Ja staram się utrzymywać kondycję przez cały rok, choć przed samym wyjazdem staram się dodatkowo zwiększyć dawkę treningu. Biegi, standardowe wchodzenie po wchodzenie po schodach, wchodzenie z obciążeniem, jazda na rowerze w sezonie ciepłym, od czasu do czasu basen, "ostre" prace na mojej działce pod Warszawą, a że ma ona niecałe 5 ha, w tym prywatny las, to jest co robić. Np. genialną sprawą jest ciągnięcie spiłowanych, czy wykarczowanych gałęzi tak ze 100 m na kupę. I to parę godzin. Czasami w nocy łydki tak potrafią boleć, że lepiej nie mówić.

Ale kondycję poprawia wspaniale. Już nie mówię o karczowaniu, które nie tylko wymaga pracy obręczy barkowej i rąk, ale również nóg. A jak potrafiłem to robić z ojcem przez co namniej 6 godzin dziennie, na świeżym powietrzu, w ciszy, to kondycja również szła w górę. Parę dni temu kupiłem sobie na allegro takie obciążniki na kostki, każdy po ok. 2,3 kg. Genialna sprawa. Dzisiaj np. przeszedłem w nich ok. 8 km szybkiego marszu, i nogi trochę czuję. Bo to na trochę inne mięśnie działają. Bardziej na tylną część uda i łydki. Bo na mięśnie trójgłowe uda, i tego typu, to najlepsze jest oczywiście wchodzenie po schodach. To nie ulega żadnej wątpliwości. Dobrym ćwieczeniem kondycyjnym (wręcz genialnym) jest wchodzenie na wysokie krzesło (tak przynajmniej 40 cm wys.) z obciążonym plecakiem. Polega to na tym, że stawia się jedną nogą na tym krześle, po czym druga od razu wędruje za nią, tak że stoimy z wyprostowanymi nogami na krześle. Zaraz potem tą pierwszą nogą schodzimy na dół i zaraz potem tą drugą. Póżniej tą drugą na górę, pierwsza za nią, i tak dalej. Ja to robię w tempie średnio 30 wejść (licząc wejścia jedną, jak i drugą nogą; czyli suma) na minutę. Ostatnio doszedłem do 20 minut takiego wchodzenia z obciążeniem 25 kg w plecaku. Mówię wam. Taki się dostaje wycisk, że lepiej nie mówić. Najlepszym rozwiązaniem, byłyby oczywiście schody na np. 100 piętro, ale u nas jest z tym krucho. Bo wchodzę dla treningu również na skarpę u mnie na Powiślu, ale jak się wejdzie, to jest się zmuszonym do odpoczynku przy schodzeniu. A o to chodzi, żeby cały czas wchodzić. Wtedy można to nazwać prawdziwym wysiłkiem.
W ten sposób można już pierwszego dnia od przyjazdu w góry zacząć ostre chodzenie. Ja, mój kolega i jego znajomi, ostatnim razem, jak byliśmy w Tatrach (była to połowa września) zaczęliśmy nasz pierwszy dzień od wejścia z dość ciężkimi plecakami (mój ważył ok. 25 kg) Doliną Chochołowską do schroniska. Tam zostawiliśmy nasze duże plecaki, i wzięliśmy mniejsze, gdzie były tylko niezbędne rzeczy. Póżniej na Grzesia, Rakonia i Wołowca. Od Wołowca szedłem już tylko z jedną osobą, bo reszta nie wyrabiała tempa

. Potem standardowo: Łopata, Jarząbczy, Kończysty, Starorobociański do Raczkowej Przełęczy, później przez Ornak do Iwaniackiej Przełęczy, i na dół Starorobociańską Polaną do Dol. Chochołowskiej i na górę do schroniska. W kolejnych dnia wcale nie było lżej. Najgorzej, jak się szło cały dzień z tym plecakami, ale póżniej jakoś się przyzwyczaiłem. A że miałem pożyczony ten plecak, który był na dodatek bardzo siermiężny, to i wygody z nim nie miałem. Ale jak bym cały rok nic nie robił, to nie miałbym szans takich tras zrobić. I to w odpowiednim tempie.