniu jedliśmy w opustoszałym już wagonie śniadanie zaskoczył mnie SMS od Kogoś, kogo bardzo lubię i którego górskie umiejętności oraz wiedzę krajoznawczą bardzo wysoko cenię – „Będę o 11 w Sołotwinie”. Nie spodziewałam się tak miłego uczestnika wyjazdu, ale tym lepiej :-) . Kuba jak zwykle zadziałał przez zaskoczenie i któryś już z kolei raz zrobił mi miłą niespodziankę. Po wyjściu z pociągu poszliśmy od razu na granicę, poczekali na Kubę, który odrobinę się spóźnił i bez przeszkód, szybko przekroczyli granicę z Rumunią na przejściu pieszym po moście nad Cisą.
W planie na ten dzień było zwiedzanie Sygetu i ewentualny przejazd do Sapanţa, gdzie po zwiedzeniu znanego na całym świecie „Wesołego Cmentarza” planowałam nocleg na campingu. Ale plan niemal od razu uległ modyfikacji, nie da się ukryć, że częściowo za sprawą Kuby, który co rusz wnosił jakieś „usprawnienia” do założonego planu pierwotnego (otrzymało to nawet oficjalną nazwę: „P.Pantz consulting”). W każdym razie zwiedziliśmy kilka kościołów w centrum miasta, niezbyt ciekawe Muzeum Etnograficzne oraz autentycznie wstrząsające Muzeum Ofiar Komunizmu.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 4467451362

Po południu dogadaliśmy się z właścicielem busa, który nie dość że odwiózł nas z bagażami do skansenu na planowane miejsce noclegu, ale również zgodził się kolejnego dnia dowieźć nas do Sapanţa oraz obwieźć po kilku okolicznych drewnianych cerkwiach (oczywiście odpłatnie, ale nie była to cena wygórowana).
Nocleg wypadł we wspaniałym miejscu – pod wiatą na terenie skansenu, całkiem za darmo (była tam nawet wygódka oraz kran z wodą na środku łąki – polecam to miejsce na nocleg, jeśli ktoś tam przypadkiem zabłądzi).

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 4028952402

Tuż przed zachodem słońca zwiedzaliśmy jeszcze wspaniałe drewniane chałupy i obejrzeli z zewnątrz przepiękną drewnianą cerkiew w skansenie.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 6460456626

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 0820195026

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 5244704514

Kolejny dzień zaczął się pod znakiem „Wesołego Cmentarza”

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 1338363794

Jego kontynuacja przebiegała pod znakiem drewnianych cerkwi marmaroskich.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 4756333138

Nie pamiętam już ile ich zwiedziliśmy ( chyba z 8 ), ale na pewno trzy z nich były na liście UNESCO. Przewodnika mieliśmy doskonałego, gdyż dla Kuby budownictwo i sztuka cerkiewna to życiowa pasja. W każdym razie nie wszyscy wytrzymywali nadmiar przekazywanych przez niego informacji, chociaż przynajmniej przewodniczki starały się dotrzymywać mu kroku ;-).
Po południu powróciliśmy do Sygetu, po czym wsiedli w pociąg

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 9534495426

i dojechali do Leordine, skąd autostopem przejechaliśmy do Repede, czyli Krywego – dużej wsi w ukraińskiej enklawie na terenie Rumunii.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 5304299234

Tu dygresja ogólna – w czasie całej naszej eskapady uderzała nas niezwykła życzliwość wszystkich spotykanych ludzi. Jeśli zapytaliśmy się kogoś gdzie należy wysiąść, po chwili życzliwie pomagali nam dosłownie wszyscy pasażerowie autobusu lub wagonu. Nie było nigdy problemów z podwożeniem, żadna z osób nie chciała za „stopa” pieniędzy, nocowaliśmy za darmo u ludzi na podwórkach.
Tak było i tego dnia w Repede – wszyscy klienci wiejskiego baru się zastanawiali, gdzie możemy przenocować, w końcu wskazano nam dom Miszy, u którego na puszystym dywanie przespaliśmy się za jedyne 10 lei.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 1138874146

Kolejny dzień w upalnym słońcu wypadło nam zgodnie z planem podejście pod Farkaul. Jeszcze przed rozpoczęciem podejścia zostaliśmy spisani przez „Politia Frontiera” i pan nie mógł się nadziwić czemu ja się nazywam „Zygmańska” a Maciek – „Zygmański” a nie tak samo.
Ponad 1000 m deniwelacji pokonywaliśmy z trudem i w pocie czoła, bo plecaki były bardzo ciężkie, a pogoda upalna. W końcu o zmierzchu rozbiliśmy się na ładnym płaskim miejscu jakieś 200 m przed reklamowanym nam jeziorkiem, za to w pobliżu obfitego źródła wody.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 0287092050

Kolejnego dnia wcześnie rano pierwsza ekipa wyruszyła aby zdobyć Michajłek, niestety trwało to dłużej niż zakładałam i ja nie zdążyłam już wejść na ten szczyt. Smutno mi było, ale w sumie i tak bardziej zależało mi na Farkaulu.
Ten najwyższy szczyt Gór Marmaroskich zdobyliśmy wszyscy razem pozostawiając plecaki w miejscu gdzie zaczynał się trawers. Niestety widoczność ze szczytu nie była nadzwyczajna.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 9175666306

Po zejściu ze szczytu nastąpiła pierwsza secesja (i drobna scysja). Najpierw Ania, a zaraz za nią Kuba zaproponowali aby nie iść z plecakami w kierunku grzbietu granicznego i Stoha, tylko zejść w dół do Ruskiej Polany. Postanowiliśmy głosować i poddać się woli większości. Przyznam że wahałam się niespecjalnie długo, zwyciężyło chyba lenistwo i niechęć do tego wstrętnego ciężaru na plecach, w każdym razie głosowałam za zejściem w dół. Ostatecznie za zejściem w doliny głosowała również Jola, za dalszą drogą – Marek, Michał i Maciek, ale panowie zostali przegłosowani.
Opuściliśmy więc przełęcz pod Farkaulem i zeszli w kierunku widocznej z dala styny pasterskiej domniemając że musi do niej prowadzić z dołu jakaś droga.
W kotle pod „Michałkiem” zjedliśmy popołudniowe kanapki,

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 1064345314

a potem zeszli ku widniejącemu w dali szałasowi.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 2449194802

Gospodarz szałasu zaprosił nas do siebie, poczęstował serem i mamałygą. Szałas był bardzo ciekawie urządzony – miedziane naczynia, baranie skóry jako posłanie, piękny bacowski pas.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 0042906530

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 7222775730

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 2863037330

Patrzyliśmy z uśmiechem na siebie – to nasze ukochane Karpaty, góry w stanie pierwotnym, nie skażone komercją czy „wypasem kulturowym” przygotowanym specjalnie dla turystów. Góry, gdzie wszystko jest autentyczne, jak to od zeszłego roku weszło do naszego wspólnego języka i stało się również mottem tego naszego wyjazdu „góry gdzie kosi się siano”.
Po dalszym stromym zejściu wzdłuż potoku około godz. 20 doszliśmy w końcu do drogi.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 4467416034

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 8737167362

Do Ruskiej Polany było jeszcze około 16 km marszu drogą, niektórzy zaczęli marudzić.
Ale cóż było robić – skoro już zleźliśmy na dół trzeba było iść dalej. Około 23 dotarliśmy do wsi Ług i tam – niespodzianka, przyjechał samochodem ten sam pogranicznik, który spisał nas poprzedniego dnia w drodze na Farkaul. Jak Kuba powiedział nazwisko „Zygmańska” pan od razu sobie nas przypomniał. Dał się namówić i podrzucił wszystkie dziewczyny, Maćka oraz co najważniejsze – wszystkie 7 plecaków aż do Ruskiej Polany.
Do celu dotarliśmy tuż przed północą i od razu poszłyśmy z Anią na poszukiwanie noclegu. W chwilę potem dojechali kolejnym stopem nasi panowie. I tu nagle – przykra niespodzianka, bo w czasie kiedy mnie i Ani nie było Michał niespodziewanie zasłabł. Powodem był zbyt wytężający marsz i długi brak jedzenia. Na szczęście Marek jest lekarzem i od razu udzielił mu pomocy. My tymczasem znalazłyśmy mieszkanie (na podwórku u pewnych przesympatycznych państwa) i w końcu około 2 w nocy poszliśmy wszyscy spać w różnych dość dziwnych miejscach.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 8827154434

Kolejnego dnia była w planie wizyta w cerkwi, no więc tam poszliśmy.
Nabożeństwo zaczęło się o 10. O tej porze usiadłyśmy razem z Anią z tyłu, Kuba stał nieco przed nami. Nagle pojawił się nasz dobry już znajomy z „Politia Frontiera” i z radością zawołał do Kuby (tak że słyszałyśmy również my odległe o kilkanaście metrów) – „Zygmanski !”. W chwilę potem obaj panowie nas opuścili a 10 min później pojawił się Kuba mówiąc szeptem : „Mamy załatwiony klucz do zabytkowej cerkwi i jesteśmy zaproszeni na nocleg”. Po nabożeństwie zwiedziliśmy jeszcze starą cerkiew, potem wróciliśmy do „domu” spakowali się i około 4 po południu, tuż przed potężną burzą dotarliśmy do naszych nowych przemiłych gospodarzy. Błyskawice, pioruny i dosłownie oberwanie chmury obserwowaliśmy już spod ich gościnnego dachu. Poczęstowano nas mamałygą, serem i przepysznym zsiadłym mlekiem. Reszta dnia upłynęła na odpoczynku i pogaduszkach.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 9410094338

Kolejnego dnia zgodnie ze zmienionym już planem mieliśmy jechać kolejką przez dolinę Wezeru a następnie od Bardau podejść na Pietros Budyjowski.
Niestety już na starcie przepiękna „ciuchcia” kursująca doliną Wezeru spóźniła się ponad 3 godziny, ponieważ pociąg podobno wypadł z szyn.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 8194342242

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 6913819042

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 7172903442

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 0057805346

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 8712511042

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 0291673682

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 3241346674

W efekcie wyszliśmy na trasę o 14.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 0316889730

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 0446431906

Tak nam jednak zależało na zdobyciu szczytu, że nie chcieliśmy się wycofać. Po drodze dopadła nas jeszcze gwałtowna burza, którą przeczekaliśmy, na szczęście jeszcze poniżej granicy lasu. Po burzy i po krótkim posiłku weszliśmy na połoninę.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 3525647090

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 7950156594

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 9424993090

Widoczność była wspaniała, znacznie lepsza niż z Farkaula. Nad granicznym pasmem przywitał nas Czywczyn, nie zdobyty przez Kubę w tym roku na wiosnę.
Ja go sobie zaplanowałam na rok przyszły :-) .

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 6410548994

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 0745071330

Na szczycie byliśmy około 19, zaraz potem zaczęliśmy zejście.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 0899829602

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 5259568018

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 1029371810

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 6799175618

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 2763292754

Wg opisu najkrótsza droga (jak również wyznakowany niebieskimi paskami szlak) prowadził przez gęste zarośla kosówki. Było już prawie ciemno, ponadto kosówka była jeszcze mokra po burzy, nie chcieliśmy się przez nią przedzierać. W tej sytuacji razem z Kubą zdecydowaliśmy się schodzić jedną z szerokich dróg do doliny wprost pod nami. Całkiem po ciemku trudno było znaleźć właściwą drogę, co rusz wyruszała „ekipa poszukiwawcza” w składzie Kuba + Jola, a potem była wołana reszta grupy. Baliśmy się trochę o Michała, czy jego organizm to wytrzyma. Na dodatek wszystkie „poważne” rzeczy już zjedliśmy mieliśmy tylko słodycze (za to było ich sporo). Szeroka droga sprowadzała nas w głąb doliny, zeszliśmy może 200 może 300 m w dół (mowa o deniwelacji) i nagle – droga skończyła się jak nożem uciął przed wylotem sztolni. Sytuacja nieciekawa. My jeszcze wysoko (oceniałam wysokość na około 1200-1300 m n.p.m.) a tu drogi nie ma wcale. Schodzić stromo wprost w dół przez las odważyłabym się może gdybym była tylko z Jolą, Anią i Kubą, ewentualnie moim Maćkiem, reszty niestety nie znałam, nie wiedziałam jak zareagują. Kuba z Jolą znów ruszyli na poszukiwania dalszej drogi. Po około 30 min. w czasie których reszta dostawała głupawki (między innymi wykonałam pełnym głosem “Javorinę”) wynurzyli się z lasu niosąc ... chleb. Niestety stwierdzili, że trzeba wracać do grzbietu, bo w dół drogi nie ma, a jest ogromny wiatrołom. Chleb podarował im pasterz, który był tam poniżej w szałasie. Ostatecznie mogliśmy spać również i tam, ale woleliśmy iść.
No cóż było robić – wróciliśmy do grzbietu i prowadzącej nim drogi. Po dwóch-trzech kilometrach marszu, w miejscu bardziej zacisznym zrobiliśmy sobie jedzonko i herbatę. Potem poszliśmy dalej. Humory nam dopisywały, cały czas gadaliśmy, opowiadali kawały. Mniej więcej co godzinę robiliśmy sobie postój i jedli jakieś słodycze. Po kilku godzinach marszu zorientowaliśmy się że nasza trasa skręca za mocno w lewo, wobec tego wybraliśmy dobrą szeroką drogę w głąb doliny w prawo i zeszli z grzbietu. No niestety (tak jak w zasadzie spodziewaliśmy się) droga kończyła się jarem, który pokonywaliśmy około 3 w nocy, miejscami po kostki w wodzie. Gdzieś w tym jarze założyłam się z Kubą o „Smadnego Mnicha” (do realizacji na wycieczce na Spisz) o to w której dolinie jesteśmy. Ja twierdziłam ze już minęliśmy zwornik bocznego grzbietu i schodzimy do doliny dalszej od Ruskiej Polany, Kuba, że do bliższej. No jak się potem okazało, niestety to ja miałam rację (niestety – bo czekały nas dodatkowe kilometry). Około 6 rano doszliśmy wreszcie do początku porządnej, szerokiej drogi w dolinie. Z tej okazji zrobiliśmy sobie kolejną herbatę i zjedli kolejną czekoladę, a niektórzy się nawet chwilę przespali.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 0007933074

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 2892834978

Drogą do Ruskiej Polany było jeszcze z 12 km. Michała i Maćka wsadziliśmy dość szybko w ciężarówkę, która zawiozła ich do wsi, a reszta szła dalej. Pogoda była piękna, buty wprawdzie kompletnie mokre, ale za to wokół tak ładnie :-) . Szło się świetnie.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 0072704178

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 4432442578

Do domu dotarliśmy ostatecznie około 10 rano, przeprosili naszych gospodarzy i jakoś wcale nie poszliśmy jeszcze spać, tylko jeszcze dość długo rozmawiali. Potem z żalem pożegnaliśmy się z Kubą, który tego dnia wracał już do Polski i do swojej rodziny.
Po wyjeździe Kuby poszliśmy na około 2 godz. spać aby chociaż trochę odespać noc w drodze z Pietrosa. Potem spakowaliśmy się i w bardzo miłym nastroju pożegnali z naszymi gospodarzami. W centrum wsi bez problemów dogadaliśmy się z busiarzem a potem jak tylko wysiedliśmy w Leordinie prawie natychmiast nadjechał kursowy autobus do Borszy i już koło 19 zakwaterowaliśmy się w hotelu Iezer – tym samym w którym spałam w zeszłym roku w czasie wycieczki w Góry Rodniańskie.
Kolejnego dnia wyszliśmy „na lekko” na Torojagę – wycieczka w porównaniu z poprzednimi była lekka, łatwa i nie męcząca, chociaż sam szczyt – to „kawał góry”. Ma też bardzo ciekawy układ – wierzchołki leżą na planie jakby trójramiennej gwiazdy. Było to 1300 m deniwelacji w górę i w dół ale po poprzednich przejściach jakoś wcale tego nie odczuliśmy. Widoczność ze szczytu była nieco gorsza niż z Pietrosa.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 6360676786

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 9375120882

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 5144924674

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 6814074418

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 8353682018

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 2713420418

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 9893289618

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 0152374002

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 3037275906

Na dół odprowadził nas dziadek, który dosłownie się uparł ze nas odprowadzi do Baile Borsza (z 1/3 wysokości góry).
Kolejnego dnia to jest we czwartek Marek już wyjechał (miał potem „sęki” w drodze powrotnej, bo tymczasem zamknięto przejście w Sygecie Marmaroskim), a Ania, Jola i Michał poszli na Pietrosul.
Ja z Maćkiem wypoczynkowo – najpierw odsypiałam zaległości, potem poszłam na „normalny” obiad a potem godzinę spędziłam w Borszy w kafejce internetowej sprawdzając połączenia i pogodę.
W czwartek wieczorem razem z Jolą wyjechałyśmy w dalszą trasę a reszta pozostała w Borszy do kolejnego dnia aby wracać przez Satu Mare i Węgry (jak im się udało to długa osobna historia).
Tymczasem ja z Jolą złapałam stopa do Moisei, potem długo czekałyśmy ale za to kolejny bardzo sympatyczny pan zawiózł nas pod sam dworzec w Viseau de Jos dość długo tego dworca szukając. Pociąg miałyśmy o 3 rano, więc drzemałyśmy na dworcu. Przyjechał punktualnie, był w miarę pusty i nawet nieźle się w nim wyspałam.
O 7.30 byłyśmy w Kluż, ale z powodu spóźnienia o 10 min uciekł nam pociąg do Huedin. Kolejny był koło 12.30 więc poszłyśmy na kilka godzin zwiedzać Kluż. Jest to naprawdę piękne miasto, są w nim świątynie aż 7 wyznań. Szczególnie piękna jest gotycka katedra katolicka p.w. św. Michała oraz gotycki jednonawowy kościół kalwiński.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 8189165794

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 9728773394

Na koniec dość już zmęczone odwiedziłyśmy piękny ogród botaniczny.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 5628119362

Samo miasto – to kolejne „środkowoeuropejskie” miasto z epoki CK monarchii – takie jak Kraków, Lwów, Czerniowce, Bratysława, czy Budapeszt. Są tu piękne secesyjne kamienice i ładny dworzec kolejowy (obecnie w gruntownym remoncie). No i doskonała kawa . W sumie od razu poczułam sympatię do tego miasta.
Kolejnym pociągiem (wypasiony autobus szynowy) dojechałyśmy do Huedin i w tamtej dziurze utknęłyśmy na około 2 godz. Autobusów w „naszą” stronę nie było żadnych, dowiedziałyśmy się jedynie że o 16.10 jedzie bus do Poliana Horea, więc postanowiłyśmy jechać tam a potem zobaczyć co dalej. Jednak pół godziny wcześniej jakiś pan zabrał nas stopem nieco za Belis nad piękne jezioro. Tam nie czekałyśmy nawet 10 min a zabrała nas potężna ciężarówa dowożąc ostatnie 15 km do Poliana Horea. W tej zagubionej wśród lasów wsi wszyscy nas straszyli, że do Padisz jest jeszcze 32 km a po lesie chodzą ursusy. ;-)
Nie zdążyłyśmy jednak przejść nawet 300 m w kierunku Padisz kiedy kolejna ciężarówka podwiozła nas 4 km a zaraz potem następna kolejne 4. Idąc dalej pieszo drogą wypatrzyłyśmy na mapie dogodne wg nas miejsce na nocleg a kolejnego dnia chciałyśmy dotrzeć ostatnie 8 km do Padisz szlakiem niebieskich pasków (szlak ścina ogromne „kolano” drogi, przez co trasa jest znacznie krótsza). Przeszłyśmy około 5–6 km drogą, pod koniec dość mocno pod górkę i dotarłyśmy do obfitego źródła gdzie akurat ludzie przyjechali furmankami i brali wodę. No to zabrali na tą furmankę i nas – w samą porę, bo plecaki już nam ciążyły.
Wysiadłyśmy na przełęczy w najdziwniejszym chyba miejscu jakie w ogóle widziałam w górach. Na wysokości około 1200-1300 m n.p.m. chyba ze 300 drewnianych domostw (również stodół, chlewików, obórek itd.) rozrzuconych na przestrzeni kilku km2 w kilku grupach. Bez prądu i wody (we wsi było źródło ale wyschło i teraz muszą jeździć po wodę 2-3 km w dół).

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 6146288162

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 6211059266

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 0570797666

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 2045634178

Na samej przełęczy – sklepik, poszłam kupić piwo i było to też najdziwniejsze miejsce w jakim kiedykolwiek cokolwiek kupowałam – mały drewniany baraczek, w nim agregat, świeci się żarówka, a na półkach z 8 gatunków piwa, 6 gatunków papierosów, kilkanaście gatunków wódki, którą sklepowa sprzedaje na kieliszki. Sprzedawana jest również zwykła woda. Sklepowa – wysoka, tęga kobieta z pełnym garniturem złotych zębów ze wszystkimi żartuje, głośno się śmieje, sprzedaje winogrona, które akurat przyszły z dołu i są wielką atrakcją. I ten charakterystyczny zapach. Znają go ci co bywali w sklepikach na Ukrainie, lub choćby w latach 70 XX w. w Beskidzie Niskim. Po prostu cudowne miejsce. Nie wierzyłam, że takie są. Lepsze niż sklep w Dziembroni czy w Szybenem ;-).
Wypiłyśmy piwo i ponieważ zaczęło się ściemniać trzeba się było zacząć rozglądać za miejscem na nocleg. Całkiem już po ciemku podeszłyśmy do małego budyneczku na przełęczy ze 200 m od ostatnich domów. Budynek okazał się – kapliczką. Ale miał wygodną drewnianą podłogę i cały dach, więc (mimo pewnych rozterek natury moralnej) przespałyśmy się tam zachowując się bardzo cicho. Rano też oczywiście uprzątnęłyśmy dokładnie wszystkie ślady po swojej obecności i poszły dalej około 6 rano.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 7491582450

Niecałe 200 m dalej była zbudowana z drewna scena a na niej ławy i stoły (po ciemku nie było tego widać), więc tam zrobiłyśmy sobie śniadania.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 0376484354

Dalsza droga była jak bajka i przebiegała jak w innym świecie. Krasowe płaskowyże pokryte rowkami i wapiennymi skałkami (Słowacy nazywają to „škrapové poľa”, nazwa nie ma odpowiednika polskiego, a ja wprost uwielbiam taki krajobraz), słońce, upał (nie powiem – z plecakiem było ciężko). Pasterz pasie owce na takim właśnie płaskowyżu, podchodzi do nas pogadać. Nie dość że jest przystojny ;-) – to ma przepiękną drewnianą laskę rzeźbioną w wymyślne wzory. Nie wiem – jakaś magia, zabezpieczenie przed nieczystymi siłami ? W każdym razie miejsce było na pewno magiczne.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 9225503378

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 4995307186

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 6470143682

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 1088966482

Przeszłyśmy w takiej scenerii z 7 km i doszły do bitej drogi, gdzie znów Jola złapała „stopa” – furmankę zaprzężoną w piękne konie i takim „stopem” dojechałyśmy ostatnie 3 km do Padisz. Dobrze, bo droga szła mocno pod górę a było coraz bardziej duszno i gorąco.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 3714783986

Schronisko Padisz to zespół budynków prywatnych, każdy ma innego właściciela, obecnie jest tam jeden wielki plac budowy, bo buduje się hotel. No i czar tej naszej drogi prysł, zrobiło się „normalnie”.
Rozbiłyśmy namiot na „dzikim” campingu i poszły jeszcze na półdniową wycieczkę do „Amfiteatru Boga” – ogromnych ułożonych amfiteatralne skał o wysokości około 800 m.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 8139293490

Ponieważ zanosiło się na burzę i byłyśmy mocno niewyspane poszłyśmy wcześnie spać do namiotu.
Kolejnego dnia wybrałyśmy się na obejrzenie największej atrakcji Padisz – Twierdzy Ponoru. Idzie się do niej przez ładne i ciekawe miejsca – np. bezodpływową polanę Ponor. Sama Twierdza – owszem imponująca ale na mnie nie zrobiła aż takiego wrażenia. Na dodatek mocno się zdenerwowałam, bo dosłownie na naszych oczach grupa Węgrów brzydko mówiąc wyp... w krzaki w takim miejscu (jest tam rezerwat przyrody) butelkę PET. Opierniczyłam ich po polsku angielsku i nawet przypomniały mi się słowa węgierskie. Po polsku – to najbrzydszymi wyrazami jakie znałam, może zrozumieli. Jak widać buractwo nie jest tylko specjalnością polską.
Twiedza Ponoru składa się z trzech potężnych awenów – Doline I, Doline II i Doline III. Największe wrażenie z tego zespołu robi Doline II która jest najciaśniejsza, wchodzi się do niej tylko przez jaskinię i ściany ma całkowicie pionowe, a ich wysokość wynosi około 200 m. Tam właśnie spotkałyśmy sympatyczną parę Rumunów, z którymi dało się pogadać po angielsku.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 8722233330

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 4492037122

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 4556808210

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 1736677410

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 0391383106

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 7765565554

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 3729682610

Po wyjściu z Twierdzy Ponoru podeszłyśmy na specjalnie wybudowane nad nią balkony widokowe

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 0909551810

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 8218963202

a potem wykombinowałam aby bez szlaku przejść do kolejnej atrakcji płaskowyżu – „Jaskini Lodu Żywego Ognia” – lodowej jaskini ze szczelinami w suficie przez które wpada słońce.
Niestety bez szlaku zeszłam za bardzo w lewo, doszłyśmy do szlaku żółtych kropek, który zgodnie z mapą doprowadzał do jaskini. No to poszłyśmy we właściwą (wg mapy) stronę. Po drodze minęłyśmy jeszcze jeden ciekawy awen. Ale tak idziemy i idziemy – okazało się ze doszłyśmy aż do Wąwozu Galbeni. W międzyczasie zmieniono oznakowanie na tym terenie, a ja miałam mapę sprzed 3 lat !
W takim razie, skoro już tu byłyśmy Jola poszła jeszcze zajrzeć do wąwozu „od dołu” a ja na punkt widokowy „od góry” ale i tak niewiele było widać. Wracając spotkaliśmy jeszcze parę którą wcześniej spotkałyśmy w Doline II. Oni zdążyli przejść przez wąwóz i wracali, obozowali na polanie „Stajnia”. Ponownie spotkaliśmy się już około godz. 20 przed jaskinią Lodu Żywego Ognia do której w końcu dotarłyśmy.
Do polany „Stajnia” było już stamtąd tylko godzinę. Tam w schronisko-sklepiku z Jolą zjadłyśmy zupę (w życiu chyba nie jadłam tak dobrej zupy) a potem powędrowały drogą (jeszcze ok. 10 km) do Padisz. Dzięki dobrym skrótom przeszłyśmy tylko około 7 km. Do namiotu dotarłyśmy około 23.30
Kolejnego dnia ponieważ na dzikim campingu zostałyśmy same zwinęłyśmy nasze bety i zanocowały w małym domku campingowym z dostępem do łazienki (50 lei za domek + 3 leje za kąpiel). Na wycieczkę poszłyśmy tego dnia do przełomu Gorącego Szamoszu. Najciekawszy w tamtym rejonie jest szlak poprowadzony wzdłuż rzeki przez ogromną jaskinię o rozwinięciu poziomym z której potem robi się wąwóz – zupełnie taki jak w Słowackim Raju, z licznymi kotłami eworsyjnymi. Po prostu rewelacja. Jaskinia wraz z wąwozem zrobiły na mnie największe wrażenie ze wszystkiego co widziałam w Padisz.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 5852230050

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 4506935746

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 1686804962

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 4571706866

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 8931445266

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 3291183666

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 6240856658

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 7715693154

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 9255300738

Do samej doliny Szamoszu (której przełomową część ogląda się tylko od góry, jak w Dolinie Kwaczańskiej) już nam się nie chciało iść, podeszłyśmy tylko około godziny na punkt widokowy Belwedere z ładnym widokiem w dół doliny i na skały o nazwie Cuciulata.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 5089875634

Potem wróciłyśmy tą samą drogą i dalej pętlą szlaku – tym razem nad jaskinią, której okna widoczne są jako ogromne dziury w ziemi. Przed jaskinią spotkałyśmy ponownie sympatyczną parę, którą poznałyśmy poprzedniego dnia.
Do campingu wróciłyśmy tym razem około 18, zdążyły zrobić ostatnią pożegnalną pulpę, wypić piwo, wykąpać się w ciepłej wodzie i iść spać około 22.

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... 1572161458

No i ostatniego dnia do 8.30 byłyśmy spakowane i stały już przed schroniskiem ale nic nie jechało. W końcu o 9.45 (i od tej godziny liczę czas wyjazdu) podjęłam decyzję – ruszamy pieszo. Przeszłyśmy około 6 km (piąty raz tym samym odcinkiem drogi). Doszłyśmy do miejsca gdzie się łączą drogi z kilku polan i schronisk. I po 15 min zatrzymał się mały samochodzik osobowy – a w nim para, z którą tak ciągle spotykałyśmy się przez poprzednie dwa dni. :-) :-) :-)
Podwieźli nas aż do głównej drogi na Oradea (byłyśmy tam około 13), tam sprawdziłyśmy że o 15.10 mamy pociąg ale wyszłyśmy na stop. I słusznie – za chwilę furgonetka podwiozła nas do Beius, a stamtąd kolejno kursowymi autobusami do Oradea (ponad 1 godz. czasu na dworcu ale miasta niestety nie zdążyłyśmy zwiedzić, a szkoda), Debreczyn (szybko goniłyśmy aby zmienić leje, które nam zostały na forinty), Miszkolc (taksówką żeby złapać pociąg Cracovia do Koszyc). Dalej pociągiem 22.06 do Koszyc, kolejnym pociągiem 0.18 do Żyliny. Z Żyliny 4.25 do Czadcy z Czadcy od razu przesiadka do Czeskiego Cieszyna. W Cieszynie (który to już raz ?) pieszo przez przejście i na PKS. 8.10 PKS do Katowic, z Katowic autobusem nr 6 do Chorzowa i około 10.45 byłam w domu.

Informacje praktyczne:

Cały 16 dniowy wyjazd kosztował mnie około 600 zł od osoby, w tym ok. 70 zł podróż „tam” i około 100 zł podróż „z powrotem”. Najwięcej, bo 15 euro kosztował mnie jeden nocleg Maćka w pensjonacie w Miszkolcu. Poza tym za noclegi płaciliśmy trzy razy po 10 lei (około 12 zł), dwa razy po około 15 lei (w hotelu w Borszy) oraz jedna noc po 25 lei za skromny domek w schronisku Padisz. Poza tym spaliśmy w bardzo różnych (czasem dziwnych) miejscach za darmo. Niestety już 30 lei kosztuje przejazd parową kolejką w dolinie Wezeru, ale jest to taka przyjemność, że nie można jej sobie odmówić.
Zwiedzanie cerkwi w okolicach Sygetu Marmaroskiego byłoby bardzo utrudnione, gdybyśmy nie wynajęli busa. Zapłaciliśmy po około 40 lei od osoby za około 130 km i 9 godz. jazdy z częstymi przerwami na zwiedzanie.
Bardzo dużo korzystaliśmy z autostopu, zwłaszcza wtedy kiedy podróżowałyśmy tylko we dwójkę. Jeśli chodzi o jedzenie – niczego sobie nie odmawialiśmy, na miejscu można zjeść ciekawe i smaczne potrawy. W górach jedliśmy własne zapasy. Zabrałam za dużo jedzenia, niestety część suchej kiełbasy, która miała być trwała mi się popsuła i musiałam ją wyrzucić.
Ważny wniosek jaki wyciągnęłam z wyjazdu jest taki, że następnym razem nie biorę plecaka cięższego niż 20 kg, bo cięższy skutecznie zabija radość z chodzenia po górach.
No i bardzo dziękuję wszystkim swoim współtowarzyszom wyjazdu za wspaniałą atmosferę i za wspólne przeżycia.


------------------------

Pozdrowienia

Basia

Zapraszam również do obejrzenia całych albumów Joli i Kuby:

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... ZdjCiaJoli

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... ZdjCiaJoli

http://picasaweb.google.com/basia.zygma ... ZdjCiaKuby

W albumie Kuby brak mi jeszcze niektórych podpisów.
monne

-#1
Posty: 35
Rejestracja: ndz 29 lip, 2007

Post autor: monne »

Urocza opowieść :) i zdjęcia. Mimo ze długie i tak czyta się naprawdę miło. Zazdroszczę i gratuluję TAKIEJ wycieczki :D
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

Jestem pod wrażeniem. Jakże odmienne warunki wędrówki od tych, do których już przywykliśmy.
Basiu,jak jest z poczuciem bezpieczeństwa w tych rejonach? Czy później wędrując jedynie w 2 czułyście się równie pewnie, jak w większej grupie?
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
Awatar użytkownika
Basia Z.

-#7
Posty: 4974
Rejestracja: sob 11 lis, 2006
Kontakt:

Post autor: Basia Z. »

Iwona pisze:Jestem pod wrażeniem. Jakże odmienne warunki wędrówki od tych, do których już przywykliśmy.
Basiu,jak jest z poczuciem bezpieczeństwa w tych rejonach? Czy później wędrując jedynie w 2 czułyście się równie pewnie, jak w większej grupie?
Zależy kto do czego przywykł ;-)

Dla mnie akurat wszelkie moje dłuższe, wakacyjne wyjazdy są tego typu co opisany powyżej, inaczej nie czułabym się na wakacjach :-)

Swoja drogą podróżowałam po Ukrainie autostopem z niespełna 12-letnim wtedy synem i czułam się na prawdę bezpiecznie.

Tak samo w Rumunii czułyśmy się cały czas bezpiecznie. Ludzie byli wobec nas bardzo życzliwi, o czym pisałam.

A Padisz to rejon dość mocno zagospodarowany turystycznie i dość często odwiedzany ( z czym niestety wiążą się uciążliwości o których pisałam - m.in. śmieci).

A, - dokładam jeszcze zdjęcia drugiej koleżanki - Ani:

http://karpackie.freeweb7.com/album07/rumunia07.html

Pozdrowienia

Basia
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

Basia Z. pisze:Zależy kto do czego przywykł
miałam na myśli zamieszczne relacje na tym forum :)
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
ODPOWIEDZ