Jeszcze raz wracam do sprawy rodziców z maluchem na Rysach. Znalazłem w Tygodniku Podhalańskim notatkę, której nie znałem. Oto ona:
Turyści zwariowali
W czasie wielkiej burzy, która w poniedziałek wieczorem przeszła nad Tatrami małżeństwo z Wrocławia z 2-letnim dzieckiem próbowało wyjść na Rysy. Sprawa może mieć swój finał w prokuraturze.
W poniedziałkowy wieczór nad Zakopanem i Tatrami rozpętała się straszliwa nawałnica. Błyskawice co chwila rozświetlały niebo. Wiał silny wiatr, lał deszcz.
W takich warunkach o godz. 20.30 do centrali TOPR zadzwoniło małżeństwo z Wrocławia prosząc o pomoc w sprowadzeniu ze szlaku na Rysy.
Na pomoc ze schroniska nad Morskim Okiem wyruszyli ratownicy. Szczęśliwie dotarli do turystów i zeszli z nimi na dół. Małżeństwo doszło do grzędy powyżej Czarnego Stawu.
To było skrajnie nieodpowiedzialne zachowanie rodziców, którzy mimo zbliżającej się burzy i zapadających ciemności szli w górę. Sprawą prawdopobnie zajmie się prokuratura.
(PP)
[ 22-08-2007 | 23:31:51 | red] Góry
O ile coś nie jest pokręcone to jest wyjaśniona sprawa - oni chcieli wejść na Rysy a nie schodzili. O 20.30 byli przy początku grzędy. To o której, u diabła, wyszli ze schroniska? Biorąc wszelkie poprawki - na widoczki, wąchanie kwiatków, ocieranie spoconego czoła tatusia (taki dwulatek to waży) i inne "buzi-dupci" obstawiam godzinę 18-ą. Dopóki byli na ścieżce przy Morskim Oku to ok. - mogli nie wzbudzać uwagi, nawet przy burzowych chmurach. Ale już na podejściu do Czarnego Stawu powinni wzbudzić uwagę innych. Przyjmuję za pewnik, że owo małżeństwo z Wrocławia (ciekawe ile mają lat) to nieuleczalni kretyni bo kto, nawet w najlepszej pogodzie wybiera się o 18-ej na Rysy ale czy mam przyjąć za pewnik, czy ci wszyscy co schodzili z Rysów i się z nimi mijali to też ciężko upośledzeni na umyśle nieuleczalni kretyni. Nie, to zapewne zupelnie normalni faceci tylko cierpiący na coś co nazywa się "tumiwisizm" przejawiający się myśleniem w stylu - "gdzie się te kretyny z bachorem pchają o tej godzinie - ale nie moja sprawa, gówno mnie to obchodzi".
A głupich niestety nie brak. 7-08-2005 schodziliśmy z Doliny Staroleśnej. Na górze, przy Zbojnickiej było pięknie lecz chylące się do zachodu słońce było coś za bardzo czerwone jak na mój gust. O pięć minut za schroniskiem poczułem na twarzy takie lodowe igiełki. Przyspieszyliśmy kroku. Około godz. 18-ej już na dnie doliny (chyba taka była bo się denerwowałem czy zdążymy na kolejkę na Hrebienoku - niczego tak nie lubię jak złazić na piechotę z Hrebienoka), jakieś może 10 min. od Rainerowej Chaty spotkaliśmy dwie Polki, dziewczyny tak na oko 18-19 lat i owszem, w nie najgorszych butkach oraz skafanderkach ale bez najmniejszego bagażu. Zapytałem gdzie idą. Odpowiedziały, że do Zbojnickiej i że to podobno już niedaleko. No to pytamy czy chcą tam nocować. Nie - tylko wypiją coś i wrócą. No to zrobiliśmy im krótki wykład z topografii tej części Tatr. Zawróciły. Rano jak się obudziliśmy to całe Tatry były pokryte dość grubą warstwą śniegu (Uszba to powinna pamiętać). No, ładnie mogły te panienki się zapchać gdybyśmy im nie zwrócili uwagi. Ludzie pamiętajcie - nasi bliźni w górach są zdolni do wszelkich możliwych idiotyzmów - zwróćcie im uwagę na to co czynią lub czynić zamierzają, najwyżej was obrzucą wiązką jobów - to nie tak znowu boli a przynajmniej będziecie mieli spokojne sumienie.