Litości... ciekawe czy jego architektura jest jak śpiewanie...Zygmunt Skibicki pisze: A że potem powstają beznadziejnie kulawe, "podhalańsko" gibaśne interpretacje na przykład "Obławy" Kaczmarskiego - http://www.youtube.com/watch?v=R2OgcEe- ... re=related , to już zupełnie inna, choć dla mnie przynajmniej bolesna kwestia. Ani to Kaczmarski, ani Karłowicz, ale brzmi tak jakby się oni obydwaj wspólnie "niedopieconych bułecków nazerli"...
8-02-2009 - setna rocznica śmierci Mieczysława karłowicza
- Zygmunt Skibicki
-

- Posty: 4030
- Rejestracja: ndz 31 gru, 2006
- Lokalizacja: Łódź
- Kontakt:
TOPR na swej stronie pisze:100 rocznica śmierci Mieczysława Karłowicza
Nadesłał Jan Krzysztof
sobota, 31 styczeń 2009
foto: archiwum TOPR
Mieczysław Karłowicz jest jedną z najważniejszych obok Mariusza Zaruskiego osób, które przyczyniły się do powstania Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.
Niestety nie dane mu było doczekać chwili formalnego powołania TOPR do życia. Działając intensywnie na rzecz powstania organizacji ratowniczej sam stał się jedną z pierwszych ofiar, którą przyszli członkowie Straży Ratunkowej transportowali z gór. Z pewnością śmierć kompozytora stała się ostatnim impulsem do powołania TOPR.
8 lutego 2009 roku dla upamiętnienia setnej rocznicy śmierci Mieczysława Karłowicza w lawinie śnieżnej pod Małym Kościelcem Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe wraz z gospodarzami schroniska „Murowaniec” na Hali Gąsienicowej, zapraszają na spotkanie przy „Kamieniu Karłowicza”.
PROGRAM SPOTKANIA
9.00 spotkanie w Kuźnicach przy początku szlaków turystycznych na Halę Gąsienicową. Na chętnych będą oczekiwać ratownicy TOPR w których towarzystwie będzie można się udać na miejsce uroczystości. Zapraszamy zarówno turystów „pieszych” jak i narciarzy skitourowych.
12.00 spotkanie przy „Kamieniu Karłowicza”
- wystąpienia gości
- krótki koncert chóru „Turliki” i zespołu „Obrochtów”
- złożenie wiązanek
12.45 – powrót do schroniska „Murowaniec”
13.30 – koncert chóru „Turliki” w sali schroniska
15.00 – wyjście pod opieka ratowników TOPR do Kuźnic. Turyści piesi przez Boczań, Narciarze nartostradą.
UWAGA
Z CHWILĄ POGORSZENIA WARUNKÓW ATMOSFERYCZNCH I BEZPIECZEŃSTWA UCZESTNIKÓW PROGRAM UROCZYSTOŚCI MOŻE ULEC ZMIANIE
W godzinach wieczornych Stowarzyszenie im. Mieczysława Karłowicza w Zakopanem organizuje KONCERT INAUGURUJĄCY OBCHODY setnej rocznicy śmierci Mieczysława Karłowicza oraz 100 lecia TOPR.
PROGRAM
O godz. 19.00 w kościele Św, Krzyża w Zakopanem przy ul. Zamoyskiego zostanie odprawiona Msza Święta za duszę Kompozytora.
O godz. 20.00 rozpocznie się w tymże kościele koncert. Wystąpią;
Bogumiła Dziel – Wawrowska (sopran),
Janusz Wawrowski (skrzypce)
Orkiestra Akademii Beethovenowskiej pod dyrekcją Gabriela Chmury
Oraz gość specjalny – Grzegorz Turnau
Koncert poprowadzi Andrzej Krusiewicz. WSTĘP WOLNY
Informacje na temat pozostałych uroczystości związanych z obchodami roku Karłowicza w Zakopanem można znaleźć na stronach Urzędu Miasta Zakopane: www.um.zakopane.pl
Wszystko, co tu piszę ma domyślną klauzulę "moim zdaniem" i nikogo to do niczego nie obliguje, ale i nie... upoważnia.
Mundek
www.turystyka.skibicki.pl
Mundek
www.turystyka.skibicki.pl
- Zygmunt Skibicki
-

- Posty: 4030
- Rejestracja: ndz 31 gru, 2006
- Lokalizacja: Łódź
- Kontakt:
OSTATNIM ŚLADEM WYPRAWA PO MIECZYSŁAWA KARŁOWICZA
Opowieść z tomu: Na Bezdrożach Tatrzańskich – Mariusz Zaruski
za stroną TOPR:
Napis na zdjęciu: Mieczysław Karłowicz na Szatanie
Znowu mam dążyć przez śnieżne bezdroża za nieuchwytną postacią zgasłego taternika-druha, szukać wzrokiem miejscami zawianych już śladów nart jego, na skrzydłach kurniawy lecieć myślą tam, gdzieś, pod nieznane jeszcze turnie, gdzie go uwięziło jakieś nieszczęście... a potem chodzić jak obłędny po wielkiej mogile i stawać, i słuchać, i nasłuchiwać, czy nie idą ze śnieżnych głębin jakieś głosy życia... I czuć swoją niemoc wobec władzy śmierci, rozumieć, że góry sam nie podźwignę i nie wyprowadzę go z mogiły do życia.
Po raz drugi całą mękę tę przeżyć. Był wtorek, dzień 9-ty lutego i zarazem dzień urzędowych godzin w biurze Towarzystwa Tatrzańskiego. Właśnie w biurze byłem zajęty, gdy koło godziny 11 przed południem weszła matka śp. Mieczysława, pani Irena Karłowiczowa. Wielkie przygnębienie znać było w jej całej postaci. W kilku słowach opowiedziała swe niepokoje.
,,Naznaczyłam sobie — mówiła pani Karłowiczowa — dwa terminy: jeden — godzinę 10 rano i ten już minął, drugi porę obiadową. Jeśli na obiad nie wróci..." Nie szczęśliwej matce trudno było uwierzyć, że Mieczysław może nie wrócić. Prosiła, żebym po obiedzie udał się ku Czarnemu Stawowi.
Ze śp. Mieczysławem Karłowiczem niejednokrotnie bywałem w Tatrach na wycieczkach i znałem jego niezwykłą ścisłość i punktualność, która przybierała cechy jakiejś machiny automatycznej, gdy chodziło o godziny powrotu z górskiej wycieczki: ani noc, ani burza nie mogły go wtedy powstrzymać. Czynił to dla matki, aby jej oszczędzić chwil niepokoju i wyczekiwania. I oto ten Karłowicz, wyszedłszy wczoraj do Czarnego Stawu, dziś o świcie nie wrócił — dziś do godziny 11 nie wrócił! Nie wątpiłem, że zaszedł jakiś wypadek. Lawina, lawina — dźwięczało mi w uchu; daj Boże, żeby jakaś mała przygoda.
Uspokoiłem, jak mogłem, panią Karłowiczową, wszakże oświadczyłem, że zaraz wyruszę. Posłałem służącego po Staszka Gąsienicę Byrcyna, do którego umiejętności jazdy na nartach najwięcej miałem zaufania — żeby natychmiast z workiem turystycznym, nartami i łopatą (drugą łopatę miałem wziąć ze schroniska T.T. na Hali Gąsienicowej) stawił się u mnie; sam zaś poszedłem do domu przygotować się do drogi.
O godzinie 12:30 jechaliśmy już ze Staszkiem sankami do Kuźnic. Po drodze wstąpiłem jeszcze do pani Karłowiczowej — głównie dlatego, ażeby sama widziała, że pomoc dla jej syna już poszła.
Przewidywałem, że tragedia pod Małym Kościelcem się rozegrała: w drodze do Kuźnic przypuszczenia swe wypowiedziałem Staszkowi. W Kuźnicach wstąpiłem do leśniczówki i tam od leśniczego Marcina dowiedziałem się, że w przededniu koło godziny 61/2 rano Karłowicz koło leśniczówki przechodził, że tegoż dnia troje jeszcze turystów na karplach podążyło na Boczań, ale niebawem wrócili — Karłowicza z powrotem nie było.
Na nartach więc ruszyliśmy śladem. Coraz wyraźniej znać było na śniegu pomiędzy odciskami karpli ślady nart. Na Boczaniu śnieg w jednym miejscu pokruszony nartami: pierwsze zdjęcie fotograficzne. Na Skupniowym Upłazie ślady karpli raptem urwały się, dalej biegły samotnie dwie nitki, wyżłobione nartami.
Czemu tym trojgu zabrakło siły brnąć w młodym śniegu! Tyle razy widziałem w bardzo nawet głębokim śniegu ślady stóp wiodące do Hali Gąsienicowej, a nawet do Czarnego Stawu. Czemu tych troje na samym wstępie cofnęło się! Byliby jeszcze wczoraj wieść do Zakopanego przynieśli! Znać sądzono mu już było zginąć samotnie.
Był to właśnie czas, gdy po długim zachmurzeniu po raz pierwszy wyjrzały góry na słońce — przepyszne, białe, w śnieżnych gronostajach królewskiej swej szaty, uginały się, rzekłbyś, pod ciężarem śniegu. Lute mrozy zazdrośnie strzegły całości tej szaty. Na każdym zboczu, pod każdą granią wisiały niespadłe jeszcze lawiny. Rozumiał to Karłowicz i już na Skupniowym Upłazie szukał drogi bezpiecznej. Niedaleko od miejsca, gdzie Upłaz opiera się o Kopę Królową, ślady na grań wybiegają i ciągną się wąziutką granią do samej Kopy. Na Hali Królowej ślady na wpół śniegiem zasypane, ledwo dostrzegalne w las młody skręcają... zrozumiałem dlaczego, widać liczył się z możliwością lawiny na zboczu pod Zakosem, tam, gdzie letnia ścieżka idzie. Ogromnym półkolem objechał Karłowicz to zbocze. Śnieg tu niesłychanie głęboki i istotnie, gdyby nie kosówki i smreczki, każdej chwili mógł ruszyć lawiną.
Dnia tego w górach śnieg prószył, lekka kurniawa zasłaniała wszystko welonem. Pokazały się już szałasy, Wzrokiem sięgam jak mogę najdalej. Tam, daleko, pod turniami Małego Kościelca ta rysa ciemna na śniegu? Na dole, na dole śnieg pokruszony... Tam, tam! Przeczucie złe dźgnęło mię w serce. Tam spadła lawina — nie wątpię. Ale czyż to jedną lawinę widzi się na wycieczce?
Zjeżdżamy ze Staszkiem co prędzej ku szałasom Gąsienicowym. Śnieg młody tamuje bieg nart naszych; wchodzimy do schroniska — płaszcz Karłowicza wisi na ścianie, na stole rozłożona kuchenka polowa. Był tu i krótko popasał.
Za śladami nart dalej dążymy w górę ku Kościelcowi, wziąwszy ze sobą drugą łopatę. Droga i tu z wielką rozwagą wybrana: kierując się w górę ominąć chciał widocznie strome zbocze w pobliżu rozłożystego drzewa z tabliczką T.T. na letniej ścieżce, na którym to zboczu jednej zimy strąciłem nartami lawinę ze 20 m szeroką. Na grani odsłania się widok straszny: ślady nart, idące po zboczu, gubią się w bruzdach i pokruszonych bryłach śniegu już spadłej ogromnej lawiny...
Z drugiego końca już nie wychodzą! Naga i bezduszna prawda: to jego mogiła!
Każę Staszkowi pozostać na miejscu, bo śnieg wszędzie niepewny, i ze stromego zbocza zjeżdżam na lawinę. Śnieg twardy, zbity i świeżo dzisiejszym śniegiem przy sypany, kopiec olbrzymi, szeroki — grób śnieżny!
Co robić? gdzie szukać? Wieczór się zbliża. Zaczęliśmy kijami sondować lawinę, czy nie natrafimy na ciało, na przedmiot jaki — nartę lub kij narciarski; schodziliśmy całą lawinę, w różnych miejscach szukali. Na próżno.
Już 30 godzin minęło od chwili katastrofy. Znając śp. Karłowicza i jego na wycieczkach zwyczaje, wyliczyłem, że przez to miejsce przechodził koło godziny 11 przed południem; nadzieja słaba uratowania jeszcze się, jeszcze kołacze, może tak słaba, jak to serce konające być może w tej chwili w lawinie.
Zmrok już kirem góry osłaniał, gdyśmy wrócili do schroniska Towarzystwa Tatrzańskiego na Hali Gąsienicowej. Posłałem Staszka do Zakopanego z kartką tej treści: „Karłowicz zginął zasypany lawiną pod północną turnią Małego Kościelca. W lawinie szukaliśmy go na próżno. Czekam na Hali Gąsienicowej na ludzi z łopatami".
Staszkowi poleciłem 12 ludzi sprowadzić. Sam pozostałem w schronisku na noc bezsenną i długą. Nie mogłem wszakże w nim długo usiedzieć; nałożyłem narty, zapaliłem latarkę i na mogiłę wróciłem.
Księżyc już, już miał się wynurzyć zza szczytu Żółtej Turni, posępne Granaty stały w aureoli świetlnej kurniawy, którą wiatr na ich czołach podnosił, gdy przybyłem na miejsce. Słucham... może dźwięk jaki skąd doleci, może ktoś z głębi pocznie kołatać?
Na śniegu się kładłem, przykładałem ucho do śniegu, nasłuchiwałem, chodziłem po tej nieszczęsnej mogile, szukałem w niej kijem od nart; gdy czułem dotknięciem coś w śniegu obcego, kopałem przyniesioną łopatą... Nic! głucho i pusto. Straszliwe jak śmierć sama milczenie!
Jedna z najcudowniejszych, jakie widziałem, i najsmutniejszych zarazem mroźnych nocy tatrzańskich iskrzyła się jeszcze ostatnimi brylantami gwiazd na niebie i ziemi, wokół góry w oślepiającym blasku księżyca stały olbrzymie i nieczułe na owe tragedie, które tam, na dole się dzieją, gdy znużony i zziębły do schroniska wróciłem.
Rankiem przyszli ludzie, w ich liczbie starzy przewodnicy: Klimek Bachleda i Jakub Wawrytko 1) i zaczęliśmy szukać planowo. Poleciłem ludziom kopać studnie w lawinie do samego gruntu, a tak blisko jedną od drugiej, aby przestrzeń między studniami można było dokładnie zbadać narciarskimi kijami. W każdej studni jeden, albo dwóch ludzi.
Kopaliśmy dzień cały. Dwudziestokilkustopniowy mróz utrudniał robotę: ręce i nogi marzły; styliska łopat po krótkiej pracy pokrywały się grubą warstwą lodu, którą trzeba było ustawicznie obtłukiwać. Rękawice do stylisk przylepiały się. Pod wieczór przybyli jeszcze trzej narciarze, pp. A. Góraś, S. Zdyb i J. Lesiecki, z nich dwaj ostatni z łopatami i stanęli do roboty.
Dzień ten nie dał żadnego pomyślnego wyniku. Nie wątpiliśmy, że w grobie śnieżnym musiało zamrzeć już życie. Chodziło o odszukanie ciała. O zmroku wróciliśmy do schroniska — ludzie musieli odpocząć i ogrzać się. Wieczorem przybyli jeszcze na nartach pp. Stan. Barabasz i L. Loria.
Nazajutrz w zwiększonym zastępie wzięliśmy się do pracy; kopaliśmy teraz w mniejszym, północnym kopcu lawiny. Śnieg tutaj, zarówno jak w kopcu głównym, tak był stłoczony i zbity w gęstą masę, że drewniane łopaty zupełnie go nie brały; tylko łopaty żelazne i rydle mogły łupać bryły podobne do brył gliny. Wychodząc ze studni robiliśmy w ścianie stopaje i po nich wyłazili na powierzchnię.
O godzinie 11 minut 20 z jednej studni rozległ się głos pracującego w niej przewodnika Jana Pęksy; „Jest pan!". Skoczyliśmy w kierunku tym wszyscy. W gęstej masie śniegu widniała krawędź narty. Zachrzęściały łopaty, warstwa śniegu w oczach malała — ukazały się kute gwoźdźmi turystyczne trzewiki i cała postać, leżąca na nartach twarzą ku ziemi z rękoma naprzód wyciągniętymi... Nad głową na kilka centymetrów odtajana próżnia. Ciało już sztywne. Oczekiwaliśmy wszyscy tego smutnego rozwiązania zagadki, a jednak prawda straszną była w swej bezwzględności.

foto: archiwum TOPR
Wyjęto ciało z grobu. Na plecach worek turystyczny, czapki na głowie nie było, widocznie śneg falą przepływając ponad nim, czapkę mu zabrał. Tak samo i czekan, który gdzieś został w lawinie. Nos był trochę spłaszczony, poza tym ani na ciele, ani w odzieży żadnych uszkodzeń: śnieg widocznie zasklepił go od razu miękko lecz szczelnie, jak w formę gipsową. W tej formie śnieżnej, nie wykonawszy najmniejszego ruchu, umarł. Nad ciałem było 11/4 m śniegu.
Z własnych nart nieboszczyka zrobiono prowizoryczne sanki, uwiązawszy do nich poprzecznie dwa kawałki drzewa, w płachtę owinięto ciało i złożono na nartach. Ciało do nart przywiązano. Długą linę ujęli górale i ruszyliśmy ku Hali Gąsienicowej.
Gdy ciało odnaleziono, natychmiast posłałem Staszka z kartką do Kuźnic, zapowiadając przybycie ciała na godzinę 4 po południu. Przed odejściem zrobiłem szkic odręczny turni i zanotowałem dokładnie miejsce wypadku. Nad wyraz smutny był pochód nasz ku Zakopanemu.
Właśnie, niemal w chwili, gdy zwłoki znaleziono, powstała sroga zadymka, która nie opuściła nas już do Kuźnic: długi sznur górali, brnących w śniegu głębokim — białe cuhy ich jak skrzydła na wichrze trzepocą — za nimi nisko w śniegu płynie postać w całunie.
Ku Karczmisku szreń była tak twarda, że musiano rąbać stopaje. Na Upłazie górale szli niżej, myśmy na nartach jechali nad nimi, trzymając ciało na linach, by na dół nie osunęło się. Posępny korowód do Kuźnic przyjechał o godzinie 4 po południu, gdzie oczekiwali już: lekarz stacji klimatycznej dr Zychoń, komisarz stacji klimatycznej p. Janowicz, dr Andruszewski, medyk Lisicki i wielu innych.
Wszystko, dzięki poleceniom i osobistej pomocy hr. Zamoyskiego, było przygotowane do zastosowania zabiegów, mających na celu przywrócenie życia. Daremnie!
Duch nie powrócił do ciała, życie młode zagasło! Lawina, która pogrzebała śp. Mieczysława Karłowicza była lawiną warstwicową z młodego śniegu. Nie była ona deską śniegową w ścisłym tego słowa znaczeniu, gdyż brakło jej spoistości, charakteryzującej deskę; wszakże ze względu na sposób jej oderwania się można ją odnieść do tej kategorii. Wypadek zaszedł na wschodnim zboczu Małego Kościelca, w miejscu zasłoniętym od wiatrów zachodnich; śnieg tam podczas padania nie został w gęstą masę przez wiatr stłoczony, lecz leżał dość miękką, do 40 cm głęboką warstwą, tylko w żlebie i wśród kosówek było jego więcej. Jak zaznaczyłem wyżej, przez kilka dni poprzednich śniegi w górach padały, po czym nastąpiły mrozy. Śnieg w takim niemal stanie jak bezpośrednio po spadnięciu pokrywał wszystkie zbocza i turnie, nie było odwilży, nie mógł też on ani z warstwą starego śniegu dokładnie się spoić, ani nawet we własnej swej masie.
Pod samymi wszakże turniami u wylotu żlebu spoistość jego była już większa, na dole bardzo słaba. Tam, gdzie kończą się dubrawiska Małego Kościelca, jest ścianka skalna — turniczka, widzialna ze ścieżki — potem żleb, a dalej znowu ścianki turni Małego Kościelca. Jedna z nich wielka, o wyglądzie przewieszonej płyty. Pod tą płytą był środek lawiny. Lawina wszakże wypadła ze żlebu pomiędzy tą płytą a ścianką wysuniętą na północ i zaraz na grzędzie (ledwo dostrzegalnej) u wylotu żlebu, rozbiła się na dwa strumienie: jeden — południowy — utworzył kopiec główny lawiny, drugi — północny — kopiec mniejszy. W tym mniejszym, o długość 3 m od ostatniej krawędzi lawiny, znaleziono ciało.
Wypadek ten — przekonany jestem — miał przebieg następujący: Karłowicz, idąc w górę dubrawiskami, w pobliżu turni Małego Kościelca znalazł się za wysoko, mniej więcej w połowie wysokości całego zbocza, licząc od podnóża skał. Należało mu albo pomiędzy kosówkami stromo zjechać na dół, albo podać się pod same turniczki.
Coś go jednak złudziło, zapewne skąpo rosnące kosówki na wypukłości (rodzaju grzędy) gruntu pod samym żlebem. Kosówki te stary śnieg dobrze trzymają, ale dla młodego ich wierzchnie gałązki nie są żadną oporą. Kosówki go omamiły i ruszył poziomo, zamierzając przetrawersować pole na wysokości, na której się znalazł. Prawdopodobnie był na wprost żlebu, gdy nagle z błyskawiczną szybkością całe zbocze ruszyło. Musiało się to dziać w ten sposób, że najpierw drgnęły pod nartami niższe części warstwy młodego śniegu, a zaraz, bezpośrednio jęły bryłami się łupać części powyżej się znajdujące.
Wszystko to połowę drogi jechało w postaci desek, dopiero potem w bryły się pokruszyło, częściowo nawet przechodząc w lawinę pyłową. Odruchowo musiał Karłowicz skierować się do ucieczki (miał foki na nartach) i może nawet parę metrów samoistnie ujechał (dlatego sądziłem, że mógł minąć ową wypukłość gruntu pod żlebem i zacząłem poszukiwania w kopcu południowym); wszakże strumień śniegu zabrał go z powrotem; potknął się dopiero na kopcu, który usypały warstwy poniżej jego drogi się znajdujące, upadł, a tuż za nim wtoczyły się fale brył (jeszcze dość miękkich) i śniegu płynnego, które przeszły przez niego, zabierając mu czapkę i czekan. Zasklepiły go w jednym momencie. Utrata przytomności i śmierć musiały nader szybko nastąpić. Czas od ruszenia lawiny do spadnięcia ostatniej jej cząstki nie przewyższył zapewne 3 sekund. W czwartej zapanował już spokój. Tyle wyczytałem z ostatnich śladów nart nieodżałowanego druha-taternika.
Niechaj w spokoju spoczywa.
P.S. Ciekawy i zarazem rzadki fakt, symbolizujący niejako nieśmiertelność ducha ludzkiego. Na drugi dzień po wydobyciu ciała z lawiny udałem się na miejsce wypadku w towarzystwie p. Króla, wykopaliśmy tam studnię w śniegu do samego gruntu i na kamieniu zrobiliśmy znak farbą, mając na myśli wzniesienie w przyszłości kamienia pamiątkowego dokładnie w miejscu katastrofy. Ściąłem wówczas gałąź z pobliskiego krzewu i wetknąłem ją w śnieg na powierzchni, ażeby można było miejsce to łatwiej odnaleźć. Gdy w maju przybyłem znowu tam z robotnikami w celu omówienia robót około kamienia pamiątkowego, znalazłem tę samą gałąź leżącą na ziemi, a na niej — wyrosłe z niej zielone świeże pędy...
Non omnis moriar — głosi na kamieniu napis.
1) Prócz wymienionych dwóch: Jędrzej Marusarz, Jan Gąsienica Byrcyn, Jakub Bachleda, Stanisław Brzega, Józef Wawrytko, Staszek Gąsienica Byrcyn i potem, na trzeci dzień, Jan Pęksa.
Opowieść z tomu: Na Bezdrożach Tatrzańskich – Mariusz Zaruski
za stroną TOPR:
Napis na zdjęciu: Mieczysław Karłowicz na Szatanie
Znowu mam dążyć przez śnieżne bezdroża za nieuchwytną postacią zgasłego taternika-druha, szukać wzrokiem miejscami zawianych już śladów nart jego, na skrzydłach kurniawy lecieć myślą tam, gdzieś, pod nieznane jeszcze turnie, gdzie go uwięziło jakieś nieszczęście... a potem chodzić jak obłędny po wielkiej mogile i stawać, i słuchać, i nasłuchiwać, czy nie idą ze śnieżnych głębin jakieś głosy życia... I czuć swoją niemoc wobec władzy śmierci, rozumieć, że góry sam nie podźwignę i nie wyprowadzę go z mogiły do życia.
Po raz drugi całą mękę tę przeżyć. Był wtorek, dzień 9-ty lutego i zarazem dzień urzędowych godzin w biurze Towarzystwa Tatrzańskiego. Właśnie w biurze byłem zajęty, gdy koło godziny 11 przed południem weszła matka śp. Mieczysława, pani Irena Karłowiczowa. Wielkie przygnębienie znać było w jej całej postaci. W kilku słowach opowiedziała swe niepokoje.
,,Naznaczyłam sobie — mówiła pani Karłowiczowa — dwa terminy: jeden — godzinę 10 rano i ten już minął, drugi porę obiadową. Jeśli na obiad nie wróci..." Nie szczęśliwej matce trudno było uwierzyć, że Mieczysław może nie wrócić. Prosiła, żebym po obiedzie udał się ku Czarnemu Stawowi.
Ze śp. Mieczysławem Karłowiczem niejednokrotnie bywałem w Tatrach na wycieczkach i znałem jego niezwykłą ścisłość i punktualność, która przybierała cechy jakiejś machiny automatycznej, gdy chodziło o godziny powrotu z górskiej wycieczki: ani noc, ani burza nie mogły go wtedy powstrzymać. Czynił to dla matki, aby jej oszczędzić chwil niepokoju i wyczekiwania. I oto ten Karłowicz, wyszedłszy wczoraj do Czarnego Stawu, dziś o świcie nie wrócił — dziś do godziny 11 nie wrócił! Nie wątpiłem, że zaszedł jakiś wypadek. Lawina, lawina — dźwięczało mi w uchu; daj Boże, żeby jakaś mała przygoda.
Uspokoiłem, jak mogłem, panią Karłowiczową, wszakże oświadczyłem, że zaraz wyruszę. Posłałem służącego po Staszka Gąsienicę Byrcyna, do którego umiejętności jazdy na nartach najwięcej miałem zaufania — żeby natychmiast z workiem turystycznym, nartami i łopatą (drugą łopatę miałem wziąć ze schroniska T.T. na Hali Gąsienicowej) stawił się u mnie; sam zaś poszedłem do domu przygotować się do drogi.
O godzinie 12:30 jechaliśmy już ze Staszkiem sankami do Kuźnic. Po drodze wstąpiłem jeszcze do pani Karłowiczowej — głównie dlatego, ażeby sama widziała, że pomoc dla jej syna już poszła.
Przewidywałem, że tragedia pod Małym Kościelcem się rozegrała: w drodze do Kuźnic przypuszczenia swe wypowiedziałem Staszkowi. W Kuźnicach wstąpiłem do leśniczówki i tam od leśniczego Marcina dowiedziałem się, że w przededniu koło godziny 61/2 rano Karłowicz koło leśniczówki przechodził, że tegoż dnia troje jeszcze turystów na karplach podążyło na Boczań, ale niebawem wrócili — Karłowicza z powrotem nie było.
Na nartach więc ruszyliśmy śladem. Coraz wyraźniej znać było na śniegu pomiędzy odciskami karpli ślady nart. Na Boczaniu śnieg w jednym miejscu pokruszony nartami: pierwsze zdjęcie fotograficzne. Na Skupniowym Upłazie ślady karpli raptem urwały się, dalej biegły samotnie dwie nitki, wyżłobione nartami.
Czemu tym trojgu zabrakło siły brnąć w młodym śniegu! Tyle razy widziałem w bardzo nawet głębokim śniegu ślady stóp wiodące do Hali Gąsienicowej, a nawet do Czarnego Stawu. Czemu tych troje na samym wstępie cofnęło się! Byliby jeszcze wczoraj wieść do Zakopanego przynieśli! Znać sądzono mu już było zginąć samotnie.
Był to właśnie czas, gdy po długim zachmurzeniu po raz pierwszy wyjrzały góry na słońce — przepyszne, białe, w śnieżnych gronostajach królewskiej swej szaty, uginały się, rzekłbyś, pod ciężarem śniegu. Lute mrozy zazdrośnie strzegły całości tej szaty. Na każdym zboczu, pod każdą granią wisiały niespadłe jeszcze lawiny. Rozumiał to Karłowicz i już na Skupniowym Upłazie szukał drogi bezpiecznej. Niedaleko od miejsca, gdzie Upłaz opiera się o Kopę Królową, ślady na grań wybiegają i ciągną się wąziutką granią do samej Kopy. Na Hali Królowej ślady na wpół śniegiem zasypane, ledwo dostrzegalne w las młody skręcają... zrozumiałem dlaczego, widać liczył się z możliwością lawiny na zboczu pod Zakosem, tam, gdzie letnia ścieżka idzie. Ogromnym półkolem objechał Karłowicz to zbocze. Śnieg tu niesłychanie głęboki i istotnie, gdyby nie kosówki i smreczki, każdej chwili mógł ruszyć lawiną.
Dnia tego w górach śnieg prószył, lekka kurniawa zasłaniała wszystko welonem. Pokazały się już szałasy, Wzrokiem sięgam jak mogę najdalej. Tam, daleko, pod turniami Małego Kościelca ta rysa ciemna na śniegu? Na dole, na dole śnieg pokruszony... Tam, tam! Przeczucie złe dźgnęło mię w serce. Tam spadła lawina — nie wątpię. Ale czyż to jedną lawinę widzi się na wycieczce?
Zjeżdżamy ze Staszkiem co prędzej ku szałasom Gąsienicowym. Śnieg młody tamuje bieg nart naszych; wchodzimy do schroniska — płaszcz Karłowicza wisi na ścianie, na stole rozłożona kuchenka polowa. Był tu i krótko popasał.
Za śladami nart dalej dążymy w górę ku Kościelcowi, wziąwszy ze sobą drugą łopatę. Droga i tu z wielką rozwagą wybrana: kierując się w górę ominąć chciał widocznie strome zbocze w pobliżu rozłożystego drzewa z tabliczką T.T. na letniej ścieżce, na którym to zboczu jednej zimy strąciłem nartami lawinę ze 20 m szeroką. Na grani odsłania się widok straszny: ślady nart, idące po zboczu, gubią się w bruzdach i pokruszonych bryłach śniegu już spadłej ogromnej lawiny...
Z drugiego końca już nie wychodzą! Naga i bezduszna prawda: to jego mogiła!
Każę Staszkowi pozostać na miejscu, bo śnieg wszędzie niepewny, i ze stromego zbocza zjeżdżam na lawinę. Śnieg twardy, zbity i świeżo dzisiejszym śniegiem przy sypany, kopiec olbrzymi, szeroki — grób śnieżny!
Co robić? gdzie szukać? Wieczór się zbliża. Zaczęliśmy kijami sondować lawinę, czy nie natrafimy na ciało, na przedmiot jaki — nartę lub kij narciarski; schodziliśmy całą lawinę, w różnych miejscach szukali. Na próżno.
Już 30 godzin minęło od chwili katastrofy. Znając śp. Karłowicza i jego na wycieczkach zwyczaje, wyliczyłem, że przez to miejsce przechodził koło godziny 11 przed południem; nadzieja słaba uratowania jeszcze się, jeszcze kołacze, może tak słaba, jak to serce konające być może w tej chwili w lawinie.
Zmrok już kirem góry osłaniał, gdyśmy wrócili do schroniska Towarzystwa Tatrzańskiego na Hali Gąsienicowej. Posłałem Staszka do Zakopanego z kartką tej treści: „Karłowicz zginął zasypany lawiną pod północną turnią Małego Kościelca. W lawinie szukaliśmy go na próżno. Czekam na Hali Gąsienicowej na ludzi z łopatami".
Staszkowi poleciłem 12 ludzi sprowadzić. Sam pozostałem w schronisku na noc bezsenną i długą. Nie mogłem wszakże w nim długo usiedzieć; nałożyłem narty, zapaliłem latarkę i na mogiłę wróciłem.
Księżyc już, już miał się wynurzyć zza szczytu Żółtej Turni, posępne Granaty stały w aureoli świetlnej kurniawy, którą wiatr na ich czołach podnosił, gdy przybyłem na miejsce. Słucham... może dźwięk jaki skąd doleci, może ktoś z głębi pocznie kołatać?
Na śniegu się kładłem, przykładałem ucho do śniegu, nasłuchiwałem, chodziłem po tej nieszczęsnej mogile, szukałem w niej kijem od nart; gdy czułem dotknięciem coś w śniegu obcego, kopałem przyniesioną łopatą... Nic! głucho i pusto. Straszliwe jak śmierć sama milczenie!
Jedna z najcudowniejszych, jakie widziałem, i najsmutniejszych zarazem mroźnych nocy tatrzańskich iskrzyła się jeszcze ostatnimi brylantami gwiazd na niebie i ziemi, wokół góry w oślepiającym blasku księżyca stały olbrzymie i nieczułe na owe tragedie, które tam, na dole się dzieją, gdy znużony i zziębły do schroniska wróciłem.
Rankiem przyszli ludzie, w ich liczbie starzy przewodnicy: Klimek Bachleda i Jakub Wawrytko 1) i zaczęliśmy szukać planowo. Poleciłem ludziom kopać studnie w lawinie do samego gruntu, a tak blisko jedną od drugiej, aby przestrzeń między studniami można było dokładnie zbadać narciarskimi kijami. W każdej studni jeden, albo dwóch ludzi.
Kopaliśmy dzień cały. Dwudziestokilkustopniowy mróz utrudniał robotę: ręce i nogi marzły; styliska łopat po krótkiej pracy pokrywały się grubą warstwą lodu, którą trzeba było ustawicznie obtłukiwać. Rękawice do stylisk przylepiały się. Pod wieczór przybyli jeszcze trzej narciarze, pp. A. Góraś, S. Zdyb i J. Lesiecki, z nich dwaj ostatni z łopatami i stanęli do roboty.
Dzień ten nie dał żadnego pomyślnego wyniku. Nie wątpiliśmy, że w grobie śnieżnym musiało zamrzeć już życie. Chodziło o odszukanie ciała. O zmroku wróciliśmy do schroniska — ludzie musieli odpocząć i ogrzać się. Wieczorem przybyli jeszcze na nartach pp. Stan. Barabasz i L. Loria.
Nazajutrz w zwiększonym zastępie wzięliśmy się do pracy; kopaliśmy teraz w mniejszym, północnym kopcu lawiny. Śnieg tutaj, zarówno jak w kopcu głównym, tak był stłoczony i zbity w gęstą masę, że drewniane łopaty zupełnie go nie brały; tylko łopaty żelazne i rydle mogły łupać bryły podobne do brył gliny. Wychodząc ze studni robiliśmy w ścianie stopaje i po nich wyłazili na powierzchnię.
O godzinie 11 minut 20 z jednej studni rozległ się głos pracującego w niej przewodnika Jana Pęksy; „Jest pan!". Skoczyliśmy w kierunku tym wszyscy. W gęstej masie śniegu widniała krawędź narty. Zachrzęściały łopaty, warstwa śniegu w oczach malała — ukazały się kute gwoźdźmi turystyczne trzewiki i cała postać, leżąca na nartach twarzą ku ziemi z rękoma naprzód wyciągniętymi... Nad głową na kilka centymetrów odtajana próżnia. Ciało już sztywne. Oczekiwaliśmy wszyscy tego smutnego rozwiązania zagadki, a jednak prawda straszną była w swej bezwzględności.

foto: archiwum TOPR
Wyjęto ciało z grobu. Na plecach worek turystyczny, czapki na głowie nie było, widocznie śneg falą przepływając ponad nim, czapkę mu zabrał. Tak samo i czekan, który gdzieś został w lawinie. Nos był trochę spłaszczony, poza tym ani na ciele, ani w odzieży żadnych uszkodzeń: śnieg widocznie zasklepił go od razu miękko lecz szczelnie, jak w formę gipsową. W tej formie śnieżnej, nie wykonawszy najmniejszego ruchu, umarł. Nad ciałem było 11/4 m śniegu.
Z własnych nart nieboszczyka zrobiono prowizoryczne sanki, uwiązawszy do nich poprzecznie dwa kawałki drzewa, w płachtę owinięto ciało i złożono na nartach. Ciało do nart przywiązano. Długą linę ujęli górale i ruszyliśmy ku Hali Gąsienicowej.
Gdy ciało odnaleziono, natychmiast posłałem Staszka z kartką do Kuźnic, zapowiadając przybycie ciała na godzinę 4 po południu. Przed odejściem zrobiłem szkic odręczny turni i zanotowałem dokładnie miejsce wypadku. Nad wyraz smutny był pochód nasz ku Zakopanemu.
Właśnie, niemal w chwili, gdy zwłoki znaleziono, powstała sroga zadymka, która nie opuściła nas już do Kuźnic: długi sznur górali, brnących w śniegu głębokim — białe cuhy ich jak skrzydła na wichrze trzepocą — za nimi nisko w śniegu płynie postać w całunie.
Ku Karczmisku szreń była tak twarda, że musiano rąbać stopaje. Na Upłazie górale szli niżej, myśmy na nartach jechali nad nimi, trzymając ciało na linach, by na dół nie osunęło się. Posępny korowód do Kuźnic przyjechał o godzinie 4 po południu, gdzie oczekiwali już: lekarz stacji klimatycznej dr Zychoń, komisarz stacji klimatycznej p. Janowicz, dr Andruszewski, medyk Lisicki i wielu innych.
Wszystko, dzięki poleceniom i osobistej pomocy hr. Zamoyskiego, było przygotowane do zastosowania zabiegów, mających na celu przywrócenie życia. Daremnie!
Duch nie powrócił do ciała, życie młode zagasło! Lawina, która pogrzebała śp. Mieczysława Karłowicza była lawiną warstwicową z młodego śniegu. Nie była ona deską śniegową w ścisłym tego słowa znaczeniu, gdyż brakło jej spoistości, charakteryzującej deskę; wszakże ze względu na sposób jej oderwania się można ją odnieść do tej kategorii. Wypadek zaszedł na wschodnim zboczu Małego Kościelca, w miejscu zasłoniętym od wiatrów zachodnich; śnieg tam podczas padania nie został w gęstą masę przez wiatr stłoczony, lecz leżał dość miękką, do 40 cm głęboką warstwą, tylko w żlebie i wśród kosówek było jego więcej. Jak zaznaczyłem wyżej, przez kilka dni poprzednich śniegi w górach padały, po czym nastąpiły mrozy. Śnieg w takim niemal stanie jak bezpośrednio po spadnięciu pokrywał wszystkie zbocza i turnie, nie było odwilży, nie mógł też on ani z warstwą starego śniegu dokładnie się spoić, ani nawet we własnej swej masie.
Pod samymi wszakże turniami u wylotu żlebu spoistość jego była już większa, na dole bardzo słaba. Tam, gdzie kończą się dubrawiska Małego Kościelca, jest ścianka skalna — turniczka, widzialna ze ścieżki — potem żleb, a dalej znowu ścianki turni Małego Kościelca. Jedna z nich wielka, o wyglądzie przewieszonej płyty. Pod tą płytą był środek lawiny. Lawina wszakże wypadła ze żlebu pomiędzy tą płytą a ścianką wysuniętą na północ i zaraz na grzędzie (ledwo dostrzegalnej) u wylotu żlebu, rozbiła się na dwa strumienie: jeden — południowy — utworzył kopiec główny lawiny, drugi — północny — kopiec mniejszy. W tym mniejszym, o długość 3 m od ostatniej krawędzi lawiny, znaleziono ciało.
Wypadek ten — przekonany jestem — miał przebieg następujący: Karłowicz, idąc w górę dubrawiskami, w pobliżu turni Małego Kościelca znalazł się za wysoko, mniej więcej w połowie wysokości całego zbocza, licząc od podnóża skał. Należało mu albo pomiędzy kosówkami stromo zjechać na dół, albo podać się pod same turniczki.
Coś go jednak złudziło, zapewne skąpo rosnące kosówki na wypukłości (rodzaju grzędy) gruntu pod samym żlebem. Kosówki te stary śnieg dobrze trzymają, ale dla młodego ich wierzchnie gałązki nie są żadną oporą. Kosówki go omamiły i ruszył poziomo, zamierzając przetrawersować pole na wysokości, na której się znalazł. Prawdopodobnie był na wprost żlebu, gdy nagle z błyskawiczną szybkością całe zbocze ruszyło. Musiało się to dziać w ten sposób, że najpierw drgnęły pod nartami niższe części warstwy młodego śniegu, a zaraz, bezpośrednio jęły bryłami się łupać części powyżej się znajdujące.
Wszystko to połowę drogi jechało w postaci desek, dopiero potem w bryły się pokruszyło, częściowo nawet przechodząc w lawinę pyłową. Odruchowo musiał Karłowicz skierować się do ucieczki (miał foki na nartach) i może nawet parę metrów samoistnie ujechał (dlatego sądziłem, że mógł minąć ową wypukłość gruntu pod żlebem i zacząłem poszukiwania w kopcu południowym); wszakże strumień śniegu zabrał go z powrotem; potknął się dopiero na kopcu, który usypały warstwy poniżej jego drogi się znajdujące, upadł, a tuż za nim wtoczyły się fale brył (jeszcze dość miękkich) i śniegu płynnego, które przeszły przez niego, zabierając mu czapkę i czekan. Zasklepiły go w jednym momencie. Utrata przytomności i śmierć musiały nader szybko nastąpić. Czas od ruszenia lawiny do spadnięcia ostatniej jej cząstki nie przewyższył zapewne 3 sekund. W czwartej zapanował już spokój. Tyle wyczytałem z ostatnich śladów nart nieodżałowanego druha-taternika.
Niechaj w spokoju spoczywa.
P.S. Ciekawy i zarazem rzadki fakt, symbolizujący niejako nieśmiertelność ducha ludzkiego. Na drugi dzień po wydobyciu ciała z lawiny udałem się na miejsce wypadku w towarzystwie p. Króla, wykopaliśmy tam studnię w śniegu do samego gruntu i na kamieniu zrobiliśmy znak farbą, mając na myśli wzniesienie w przyszłości kamienia pamiątkowego dokładnie w miejscu katastrofy. Ściąłem wówczas gałąź z pobliskiego krzewu i wetknąłem ją w śnieg na powierzchni, ażeby można było miejsce to łatwiej odnaleźć. Gdy w maju przybyłem znowu tam z robotnikami w celu omówienia robót około kamienia pamiątkowego, znalazłem tę samą gałąź leżącą na ziemi, a na niej — wyrosłe z niej zielone świeże pędy...
Non omnis moriar — głosi na kamieniu napis.
1) Prócz wymienionych dwóch: Jędrzej Marusarz, Jan Gąsienica Byrcyn, Jakub Bachleda, Stanisław Brzega, Józef Wawrytko, Staszek Gąsienica Byrcyn i potem, na trzeci dzień, Jan Pęksa.
Wszystko, co tu piszę ma domyślną klauzulę "moim zdaniem" i nikogo to do niczego nie obliguje, ale i nie... upoważnia.
Mundek
www.turystyka.skibicki.pl
Mundek
www.turystyka.skibicki.pl
w nawiązaniu do rocznicy w dniu dzisiejszym .....
http://tygodnik.onet.pl/354,21590,1,kom ... ortaz.html
http://tygodnik.onet.pl/354,21590,1,kom ... ortaz.html
jaka impreza ? nic o tym nie wiem
..życie jest piękne
..życie jest piękne
- Zygmunt Skibicki
-

- Posty: 4030
- Rejestracja: ndz 31 gru, 2006
- Lokalizacja: Łódź
- Kontakt:
Gazeta Krakowska pisze:Znamienne zakopiańskie rocznice
źródło: Gazeta Krakowska - - 2009/02/13
Warto iść za szlachetnym porywem serca, bo to co damy innym, zawsze do nas wróci i będzie służyć wszystkim.
Przed stu laty, w 1909 r., nastroje w Europie Środkowo-Wschodniej zwiastowały nadchodzącą wojnę światową. Załamywał się stary porządek, nie tylko w krajach austro-węgierskiej Świętej Korony, ale także w bliskim jej sąsiedztwie. 1905 był rokiem rewolucji w Rosji, nowe idee zaprzątały umysły ludzi dążących do zmian. Jedni szerzyli poglądy narodowe, inni skłaniali się ku radykałom, inni wreszcie ku rosnącym w siłę socjalistom. W Polsce, będącej ciągle jeszcze w rękach zaborców, rosły dążenia niepodległościowe, na scenie politycznej była już obecna Polska Partia Socjalistyczna, działali tacy przywódcy jak Dmowski i Piłsudski.
Pewien kontrast do tej sytuacji gospodarczej, społecznej i politycznej stanowiła kultura, przeżywająca okres rozkwitu właściwie w całym tym regionie. Dla Węgrów byli ozdobą znani pisarze: Ferenc Molnar, Mór Jókai, poeta Endre Ady, malarz Mihaly Munkacsy, kompozytor Bela Bartok. Czesi mieli malarza Josefa Manesa, pisarza Franza Kafkę i znanych kompozytorów, Bedrzicha Smetanę i Antonina Dworzaka, a Polską kulturę tworzyły takie postaci – by wymienić niektórych – jak Jan Matejko, Henryk Sienkiewicz, Władysław Reymont, Stefan Żeromski, malarze Młodej Polski z poetą i dramatopisarzem narodowym Stanisławem Wyspiańskim.
Jak wytłumaczyć ten kontrast między polityką i kulturą w tak trudnych czasach? Odpowiedź wydaje się prosta. Ilekroć człowiek podejmie się zrobić coś dla innego człowieka, a może to robić zawsze, nie zważając na warunki zewnętrzne, tylekroć jego dzieło nabiera cech trwałości i wartości.
Na tym tle i w takim kontekście należy umieścić postać Mieczysława Karłowicza, wielkiego miłośnika gór, taternika, narciarza, fotografika, a przede wszystkim znakomitego kompozytora, specjalizującego się w twórczości jednego gatunku muzyki, jakim jest poemat symfoniczny. Piękno i majestat gór stały się dla niego źródłem głębokich przeżyć i natchnieniem jego twórczości artystycznej. Był też współtwórcą idei niesienia pomocy ludziom zagubionym w górach, którą propagował w Zakopanem wraz z Mariuszem Zaruskim, legendą zimowej stolicy Polski i gronem narciarzy, którzy stworzyli w 1907 r. pierwszy klub narciarski. 9 lutego 1909 r., podczas samotnej wędrówki na nartach, zginął w Tatrach, zasypany przez lawinę pod turniami Małego Kościelca.
Mieczysław Karłowicz wszedł w grono tatrzańskich postaci-legend, jako człowiek wielkiej kultury i twórca, który wniósł do polskiej kultury narodowej znaczący wkład, powszechnie uznany w świecie. Z tą datą sprzed stu lat łączy się powstanie Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego (TOPR). Myśl o jego powołaniu dojrzewała od pewnego czasu, ale po zakończeniu pierwszej akcji ratunkowej w Tatrach, której celem było odnalezienie zasypanego Karłowicza, postanowiono formalnie utworzyć takie pogotowie, co nastąpiło pod koniec 1909 r. TOPR ma za sobą chlubną historię niesienia pomocy w wielu tysiącach wypadków. Niektóre wyprawy ratowników kończyły się ich śmiercią, ale mimo to nigdy nie zabrakło ochotników, by odważnie podjąć wezwanie do niesienia pomocy, nawet w warunkach niezmiernie trudnych.
Ochotnicy Pogotowia, działający na terenach trudno dostępnych i posiadający wyjątkowe umiejętności poruszania się po tatrzańskich szlakach, odegrali wielką i bohaterską rolę przewodników, łączników, kurierów, zwłaszcza w czasie II wojny światowej, wspomagając polską podziemną walkę zbrojną z okupantem. Wiele razy sprawdzili się w sytuacjach niemal beznadziejnych.
Kiedyś, w początkach, mogli liczyć właściwie tylko na siebie, obecnie dysponują nowoczesnym sprzętem ratowniczym. Choć ułatwia on pracę, nigdy nie zastąpi ich odwagi, determinacji i serca, jakie trzeba włożyć w każdą akcję ratowniczą.
Te dwie setne rocznice, związane z Zakopanem, z Mieczysławem Karłowiczem i Tatrzańskim Ochotniczym Pogotowiem Ratunkowym uczą, że warto iść za szlachetnym porywem serca, bo to co damy innym, zawsze do nas wróci i będzie służyć wszystkim.
Tadeusz Pieronek
Biskup
Wszystko, co tu piszę ma domyślną klauzulę "moim zdaniem" i nikogo to do niczego nie obliguje, ale i nie... upoważnia.
Mundek
www.turystyka.skibicki.pl
Mundek
www.turystyka.skibicki.pl


