Dawno temu w górach, czyli wspomnień czar...

Także o noclegach, mapach, pogodzie, literaturze...
Zablokowany
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

mefistofeles
22-23 IV 2005
Karkonosze

Piątek 22 IV
Zajechałem do Karpacza około 10. Prosto z Białego Jaru ruszyłem żółtym szlakiem do góry. Zdziwiło mnie, że już po kilku minutach natrafiłem na płat śniegu. Dalej jak można się spodziewac było go coraz więcej. Wwindowałem się szybko do Strzechy spotykając po drodze dwoje ludzi. Ze Strzechy natomiast podskoczyłem do Samotni. był to mój pierwszy kontakt z tym słynnym schroniskiem - i choć byłem tam tylko kilaknaście minut stwierdzam, że nie jest przereklamowane :-)

Idąc dalej w kierunku Spalonej Strażnicy natrafiłem na zjawisko, które skojarzyło mi się z lodowcami. Mianowicie w pewnym momencie zacząłem się zapadać. Co krok to dziura - okazało się, że pod warstwą zlodzonego śniegu płynął sobie wartko potoczek.
Nie pamiętam kiedy znalazłem się na Śnieżce. Tam wreszcie zobaczyłem panoramę z jej szczytu (poprzednim razem miałem mleko i pioruny) i zmarzłem tak, że musiałem założyć czapkę i rękawiczki.
Odcinek od Śnieżki do Czarnej Kopy był bez śniegu. Na zejściu jednak było śniegu dużo, i to dość rozmiękłego, więc trochę sobie pojeździłem.
Na Okraju dowiedziałem się natomiast, że miejsca w schronisku nie ma i nocować będę w Strażnikówce SG. W sumie chyba na tym wyszedłem nienajgorzej, bo miałem całą sporą chatę tylko dla siebie ;P
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Sobota 23 IV
Postanowiłem sobie być twardy i wyjść o 5 na szlak przyświęcając sobie czołówką. I owszem o piątej wyszedłem, ale z łóżka. Mimo to ta odrobina poślizgu dała nieoczekiwany efekt - kiedy tylko otworzyłem dźwierza strażnikówki dokładnie na wprost mnie zaczęło wschodzić słońce...
Niestety niebieski szlak przez Skalny Stół został zamknięty ze względu na tokujące cietrzewie, a spotkanie zacietrzewionego strażnika nie było tym na co miałem wówczas ochotę, wybrałem więc czerwony szlak po czeskiej stronie. Warunki były idealne - lekki mrozik, śnieg twardy. Idąc po własnych śladach (jeszcze sprawdzałem, czy pasują) wszedłem niczym po schodach na Czarną Kopę (1407), skąd udałem się na Śnieżkę.
Tam zostałem świadkiem dwóch rzadkich zjawisk - braku turystów (8 rano - byłem pierwszy tego dnia) i zero wiatru. Zejście z królowej Sudetów lekko mi napsuło nerwów - był to jedyny moment, kiedy brakowało mi raków - jak tu obecni potwierdzą cała Śnieżka jest pozbawiona już śniegu z wyjątkiem czerwonego szlaku ;).
Dalej też szło mi się idealnie. Przyszło trochę chmurek, ale wysokich i niegroźnych. Pozbawiony możliwości oglądania kotła Małego Stawu podziwiałem piękne nawisy śnieżne po czeskiej stronie. Krótki odpoczynek zrobiłem dopiero pod Słonecznikiem. Od tego miejsca szlak zaczął trawersować zbocza Smogorni i Małego Szyszaka. Stromy stok, łysy, a w dodatku cały zlodzony, w którym jedyne wąska ścieżynka wydeptana w śniegu umożliwiała (w miarę) bezpieczny chód. Z duszą na ramieniu przeszedłem ten odcinek przypominając sobie techniki hamowania kijkami. Zaraz potem zaczęli też się pojawiać ludzie - wspomnieni tu wcześniej przez ryb-kę Pepiki na biegówkach. Polski język usłyszałem dopiero w Odrodzeniu.
Po najedzeniu, napojeniu i podładowaniu baterii telefonu (zbyt krótkim by coś dało) ruszyłem dalej.
Niestety - powietrze stało się w międzyczasie cepłe i wilgotne, przez co śnieg zrobił się miękki i nieprzyjemny. Jedyny tego plus to świadomość, że nie kupiem stuptutów na marne;-) Po drodzętrafiałem na kilku ludzi, m.in pewnego grotołaza, który szukał drogi do jakiejś lesnej chatki, gdzie imprezował poprzedniej nocy;). Na Śląskich kamienach ukazał mi się wreszcie nadajnik na Śnieżnych kotłach. Ze Śnieżki wydawał się niebotycznie daleko, teraz zaś Śnieżka majaczyła na horyzoncie. Pojawił się też kolejny problem - Wielki Szyszak. Jak wiadomo letni szlak trawersuje strome północne zbocze tej góry. Szlak zimowy natomiast trawersuje ją od południa.
Po lodowych polach Smogorni miaem serdecznie dość trawersów, więc wybrałem trzecią opcję - marsz przez szczyt. Przy okazji zobaczyłem wreszcie z bliska ruiny pomnika kaisera Wilhelma (takie małe kwadratowe coś na szczycie). Zejście do nadajnka było już bezśnieżne. Patrząc z krawędzi w dół urwiska usłyszałem charakterystyczny szusy i nawoływanie. W zaśnieżonych, prawie pionowych żlebach dwóch gości jeździło na nartach! Ruszyłem dalej. Szrenica była jednocześnie blisko i daleko. Ostatni odcinek szlaku okazał się najwredniejszy. Mimo, że płaski dał mi się we znaki nierównym, mokrym śniegiem. Zaczęło teżze mnie wychodzić zmęczenie. Przy Trzech Świnakch stwierdziłem, że odpuszczam szczyt Szrenicy i gnam prosto na Halę Szrenicką. Do schroniska zbiegłem/zjechałem na nogach.
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Epilog - sobota-niedziela
Kiedy w sobotnie popoludnie ledwo stojac na nogach zamawialem miejsce na Hali Szrenickiej poinformowano mnie, ze bede w pokoju z pewnym milym starszym panem.
Okazal sie nim pan Wladyslaw - postac na tyle ciekawa, ze warto o niej cos napisac. Otoz pan Wladyslaw jest emerytowanym informatykeiem (sic!) z Wroclawia. Samo to okreslenie brzmi jak oksymoron. Ja jako przyszly (oby) informatyk znalazlem z nim wspolny jezyk dosc szybko. Pan Wladyslaw zaczal programowac w 64 roku, jeszcze na duzych maszynach lampowych, potem byly "mniejsze", bo tranzystorowe Odry, na ktorych mozna juz bylo uzywac naturalnych jezykow typu FORTRAN zamiast assemblera. Kariere zakonczyl w polowie lat '90 lykajac podstawy C. Poza tym jest zapalonym turysta (glownie tatrzanskim, ale bywal tez w Alpach) i narciarzem. Byl zdziwiony, ze tyle wiem o Tatrach mimo, ze prawie w nich nie bylem - opowiedzialem mu wtedy o forum ;-) Na Hale przyjechal pojezdzic na snowboardzie przez weekend. Poniewaz jego deska miala paskowe wiazanaia nie wymagajace specjalnych butow udalo mi sie go namowic na krotka lekcje w niedzuielny ranek.

Nie mielismy zbyt duzo czasu, ale moj pierwszy raz na desce mozna chyba uznac za udany - srednio 1 wywrotka na kazdy krotki przejazd (ale przy zatrzymaniu dopiero) - podobno szlo mi niezle pomimo grudowatego sniegu. W kazdym razie zabawa byla przednaia. Chwile wczeneiej, kiedy siedzialem w pokoju bez celu pan Wladyslaw przyszedl mi oswiadczyc, ze znalazl w schronie kawiarenke internetowa. Zdziwilem sie ale jako nalogowiec nie moglem nie sprawdzic. Na wiesc od siedzacej tam pani sprzataczki, ze dziala tylko jeden kompa a drugi jest zepsuty z ochota zabralem sie do naprawy - niestety komp okazal sie calkowicie sprawny i nic nie moglem juz zdzialac. Tak czy siak zaplacilem za pol godziny i wrzucilem widoczna kilka postow wyzej pierwsza czescrelacji - nalog to nalog ;-)
Po odjezdzie pan Wladka udalem sie na krotki spacer na Szrenice. Siedzac na szczycie w samej koszulce zastanawialem sie gdzie podzialy sie slynne karkonoskie zimno i wiatr - okazalo sie wieczorem, ze pojechaly na tournee po Polsce polnocnej ;-)
Schodzac (a wlasciwie zjezdzajac po oblodzonej drodze) do Szklarskiej zahaczylem wreszcie o wawoz Kamienczyka. Niestety. Na tym odcinku zaczelo sie to, czego przez cale dwa dni nie uswiadczylem - tlumy :-(
W Szklarskiej mialem cza tylko kupic wode i zaraz gnalem na awtobus do Wroclawia a potem pociag do Inowroclawia. O 20:00 bylem w rodzinnym miescie

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Wiola i Czesiek
ryb-ka,MaŁa mySZA
23.04.05 Karpacz-->Śnieżka
autor tekstu-Wiola

Pobudka o 4.00 :-(
Taxi na dworzec i...? Czekamy na Kasię.
Nasza przewodniczka zrobiła sobie około 5 kilometrowy trening przed niedzielnym Maratonem Wrocław. ;-) Szczęśliwie - całą czwórką - rozpoczęliśmy jazdę w kierunku Jeleniej Góry. "Nadawaliśmy" non stop... - biedny żołnierz, musiał wszystkiego wysłuchiwać.
Po dotarciu na miejsce zostaliśmy szybko "złapani" na busa do Karpacza Górnego (6,- "sztuka"). W czasie drogi, Czesiek podziwiał okolice zza szyby i pleców kierowcy, a my rozmawiałyśmy, zajmując cały fotel. :-) Pierwsze kroki skierowaliśmy do - a raczej pod - kościółek Wang:
http://www.strzelec.karpacz.pl/wang/wang.html
Kilka fotek i skierowaliśmy się ku bramie wejściowej do Karkonoskiego Parku Narodowego. Zakupiliśmy bilety wstępu (4,- normalny i 2,- ulgowy) i rozpoczęliśmy marsz w nieznane - oprócz Kasi. ;-) Weszliśmy na niebieski szlak i kamienistą drogą - początkowo bez śniegu - ruszyliśmy w kierunku Polany. Tam zrobiliśmy sobie króciutką przerwę na łyk i gryz. ;-) Zaczęliśmy też podziwiać widoki. Pogoda była więcej niż przyzwoita. Od przewodniczki :):):) dowiedzieliśmy się, że tam w oddali widać Słonecznik i Pielgrzymów. Skierowaliśmy się do schroniska Samotnia w Kotle Małego Stawu. Idąc już po lekko zmrożonym, ale rozdeptanym śniegu doszliśmy do Koziego Mostku. Po drodze "mijaliśmy" niemal wszystkie browary w Polsce. Szczególny prym wiodły puszki po... ;-)
Idąc dalej Czesiu zrobił fotkę MaŁej mYsZy na ratraku, by kawałek dalej sfotografować nas na skuterze śnieżnym z przyczepką. (atrakcje ;-)) Minęliśmy Domek Myśliwski i ukłoniliśmy się dwóm chłopcom odkopujących szlak. Z prawej strony coraz widoczniejsza była grań Kotła Małego Stawu. Czuliśmy się jak w Tatrach. Pierwsze skojarzenie jakie przychodziło nam na myśl to Dolina Roztoki.
Dech w piersiach zapiera. Jeszcze większe wrażenie zrobił na nas widok schroniska, stawu i całego otoczenia. Weszliśmy do Samotni, do pustej sali, by znów się pożywić i pozałatwiać wszystkie "sprawy". ;-)
Ruszyliśmy w kierunku Strzechy Akademickiej, by - ku naszemu zdziwieniu - znaleźć się tam wyjątkowo szybko. Pieczątki w barze i dalej w trasę. Kasia stwierdziła, ze mamy całkiem niezły czas, co wszystkich ucieszyło. Teraz żmudne podejście w kierunku Spalonej Strażnicy, na Rówień pod Śnieżką. Po czeskiej stronie zauważyliśmy narciarzy biegowych. Żartowalismy sobie, że ten ostatni to pewnie Mefistofeles zwleka by nas spotkać. Zresztą każdy napotkany (nawet łysy ;-)) "był" nim. :D:-) W końcu wyszliśmy na Rówień, ale lżej nie było. Trzeba było mieć niezłą kondycję i trochę umiejętności chodzenia w takich warunkach, co zresztą odczuliśmy w następne dwa dni po wycieczce.
W końcu dotarliśmy do schroniska Dom Śląski. Znów pieczątki, posiłek przed ostatnim etapem i na szczyt. Ten odcinek przysporzył nam najwięcej radości. (poza krzykaczem w turkusowych dresach i adidasach - ale mieliśmy nerwy... ech. :x :-()
Sporo postojów na podziwianie panoramy oraz fotki. Jeszcze kilka minut i szczyt został osiągnięty. Wałęsaliśmy się dookoła, by w końcu wejść do schroniska i spędzić tam około pół godziny.
Zejście rozpoczęliśmy punkt 15 - więcej grzechów (czasów) nie pamiętam. Po zejściu ze Śnieżki pod Dom Śląski - weszliśmy na czarny szlak. Zaczęło się męczące zejście, znów po rozdeptanym śniegu. Zatrzymaliśmy się w Białym Jarze na kilka fotek i znów w dół. Momentami zjeżdżaliśmy na butach - Czesiu próbując podciąć mnie, a mySzA - Kasię.
Po dojściu do Rozdroża Łomnickiego, krótki popas, zmiana obuwia i spacerkiem na przystanek do Karpacza Dolnego – busem do Jeleniej Góry – krótki spacer po mieście i pociągiem z powrotem do Wrocławia.

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

pawelpp
grudniowy nocleg
w Dol.Gaborowej...

Spałem kiedyś 200 m od schroniska w Pięciu St. Spiskich, bo w chacie był taki tłum, że ludzie stali na schodach - wolałem nocować na zewnątrz. To był mój pierwszy raz.
Fajna była wiata w Dol. Tomanowej, ale ktoś pisał na tym forum, że spaliła się, wielka szkoda.
Szałasy w Dol. Chochołowskiej, również pod schroniskiem, są dogodne.
W słowackich Tatrach Zachodnich (dziesięć lat temu) widziałem w Dol. Zuberskiej genialne ambony myśliwskie, jak znalazł dla jednej osoby do spania.
Ale największą przygodą był nocleg grudniowy, w 1993 r., w resztkach szałasu w Dol. Gaborowej. Z powodu kurniawy zeszliśmy z głównej grani na Słowację, wiedząc o szałasie. Miał on dach bez sporych dziur najwyżej na powierzchni 2-3 m kw., akurat żeby się zmieściło dwóch ludzi. (Nie wiem, jak wygląda obecnie.) Żeby nie szczękać zębami, suszyliśmy mokre ubrania na ognisku z kosodrzewiny narąbanej czekanami. Daje ona tyle popiołu, jakby padał śnieg :-) Nie mieliśmy paszportów. Trząsłem w nocy portkami, bynajmniej nie z zimna (bo mam dobry śpiwór), ani ze strachu przed przebudzonym niedźwiedziem, ale myśląc o tym, jak stamtąd wrócimy. Na szczęście rano była piękna pogoda i poszliśmy do góry, prosto na grań, do Polski.

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

krakus
majówka w Tatrach
2005 rok

Majówke w Tatrach spędziłem z żonką i córcią. Smaczka nie narobię, to był HORRRRORRR!!!
Ponieważ mała jest jeszcze bardzo mała więc wszystko było ustawione pod obiadki na konkretną godzinę i miejsce na ich przygotowanie. W jeden dzień planowaliśmy Morskie Oko, asfalcik, wózeczek, w schronisku obiadzik. Niestety, z Bystrego do Palenicy jechaliśmy prawie 2 godz a na samej Palenicy urwał mi sie tłumik co dało kolejną straconą godzinkę. Plan z obiadkiem zawalił się :( Podwiązałem wydech drutami i na luzie zjechaliśmy na dół. Co do samego wyjazdu na Palenicę: wszystkie pobocza zastawione, ciężko minąć się z samochodami jadącymi z drugiej strony, jazda pod prąd niecierpliwych, busy wjeżdżały nie patrząc na nic i na nikogo. Przy Łysej Polanie był postawiony szlaban i puszczali dopiero wtedy gdy jakieś auto zjechało z góry. Koszmar. Jedna wielka strata czasu i pieniędzy na etyline. Dobrze, że chociaż obiadek w Kolibecce jak zwykle mniamniuśny :) a piwko zimne. Tak minęła niedziela. W poniedziałek dzidzia napędziła nam stracha jakąś gorączką która już więcej sie nie pojawiła więc skońcczyło się na Gubałówce. Widoczki cacuśne no i chyba dobrze tak na początek pokazać Taterki w całej okazałości. Pikniczek na trawce i gębusie do słonka. Ludzie wokół już powariowali. Stringi w akcji :) Na otarcie łez, we wtorek, tatuś przetaszczył wózek przez Strążyską. A potem zabrał małą turystkę do nosidełka i wyniósł pod Siklawice. Bardzo jej sie podobało :) (tak myślę).
Plecak i nosidło z naszywkami były w akcji :), facjaty opalone, dzidzia zarażona Taterkami, foty popstrykane, piwka wypite. A po za tym NIGDY WIĘCEJ PRZEDŁUŻONEJ MAJÓWKI W TATRACH!!!!!

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Jerzas
Na nartach...z Rysów
maj 2005

1 mają wybrałem się z kuzynem i jego kumplem na Rysy. Ich celem było znich zjechać moim - robić fotki. No i zrealizowaliśmy to.
Gdy wychodziliśmy do góry miejscami brało mnie przerażenie - jak oni chcą z takie grapy zjechac, no ale jak twierdzili że bydzie dobrze to wierzyłem.
Dodam ze pewne obawy miałem tez czy wogóle tam wejdziemy bo na 3 mieliśmy 1 raki i 0 czekana. Okazało sie jednak ze buty narciarskie całkiem dobrze się nadają do takiego łażenia na oblodzonej stromiźnie. Zjazd z takich wertepów jak Rysy na nartach to w skali skialpinistycznej 3+ (w Tatrach są tez 6) Polega to na tym że trzeba znaleźć sie na dole bedąc na nartach wiec czasami to nie przypomina nawet szeroko pojątego zjazdu ale racze zsuwanie się i kombinowanie. Gdy jest bardziej stromo skialpinisci podczaz zjazdu dzierżą czekan do ewentualnej asekuracji. Rysa w rysach aż taka stroma nie jest.
Obrazek
Podejscie w rysie
Obrazek
Na szczycie...
Obrazek
...
Obrazek
...
Obrazek
No i uciekli mi ...
Obrazek
Tutaj zaznaczyłem trasę zjazdu czyli zimowego szlaku na Rysy - może sie to wydaje śmieszne że pokazuje to co oczywiste ale jak sie nas toprowcy w morskim oku zapytali jakim wariantem zjeżdzaliśmy to mnie juz nic nie zdziwi - NIE MA INNEGO WARIANTU! No chyba ze do Słowacji.
Obrazek
Nie zawsze szło gładko
Obrazek
Widoczek ze szczytu
Obrazek
...
Obrazek
czeluść doliny Ciezkiej
Obrazek
lawina, która załamała lód na Morskim Oku

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Anda
spotkanie z niedźwiedziem...

A my pewnego razu (sierpień chyba 3 lata temu) spotkaliśmy młodą niedźwiadkę, pod Rysami, po słowackiej stronie (mam nawet fotki ;) )
Z początku było spoko - w atmosferze atrakcji turystycznej - byliśmy już na szczycie, kiedy nagle wśród turystów zrobiło się zamieszanie i wszyscy zaczęli zbiegać w dół z aparatami. Okazało się, że tuż poniżej harcuje misiek.
Też sobie zrobiliśmy fotki, jak Bóg przykazał, posiedzieliśmy na szczycie może jeszcze z godzinkę, po czy zaczęliśmy schodzić, bo robiło sie późno powolutku. O miśku tymczasem wszyscy już zdążyli zapomnieć, kiedy ni stąd ni zowąd pojawił się - nie wiadomo skąd - powtórnie. Wiadomo jak jest pod Rysami po słowackiej stronie - nie ma właściwie żadnej wyraźnej scieżki, więc staraliśmy się tak manewrować, żeby obejść biegającego miśka jak najszerszym łukiem. I tu został obalony pierwszy stereotyp na temat niedźwiedzia - okazało się, że ssak ten to bynajmniej nie ociężały, powolny, kudłaty miś, ale że zapiernicza po skałach, którędy chce, jak jakaś kozica co najmniej. Stąd wszelkie nasze wysiłki, które czyniliśmy, żeby go ominąć, zeszły na marne. Kiedy staraliśmy się zatoczyć jakiś łuczek z dala od niedźwiada, ten, po skosie, na przełaj, jednym susem, już był przy nas. Intuicja nam podpowiedziała, że należy się zatrzymać i stać jak słup, dopóki miś się nie znudzi i nie pójdzie sobie.
No i zrobiło się widowisko - wszystcy turyści schodzacy z Rysów się zatrzymali i zaczęli się z zapartym tchem przyglądać, jak też niedźwiedź obejdzie się z naszą ustawioną w równym, nieruchomym rządku trójką (czwarty kumpel zdążył zwiać inną drogą).
A niedźwiedź podszedł do nas, najpierw odbwąchał dokładnie mnie, bo stałam najbardziej wysunięta w szeregu (całkiem bezboleśnie było :) ), następnie pierwszego kumpla (też obeszło się bez większych ekscesów), po czym przeszedł do drugiego kumpla, gdy ten nagle - nie wiedzieć, po kiego diabła - wykonał jakiś gwałtowny ruch ręką i niedźwiedź błyskawicznie rzucił się na... jego plecak. Kumpel, niewiele myśląc, z całych sił schywycił plecak - i zaczęli sie z niedźwiedziem najzwyczajniej w świecie szarpać. Wrzasnęłam na kumpla, żeby puścił ten plecak i dał go miśkowi (w sumie całego by pewnie nie zjadł, a zresztą nawet gdyby zjadł, to lepiej plecak, niż samego kumpla, ale na taką wyrafinowaną argumantację nie było jakoś czasu ;) ), ale kumpel tak się zawziął, że plecaka nie wypuścił i nic nie wskazywało na to, że zrobi to z własnej woli. Wtedy, niewiele myśląc, ostrożnie odwróciłam pierwszego kumpla plecakiem w moją stronę, rozsunęłam plecak i - równie ostrożnie - wygrzebałam stamtąd parę kanapek, które następnie podsunęłam misiu pod mordkę, po czym rzuciłam zamaszystym ruchem jak najadalej od nas. Chwyciło! - niedźwiedź puścił kumpla plecak i poleciał po żarełko. I tu runął kolejny niedźwiedziowy stereotyp - o tym, że miśków pod żadnym pozorem nie należy karmić, jak się je spotka. Tymczasem rzucenie miśkowi kanapki to jedyny sposób, żeby odwrócić jego uwagę od turysty :) Dodam jeszcze, że rozpuszczony niedźwiedź gardzi zwykle kanapkami z nabiałem, zdecydowanie woli z wędliną ;)
Później, już po zejściu ze szlaku, spotkaliśmy jakiegoś pana, który jako jeden z licznych turystów pod Rysami obserwował naszą przygodę z miśkiem. Poznał nas od razu i złożył nam wyrazy uznania, że byliśmy niby super-odważni i zachowlismy zimną krew :D

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

prezes
"...i nikomu nie udało się wejść
w ten dzień na Rysy..."


Czerwiec w Tatrach kojarzyć mi się bedzie tylko z niezapomnianym przeżyciem w drodze na Rysy. Z powodu bardzo gęstej mgły i śniegu zgubiliśmy droge, szliśmy potem jakiś czas na kompas i na mape ale tak się zakręciliśmy, że postanowiliśmy dojść do jakiejkolwiek granicy i tam zorientować się gdzie jesteśmy. Po paru godzinach wspinaczki doszliśmy do jakiegoś słupka granicznego (zapamiętaliśmy numer i teraz już wiem, że był to szczyt Niżnych Rysów). Po drodze znależliśmy rozbite na skałach nowe narty(okazało się że człowieka który zginął tam miesiąc wcześniej). Ruszyliśmy granią wzdłuż granicy w stronę Rysów (planowany był nocleg w Chacie pod Rysami). Niestety trzeba było co chwilę sie cofać i wybierać inną drogę z powodu wielu przepaści i dużej ekspozycji. Gdy zaczęło robić się ciemno a my dalej nie za bardzo wiedzieliśmy jak jeszcze daleko, postanowiliśmy wraz z poznanym na szlaku chłopakiem przespać się gdzieś pod skałą. Gdy już mieliśmy się rozkładać niebo przeszyła ogromna błyskawica i tak się zaczęła śnieżna burza. Wtedy jak najszybciej na śnieg i na tyłkach na dół. Póżniej się okazało że właśnie w tym dniu w Morskim Oku był sir Edmunt Hilary, ...i nikomu nie udało się w ten dzień wejść na Rysy :)

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Izabela
...Sarnia Skała z Gentiana verna w butonierce,
a Dolina Strążyska z misiami w tle.


2 maja, godzina 9.00

Pada propozycja : chcesz wejść na Sarnią Skałę?.
Z Pardałówki busem, w kilka minut , dostajemy się do Zakopanego. Dochodzimy do Krokwi. Pogoda bez zarzutu.
- Widzisz ten biały stragan - namiot?. Tu można kupić dobry bundz i całkiem znośne oscypki. Wadą jest to,że często bywa zamknięty.
- Zakodowałam....Dochodzimy do Doliny Białego . Trasa spacerowa, ale nie jest nużąca, wręcz romantyczna.Zatrzymujemy się przy wodospadzie. Jest gwarnie , ludzie przekrzykują szum spadającej wody. Wszyscy się fotografują. Uwagę zwraca tatuś, siłą ustawiający kiluletnią dziewczynkę do "ładnego zdjęcia". Mała nie chce wejść na śliskie kamienie, tak blisko grożnej wody. Jest wyrażnie zestresowana. Ojciec to bagatelizuje.....Co krok zauważam "dramaty" małych turystów : większość sprawia wrażenie zmęczonych, udręczonych "spacerkami" które fundują im rodzice. To chyba jest jakiś problem?.
Z ulgą opuszczamy polanę , i zatapiamy się w ciszę. Pniemy się w górę . Wymaga to trochę wysiłku. Wchodzę w coraz większe błoto. Pilot ma buty prawie nietknięte tą materią. Spostrzega, że to zauważam.
- Musisz stąpać planowo.
- Planowo?. Jak mam to robić?. Gdy rozglądam się wokół, to stąpam na wyczucie, a właściwie bez wyczucia. Jak patrzę pod nogi, to tracę widoki.
- To trzeba co jakiś czas przystanąć, i się rozejrzeć ...
W miarę dostosowuję się do wskazówki.Na polanie pod Sarnią mój wzrok przyciąga drobny Wietnamczyk. Ubrany w czarny garnitur, białą koszulę, krawat, i czarne półbuty...czyste ! Bardzo uprzejmie się uśmiecha, wysłuchując w przekazu przewodnika.
Końcówkę wejścia na Skałę pokonujemy po ostrych kamieniach. Jest bardzo ślisko. Nie jest mi lekko. Po wejściu "dookoła widać coś ładnego" Ale wzrok przyciąga Giewont! Naprawdę jest na "wyciągnięcie ręki". Jest pustawo!. Zagnieżdżam się,kładę na wznak, rozpościerając ręce. Rozlużniam i uwrażliwiam na piękno. Powoli błądzę wzrokiem. Dostrzegam cudo, dzieło sztuki. Patrzy na mnie lazuroszafirowy kwiat, z szeroko rozpostartymi płatkami. Nie jest łatwo dostępny i widoczny dla ogółu. Jest tylko jeden!.
-Zauważyłeś, że to pierwszy jaki zakwitł na tej Skale?
-Tak, masz szczęście, ale nie wiem jak się nazywa.
Wyciągam aparat i robię fotkę. Jaka szkoda, że tylko amatorską. Muszę koniecznie dowiedzieć się co to za kwiat.
Ociągam się, ale w końcu schodzimy do Doliny Strążyskiej. Po drodze ludzie , idący w przeciwnym kierunku niż my, ostrzegają: niedżwiedzica z małymi. Pilot nie wykazuje obawy, więc ja też nie. Na szlaku ani śladu misiowej rodziny. Dopiero w Dolinie , nieco za bufetem, po prawej stronie łąki,w dali , na skraju lasu dostrzegam baraszkującego malucha.Ustawiam aparat i nic. Schował się.Za chwilę pokazała sie mała , brunatna kuleczka. Tylnie łapy nie nadążają za przednimi, zwierzę robi wrażenie niepewnego w ruchu, jakby zaraz miało się przewrócić. Jest bardzo beztroskie.Są! Mama i mały . Mam ich. Niestety robię słabą fotografię.
-Jesteś zadowolona z dzisiejszego dnia?.
-Bardzo.
-Co powiesz na wspólną kolację?
-Zgoda.
Wchodzimy do "Redykołki". Pilot podaje mi przewodnik "Kwiaty Tatr". Otwieram zaznaczoną 156 stronę.Czytam:"Gentiana verna - goryczka wiosenna, rośnie w Tatrach od podnóży po piętro halne.Gatunek prawnie chroniony.Może ponownie zakwitnąć we wrześniu".
Na tej samej stronie odczytuję wpis :" Niezliczonych skarbów....Pilot."
Górale zaczynają swoje granie.
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Izabela
"Morskie Oko
piękna pocztówka"


Morskie Oko, 3 maja, godz. 7 rano.

Postanawiam zobaczyć jak wygląda o tej porze roku najpiękniejsze jezioro w Tatrach. Busem dojezdżam do Palenicy Białczańskiej. Na szlaku prawie pusto. Jest bardzo ciepło .Niebo bez chmurki, intensywnie błękitne, wręcz kiczowate .Skupiam się na krajobrazie, ale droga coraz bardziej mnie nuży. Widać pozostałości po lawinie. Przybywa też turystów różnej maści. Wszyscy mnie wyprzedzają: piękne lale w pełnym makijażu i miejskich bucikach, małżeństwa z dziećmi,grupki "orłów tatrzańskich"przygotowanych do wędrówek górskich jak się patrzy, pokonujących tranzytem szlak na obrane szczyty.Gdy mijają mnie dziarscy staruszkowie, mobilizuję się, i wreszcie docieram do celu .Siadam przed schroniskiem . Wydaje mi się , że spoglądam na znaną, piękną, kolorową pocztówkę. Pocztówkę, do której wnętrza mogę tym razem wejść, i poczuć zmysłami kontrasty. Na jeziorze jeszcze lód, chociaż wszechobecne słońce bezlitośnie rani śnieg, i biała krew spływa z gór strumieniami. Podchodzę na brzeg jeziora. Szczyty pokryte białymi czapami. Tylko Mnich jawi się w habicie niczym nieprzyprószony .Idę wokół jeziora zatapiając rozgrzane buciory do kostek .Czuję przyjemny chłód .Pod śniegiem płynie wartka woda. Widać ją przez głębokie ślady dziur. Wokół żywej duszy. Ale nie jest spokojnie: wszystko drga i wrze, skrzy się, mieni,przelewa i szumi. Jestem świadkiem przełomu. To robi wrażenie, dla mnie to nowe doznanie. Rozglądam się ....chwila nieuwagi ...i ... zapadam się w śnieg po pas !! . Odruchowo wkładam ręce do kieszeni spodni , wyciągam z nich aparat fotograficzny i telefon. Unoszę ręce do góry i stoję bez ruchu. Co robię?. Ugrzęzłam i ratuję klamoty?. Zaczynam się śmiać.Wrzucam rzeczy do plecaka, ale przy tym ruchu czuję, że się trochę zapadam. Chcąc uchwycić gałąż muszę położyć się na śniegu .Wydostaję się. Mijam siklawicę. Jeszcze kilka kroków i siadam na gorących kamieniach. Po przeciwnej stronie mam widok na schronisko .Odpoczywam. Czuję dziwny niepokój .Nie chcę analizować tego co się zdarzyło, bo tak naprawdę nic się nie zdarzyło. Patrzę na staw, zajmując myśli : "nazwa Morskie Oko dotyczyła kiedyś wielu jezior w Tatrach, wierzono bowiem, że jeziora tatrzańskie mają podziemne połączenia z morzem.,dziś nazwą tą określa się najsłynniejszy staw...."
- Kąpała się pani w jeziorze? Przede mną stoi dwóch turystów.
- Prawie, odpowiadam. Śmiejemy się. Fotografują siebie nawzajem .Może zrobić wam wspólne zdjęcie? Biorę podany aparat, czuję, że lekko drżą mi ręce. Emocje jeszcze nie opadły?. Resztę drogi pokonuję, topiąc buciory płyciej lub głębiej w czymś co przypomina mi lodowy sorbet .Chwilę zatrzymuję się przed kapliczką szczęśliwych powrotów . Zauważam pod nią trzy czerwone wygasłe znicze .Docieram do schroniska. Istne oblężenie! Gigantyczny piknik! .Jak można dobrze czuć się w czymś takim? Widać można.....
Mam ochotę na małą wódkę, ale wstydzę się o nią zapytać i zamówić. Zadawalam się więc piwem. Pośpiesznie opuszczam ten zgiełk.
Po godzinie marszu zaczyna grzmieć, wiać, ciemnieć, ochładzać się .Chwilę póżniej idę w potwornej ulewie Nie mogę uwierzyć: nagle " wypadłam " z pięknej pocztówki.
Moje buty zdały test w terenie. Kurtka również. Telefon został niegrożnie uszkodzony. Przy upadku przesunęła się karta.....Przypominają mi się słowa ulubionej piosenki: "... jeżeli już jesteśmy tu, przez tę jedyną chwilę,czy nie umiemy pojąć że, dano nam aż tyle...."

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

MiG
"Tatrzańska jednodniówka"
maj 2005r

SOB 14.V.2005
vol. 1

Przyjeżdżam do Zakopca w sobotę rano, tradycyjnie nocnym pociągiem, potem PKS do Kuźnic i już prawie jestem w TPN... Ale trzeba jeszcze kupić bilecik :) - i tu zderzenie z urzędniczą machiną. Dyrektor TPN wydał jakieś rozporządzenie (czy ustawa przewidywała akty wykonawcze :?), że trzeba mieć bilet na każdy dzień pobytu w TPN, nawet jak się cały czas siedzi w schroniskach i nie wychodzi poza obręb parku. No to pani z budki chce mi koniecznie wcisnąć bilet na dwa dni, bo przecież niemożliwe, że ja przyjechałem tylko na jeden... Już prawie chciałem pójść bez biletu (bo ile można stać i dyskutować przy tej budzie!?) kiedy wreszcie spasowała mrucząc tylko pod nosem "No tak, jeszcze nie dorośliśmy do uczciwości". Kolejny raz TPN porządnie mnie wnerwia (patrz poprzednia relacja).
No, ale wreszcie wędruję Jaworzynką, która w wiosennych barwach wygląda bardzo urokliwie. Cisza, spokój, słoneczko pięknie świeci, maszeruję powoli, napawając się pierwszymi widokami. W okolicach Przełęczy między Kopami spotykam pierwszych ludzi, ciągnących do Murowańca. W schronisku jestem ok. 9.30 - ruch jeszcze nieduży, więc w spokoju można zjeść śniadanko. Po godz. 10 wychodzę w trasę. Powyżej schroniska leży sporo śniegu - tutaj jeszcze króluje zima. Nad Czarnym Stawem Gąsienicowym jest już parę osób, ktoś wspina się żlebem na Karb, widać także sylwetki okrążające Staw w drodze na Zawrat. Krótki postój, parę fotek i nadejście szkolnej wycieczki mobilizuje mnie do dalszego marszu. Kierunek - Kozia Przełęcz. Trasa naokoło CSG (później dostrzegam, że aż do samego Zawratu) przedeptana. Idzie się dość dobrze, wierzchnia miękka warstwa śniegu zapewnia stabilne oparcie dla butów i bez problemu można pokonywać wysokość. Na razie raki nie są konieczne. Mijam kompletnie zasypany szlak na Granaty i dochodzę do rozgałęzienia szlaku do Koziej Dolinki. Tutaj wiodą już tylko pojedyńcze ślady, ale dobre i to, odpada mi przynajmniej przecieranie drogi. Zimowe podejście na Kozią Przełęcz zaczyna się w środku Koziej Dolinki, w miejscu rozejścia szlaku zielonego i czarnego, tutaj śnieg jest już trochę głębszy, ale przynajmniej jest w co wbić czekan :) W górze dostrzegam poprzednika, który toruje przejście i ruszam za nim. Idziemy po lekkim grzbiecie, na zachód od żlebu opadającego wprost z przełęczy. Śnieg stabilny, więc droga jest dość prosta, tylko tuż przed samą przełęczą trzeba przekroczyć ciekawie wyglądające zaspy/nawisy. W tym miejscu prawie doganiam gościa, który przecierał szlak (po drodze jeszcza zakładał raki). Na Kozią wychodzę ok. 13.00, akurat, żeby zobaczyć jak on wspina się po sławnej drabince na OP w drodze na Zamarłą i Mały Kozi. W tym momencie zakładam raki i próbuję podejść do drabinki, co polega głównie na wiszeniu na łańcuchach i wciąganiu się po nich. Po chwili rezygnuję z dotarcia na Zawrat tą drogą (tiaaa, samotne przejście w połączeniu z niezbyt dużym doświadczeniem w poruszaniu się po takim śnieżno-lodowo-skalnym terenie - to chyba nie byłoby rozsądne). W tym czasie na przełęcz dociera para, wyposażona tylko w dwa kijki teleskopowe - jak widać tak też można. (Hmmm, tylko gorzej z zejściem.) Chwilę gadamy i odpoczywamy, jest też czas na parę fotek. Kozia Przełęcz wygląda naprawdę rewelacyjnie - mało miejsca (ze 2x4 m), wokół wysokie, nieprzyjazne ściany, wąski widok w dwóch kierunkach i dwa strome zejścia w dół.
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

vol. 2
Czas się wreszcie ruszyć z tej przełęczy: dwójka spotkanych turystów wraca po swoich śladach, ja natomiast udaję się w stronę Dolinki Pustej. Nie powiem, że bez obaw, bo w żlebie jest trochę stromo, ale co tam - raz kozie śmierć :) W prawej ręce czekan, w lewej kijek teleskopowy do łapania równowagi i... przejście pierwszych 10 metrów zajmuje mi z 10 minut. Dopiero potem łapię właściwą technikę zsuwania się w dół :) Może zamiast opisu zanotuję kilka spostrzeżeń:
- czekan wbity w śnieg całym styliskiem bez problemu zatrzymuje zsuwającego się człowieka,
- dziury/szczeliny w śniegu nie są przyjemne, ale także nie są groźne,
- spadający z góry ze skał lód może przyprawić o palpitację serca,
- nie da się stać w miejscu - jak się na chwilę (kilkanaście sekund) zatrzymać, to wydawałoby się że ubity pod butem śnieg zaczyna się obsuwać.
Wreszcie po dojściu do wylotu Dolinki Pustej udaję się w stronę schroniska, idąc u podnóża stoków Koziego Wierchu. W 5-stawiańskim schronie jestem ok. 14.45. Zdziwienie budzi bardzo mała ilość turystów - w jadalni siedzi nie więcej niż 10 osób. Nareszcie mogę odpocząć i zjeść coś konkretnego (bigosik za 8.50 :) ), jest też czas na zastanowienie się co począć z drugą połową tak pięknie rozpoczętego dnia. Z pobieżnych wyliczeń wynika, że dałoby radę wrócić na Halę Gąsienicową... dla odmiany przez Zawrat. W sumie czasu jest dużo, dzień długi, pogoda ładna, czemu nie spróbować? Podczas przejścia przez Dolinę 5 Stawów spotykam sporo osób, które właśnie z Zawratu schodzą - część z nich poznaję, bo widzieliśmy się w Murowańcu lub przy CSG. Mój kierunek marszu budzi pewne zdziwienie... W pewnym momencie słychać potężny huk, czyżby burza? Nie, grzmot zbyt długo trwa - to w kotle Morskiego Oka musiała zejść jakaś lawina (chyba całkiem spora).
Na Zawracie jestem przed 17.00 - wieje niemiłosiernie, więc dłuższy odpoczynek nie ma sensu. Niestety, zejście nie jest takie proste jak myślałem - paru narciarzy zjeżdzało tego dnia i zdarli całą wierzchnią warstwę śniegu, więc jest raczej ślisko. Znowu zabawa z czekanem i kijkiem... Dopiero w dolnej części, tam gdzie zsunął się cały ten śnieg (wygląda jak nieduże lawinisko), idzie się bardzo przyjemnie. Spotykam jeszcze dwójkę turystów drapiących sie na górę (a miałem nadzieję, że będę ostatnim tego dnia na przełęczy). Co więcej zamierzają się tam rozbić! i pytają czy znajdzie się trochę miejsca (czyżby nie byli tam wcześniej?). Ja muszę przyspieszyć kroku, bo czas zaczyna naglić. Jeszcze tylko pozwalam sobie wpaść na 15 minut do Murowańca. Napis na kapslu soku z Tymbarku głosi: "Da się zrobić!" jakby podsumowując moją trasę :) Schodząc do Kuźnic co chwila oglądam się za siebie, żeby napatrzeć się na góry do syta. Przy budce z biletami jestem niemal dokładnie po 12 h od momentu wejścia do TPN. No, ale jak się przyjeżdża w Tatry na 1 dzień to trzeba wykorzystać ten czas do maksimum.
Oczywiście o tej porze (ok. godz. 20) z Kuźnic na dół już nic nie jedzie. Miejscowa gaździna mówi, że pomimo sztywnych rozkładów, busy i tak jeżdżą jak im się podoba. Tak więc "na deser" mam jeszcze kilka km marszu na dworzec, gdzie docieram dosłownie na 5 min. przed odjazdem pociągu.

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Izabela
...gdy w Tatrach pada...

Krupówki w deszczu.

6 maja godz.11.00

Gór właściwie nie widać. Rozmyły się w deszczu. To nawet nie jest deszcz , tylko ściana deszczu.Kontury domów spowiły szarości i rozmazany błękit.
Wchodzę do Antraktu. To kawiarnia z zapachem świeżej kawy, brzmieniem bluesa, jazzu, i innej muzyki, której nazwać nie potrafię.
Wpadam tu, w takie dni jak dzisiaj , czyli już któryś kolejny. Witam się z barmanem jak ze znajomym. Odpowiada mi tego rodzaju swojskość, pozbawiona jednocześnie jakiejkolwiek zażyłości. Siadam w niszy przy ulubionym stoliku. Dostaję białą, gorącą kawę. Obejmuję dłońmi filiżankę, czuję jak oddaje mi swoje ciepło. Patrzę w okno. Krupówki są puste i mokną. Przychodzi mi na myśl: " tylko koni żal ". Zaprzężone do bryczek, okryte derkami, stoją w ulewie cierpliwe, ze spuszczonymi łbami.
Nie ma też górala z małą owcą. Góral przypomina mi bardziej indianina niż górala. Owca ciężko pracuje: jest statystką do zdjęć z turystami, i przechodzi w ciągu dnia do wielu rąk. Jak uda jej się sięgnąć ziemi, zaraz szusuje do worka z sianem. Góral nie daje jej wytychnienia. Co rusz odrywa ją od paszy, unosi na ręce, i zachęca ludzi do zdjęć. Wczoraj pstryknęłam tej parze dwie fotki. Góral chciał, żebym mu za to zapłaciła. Odpowiadam : to niech góral mnie zapłaci, kto kogo fotografuje z owcą?.
Nie ma też psa wilczura, godzinami śmiernie siedzącego na kawałku koca, wsród morza przechodniów. Przed psem umieszczono tabliczkę: " zbieram na kiełbaskę albo dwie ". Wzdrygam się widząc tego rodzaju turystyczne "atrakcje".
Otwieram zabraną ze sobą książkę: " Zakopane. Przewodnik Historyczny" Maciej Pinkwart (-). Kupiłam ją tuż po przyjeżdzie na straganie z " tanią książką ", chociaż ta akurat tania nie była. Pozycja warta polecenia tym, których taka tematyka ciekawi. Ładnie wydana.
Kawiarnia powoli się zapełnia. Stolik obok zajmuje grupa młodych ludzi : dwóch chłopców i dziewczyna. Z urywków rozmowy, która do mnie dociera wnioskuję, że dwa dni temu realizowali ambitne plany. Padają nazwy szczytów i miejsc z nimi związanych. Dziewczyna ma ciemne włosy, upięte w "coś" na głowie. Prawie stale się uśmiecha, ukazując ładne zęby.Za każdym razem gdy na nią spojrzę, jej twarz mnie intryguje.
Wychodzę. Kilka kroków w prawo i wbiegam do Muzeum Tatrzańskiego. Pani już drugi raz pozwala mi wejść bez biletu. Mogę także w jej kantorku zostawić ociekający wodą , użyczony od gażdziny parasol. Pani już wie ,że powracam tu w dwa miejsca: do plastycznej mapy Tatr , na piętro i obrazków malowanych na szkle, na parter. Zawsze w tej wlaśnie kolejności. W sali z mapą, tuż przy ścianie z oknem, stoi wygodna ławka. Przeczekuję na niej nadciągające co jakiś czas grupki młodzieży, okupujące gablotę. Po ich inwazji pozostaje kiladziesiąt odcisków linni papilarnych,które kłócą się z zamieszczoną tam tabliczką :"nie dotykać szyby palcami".
Mapa, za każdym razem bardzo mnie wciąga.... identyfikuję się ze słowami piosenki kapeli im. Bartusia Obrochty, której płytę kupiłam:
"Hej Krywaniu, Krywaniu Wysoki.
Lecą, płyną nad tobą obłoki.
Tak sie tocy moja myśl jak one.
Myśli, moje myśli niespełnione".
Zbiegam po schodach. Jutro jestem zaproszona do rodziny góralskiej . Teraz wracam na kwaterę. Jestem już spóżniona. Wiatr niezmordowanie mocuje się z moim parasolem. Na Krupówki " z nieba nadal płyną łzy, żeby Bogu było lżej".

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Janek
Murowaniec-Rysy-Murowaniec...
..."zabawa" na 13 godzin


wspomnienia sprzed lat

Był piękny sierpniowy wieczór, siedzieliśmy pod Murowańcem i rozmawialiśmy. O czym się na ogół wtedy rozmawia w górach? Zupełnie tak samo jak w Anglii – czyli o pogodzie. Zdania są podzielone, jedni, że utrzyma, drudzy wybrzydzają, że grań zbyt ostro zarysowana i gwiazd od cholery a więc pompa murowana. Robi się chłodno więc przenosimy się do „kapliczki” (to ta wydzielona część jadalni – pan Ryszard Drągowski łaskawie dawał klucz „schroniskowej arystokracji”). Zbiorowe wycieczki marki „PTTK – wczasy wędrowne” już poszły spać, poza nami tylko dwa stoliki jeszcze zajęte, cztery pary starszych ludzi jak co wieczór rżnie w brydża. Przedpołudniem włóczą się po hali, żadnych wysokości, ale wiem, że to starzy „kosynierzy”, jeszcze z przed pierwszej wojny światowej i robili drogi, o których nawet nie mogę marzyć. Wciąż są jednak tu w Tatrach „obecni” i tylko to się liczy. Ocena kogokolwiek na podstawie skali trudności i czasu potrzebnego na przejście jest bez sensu – to nie stadion lekkoatletyczny, na którym stoi sędzia z stoperem i taśmą. Gwoli ścisłości – wtedy jeszcze tego nie wiedziałem tak dokładnie.
No i siedzimy w tej kapliczce. Jakiś bliżej nie znany mi facet, śpi jednak o dwie prycze dalej w „trumnie” więc musi być ze „swoich”, zaczyna narzekać, że jakoś ma pecha do Rysów i nigdy na nich nie był. Bo to trudności z noclegiem w Moku a jak już i to pokonane to pogoda się urywa itd. Strzela mi do głowy idiotyczny pomysł i mówię – „to idź stąd, z Murowańca, masz jeszcze rezerwację na cały tydzień, jeden „dobry” dzień powinien się trafić”. „Przestań się wygłupiać, to za daleko”, mówi jeden z kolegów. To świetny taternik ale „specjalista” od krótkich ale ekstremalnych (jak na tamte czasy) dróg, więc jego zdanie nie jest dla mnie miarodajne. Następne głosy są podobne. Coś mnie siekło, pewnie chwilowy napad idiotyzmu, i mówię – „Niemożliwe? Dobrze, sprawdzimy, jutro rano wychodzę” i od razu przychodzi mi na myśl, że to niemożliwe i prawie się zaczynam modlić aby urwało pogodę i lało przez najbliższe trzy dni bo potem muszę wracać bo urlop się kończy a z moim szefem nie ma żartów. Zakład jednak zostaje zawarty. „Idziesz ze mną” – pytam tego pechowca od Rysów, bąka coś niewyraźnie, że może...
Pogoda jednak nie urywa i rano jest prześlicznie. Na domiar złego zaspałem i zamiast wyjść o 6-ej tak jak planowałem wychodzę dopiero o 7-ej. Ten skurczybyk, który winien jest całej „aferze” śpi dalej, z takimi tak zawsze, nawet nie chce się obudzić. Dyżurny GOPR-owiec, który był świadkiem zakładu mówi mi, że chyba będzie dość ciepło i mogę właśnie od tego dostać w tyłek, dorzuca – zastanów się jak będziesz już w Moku.
Bagaż dobrałem starannie – sweter – moja duma, bo „zachodni” i niewiele ważący, pelerynka z igelitu, latarka, zapasowe baterie, jakieś 20 dkg kostek cukru (przydałaby się tabliczka czekolady, ale akurat w tamtym roku ich do sklepów nie „rzucano”). Horolezka jest prawie pusta, ergo lekka i o to właśnie chodzi. Noszenie ciężkiego plecaka, w dodatku o konstrukcji takiej jak w tamtych czasach bywało, traktowałem zawsze jako karę za grzechy, których w dodatku nie popełniłem i migam się od tego jak tylko mogę.(...)
Wychodzę, trochę głodny, zaledwie jakiś kawałek chleba z oscypkiem (kiełbasy też wtedy nie „rzucano” do sklepów). Mógłbym co prawda ugotować sobie owsiankę za która naprawdę przepadam, ale jestem pod czasem a w dodatku mam nieodparty wstręt do gotowania na kocherze – okropne urządzenie ale brak lepszych – też nie rzucali do sklepów. Tak nawiasem – te braki zaopatrzeniowe, zarówno w branży spożywczej jak i sprzętu górskiego znakomicie potaniały koszty uprawiania „tatrzańskiej pasji”.
Idę, zastanawiając się – Kozia czy Zawrat – wybieram w końcu Zawrat, jakoś nie lubię Koziej, sam nie wiem dlaczego. Przy Zmarzłym już siedzi stara góralka z kwaśnym mlekiem i samowarem. Patrzę na zegarek i robię sobie przerwę – napiję się herbaty (cosik była tłusta ta herbata ale co tam – w górach nie zwraca się uwagi na takie drobiazgi). Zawrat – znajome chłopaki już „siedzą” na Zawratowej od Matki Boskiej. Są jakieś 20 metrów wyżej. Przez chwilę rozmawiamy, pytają się gdzie idę. Odpowiadam, że na Rysy. W odpowiedzi – „Q***, wariat”. A wy „meblarze” odpowiadam z godnością (to aluzja do „ławeczek” – nigdy nie miałem przekonania do wspinaczki z „pomocami naukowymi”). Pytają czy zakład, inteligentni chłopcy, odpowiadam, że tak. „A to co innego” odpowiadają i dodają, że już myśleli, że mi się „pogorszyło”. Pięć Stawów – nie umiem sobie odmówić szarlotki. Całe szczęście, że nie ma kolejki. Pani Maria Krzeptowska zagaduje gdzie idę i dlaczego mi się tak śpieszy. Odpowiadam, że na Rysy. Znowu komentarz na temat mojej sprawności umysłowej, ale dodaje trzeci kawałek szarlotki i nawet nie chce wziąć pieniędzy. Idę dalej, żadnych tam skrótów na górze, ma być „sportowo”, fair play. Morskie Oko – jestem już trochę zmęczony. Złośliwy diabełek, który się ujawnił w mojej łepetynie – podpowiada – „daj sobie spokój, wypij piwko, właśnie przyjechał autobus z całą kupą ładnych panienek, poderwij jedną i idź w kosóweczki, potem obiadek i powolutko wrócisz sobie na Halę i obwieścisz sukces, kto o tym będzie wiedział”. Apage satanas - krzyczę w myśli i prawie biegnę w kierunku Czarnego Stawu aby być możliwie szybko jak najdalej od tego siedliska pokus wszelakich. Czarny Staw, trochę oddechu na płaskim. Po chwili znowu niestety w górę. Jest gorąco jak gdzieś nad Morzem Śródziemnym. Mam ochotę zdjąć koszulę ale rozsądek zwycięża, nie mam odpowiedniej skóry na takie zabawy. Zdaję sobie sprawę, że idę już trochę jak automat – słynna „poznańska schnell-zapierdalanka” (to taki termin ukuty przez jednego z znanych poznańskich alpinistów z ówczesnej górnej półki). Poznaniacy być może nie odznaczają się specjalną fantazją ale to twarde chłopaki, którzy potrafią nawet dorównać w takich zabawach chłopakom z Podhala (no może jednak trochę są gorsi).
Kryzys przychodzi już niedaleko szczytu. Zaczynają mi przed oczyma latać czarne plamy, w dodatku zaczynam się bać – wstyd, przecież to q****** łatwa ścieżka. Ostanie metry, ku zabawie gawiedzi na szczycie idę prawie na czworakach. Mam szczęście – na szczycie zastaję znajomego przewodnika o znanym nazwisku. Wyjaśniam o co chodzi i proszę o potwierdzenie na kartce, że tu jestem i o której godzinie. Jest wyraźnie rozbawiony i znowu słyszę coś o idiotach, których się powinno przymusowo leczyć. Wystawia jednak zaświadczenie a potem częstuję herbatą z termosa. „Powinneś mieć termos” – mówi surowo. „Jeszcze czego – odpowiadam – to dodatkowy kilogram z kawałkiem”. Pyta wobec tego o latarkę – rumienię się i pokazuję, że mam – obaj wiemy o co chodzi – kiedyś mnie „uratował” w trudnej sytuacji, wynikłej z braku tego urządzenia.
Z drogi powrotnej jakoś nie mam żadnych wspomnień poza monotonnym odgłosem butów na ścieżce (tak nawiasem te buty to były tzw. Pionierki, ówczesny hit polskiego przemysłu obuwniczego – z odwiedzających to forum to chyba jeden Włóczęga wie co to był za „znakomity obuw” :D. To w górę, to znowu w dół, wreszcie znowu Zawrat. Jak to miło – na łańcuszkach przynajmniej jest trochę inaczej. Nad Czarnym Stawem czeka na mnie kilku kolegów, w dodatku z kawą w termosie. Chłopaki jednak potrafią być czasami mili. Pokazuję im kartkę z „zaświadczeniem”. Śmieją się i mówią, że to niepotrzebne bo wystarczy na mnie spojrzeć. Jest też i „sprawca afery”. Pyta się jak było? Staram się możliwie ładnie uśmiechnąć i ... „pocałuj mnie w d*** z swoimi pytaniami, trzeba było iść ze mną. Murowaniec – jest dokładnie godzina 20 – „zabawa” trwała równe 13 godzin.

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Uszba
trochę inna relacja

Drodzy Forumowicze, witam Was serdecznie po dlugiej przerwie spowodowanej, jak wiecie, pobytem w najpiekniejszych gorach swiata.
I co ja mam Wam napisac? no co?
Ze mi serce peka bo juz sie skonczylo? Ze gory odslonily nam cala game swych mozliwosci? Ze wedrowalysmy w sniegu, deszczu, halnym i pod blekitem tatrzanskiego nieba? Ze plany nasze zrealizowalysmy prawie tak, jak chcialysmy? Prawie, no bo jesli budzisz sie w Murowancu rano, i pierwsze co robisz to patrzysz przez okno, a tam Swieta Bozego Narodzenia? I sciana gesto sypiacego sniegu? No to Maly Kozi odpada, bo po co? Tylko zeby sobie udowodnic albo powiedziec innym - bylam tam, bez wzgledu na wszystko? Ze to nie my ploszylysmy niedzwiedzie a one nas, swymi wielkimi sladami na sniegu? Ze Starorobocianski podczas halnego to naprawde trudna gora? I ze na tatrzanski deszcz nie wymyslono jeszcze odpowiedniego goretexu? Ze kijki i czekan to potrzebny sprzet, nawet jesli idzie sie na Wolowca? Ze jak dwa kundle urwane z lancucha ucieklysmy w te gory i wygrzewalysmy sie na Kopiencu i pluskaly w olczyskim strumieniu? Ze ludzi tak malo ze az czasami chcialoby sie kogos spotkac i chociaz dzien dobry powiedziec?
I ze siedzac o zachodzie slonca na Nizniej Kominarskiej w Dolinie Lejowej, pod rozpadajacym sie dachem bacowki, chcialysmy tam zostac na zawsze? Ze nieskazitelnosc gor obezwladnia nawet tak doswiadczone wiedzmy jak my i na nic nasze nieczyste sily. Chcac nie chcac, nasze dusze staja sie przejrzyste jak gorski potok.
I ze nasza zaprzyjazniona goralska rodzina wsiadla w samolot i odleciala do Ameryki a zwykle tetniaca zyciem zagroda straszy teraz pustkami?

Ach, drodzy Forumowicze, co ja Wam mam pisac, chyba jakas chandra mnie napadla. Ide rozpakowac plecak.

Z taternickim pozdrowieniem
uszba

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

pelikan
"survival" na Triglavie

Byłem tam jakieś 5 lat temu wstecz po trosze przypadkiem. Dla mnie od tego miejsca zaczęło się "świadome" chodzenie po górach.

Byliśmy wtedy na obozie "surwiwalowym" (sory za to określenie ale innego nie znajduję). Przemirzaliśmy sobie Słowenię i Chorwację jedząc śledzie z puszki a co pewien czas organizatorzy zapewniali atrakcje typu kanioning lub rafting po Soczy. Gdy byliśmy w Bledzie (fantastyczne miejsce z klasztorem na wyspie) nasz spec od sportów ekstremalnych zapytał kto chce iść na Triglav. Oczywiście nikt nie miał pojęcia co to za góra, wogóle nikt z nas nie był jeszcze w Alpach. Kierownik powiedział że idzie się dwa dni ale każdy z nas jest w stanie fizycznie tam dojść jeśli będize chciał. Tak więc połowa wesołej wycieczki została by pławić się w ciepłym bledzkim jeziorku a reszta postanwiła zakosztować pierwszej w życiu wyprawy w Prawdziwe Góry.

Oczywiście większośc z nas nie miala odpwiedniego sprzętu, ja pocinałem w bytkach typu vans! Zabraliśmy namioty, chleby turystyczne przywiezione jescze z Polski (przez 2 tygodnie je jedliśmy!), butle gazową, zupki, dżemiki, czeko, wodę i w drogę.

Niestety nie pamiętam którędy szliśmy, przypominam sobie tylko jakieś stawy na początku drogi, które same w sobie stanowiły dla wielu cel wędrówki.

Szliśmy cały długi dzień, na końcu to juz chyba tylko siłą woli. Skończyła nam się woda więc nasz spec-kirownik powiedział żeby nabrać wody ze stawów po drodze. Pływały w niej jakieś małe czerwone żyjątka ale na szczęście okazały się jadalne (pitne raczej). Po drodze widzieliśmy też jednego muflona (czy jak mu tam). Ogólnie krajobraz był jakby księżycowy, nic oprucz skał i pojedynczych płatów śniegu.

Pod wieczór rozbiliśmy obóz nieopodal jakiegoś schroniska. Szefo wycieczki powidział że nocleg w schronisku wyjdzie nam za drogo!!! Wtedy przekonałem się jak trudne jest rozbicie namiotu gdy nie ma w co wbić śledzia. Zbawienne okazały się duże kamienie do których wiązaliśmy sznurki. Po jednej porcji zupki chińskiej z tym czerwonym badziewiem zasneliśmy jak baranki.

O świcie pobudka i start na szczyt. W pewnym miejscu nie daleko szczytu jest przejście po szczebelkach przez pionową ścianę. W tym miejscu jedna z koleżanek powiedzała "pas dalej nie idę". Już miałem tam z nią zostać ale po 5 min przełamała się i gonimy resztę. Potem kolejna nieprzyjemna niespodzianka: spadające kamienie. W pewnym miejscu zobaczyłem jak spada w dół kamień wielkosci pieści po czym odbija się prostopadle i mija nas w odległości metra. W tej chwili zadrżały mi nogi. ufff
Potem często mijaliśmy ludzi w kaskach i czesto słyszeliśmy okrzyki "uwaga" różnych językach.

Pogoda była pocztówkowa. W końcu udało się wdrapać na szczyt. Co to był za widok. Pewnie wielu z forumowiczów bywało znacznie wyżej ale dla mnie to było (do dziś jest) nawyższe górskie uniesinie. Z góry widać było już Włochy. Siedziałem patrząc na to wszystko oniemiały jakby w szoku. Wtedy wiedziłem już, że będe chodził po górach.

Przy zejściu kolejna niespodzianka. Przez moment myslałem, że mam jakieś przewidzenia ale nie: Pod nami chmura, mój cień na niej otoczony tęczą - zjawisko Halo!!! Kurcze po raz drugi poczułem się dziwnie. Jakbym czuł bliskość Czegoś Wielkiego, czego nierozumiem, co pociąga.

Zejście było inną szybszą drogą. Schodząc mieliśmy nadzieję że druga część wycieczki która została w Bledzie przywita nas obiadem. Około 18 zeszliśmy wygłodniali, ledwo żywi, spaleni słońcem ale troszke też inni.

PS. Oczywiście zamist obiadu czekały na nas konserwy. :D :x :D

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

ryb-ka
"Góry Kamienne są piękne..."

W niedzielę obudził mnie o 7 rano „zew gór” :D
Zew na tyle silny, że już po 2 godzinach siedziałam w pociągu do Jeleniej Góry obłożona mapami i planowałam trasę wędrówki. Miała być leśnymi ścieżkami ( trochę cienia w 34 stopniowym upale), niezbyt uczęszczana, no i żeby na parę górek przy okazji się wdrapać.
Wysiadłam w Boguszowie Gorcach o 11:30. Trochę późno na rozpoczynanie wędrówki, ale lepiej późno….
Żar lał się z nieba, ale na szczęście szlak szybko skręcił w stronę las, niezbyt ostro, ale ciągle w górę. Las piękny: wysokie świerki, igliwie pod nogami a przy ścieżce mnóstwo paproci. No i pusto. Dopiero na Dzikowcu spotykam dwoje turystów – przyszli specjalnie żeby pofotografować piękną panoramę. Chwila kontemplacji i ruszam dalej krętą ścieżką poprzez las zielony…
Znaki szlaku świeżo odmalowane, ale ścieżka prawie zarośnięta – trasa chyba niebyt popularna. Schodzę w dół do Unisławia Śląskiego, żeby zaraz ruszyć znowu ostro w górę. Kolejny szczyt na trasie - Stożek Wielki. Po mozolnej wspinaczce miła niespodzianka na górze, czyli platforma widokowa. Okolica jest naprawdę piękna: zalesione góry, zielone pagórki, wijące się wśród nich miejscowości, nawet Wałbrzych z oddali wygląda całkiem znośnie.
Na szczycie tradycyjnie turyści – całe rodzinki smażą kiełbaski na ognisku.
A w oddali słychać nadciągającą burzę.
Znowu w dół – do Sokołowska. Tu spotykam kolejnych turystów - tym razem to rowerzyści, którzy ambitnie planują wjechać na Stożek. Życzę im powodzenia, ale sama nie chciałabym chyba wpychać roweru na górę 
A przede mną najwyższy szczyt Gór Kamiennych – Waligóra. Niestety dogania mnie burza. Chowam się pod wiatą na przerwę regeneracyjną, ale deszcz chyba nie zamierza szybko przestać padać. Kurtka na grzbiet i ruszam dalej. Wybieram trochę okrężną trasę przez ruiny zamku Radosno. Niestety leje strasznie więc oględziny ruin zostawiam na jakiś następny raz.
Na Waligórze już po deszczu. I znowu szczyt=turyści ( tym razem troje). Widoki niespecjalne, coś tam tylko prześwituje pomiędy drzewami, więc po chwili zaczynam schodzić w stronę Andrzejówki. Zabójczo stromy stok po ulewie nie jest dla mnie zbyt przyjazny – zaliczam parę niekontrolowanych zjazdów po błocie. Zmęczona i brudna docieram do schroniska. Jest 17.
Zasłużony odpoczynek, popas i szklanica łaciatego ;)
Można by jeszcze na Borową, Kozioł, Wołowiec, ale decyduję się na powrót wcześniejszym pociągiem więc przede mną jeszcze prawie 2 godzuny wędrówki do Wałbrzycha.

Szybka poranna decyzja i bardzo udana wyprawa.
Góry Kamienne są piękne. Może niezbyt wysokie, bez zapierających dech widoków, ale spokojne, zielone no i zmęczyć się w nich też można – polecam!

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

tomek.I
Grześ,Wołowiec,Kościelec
maj 05

26 maja
Trasa z Poznania do Zakopanego. Nie chce mi się już jeździć po nocach więc wyruszam o 5.00. Po drodze trochę radarów i procesji ale w końcu docieram do Zakopianki. W Poroninie odbijam w lewo na Bukowinę. Na Głodówce chwila postoju. Widok niezły ale niestety Tatry trochę zamglone. Potem już tylko szybko na kwaterę, buty na nogi i ruszam w stronę Gąsienicowej. Na Boczaniu przez moją nie uwagę gubię czapkę. Ale orientuje się dopiero na Upłazie i już nie chce mi się cofać. Myślę sobie. Zrobię mały test. Sprawdzę czy jak będę wracać to czapeczka będzie jeszcze leżała. Znam miejsce gdzie ją zgubiłem, bo tylko raz zdejmowałem plecak a czapka była zaczepiona przy pasku biodrowym. Wydawało mi się, że nikt jej nie powinien wziąć. Była już stara i zniszczona. Używałem ją w górach, na rowerze i w czasie biegania więc była już mocno odbarwiona przez pot. Tak więc nie przejmując się zbyt mocno zgubą ruszam dalej przez przełęcz do Doliny Gąsienicowej. Widok ze ścieżki prowadzącej na Halę Gąsienicową zawsze robił na mnie duże wrażenie. Chwila i jestem przy Murowańcu. Teraz wiadomo co. Tak jak każdy szanujący się turysta lub stonka, jak kto woli trzeba się przejść nad Czarny Staw. Podejście pod sam staw już w warunkach zimowych. Ale śniegu tylko kilkadziesiąt metrów więc z małymi poślizgami, ale daje radę. Ze stawu widoki już na prawdę zimowe. Ale patrzę na Kościelec. Na podejściu zero śniegu. Myślę sobie „może by tak wejść na Kościelec”. Ponieważ nie posiadam sprzętu zimowego biorę pod uwagę tylko nie ośnieżone szlaki. Jedyny problem to podejście na Karb. Na szlaku są spore łaty śniegu. Ale rozmawiałem trochę z ludźmi wracającymi z Kościelca i dowiedziałem się, że od strony Zielonego jest trochę śniegu ale bez sprzętu można też łatwo wejść. Decyzja zapada. Jutro albo po jutrze wchodzę na Kościelec. Gdy ostatni raz tam byłem szczyt był w chmurach i nie wiele z niego widziałem. Ponieważ robi się już szaro trzeba wracać do Zakopanego. Na Boczaniu rozczarowanie. Jednak ktoś połakomił się na tą starą czapeczkę bo w miejscu gdzie zdejmowałem plecak już jej nie znalazłem. Cóż chyba coś się jednak w górach zmienia. Niestety na gorsze.


27 maj
Plan na dzisiaj: Dolina Chochołowska i w zależności od warunków może Grześ czy Wołowiec.
Krótki spacer i jestem przy busach. Od kierowcy dowiaduje się, że w sezonie jeżdżą od 6.00 do 20.00 a z Palenicy to nawet do 22.00. Jak jest naprawdę, trzeba będzie pewnie zweryfikować. Chwila jazdy i jestem na Siwej Polanie. Rezygnuje z ciuchci i rowerów i ruszam w górę doliny po asfalcie. Muszę przyznać, że Dolina Chochołowska naprawdę mi się podoba. Droga nie jest najgorsza, ale jest jeden minus. Co chwilę wymijają mnie samochody. No tak.. Witów. Ruch większy niż na drodze do Morskiego Oka. W drodze powrotnej dochodzą jeszcze rowery i naprawdę trzeba uważać aby nie zginąć pod kołami. W końcu dochodzę do Polany Chochołowskiej. Widok bardo ładny. Zwłaszcza podoba mi się kolorystyczne połączenie zieleni traw z błękitem nieba. Z polany widać, że w górze nie ma już zbyt wiele śniegu więc decyduje się wejść na Grzesia, a może też na Rakoń i Wołowiec. Na polanie zobaczyłem jeszcze jedną ciekawą rzecz. Stoją tam zabytkowe szałasy z tabliczkami „obiekt prawnie chroniony”. Ale w jednym szałasie a w zasadzie pod wiatą stoi sobie w cieniu zaparkowane Punto. Widocznie Górale budując te szopy i szałasy musieli przewidzieć, że w przyszłości powstanie coś takiego jak Fiat Punto, bo wiata pasowała idealnie pod to auto. Cóż. Pewnie znowu Witów. Po minięciu szałasów jem śniadanko pod schroniskiem i ruszam w stronę Grzesia. Na szlaku już praktycznie lato nie licząc paru łat śnieżnych. Ja jestem też w stroju letnim. Krótkie spodenki, koszulka (termoaktywna – już nigdy więcej bawełnianych koszulek). Podejście mnie trochę męczy. Jeden dzień na aklimatyzację to dla mnie za mało. Ale w końcu jest.. Grześ. Widok ciekawy. Zwłaszcza na stronę słowacką. Wygląda to zupełnie jak Tatry Wysokie. Z Grzesia wygląda, że szlak na Rakoń i Wołowiec jest raczej bez śniegu więc ruszam dalej. Pod Rakoń podchodzę już w towarzystwie trzech zakonnic. Dwie starsze, jedna młodsza. Ta młodsza próbuje namówić siostry jeszcze na Wołowiec, ale widać, że one raczej nie maja ochoty. Faktycznie zostaną na Rakoniu a młodsza zakonnica wejdzie jeszcze na Wołowiec. Jestem na Rakoniu. Widok jeszcze lepszy niż z Grzesia. W dole Tatliakova Hata a w górze widok na Rohacze i Stawy Rohackie. Z Rakonia już nie daleko na Wołowiec. Półgodzinne podejście i jestem. I znowu widok z Wołowca jest jeszcze ciekawszy niż z Rakonia. Zwłaszcza na Rohacze i w stronę wschodnią z oddalonymi Tatrami Wysokimi. Po chwili spędzonej na szczycie czas na powrót. Chciałem zejść do Doliny Wyżniej Chochołowskiej, ale jest sporo śniegu a w górnej części dosyć stromo więc decyduje się na powrót tą samą drogą przez Grzesia. W drodze powrotnej przez Dolinę Chochołowską nie decyduje się ani na ciuchcię ani na rower i to był mój błąd. Buty mam nowe ale już rozchodzone na nizinach. Okazuje się, że to nie to samo co rozchodzenie butów w górach i pięty mam już nieźle zdarte i spuchnięte. W końcu docieram do Siwej Polany. Ale te ostatnie kilometry to była droga przez mękę. I wygląda na to, że następnego dnia nigdzie już nie pójdę. Ale wycieczka ciekawa. Zwłaszcza widokowo.

28 maja
Byłem przekonany, że dzisiaj nie będę mógł chodzić. Ale idę do sklepu i okazuje się, że nie jest tak źle. Co prawda każdy krok to ból ale chodzić mogę. Więc powrót to starych planów. Dzisiaj Kościelec. Znowu podejście przez Boczań i Upłaz. Nie idzie mi to już tak łatwo jak dwa dni temu. Przy Murowańcu okazuje się, że dwie czekolady które miałem wziąć ze sobą zostały w pokoju. Trzeba będzie kupić w schronisku. Bez czekolady chyba nie dam rady. ;) Cena dwa razy wyższa, ale mam. Więc ruszam w stronę Zielonego Stawu. Na początku jeszcze szlak letni, ale później już coraz więcej śniegu. Dobrze, że mam wysokie, zaimpregnowane buty bo strumienie mają wysoki stan więc muszę wchodzić do wody. Po przejściu przez kilka płatów śniegu bez większych problemów docieram na Karb. Teraz tylko jakieś 40 min i będę na szczycie. Droga nie jest specjalnie trudna. Śniegu nie ma. Do przejścia mała rynienka i pod szczytem trochę trudniejszy fragment. Jestem na szczycie. Na szczęście jest ładna pogoda i wszystko widać. Prawie równocześnie ze mną weszło na Zadni Kościelec dwóch taterników. Wrażenie robi na mnie zwłaszcza widok Grani Świnicy. W oddali Rysy i Wysoka. Za chwilę wchodzi na szczyt jakiś turysta. Patrzę na jego nogi. A on ma na stopach sandały. No cóż. Można i tak. ;) Trochę zdjęć i schodzę, bo nadciąga jakaś podejrzana chmura. Zejście nie stwarza większych problemów więc po nie długim czasie jestem znowu na Karbie. Teraz decyzja. Albo powrót przez Zielony albo zejście do Czarnego Stawu. Słyszę od kogoś, że jest trochę śniegu ale szlak nie jest taki zły. Wybieram więc zejście do Czarnego. Na początku krótki płat śniegu. Trochę ślisko ale przechodzę bez problemów. Następny fragment ośnieżonego szlaku jest już dłuższy i bardziej stromy ale podpierając się trochę rękoma udaje mi się zejść bez większych strat.. Przed Czarnym Stawem wchodzę na jakiś głaz i chwilę patrzę sobie na góry. Trzeba się pożegnać z Tatrami, w końcu jutro powrót. Przy zejściu z Czarnego Stawu mijam paru ślizgających się w śniegu turystów. Kilku oczywiście w sandałach. ;) Są trochę zdziwieni, że tu jest śnieg. Powrót do Zakopanego znów przez Boczań. Gdy na kwaterze zdejmuje buty, widok moich pięt mnie trochę przerażą.

29 maja
Mam do pokonania 500 km, czyli ok. 9 godz. jazdy w upale. W końcu doceniam klimatyzację w moim samochodzie.

Trochę zdjęć:
http://www.tatry.turystyka-gorska.pl/galeria6.htm
http://www.tatry.turystyka-gorska.pl/galeria7.htm

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Janek
Pamflet o górołazach,
czyli dla tych, którzy nie wiedzą
kim jest Górołaz Letni i Zimowy


Wywodzę się powiem z szlachetnego gatunku Górołazów Letnich (w literaturze angielskiej Summer Mointain Men) przez niektórych znawców tematu określanych jako Górołaz Szlachetny lub Wspaniały. Przedstawiciele tego gatunku odziewają się lekko, w ubiory z surowców naturalnych, przebiegają z wdziękiem górskie percie, czasami nawet, o zgrozo, w sandałkach. Samice (tj. chciałem powiedzieć Damy) tego gatunku, ubiór ograniczają do niezbędnego minimum czym cieszą oczy osobników męskich i pełne są niezwykłej gracji. Niektórzy uczeni twierdzą, że stanowią osobny typ nazwanyGórołazka Wspaniała Odsłonięta, która, szczególnie w młodym wieku znakomicie urozmaica surowy na ogół krajobraz górski i umożliwia przeżycia artystyczne najwyższego rzędu. :) Niestety przedstawicielki i przedstawiciele tego gatunku są szykanowani przez osobników z gatunku Ekolog Górski, przez niektórych zwani także Zielony Szkaradek Złośliwy (ZSZ). ZSZ-y z bliżej nieznanych powodów usilnie i bezlitośnie zwalczają osobniki gatunku Górołaz Letni (Szlachetny lub Wspaniały), zarzucając im całkowicie bezpodstawnie działanie na szkodę fauny górskiej tj. robaczków, motylków, świstaczków, koziczek tudzież misiów a nawet, co jest już szczególnie obrzydliwe, flory górskiej, osobliwie szarotek, oraz poziomek, jagódek i grzybków. Jest to zarzut całkowicie nieuprawniony albowiem Górołaz letni robaczkami się brzydzi (szczególnie samice), motylki, jako osobnik wrażliwy na piękno, podziwia, świstaczki uwielbia podsłuchiwać, koziczek nie goni, bo obdarzony szczególną inteligencją wie dobrze, że i tak nie dogoni, natomiast misie obchodzi w możliwie dużym promieniu. Szarotki i inne kwiatki, Górołaz Letni najwyżej powącha a poziomki, jagódki oraz grzybki nie jada bo wie dobrze, że ZSZ-y spryskują je jakimś trującym świństwem. Górołazy Letnie są gatunkiem, który do eksploracji gór ma niezwykle małe zapotrzebowanie na media energetyczne, jednak trzeba uczciwie powiedzieć, że drogie i najwyższej jakości – zaledwie 50 G paliwa typu Whisky lub Brandy a samice zadawalają się nawet tylko paliwem typu Wino (ale tylko z dobrego rocznika).
Gatunek Górołaz Letni z uwagi na niewielkie zapotrzebowanie na sprzęt specjalistyczny i ubiory jest solą w oku żarłocznych na zyski producentów tych dóbr. Te hieny, działając w zmowie i porozumieniu z nieuczciwymi uczonymi dokonali manipulacji genetycznej na niektórych, słabszych naogół intelektualnie (choć to nie reguła, bywały jednostki szczególnie uzdolnione) osobnikach gatunku, w wyniku czego zaczęły się przekształcać w osobniki skażone, które nazwano Górołaz Zimowy (Winter Mountain Man). Osobniki te samym swym wyglądem i wyposażeniem budzą obrzydzenie a niekiedy wręcz rozbawienie. Górołaz Zimowy na nogi zakłada kulfoniaste buciska, dodatkowo wyposażone w wstrętną konstrukcję ze stali zwaną rakami. Chodzić po ludzku na tym nie sposób, toteż chód Górołaza Zimowego jest pokraczny, nieco zbliżony do bociana. Z powodu stałej obawy przed utratą przyczepności do podłoża lodowego, Górołaz Zimowy kroczy z tyłkiem wypiętym i cały czas wymachuje kończynami górnymi aby zachować właściwe położenie swego punktu ciężkości, wymachując przy tym jakąś głupawą a’la siekierką, przypominając przy tym niektóre gatuki Naczelnych. Utrzymanie równowagi dodatkowo utrudniają zwały kilku pokładów rozmaitych ubiorów a szczególnie portek i jakichś trudnych do nazwania powłok na łydki. Wszystko to jest diabelnie śliskie co w przypadku upadku sprzyja właściwemu tylko dla tego gatunku sposobu poruszania się po górach w piśmiennictwie fachowym nazywanym „dupoślizgiem niekontrolowanym”. Ustawiczne wpatrywanie się w śnieg w połączeniu z ukośnym o tej porze padaniem promieni słonecznych powoduje, że Górołazy Zimowe cierpią permanentnie na zapalenie spojówek a obrzydliwe ciecze cieknące im z kaprawych oczu nadaje ich twarzom (i tak zresztą dalekim od urody gatunku Górołaz Wspaniały) wygląd szczególnie obrzydliwy i odrażający. Stałe przebywanie w warunkach obniżonych temperatur powoduje, że Górołazy (a również i Górołazki) Zimowe mają olbrzymie zapotrzebowanie energetyczne, jednakowoż na paliwo dość niskiej jakości typu Beer (w przypadku niektórych osobników dochodzące do 10 litrów na dobę a bywa i więcej. Te kolosalne potrzeby wywarły wpływ na kształt niektórych części ciała Górołazów Zimowych, szczególnie brzuchy, które potrafią przybierać kolosalne rozmiary, nadając w połączeniu z zwałami powłok ochronnych kształty osobliwie kuliste co zaowocowało całkowicie nowym sposobem przemierzania obszarów górskim nazywanym w literaturze „swobodnym turlaniem się po zboczu”, co bywa niekiedy dość niebezpieczne i w związku z tym Górołazy usiłują hamować swobodne turlanie rozpaczliwym wymachiwaniem przedziwnej konstrukcji siekierką nazywaną w żargonie zimowych czekanem co niestety dość rzadko przynosi oczekiwane skutki,co sprowadza czekan właściwie do roli dość osobliwej ozdoby plecaka.
Ewolucja gatunku Górołaz Zimowy spowodowała wytworzenie dwóch podgatunków, tego zasługującego na całkowitą eliminację wstrętnego klonu. Górołaz Zimowy Podlawinny żeruje w górach w okresie od stycznia do marca i ma szczególne upodobanie do przebywania w formacjach górskich szczególnie podatnych na schodzenie lawin śnieżnych. Osobniki tego podgatunku charakteryzują się szczególnie niskim ilorazem inteligencji co przejawia się w niczym nie uzasadnionej wierze, że lawina nie zsunie się na nich i grzecznie poczeka aż oddalą się z zagrożonego terenu a jeżeli nawet ich przysypie to dzięki licznie posiadanym urządzeniom technicznym (znowu manipulacja producentów sprzętu) zostaną oni szybko odnalezieni i odkopani. Niestety są to oczekiwania na ogół nie potwierdzone empirycznie a przedsiębiorstwa pogrzebowe mogą udostępnić badaczom przedmiotu bogatą dokumentację świadczącą o całkowitej nieprzydatności tych wyrobów podobno przodujących firm światowych (na ogół z siedzibą w jakimś starym garażu). W ostatnich latach uczeni parający się glacjologią sprokurowali szereg teorii zachęcających Górołazów Zimowych Podlawinnych do prowadzenia badań organoleptycznych powłok śnieżnych i wysnuwania na ich podstawie wniosków typu – „zejdzie, nie zejdzie i procentu prawdopodobieństwa zejścia”. Niestety precyzja tych metod jest w dalszym ciągu niezbyt doskonała i wielce podobna do prognoz miejscowej ludności na ogół brzmiących „nie zejdzie, panocku, nie zejdzie, cheba żeby zesła”, formułowanych całkowicie bezinteresownie i pozwalających uniknąć wysokich kosztów właściwych badaniom uczonych.
Drugi podgatunek Górałaza Zimowego występuje tylko w naszym kraju, w którym w ostatnich latach z przyrodzonej niechęci do pracy powstał całkowicie nowy rodzaj nieróbstwa zwany „długim weekendem” (w innych krajach UE całkowicie nieznany). Dzięki temu wybitnemu osiągnięciu naukowemu posiadacze kwater w terenach górskich zdołali przedłużyć sezon zimowy o okres od kwietnia do maja a bywa, że i czerwca. Górołazy Zimowe powiadomione przez środki masowego przekazu i inne jednostki uczestniczące w zmowie (np. www.tatry.prv.pl), że w górach zachował się jeszcze jakiś śnieg, na ogół w postaci nie zagrażającej już lawinami ale obrzydliwie śliskiej i zdradliwej, ciągną masowo do Zakopca nie zważając na trud i koszty i w ten sposób Górołaz Zimowy przekształca się na czas weekendu w Górałaza Zimowo-Wiosennego Ślizgodupnego. Szczegółowe badania cech osobniczych tego gatunku nie zostały jeszcze ukończone jednakowoż już teraz można z całkowitą pewnością stwierdzić, że mimo wyższych temperatur zewnętrznych zapotrzebowanie energetyczne na paliwo typu Beer nie uległo zmniejszeniu a w przypadku imprez stadnych nawet znacząco rośnie co napawa optymizmem producentów tego paliwa – zyski rosną w imponującym tempie co zaowocuje wzrostem produktu narodowego i przybliży nas trochę do poziomu „starych” krajów UE. Dziwnym jest tylko, że zaprzyjaźniona Słowacja z uporem godnym lepszej sprawy opiera się temu trendowi i złośliwie zapewne zakazuje wstępu w Tatry aż do 15 czerwca co zmusza nieszczęsnych obywateli tego zacofanego kraiku do ograniczenia się z korzystania z uroków gór do tradycyjnego korzystania z uroków zimy tylko na nartach i na specjalnie przygotowanych prawie całkowicie bezpiecznych terenach zjazdowych, niekiedy, o zgrozo, nawet oświetlonych – degrengolada Słowaków bezmyślnie naśladujących zboczone kraje alpejskie jest doprawdy zadziwiająca i musi budzić nasz głęboki sprzeciw – a może by tak najechać zbrojnie i wcielić co nieco do naszego kraju (uwaga – natychmiast wzrosną ceny piwa :D).
(...) ostatnie badania naukowe dowodzą, że przemiana z Górołaza Letniego Wspaniałego w odrażającego Górołaza Zimowego nie jest na szczęście nieodwracalna a kuracja, którą w tym celu należy przeprowadzić łatwa, tania i stosukowo bezbolesna przy pomocy narzędzia ekologicznie całkowicie „czystego” – żadna chemia i piguły. To narzędzie nazywa się „młotek tatrzański gumowy”(...)

Obrazek
Zablokowany