TomekI podpuszcza mnie abym Mu dostarczył bardziej przekonywujących argumentów konta „górołaztwu zimowemu, TomekK aby mnie nie drażnić zamieszcza zdjęcia z zimowych Bieszczad lub Beskidów, jeszcze inni uderzyli w bardzo wysokie „C” na klawiaturach nie tyle swoich fortepianów co komputerów i poczuli się autentycznie obrażeni moimi uwagami na temat niskiego ilorazu inteligencji „zimowych ludków” (przepraszam, przepraszam!!!) – no co, do cholery, czy ja tu „robię” za stracha na wróble? Jeżeli już mam mieć tu jakąś przydzieloną funkcję, to wolałbym raczej „dyżurnego szydercy”! No i jako „dyżurny szyderca” informuję, że jestem zadowolony z siebie – chyba posiałem trochę niepokoju a tylko to i wyłącznie to miałem na celu a ten cel to w miarę możliwości skuteczne zapobiegnięcie abyśmy nie przeczytali w prasie lub kronice wypadkow TOPR opisu śmiertelnego lub groźnego w skutkach wypadku, dotyczącego, któregoś z nas, tu piszących, czyli NASZEGO PRZYJACIELA.
Czym, moim zdaniem, różni się zimowe chodzenie po górach od letniego? Ano mniej więcej tym czym różni się jazda samochodem w zimie od jazdy w lecie z tą jedną lecz bardzo ważną różnicą, że chyba nikt nie lubi jeździć autem w zimie. Ja przynajmniej jeszcze kogoś takiego nie spotkałem, a jeśli bym spotkał, to bym się bardzo poważnie zastanowił czy nie trzeba mu podać adresu jakiegoś dobrego psychiatry. Jednak drogi w zimie nie pustoszeją choć statystyki wykazują, że nasilenie ruchu wyraźnie spada a w krytycznych warunkach często słyszymy jak policjanci z „drogówki” lub dyżurni z Zarządów Dróg doradzają – „kto nie musi niech nie jedzie” (piszący te słowa siedział w „tym” całe lata i zna temat, jego skutki również). Bo niestety życie w zimie nie zamiera, przewozy towarów trwają, osób również i wiejskie dzieci też trzeba zawieść do szkoły. No i można to robić względnie bezpiecznie jeśli odpowiednie służby skutecznie i na czas uprzątają śnieg i usuwają gołoledź (z czym jak wiadomo bywa różnie i tytuły „Drogowców znów zaskoczyła zima” nie zginęły wraz z upadkiem komuny) a kierowcy UMIEJĄ prowadzić samochód w zmienionych, znacznie trudniejszych warunkach. Słowo „umeją” pozwoliłem sobie napisać dużymi literami bo niestety jest z tym w naszym kraju niezbyt dobrze z czego zadowoleni mogą być jedynie dżentelmeni trudniący się tzw. blacharką samochodową i lakiernictwem oraz właściciele prywatnych klinik chirurgicznych. Polska jest krajem o średnim natężeniu utrudnień związanych z zimowymi utrudnieniami, na przeważającym obszarze kraju intensywne opady śniegu są ewenementem i raczej gołoledź a nie śnieg jest bardziej uciążliwa. Powoduje to, że brak jest u nas świadomości o konieczności dodatkowego szkolenia z jazdy w warunkach zimowych i panuje dość powszechnie radosne przekonanie, że „jakoś to będzie” – no i jest czego wynikiem jest fakt, że wskaźnik ilości wypadków przekracza analogiczne wskaźniki z krajów o znacznie bardziej intensywnym ruchu drogowym i dodatkowo wskaźnik ten rośnie szczególnie znacząco właśnie w okresie zimowym. Dlaczego? Bo w Polsce nikt lub prawie nikt nawet nie próbuje się szkolić z techniki jazdy w okresie zimowym a jeśli nawet ktoś chciałby wydać na to trochę kasy to będzie miał z tym poważne trudności. A jak jest gdzie indziej, szczególnie w krajach zachodnich? Bez problemu, istnieją tysiące takich szkół a w krajach skandynawskich i alpejskich jest to źródło utrzymania dla sporej ilości ludzi. Co jest potrzebne do takiego szkolenia? Ano nic, lub prawie nic bo tylko instruktor oraz odpowiednio duży plac, który polewa się wodą i pozwala jej zamarznąć. Plac, dodajmy pusty, odpowiednio duży i pozbawiony drzew, pachołków, innych pojazdów oraz przechodniów, rowerzystów, murów czyli tego wszystkiego co na drodze lub obok niej jest (w Szwecji lub Finlandii również na zamarzniętych jeziorach). A na czym polega szkolenie – ano na tym aby wsiąść z instruktorem do auta, wpadać w poślizg i następnie bezpiecznie (bo miejsca dużo, drzewek etc nie ma) z niego wychodzić. Ćwiczyć długo i namiętnie aż do osiągnięcia takiej w tym biegłości aby to robić prawie automatycznie, szybko i na niewielkiej ilości metrów bo tego wszystkiego na prawdziwej drodze brakuje. A przede wszystkim nauczyć się pokonywania niejako naturalnych odruchów, które niestety prowadzą do nieszczęścia a takim naturalnym odruchem jest „dać po hamulcach”. Tego się nie można nauczyć „na sucho” z żadnej książki (choć wiele ich napisano), to trzeba wyćwiczyć, długo i mozolnie, po setki razy i nie zadawalać się tym, że jak mi się parę razy udało to już jestem genialny. Powie ktoś – a ABS? Zgoda, ABS jest znakomitym uzupełnieniem każdego auta, ale ograniczonym w działaniu. Konstruktorzy maszyn, które z natury rzeczy nie są obsługiwane przez ludzi o ekstra kwalifikacjach technicznych (np. maszyny rolnicze) mają w swym żargonie takie powiedzonko, że maszyna taka musi być skonstruowana w sposób możliwie „debiloodporny”. Brzydko to się słyszy ale taka jest prawda. Ale zawsze jest jakiś próg „debiloodporności”, w ABS również, warto o tym pamiętać, jak również o tym, że facet skądinąd genialny w swoim zawodzie może być totalnym debilem w samochodzie i nie jest to wcale odosobniony przypadek.
Wracamy w góry. Po tym co powiedziałem wyżej chyba jasnym jest, że aby w miarę możliwości bezpiecznie delektować się urokami tatrzańskiego zimowego krajobrazu, spożywać te śniadanka na zaśnieżonym Krzyżnem etc etc trzeba być do tego przygotowanym, czyli WYSZKOLONYM. I tak jak nie wolno (a przynajmniej nie powinno) uczyć się zimowej jazdy na drodze pod ruchem, w sąsiedztwie innych pojazdów, ludzi, drzew, pachołków, słupków z znakami drogowymi itd. tak samo nie wolno lub przynajmniej nie powinno się tego samego robić w PRAWDZIWYCH górach. W czasach gdy ja wkraczałem w Tatry, a były to zarazem czasy, w których zimowa turystyka była naprawdę zwyczajem nielicznych osób, przywiązywano do tego szkolenia bardzo wielką wagę i w Klubach Wysokogórskich uczono tego długo i wytrwale i bynajmniej nie na oblodzonej grani lub w pobliżu miejsca zagrożonego schodzeniem lawin lecz na takich „oślich łączkach”, podobnych do tych, na których pierwsze kroki stawiają adepci narciarstwa. Ktoś może powiedzieć, że jak kupił (lub pożyczył) raki i czekan to już ma coś w rodzaju samochodowego ABS. Nic bardziej błędnego – ABS działa automatycznie (a pamiętać trzeba i wskaźniku „debiloodporności”) a raki i czekan niestety nie. Na rakach trzeba się nauczyć chodzić (aby m.in. nie haratać sobie łydek
Czy wszyscy uczestnicy tak tu barwnie i niezwykle interesująco opisywanej „długoweekendowej” wyprawy byli w tym zakresie wszechstronnie wyszkoleni? Obawiam się, przykro mi bardzo, że to muszę napisać, że nie. Czytając między wierszami a i również z „otwartego” tekstu domyślam się, że niektórzy mieli raki pierwszy raz na nogach a czekan w ręku i była to w związku z tym tylko „dekoracja”. No i zdarzyło się nieszczęście a raczej mogło się zdarzyć prawdziwe nieszczęście. To co wydarzyło się Asi można porównać do takiego łagodnego ześlizgnięcia się samochodu do płytkiego rowu. Nic się nie stało, kierowca cały i blachy nawet nie pogięte lub nieznacznie pogięto jednak wyjechać z tego rowu o „własnych siłach” nie można – musi ktoś wziąć na hol i pociągnąć a potem można jechać dalej. Bo rów był płytki a śniegu dużo i jeszcze miękkiego. Ale to mogło się równie dobrze zdarzyć na odcinku drogi na wysokim nasypie i wtedy auto wali się ze skarpy, koziołkując przy tym i dachując. No i wtedy może być potrzebne pogotowie drogowe z wciągarką i lawetą (czyli w Tatrach coś co się nazywa się TOPR) a może i pogotowie ratunkowe a w krytycznym przypadku i samochód przedsiębiorstwa pogrzebowego a w nieco mniej drastycznym szpital i długa kuracja z bliżej nieznanym skutkiem.
Ktoś napisał, że kiedyś trzeba tą zimową przygodę z Tatrami zacząć, ktoś jeszcze inny, że ta zimowa przygoda to jest właśnie kwintesencja gór a letnie chodzenie tylko przygotówką i to w dodatku dość nużącą i obrzydliwą. No i ja się z tym mogę zgodzić choć z deprecjacją letnich wędrówek (a nawet wspinania) absolutnie nie – letnie Tatry ani nie są lepsze od zimowych ani gorsze – są inne ale pozostają wciąż Tatrami. Rozumiem, że była to reakcja na mój tekst, ale wzięcie go całkowicie na poważnie było absolutnie nieuprawnione bo na kilometr „śmierdział” on zaplanowaną prowokacją, prowokacją, która miała skłonić do myślenia.
Ktoś może zapytać się jakie to ja mam prawo aby udzielać pouczeń a nawet trochę wyśmiewać się z innych bywalców forum, nawet głęboko się tym oburzyć. Faktycznie, nie mam żadnego prawa, nie mam też w górach żadnych spektakularnych osiągnięć czyli np. nie nazywam się Krzysztof Wielicki czy trochę z innej beczki Włodzimierz Cywiński. Mam natomiast to prawo a może i nawet obowiązek z racji tego, że mi w sierpniu „cyknie” 52 lata w górach, nie całkiem co prawda nieprzerwanie, były krótkie przerwy, ale zawsze taki czas się liczy. A w te wszystkie lata to ja w górach to i owo widziałem a między innymi sporo nieszczęść, których można było uniknąć. Dobrze wiem, że śmierci z gór się nie wyeliminuje całkowicie, zarówno z ekstremalnej wspinaczki jak i zwykłego spaceru po dolince (np. zawał u człowieka, który nie wiedział, że mu w zasadzie nie wolno było iść w góry a poszedł). To jest niejako wpisane w reguły górskiej gry, ale, na Boga, nie z powodu drastycznych uchybień w górskiej „nauce jazdy” lub braku wyobraźni, lub jeszcze gorzej, z świadomego ich lekceważenia. Bo chyba nikt, poza zdeklarowanymi samobójcami lub idiotami, nie chce w górach umierać ani narażać się nieodwracalne być może kalectwo, chodzimy w nie przecież dla przyjemności z nimi obcowania, dla czerpania z nich niezapomnianych nigdy wrażeń, estetycznych, sportowych, nawet tej kapki adrenaliny czy jeszcze czegoś innego. Śmierć górska wpisana jest w reguły gry ale prawdziwy człowiek gór stara się ją eliminować w możliwie maksymalnym stopniu i dlatego np. Polski Związek Alpinizmu i inne stowarzyszenia górskie stanowczo wpisują w swe statuty, że tak zwane wspinanie „na żywca”, czyli bez asekuracji jest zabronione i może powodować eliminację z grona członków, zabraniają też tego przepisy wprowadzające Kartę Taternika (przy całej ogólnie znanej i powszechnie krytykowanej ułomności tych przepisów, które prawdopodobnie w najbliższym czasie spowodują ich uchylenie – sprawa jest bardzo zaawansowana w Senacie i Sejmie i szkoda byłoby gdyby przedwyborcze zamieszanie spowodowałoby ponowne o to zabieganie w nowym parlamencie). Niedawno wprowadzone (w listopadzie ub. roku) zmienione przepisy o „zasadach ruchu” w TPN wprowadziły daleko idącą liberalizację zasad zimowej eksploracji na terenie TPN (zostawmy na boku rzeczywistą intencję tych zmian – sprawa jest bardzo zawiła i trochę przeprowadzona na zasadzie tzw. RWD – czyli „ratuj własną d***”) i w myśl tych zasad znakowane ścieżki (a tym samym dopuszczone do ruchu) przestają w zimie istnieć (co skądinąd zgodne jest z zdrowym rozsądkiem bo jak zobaczyć te znaki) i w zasadzie wolno chodzić wszędzie (poza ścisłymi rezerwatami – jak to było z tym Miedzianym, zacna „szóstko Iwony”) jednakowoż pod warunkiem, że posiada się odpowiedni sprzęt i doświadczenie a najlepiej jak się zaangażuje przewodnika. Ktoś się zaśmieje i powie, że to przepis bez możliwości prawnej egzekucji. Zgoda, egzekucja jest utrudniona ale nie jest niemożliwa, wystarczy, że dostanie się w „łapy” zawziętego prokuratora lub sędziego (na pociechę Górołazów Zimowych Podlawinnych i Dupoślizgnych informuję, że nie jestem ani prokuratorem ani sędzią) i wtedy na gruncie obowiązującego w Polsce stanu prawnego może stać się możliwa. Tak gwoli rozwagi podaję, że nie tylko zawodowy przewodnik może odpowiadać karnie za śmierć lub „naruszenie ciała” klienta, który go zaangażował. Może to dotyczyć również każdego z nas a już w szczególności tych, którym można udowodnić, że można zaliczyć ich do grona osób w powszechnym mniemaniu uważanych za doświadczonych.
W krajach alpejskich ostatnio zapadło kilka wyroków skazujących ludzi „w powszechnym mniemaniu uważanych za doświadczonych”, którzy zachęcili osoby niedoświadczone aby udali się z nimi na trudną (słowo trudna może być bardzo rozciągliwie traktowane) górską wyprawę w trakcie, której tej niedoświadczonej osobie coś się złego stanie i te wyroki bynajmniej nie dotyczyły rodziców nieletnich dzieci ani nauczycieli prowadzących szkolne wycieczki. Tak, tak, to jest w polskim systemie prawnym też możliwe (Dorian, zechciej to sobie zakonotować w pamięci, tylko na podstawie tego co było na forum można by było skonstruować całkiem zgrabny akt oskarżenia i np. w takich Stanach Zjednoczonych może nie tyle poszedłbyś do paki, co byłbyś zrujnowany do końca życia). To, że te wyroki zapadły na skutek działań lobby zawodowych przewodników to inna sprawa ale całkowicie możliwa i w Polsce, „postęp” w osiąganiu unijnych nawyków jest u nas niebywale szybki, szczególnie tam, gdzie można na tym zarobić. No i to byłoby na tyle jak powiada profesor Stanisławski.
Zacząłem łagodnie a na koniec grożę prokuratorem, pozwólcie więc na, że na koniec opowiem anegdotkę. Drogą anegdotkę, kolekcjonuje je jeden z moich zawodowych przyjaciół. Przedwojenna jeszcze z kresów. Voila!
Rzeka, na rzece most, drewniany jak to na ogół wówczas bywało, przy moście strażnicza budka a obok niej siedzi dróżnik i znudzonym wzrokiem spogląda na ów most. Na drodze pojawia się samochód, wjeżdża na most, jest w jego połowie i belki i dech zaczynają trzeszczeć, robi się dziura, przez którą samochód wpada do rzeki. Za chwilę jedyny ślad po aucie to bąbelki powietrza dobywające się z wody. Dróżnik podszedł do mostu, przeżegnał się, wymamrotał „Wieczne odpoczywanie...” i głośno powiedział do siebie samego – „Ot głupi, widzi most a jedzie.”
To można strawestować – Tatry, ścieżka (obojętnie czy w zimie czy też lecie, na ścieżce turysta z plecakiem, po chwili ginie we mgle. Przy ścieżce siedzi baca, robi znaczący znak na czole i mówi – „Ot głupi, widzi góry a lezie, już lepiej by belo gdyby oscypka kupił”.
Ukłony od Waszego „dyżurnego szydercy”
PS.
Moje „osobiste porachunki” z zimą w górach nie mają z wyrażonymi wyżej poglądami większego związku i nie ma tu nic do rzeczy to, że moich czterech przyjaciół zginęło w zimie w górach ani z pewnym traumatycznym dla mnie wydarzeniem, podczas którego mnie się nie wydarzyło absolutnie nic a straszliwie został poturbowany nieznany człowiek, nawet nie wiem czy przeżył, a ja mam wciąż wątpliwości czy w pewnym stopniu nie przyczyniłem się do tego, choć kilkanaście osób o olbrzymim doświadczeniu górskim mnie przekonywało, że nie w tym co się wydarzyło cienia mojej winy. Niestety ja nie jestem tego pewien i dlatego powiedziałem – żegnajcie zimowe Tatry, nic tu po mnie. To nie histeria, to trzeba doświadczyć...





