Odpowiedzialność czy samowolka w grupie?
MiG pisze:Relacja fajna, ale... jestem przyzwyczajony, że jak jadę z kimś w góry to tworzymy zespół i nie ma samotnego łażenia czy odłaczania się (zawsze w zasięgu wzroku)
A co powiecie na bycie w zasięgu komórki?Iwona pisze:lub w zasięgu słuchu...ŚWIĘTE słowa MiG
Ale na serio - oczywiście macie rację. Ja jednak nie trzymam się kurczowo tej reguły, choć ją szanuję i respektuję. Co innego, kiedy jedzie w Tatry czterech silnych chłopa i to na zasadzie wyjazdu partnerskiego, a co innego gdy od samego początku wiadomo, że dla bezpieczeństwa należy trzymać grupę w jednym stadku. Ja nie lubię wędrować gęsiego w wielosobowej grupie, dlatego zdarza mi się odsadzić samodzielnych "partnerów". Kiedy jednak dzieje się coś złego, rezygnuję z górskich wrażeń i staram się maksymalnie pomóc. Sam też byłem wielokrotnie "odsadzany" na szlaku przez swojego górskiego współłazika, nauczyłem się więc, że należy przede wszystkim liczyć na siebie - mieć własny plecak, własną apteczkę, własny telefon z nr do topr, własną folię nrc, własną porządną mapę, własną......... latarkę?
p.s. powyższe dywagacje to fajny temat na osobny wątek, nie sądzicie?
sorrki,nie zgadzam się. Co ma piernik do wiatraka? Sam pisałeś,ze kolega pomylił szlaki,kolejny się zatruł...słabszy dzień może się zdażyć najsilniejszemu,nie w sile jest sendno sprawy.Mariusz pisze:Co innego, kiedy jedzie w Tatry czterech silnych chłopa i to na zasadzie wyjazdu partnerskiego,
JAK NAJBARDZIEJ -uważam,że nawet NALEŻY ten temat poruszyć.Mariusz pisze:powyższe dywagacje to fajny temat na osobny wątek, nie sądzicie?
niby prawda,tylko że jak zjedziesz ze szlaku i stracisz przytomność (w najlepszym przypadku) to na niewiele te rzeczy się przydadząMariusz pisze:należy przede wszystkim liczyć na siebie - mieć własny plecak, własną apteczkę, własny telefon z nr do topr, własną folię nrc, własną porządną mapę, własną......... latarkę?
Dla mnie w tym wypadku piernik ma dużo do wiatraka.Iwona pisze:sorrki,nie zgadzam się. Co ma piernik do wiatraka?
W kontekście wyjazdów tatrzańskich rozróżniam trzy rodzaje grup:
- grupa partnerska, oparta na samodzielności i swobodzie uczestników, wędruje razem, póki wszystkim to odpowiada, rozdziela się, kiedy plany kolidują
- grupa wzajemnego wsparcia (lub grupa z odpowiedzialnym za resztę), z góry ustala się lub po prostu wiadomo, że wędrujemy razem, bo ktoś jest słabszy, a ktoś inny pełni funkcję przewodnika itp
- wędrowanie samotne
Charakter grupy rozpoznaję lub ustalam na początku, tak aby były jasne zasady. I tyle.
Co do mojego wrześniowego wyjazdu - również zasady były jasne. W Tatry wyjeżdża grupa 3 facetów, a ja do nich chwilowo dołączam. Do ostatniej chwili nie byliśmy pewni, czy pójdziemy na szlak wspólnie, czy jednak osobno - chłopaki początkowo myśleli o Chochołowskiej, a ja miałem w planach wyłącznie Wysokie.
Mariusz...przecież ja nie chcę,żebyś się tłumaczył,czy usprawiedliwiałMariusz pisze:Co do mojego wrześniowego wyjazdu
Dzięki Twojej relacji samoistnie zrodził się temat do bardzo ciekawej,moim zdaniem dyskusji-o tym,czy jest GRUPA w górach.
Uważam jednak,że nawet w grupie "partnerskiej" jak ją nazywasz, powinno się w pewnych warunkach zachować minimalne środki ostrożności.Czy nie uważasz,że po zapadnięciu zmroku,pogorszeniu się warunków na szlaku grupa "partnerska" zminia się niejako automatycznie w grupę "wzajemnego wsparcia"?
P.S Nie bierz tego proszę do siebie-zwyczajnie bardzo mnie intryguje ten temat,dlatego wykorzystuję jako przykład Waszą sytuację. Podobną sytuację przeżyłam w Dolomitach,więc tym bardziej ciekawa jestem zdania innych.
Ależ dokładnie tak uważam - dlatego właśnie decyduję się czekać na zgubionego Jarka na szlaku bez względu na cenę jaką za to zapłacę (łażenie po nocy w roztockim lesie). Przy okazji - zmartwiło mnie, że jeden z członków tej "podstawowej" trójki nie chciał poczekać z nami i pomknął na dół, dzięki czemu "wyrobił się" do schronu przed zmrokiem. Każdy z nas ma inny poziom odpowiedzialności za innych - byle by się mieścił w granicach rozsądku. Trzeba też pamiętać, że inaczej traktuje się grupowe wędrowanie po lesie, inaczej grupową wędrówkę powiązanych ludzi na lodowcu, a inaczej grupowe "robienie" Kazalnicy którymś tam wariantem. W każdym z tych wypadków rozsądna proporcja odpowiedzialności za grupę i chęci "oddalenia sie" jest diametralnie różna.Iwona pisze:Czy nie uważasz,że po zapadnięciu zmroku,pogorszeniu się warunków na szlaku grupa "partnerska" zminia się niejako automatycznie w grupę "wzajemnego wsparcia"?
W zasadzie każdą obronę swojego zdania można określić jako "tłumaczenie się, czy usprawiediwianie".Iwona pisze:Mariusz...przecież ja nie chcę,żebyś się tłumaczył,czy usprawiedliwiał
Ok,ale czy nie uważasz,że jego zgubienie się jest czymś,co nie powinno mieć w grupie miejsca?Właśnie sęk w tym,żeby "kontrolować" resztę ekipy i nie pozwolić się zgubićMariusz pisze:dlatego właśnie decyduję się czekać na zgubionego Jarka na szlaku bez względu na cenę jaką za to zapłacę (łażenie po nocy w roztockim lesie)
Mój przykład Dolomitowy nie dotyczy wędrowania po lodowcu
Ogólnie rzecz biorąc masz rację co do przyczyn zgubienia się naszego kolegi. Gdybyśmy tworzyli zwartą grupę marszową, na pewno by do tego nie doszło. Trudno też ocenić, kogo obwiniać za tą sytuację. Czy mnie z Jackiem (bratem "zguby") za to, że zbyt się rozpędziliśmy po dnie Doliny Pięciu Stawów, czy Jarka ("zgubę"), za to że się zbyt oddalił od zamykającego grupę Pawła i nie zaczekał na niego, kiedy trzeba było podjąć decyzję gdzie iść na rozstaju szlaków. Wszystko się jednak działo w bezpiecznym, ludnym terenie - w sąsiedztwie schroniska. Działały telefony, każdy miał mapę - dlatego trzeba na to patrzeć z przymrużeniem oka. W przypadku deszczowego wyjścia na Szpiglasową szliśmy już wszyscy razem, a przy wejściu na Rysy tylko ja się oddaliłem od pozostałej trójki przy pięknej słonecznej pogodzie, więc też było ok.
Żeby znowu nie wyszło, że jestem taki czarny charakter, zapewniam, że nigdy nie zostawiłbym na szlaku osoby słabszej (w sensie kondycji, czy znajomości gór) bez opieki innych doświadczonych osób.

Żeby znowu nie wyszło, że jestem taki czarny charakter, zapewniam, że nigdy nie zostawiłbym na szlaku osoby słabszej (w sensie kondycji, czy znajomości gór) bez opieki innych doświadczonych osób.
Ja powiem tak: jak jadę w góry z grupą (a zawsze tak jest), to staram się nie oddalać od nikogo, tylko iść w zwartej grupie. Czasem jednak mam chęć na chwilę się odosobnić i maszeruję szybciej w górę, niekiedy idę sama na końcu... Jednak najczęściej jest tak, że nikt nie zostaje sam. Jeżeli dana osoba jest słabsza, to co jakiś czas przystajemy i czekamy za nią, albo w ogóle zwalniamy tempo żeby wszyscy byli razem. Bo przecież różnie to bywa....
Modzio...tłumaczysz się
,tylko po co?
Najlepiej to wychodzi na wspólnych wyjazdach,wtedy można się doskonale przekonać kto jaki jest. W tym względzie jestem dobrym obserwatorem i np. Dolomity rozjaśniły mi nieco widoczki na naszą grupę
........a i nie zawsze jest tak (niestety),że jeśli ty się interesujesz grupą,to i ona w razie potrzeby...zainteresuje się tobą...samo życie niestety.
to oczywiste,choć faktycznie nie dla niektórychMariusz pisze:Żeby znowu nie wyszło, że jestem taki czarny charakter, zapewniam, że nigdy nie zostawiłbym na szlaku osoby słabszej
........a i nie zawsze jest tak (niestety),że jeśli ty się interesujesz grupą,to i ona w razie potrzeby...zainteresuje się tobą...samo życie niestety.
w terenie łatwym (powiedzmy marszowym) najslabszy kondycyjnie idzie z przodu, najmocniejszy z tylu i trzyma calosc wycieczki za twarz, nie ma mowy o utracie kontaktu wzrokowego nawet na moment. w terenie wymagajacym uzycia rak najbardziej doswiadczony prowadzi, uwazajac by nic mu z tylu nie zginelo, w razie problemow natury lekowej lub technicznej nie ma rady, lider musi czasem przejsc by pokazac, zejsc by dac asekuracje moralna i wlezc ponownie; taki juz ciezki los prowadzacego.
Reasumujac: w gorach panuje pelna demokracja wg zasady jeden czlowiek - jeden glos. Prowadzacy jest tym Czlowiekiem i to on ma Glos, reszta potulnie slucha.
Reasumujac: w gorach panuje pelna demokracja wg zasady jeden czlowiek - jeden glos. Prowadzacy jest tym Czlowiekiem i to on ma Glos, reszta potulnie slucha.
Jak dla mnie - "wyszło".Mariusz pisze:Żeby znowu nie wyszło, że jestem taki czarny charakter...
Ps. Któryś z Was powinien zdobyć się na odwagę (pewnie najsłabszy) i powiedzieć pozostałym "Panowie - nie rozrywać peletonu, idziemy razem". Nikt tego nie zrobił i to pewnie był Wasz błąd.
Podkreślam - takie jest MOJE zdanie i JA tak bym zrobił.
Kiedy to najsłabszy właśnie nie chce nikomu sprawiać kłopotu. Nie chce by to właśnie przez niego powrót się opóźnił. Wiem... bo w mojej grupie zawsze jest tak samo. Tylko, że tak naprawdę ta osoba czuje się potem gorzej i idzie zapewne wolniej.Czesiek pisze:Któryś z Was powinien zdobyć się na odwagę (pewnie najsłabszy)



