Dzień 5 lipiec 2004. Wstałem dosyć wcześnie chociaż nie planowałem aż tak długiej wycieczki. O 8 rano byłem już na szlaku prowadzącym do Murowańca. Postanowiłem jednak iść przez Boczań gdzyż idąc Doliną Jaworzynki pokonujemy najpierw płaski odcinek drogi, potem zaś mozolne potejście na przełęcz Między Kopami; idąc zaś przez Boczań podejście nie jest tak strome a poza tym są piękne widoki na Giewont. Po minięciu przełęczy,zszedłem do schroniska pożywić się. Kupiłem herbatę oraz picie na dalszą droge. Kiedy zadłem już wszystkie kanapki, udałem się na przełęcz Liliowe. Ach jak tam pięknie! Przede wszystkim kusi Swinnica ale nie tym razem. Udałem się na Kasprowy Wierch. Na Kasprowym byłem o 14godzinie więc trzebabyło powoli schodzić. Niestety zaczął padać deszcz tak obficie iż kontyłowanie dalszej podróży nie miało sensu więc postanowiłem zjechać kolejką do Kużnic. Tak się skończył pierwszy dzień chodząc po górach.
Dzień 6 lipiec 2004.Ten dzień był pochmurny ale postanowiłem jednak pójść pieszo na Gubałówkę. Trasa niezbyt długa i niezbyt męcząca. Po ok.1godz. byłem już na szczycie. Widok był ładny na Giewont choć tylko chwilowy(mgła ani na chwile nie ustępowała. Postanowiłem zejść tą samą trasą co wchodziłe. Było jeszcze wcześnie ok. 3godz. więc postanowiłe pochodzić na Krópówkach. Kupiłem oscypki i wróciłem do pensjonatu.
Dzień 7 lipiec 2004. Tego dnia postanowiłem że przeniose sie z Małego Cichego do jakiegoś schroniska, gdzyż codzienne opłaty za bilety były za dużym obciążeniem dla mojego portwela. Zastanawiałem się czy nocować w Murowańcu czy też w Dolinie Pięciu Stawów. Wybrałem jednak tą drugą wersje.Podziękowałem za gościnę i pojechałem PKS-em do Palenicy Białczańskiej skąd wyruszyłem na Pięć Stawów. Dochodząc do Wodogrzmotów Mickiewicz, zaczął kropić deszcz. Bardzo mnie to zaniepokoiło gdyż, szczególnie przy Siklawie kamienie mogłybyć śliskie i mókłbym nabawić się kontuzji. W schronisku okazało się że został jeszcze jeden dwuosobowy pokój. Bardzo mnie to ucieszyło gdzyż mogę teraz wychodzić na jakieś dłuższe wycieczki i niemartwić się o to czy autobus mi nie ucieknie. Jednak wieczorem około godziny 20 przyszedł mój współlokator. Byłem zdziwiony ponieważ okazało się że jest to mój dawny kumpel ze szkoły. Przywitaliśmy się i postanowiliśmy wychodzić w góry razem bo on był pierwszy raz i zabardzo się jeszcze nie oriętował w terenie. Zaplanowaliśmy trasę i poszliśmy spać.
Dzień 8 lipiec 2004. Tego dnia wstaliśmy z kumplem ok. godz. 7, zjedliśmy kanapki i ruszyliśmy na trasę wycieczki która wiodła na Zawrat przez Kozie Czuby na Kozi Wierch. Postanowiliśmy podzielić trasę Orlej Perci na dwie części ze względu na sprawność fizyczną kolegi. A więc wracając do wycieczki ok.godz.9.30 byliśmy na Zawracie. Przepiękne widoki! kilka fotek i zaczęliśmy dalszą drogę. Posługując się jedynie kilkoma łańcuchami wspieliśmy się na Mały Kozi Wierch(2228 m.n.p.m). Chwila odpoczynku, fotki. O godz.11 byliśmy na przełęczy Koziej. Najtrudniejszym momentem na tym odcinku trasy była drabina kończąca się przepaścią. Toteż na przełęczy uzupełniliśmy płyny i zaczęliśmy wspinać się na Kozie Czuby. Po morderczej wspinaczce osiągneliśmy pierwszy wierzchołek, potem kolejne. Aż wreszcie ok. godz. 13 wykończeni tą drogą byliśmy na Kozim Wierchu(2291m.n.p.m). Piękne widoki! Odpoczynek. Po 30 min zaczęliśmy schodzić czarnym szlakiem do doliny.
Dzień 9 lipiec 2004.Tego dnia poszliśmy zdobyć drugą połowę Orlej Perci. Zaczęliśmy od wspinania się czarnym szlakiem na Kozi Wierch lecz już na niego nie wchodziliśmy tylko poszliśmy w kierunku Granatów. Po ok. godzinie staliśmy już na Skrajnym Granacie.Stąd widać aż trzy doliny! Kilka minut na odpoczynek, pamiątkowe fotki i ruszamy w najtrudniejszy odcinek Orlej Perci: Skrajny Granat-Krzyżne. Najtrudniejszym momentem dla mnie i kolegi była drabinka. Dwie godziny marszu i jesteśmy na Krzyżnym.




