nie wiem jak przekazać Wam relację z tej wyprawy... myślę, że najlepiej będzie jak połączę własne wrażenia i przeżycia z opisem i informacjami technicznymi tras, które udało nam się przejść... ocenę pozostawiam Wam...
moja przygoda Dolomitów zaczyna się już 11 sierpnia wieczorem w kinie na premierze filmu "Skazany na bluesa" w towarzystwie niezwykłej osoby... osoby dzięki której moje życie nabrało nowego znaczenia i charakteru... sam film też niezwykły... zmienił we mnie spojrzenie na osobę Ryśka, jego życie i sposób patrzenia na świat... zawsze uważałem go za człowieka niezwykłego... po filmie stał mi się jeszcze bardziej bliski... film godny polecenia... niezwykły początek niezwykłej wyprawy... potem samotna droga do Rybnika, a przepraszam do Boguszowic... zbiórka była zaplanowana u Gosi... gdy zajechałem na miejsce, Zygi z Darkiem już pakowali wszystko co trzeba było zabrać do samochodu, a wierzcie mi, że jak na 4-osobową wyprawę, to mieliśmy tego jakby jechało co najmniej 6 osób... gdy wyciągnąłem swoje rzeczy i Zygi zobaczył ile jeszcze musi zabrać... widziałem w jego oczach dezorientację i coś w rodzaju - "co on tam qrwa wsadził do tych plecaków"... ale udało nam się zapakować i wszystko się zmieściło... ale tylko dzięki temu, że mieliśmy jeszcze bagażnik na dachu... inaczej byśmy się chyba nie zabrali z tym wszystkim... aha... zapomniałbym... dużo kontrowersji wzbudził miód który zabrałem ze sobą... niestety był to miód kupiony w Zakopanem i jako, że miał być ładnie zapakowany, no to był... w słoiczku, ale takim super ciężkim i z grubego szkła, z wieczkiem na zasadzie zacisku... długo się Zygi zastanawiał, czy go zabrać... wcale mu się nie dziwie bo słoik ważył więcej niż sam miód, ale... smakował cudowanie z herbatką, po długich spacerach...
jako, że już było po 24, czas było iść spać, bo rano spotkanie w Żorach z drugą ekipą... cała wyprawa składała się z dwóch grup (2 samochodów)... naszego, czyli Gosia, Zygi, Darek i ja oraz drugiego autka, czyli Iwony, Doriana i Adama... na dobry sen wypiliśmy jeszcze po lampce winka z toastem za Dolomity...
12.08.2005
rano po 9.00 byliśmy już w Zorach... pożegnaliśmy się z pieskiem Gosi... a na imię ma Apsik... świetny piesek o ciekawym imieniu... tam zatankowaliśmy autko, zrobiliśmy ostatnie zakupy i powoli czas było się zbierać... spotkanie na stacji benzynowej... gdy przyjechała druga ekipa, okazało się, że wcale nie mieliśmy tak dużo rzeczy jak nam się wydawało na początku...
w kierunku Cieszyna, a potem Słoweni w Alpy Julijskie wyjechaliśmy o 10.00... Do schroniska 'Aliażew Dom' (1015m) dojechaliśmy około 23:30... w czasie tej drogi, przejeżdżaliśmy najdłuższym tunelem jakim do tej pory jechałem, a mianowicie tunelem 'Karawanken Tunel' (przejście graniczne Austria-Słowenia), który miał 8km długości... w schronisku, mimo późnej pory, otrzymaliśmy nocleg w jednym z domków... klimat typowo schroniskowy...
jutro wychodzimy na 'Triglav' (2864m)... prawdopodobnie dojdziemy tylko do schroniska 'Triglavski Dom' (2515m), a na sam 'Triglav' wejdziemy dopiero w niedziele...
13.08.2005
dzień zaczął się od pobudki zgotowanej nam przez obsługę schroniska... przyszła pani i swoim łamanym angielskim poprosiła nas o wyjście z pokoju do godziny 9:00... każdy jej wysłuchał z nadzieją, że pewnie jest około 7:00... duże było nasze zdziwienie gdy się okazało, że już 8:30... no cóż... trzeba było szybko się zbierać... szybki prysznic w lodowatej wodzie, albo i nie... i śniadanko... pierwsza próba naszych nowych palników... usiedliśmy sobie wygodnie przy schronisku, gotując wodę na herbatkę i kawkę, robiąc przy okazji kanapeczki... i to był koniec naszego spokojnego śniadanka... wszystko przez starszą panią po 50-tce... podeszła do mnie i próbowała mi coś powiedzieć po Słoweńsku... tzn nie powiedzieć, bo ona ciągle krzyczała i gadała jak nakręcona... próbowałem zrozumieć co ona do mnie mówi... z jej gestykulacji wywnioskowałem, że nie wolno trzymać palników na stole... no to mówię sobie ok... postawię je na ziemi... co mi za różnica... ale ona kurna dalej na mnie krzyczy... no to słucham jej dalej z uwagą... teraz już nie pokazywała na ziemie i na palnik, ale na odległy od schroniska plac... kolejna próba dogadania się z niemiła Słowenką po 50-tce... wziąłem pana palnikowskiego i garnek i poszedłem na ławeczkę nieopodal schroniska, ale już nie w jego bezpośrednim kontakcie, z nadzieją, że pani się wreszcie odczepi... no i stało się... zaznałem długo oczekiwanego spokoju... nie na długo niestety... jakież było moje zdziwienie, gdy na horyzoncie zobaczyłem resztę moich przyjaciół z kanapkami... okazało się, że pani i do nich miała zastrzeżenia... a mianowicie kazała nam się wszystkim zbierać stamtąd bo stoliki przy których siedzieliśmy były przeznaczone tylko dla osób które kupowały w schronisku... a my że mieliśmy swoje jedzenie byliśmy intruzami... wszystko byłoby ok, gdyby nie to że wszystkie inne stoliki były wolne i to czy my zajęliśmy jeden czy nie, nie miało żadnego znaczenia... no ale cóż... trzeba wybaczyć pani... może to nie był jej najlepszy dzień... obróciliśmy to jednak w wielki żart... żartowaliśmy sobie, że zaraz pani znowu przyjdzie i nas i stąd wygoni...
i tak wyruszyliśmy w kierunku Triglava... początek ciężki... do tego ciążył nam jeszcze plecak... ciężkie, strome podejście od pierwszych metrów... w połowie drogi, dla naszego bezpieczeństwa, zaczęły się pojawiać się liny... no więc my, mądre głowy, wyciągnęliśmy z plecaków uprzęże, lonże i resztę szpeju i wyruszyliśmy w dalszą drogę... teraz z perspektywy czasu, myślę, że wyglądaliśmy komicznie i pewnie nie jeden z mijających nas górołazów, miał niezły ubaw z nas... po Dolomitach i via ferratach, sam bym się uśmiechnął na widok takich profesjonalnie ubranych ludków, idących na Triglav... ale wtedy... przynajmniej poćwiczyliśmy sobie wpinanie i wypinanie automatów z liny... kilka fotek też się udało pstryknąć... chociaż mam uśmiech na twarzy, patrząc na nas tak ubranych...
w trakcie drogi stwierdziliśmy że nie będziemy nocować w 'Triglavski Dom' (2515m) ale w 'Domu Valentina Stanića' (2332m)... załamała się pogoda... mgła się coraz bardziej wzmagała i zaczynało powoli padać... do 'Valentina Stanića' było bliżej... ale gdy przyszliśmy okazało się, że nie ma już miejsca w schronisku... jednak jakimś cudem Zygi poszedł i załatwił nam miejsca... co prawda na strychu na materacach, ale dla nas to nie problem, a nawet lepiej... dla mnie ma to swój urok... ciekaw tylko jestem jak on to zrobił... ale to już jego słodka tajemnica...
znów miałem szczęście i w stołówce obsługiwała mnie starsza Słowenka... no i powiem szczerze, że historia się powtórzyła... zanim dostałem upragnione wino, mimo, że stało obok mnie i byłem pierwszy w kolejce, dostałem je po uprzednim obsłużeniu kilku innych osób... ach te starsze panie... dobrze, że te młodsze były bardziej rozmowne i uprzejme...
noc była długa, mimo, że się wcześnie położyliśmy... ja osobiście nie mogłem zasnąć... może to przez tą wysokość... a nocowaliśmy przecież wysoko... czyżby choroba wysokogórska... oby nie...
14.08.2005
pobudka o 7:00... o 8:00 byliśmy już w drodze do 'Triglavskiego Domu'... pogoda całkiem się zrypała... mgła totalna, widoczność zerowa, od czasu do czasu pada... no ale cóż... trza iść... o 9:00 byliśmy już w schronisku... czas na śniadanie... brakowało go trochę w tej pierwszej godzinie... rozpaliliśmy palniki... herbatka, kawka... miło czas płynął i jakoś nikomu się nie chciało wyruszać dalej... zastanawialiśmy się również czy iść na szczyt, bo i tak nic nie widać, czy może zrezygnować i zejść wcześniej do 'Aljażev Dom' i jechać w Dolomity... w końcu jednak skoro byliśmy 1h od szczytu to czemu nie... zostawiliśmy plecaki pod ławkami w schronisku i bez żadnego obciążenia poszliśmy na 'Triglav'... droga nie była łatwa i trochę monotonna... może dlatego m.in. że totalna mgła nie pozwoliła nam na podziwianie jakichkolwiek widoczków... mimo złej pogody mijaliśmy wielu ludziów... czasami podobnie jak my ubrani w cały 'szpej' a czasami bez jakichkolwiek dodatków... dojście na szczyt nie było jakoś wielce męczące... mimo krótkiej aklimatyzacji... trudno mi coś powiedzieć o wrażeniach z samego szczytu, bo za dużo widać nie było... mgła, mgła, mgła... ale szczyt został zdobyty (2864m)...
zejście z powrotem do schroniska, zabranie plecaków i czas w drogę... zejście do 'Aljażev Dom' bardzo ciekawe... mgła trochę się rozstąpiła i można było coś zobaczyć... szliśmy po gładkich równinach, wyglądało to trochę jak spacer po księżycu... myślę, że ciekawe musi być tutaj wejście zimą, lodowcem... dużo szczelin i zapadlisk... może kiedyś się wybierzemy... dalsze zejście strome... droga do parkingu strasznie nam się dłużyło... już z daleka widać było schronisko, a my mimo, że ciągle schodziliśmy w dół, wcale się nie przybliżaliśmy do niego... dotarliśmy jednak na miejsce...
niestety zaczynają mnie obcierać buty... coś z nimi nie tak... miałem nadzieje, że je rozchodziłem już... niestety musze zacząć bandażować stopy, bo inaczej sobie nie pochodzę za dużo... mam tylko nadzieję, że to coś pomoże...
wrzuciliśmy wszystko jak było do samochodu i udaliśmy się w Dolomity... było już późno, więc jechaliśmy dokąd nam się chciało... zatrzymaliśmy się na Camie Torneari przy Cella już we Włoszech... od jutra już spacerujemy po Dolomitach... może uda nam się jeszcze jutro zaliczyć jakąś prostą ferratkę... czas pokaże... pierwsza nasza noc w namiocie... musimy się zmieścić do 3-osobowego namiotu w 4 osoby... i jakoś nie mamy z tym problemu... mieścimy się idealnie... "nie przyjechaliśmy tutaj przecież dla przyjemności"
15.08.2005
no i zaczęło się... około południa dojeżdżamy do długo upragnionej Cortiny... zazdroszczę trochę Włochom, iż budząc się rano mogą podziwiać piękno otaczających ich gór... przepięknie usytuowane miasteczka u podnóża gór... brak słów...
dojeżdżamy do Cortiny... jest już po 12... szybko podejmujemy decyzję, że czas najwyższy na naszą pierwszą ferratkę... zdecydowanie wybieramy 'Via Ferarate Michielli Strobel'... jest ona w bezpośrednim kontakcie z Cortiną, a po za tym jest krótka i niezbyt trudna... traktujemy dzisiejszy dzień jako rozgrzewkę przed następnymi dniami i sprawdzeniem co to w ogóle są te ferraty... dzień treningowy...
zatrzymujemy się przy restauracji 'Fiames' (1293m)... krótka przerwa na małe conieco... tylko w naszym przypadku, i tak już było do końca i przy każdym posiłku, ta krótka przerwa trwała zawsze znacznie dłużej niż byśmy tego chcieli... dlaczego??... tego nikt nie wie...
co mnie zaskoczyło na samym początku drogi to strome podejście, aby w ogóle dotrzeć do tej ferraty... niestety coś za coś... szkoda, że ferraty nie zaczynają się tak jak ściany wspinaczkowe w Kobylanach... niestety, tutaj trzeba było podchodzić stromymi piargami, aż pod samą ścianę, gdzie tablica oznajmiła nam początek ferraty... co utkwiło mi też w pamięci, to fakt, że przyzwyczajony do bardzo dobrego oznakowania szlaków w naszych kochanych Taterkach, tutaj oznakowanie jest praktycznie znikome... jeśli już jest to zawsze są to biało-czerwone malowidła na skałach... na szczęście drogi były wydeptane i mniej więcej wiedzieliśmy jak iść...
doszliśmy w końcu do początku naszej ferratki... tutaj przerwa, na założenie uprzęży, lonży i kasku... pamiętam, że z dużym zaciekawieniem i zniecierpliwieniem stałem pod ferratką, ubierając się i czekając kiedy w końcu będę mógł posmakować tej mojej pierwszej w życiu ferratki... (nie będę się tutaj skupiać na tym czy była półka skalna, czy jej nie było, oraz jak wyglądała cała droga i jej fragmenty... zaciekawionych odsyłam do przewodnika po Dolomitach...)... gdy zaczęliśmy się wspinać, pierwsza wpinka, pierwsze próby przepięcia... czułem podniecenie i niezłą błogość, że znów mogę przebywać na ścianie i to w tak pięknych górach... wpinasz się lonżą do stalowej liny i mając świadomość ciągłej asekuracji wspinasz się po skale... wspinaczka połączona z chodzeniem po górach... o tym zawsze marzyłem... teraz przez kilkanaście kolejnych dni będę miał ku temu okazję...
pokonując kolejne fragmenty ferratki doszliśmy do szczytu 'Punta Fiamemes' (2240m)... co mogę powiedzieć o samej ferratce... przyjemna droga... może dzięki małemu, bo małemu doświadczeniu wspinaczkowemu, nie sprawiła mi większych trudności... przyjemna wspinaczka na sam szczyt... półki, szczeliny, trawersy... po dotarciu na szczyt, pamiętam, że mimo ładnej pogody na dole, tutaj na szczycie wiało niesamowicie... spędziliśmy na szczycie chwilkę rozkoszując się otaczającymi nas górami i przepięknymi widoczkami, które na długo pozostaną w mojej pamięci... wpisaliśmy się również w "księgę odwiedzin" i udaliśmy się w kierunku przełęczy 'Forcella Pomagagnon' (2178m)... trochę szkoda, że to już koniec via ferratki na dzień dzisiejszy, ale z drugiej strony... przecież to dopiero pierwszy dzień... jeszcze tyle przed nami... zeszliśmy do przełęczy i stromymi piargami zaczęliśmy schodzić w dół z powrotem do Fiammes... nie pamiętam już jak do tego doszło... w czasie schodzenia zatrzymaliśmy się i Darek zdjął plecak... zapomniał jednak, że do jednego z pasków miał przymocowany aparat fotograficzny... aparat upadł na ziemie... na szczęście był w futerale... ale to nie pomogło, bo po stromym zboczu, aparat, mimo akcji ratunkowej Darka, zaczął szybkim krokiem staczać się w dół, bez żadnej nadziei, że się gdzieś po drodze zatrzyma... oddalał się od nas z dużą prędkością... i kurde nie chciał się drań zatrzymać... w końcu zniknął nam z oczu wpadając w jakąś szczelinę... no i zamarliśmy wszyscy na chwilę nie wiedząc co powiedzieć i jak głęboko mógł aparat spaść w dół... zeszliśmy szybko w kierunku miejsca gdzie aparat zniknął nam z oczu, ale po nim ani śladu... po długich poszukiwaniach w końcu ukazał nam się czarny futerał... pytanie, które każdy sobie zadał, to ile zostało z aparatu... podszedłem do czarnego pudełka i zajrzałem do środka... Darek stał trochę wyżej, nie potrafię opisać tego co widziałem w jego oczach, kiedy stał tam tak i czekał na wiadomość ode mnie co z aparatem... otworzyłem futerał, wyciągnąłem aparat i uśmiechnąłem się... na twarzy Darka widać było uśmiech z nutką ulgi...
zeszliśmy niżej... usiedliśmy i wyciągnęliśmy z plecaków ciasto, które Daro przywiózł i kawkę... chwila odpoczynku... wciąż nie mogłem uwierzyć, że siedzę tutaj i mogę to wszystko podziwiać i oglądać...
zeszliśmy do Fiammes, wrzuciliśmy rzeczy do samochodu, który grzecznie na nas czekał i pojechaliśmy do pobliskiego campinu Olimpia... kolejna noc w namiocie...
'cdn'





