Dawno temu w górach, czyli wspomnień czar...
-
Kolekcjoner
-

- Posty: 251
- Rejestracja: czw 31 mar, 2005
Rozdział 7. Giewont i dolinki.
Kilka miesięcy później, latem roku 1994-ego ruszyła na południe kolejna wycieczka. Wyruszyliśmy tradycyjnie z warszawskiego Dworca Wschodniego, by po kilku godzinach jazdy pociągiem dotrzeć wreszcie na Podhale, które przywitało nas tym razem typowo letnią, upalną pogodą. Jak zwykle, nie myśląc zbyt wiele, udaliśmy się na Antałówkę, gdzie bez żadnych kłopotów (jak to latem bywa) znaleźliśmy kwaterę. Był to stylizowany, góralski domek, umiejscowiony tuż koło szczytu, a spod jego bramy rozlegał się, ciekawy zwłaszcza wczesnym rankiem widok na Giewont i Kasprowy Wierch. Jak na zakopiańską willę przystało, miał też swą nazwę - "Jedynaczka". Pensjonat ów znany nam był już w czasie pierwszego w górach pobytu, kiedy to podczas całodziennego spaceru po otaczających miasto wzgórzach spotkaliśmy tu właśnie przemiłą, starszą panią, która zachwyciła nas opowiadaniami o swych wyczynach tatrzańskich, a także dobrą znajomością poszczególnych szczytów. Nic więc dziwnego, że od tamtej pory Antałówka kojarzy nam się bardzo miło.
Pierwszy, bardzo słoneczny dzień, poświęciliśmy z Piotrem na całodzienny spacer Drogą pod i nad Reglami. Jako, że wzdłuż Białego Potoku szliśmy już wielokrotnie, tym razem, skręciliśmy w lewo dopiero przy Dolinie Ku Dziurze. Wiedzie nią króciutki, półgodzinny szlak, uwieńczony niewielką, acz urokliwą jaskinią "Dziura". Składa się ona z jednej, niewielkiej sali oraz dwóch bocznych odgałęzień, zbyt wąskich niestety, by przyjąć zwykłych turystów. Jako ciekawostkę, która w pierwszej chwili zaskakuje turystów, podam fakt, iż w letniej porze na dnie jaskini leży gruba warstwa pomarańczowych, jesiennych liści niewiadomego pochodzenia. Dopiero po wnikliwej obserwacji można zauważyć pod sufitem niewielki, wydłużony komin, przez który zapewne przynosi je tutaj wiatr. Skałki zaś, otaczające otwór wejściowy, stają się często celem ataków początkujących wspinaczy, a to zapewne z racji niezliczonej liczby schodków, przewieszek i wbitych haków, świadczących o treningowym charakterze tego miejsca. Jak to zwykle bywa, próby owe kończą się niezbyt miłym lądowaniem na skalistym i twardym podłożu, urozmaiconym tylko gdzieniegdzie kępka zielonej trawy. Po powrocie na Drogę pod Reglami, udaliśmy się tym razem do Doliny Strążyskiej, kolejnego szlaku spacerowego. Wiedzie tam znakowana, wygodna ścieżka, krzyżująca się raz po raz ze Potokiem Strążyskim, wartko płynącym pośród skał i smreków. Rozliczne, bardzo romantyczne mostki, dodają temu miejscu charakteru "tajemniczego ogrodu" i bez wątpienia przyciągają turystów. Prawie na samym końcu doliny, tuż za Polaną Strążyską, spada stromą ścianą z wysokości kilkunastu metrów wodospad Siklawica, dając wraz z kilkoma okolicznymi źródłami początek potokowi. Latem nie jest on zbyt imponujący, jednak dla osób nieobeznanych z Tatrami stanowi na pewno widok niecodzienny. Przypuszczam, że na wiosnę, kiedy ogromne płaty śniegu, pod wpływem ciepłych promieni słonecznych, zamieniają się w szybkim tempie w wodę, wodospad przybiera na sile.
Tym razem skierowaliśmy się na wschód, podążając za czarnymi znakami Ścieżką nad Reglami. Wije się ona pośród wyższych partii lasów, by wspiąć się wreszcie na Czerwona Przełęcz, skąd już tylko pół godziny na Sarnią Skałę. Ponieważ dzień miał się już ku końcowi, widok na góry był doprawdy niesamowity. Zachodzące słońce zabarwiło zarówno szczyty, jak i niebo na kolor bladoróżowy, który z czasem przeszedł w mocniejszą, pomarańczowo-czerwoną poświatę, otaczając nas ferią ciepłych, stopniowo gasnących barw. Urok owej chwili sprawił, że zupełnie zapomnieliśmy o świecie, dając się zaskoczyć przez szybki zmierzch. Noc zastała nas w górach.
Szybkim krokiem zbiegliśmy do przełęczy i kontynuowaliśmy marsz Ścieżką nad Reglami, aż do wylotu z Doliny Białego, skąd żółtym szlakiem skierowaliśmy się ku miastu. Ponieważ bywaliśmy tu już wielokrotnie, walory krajobrazowe nie zdołały zwrócić naszej uwagi, tym bardziej, że czerń nocy zdołała już wszystko ukryć. Wydawało nam się za to ciągle, że spośród gęstych chaszczy łypią na nas, w niedwuznacznych zamiarach, dzikie górskie bestie o krwistoczerwonych wygłodniałych oczach i wielkich pyskach, co niewątpliwie wpłynęło na tempo naszego marszu, osiągające pod koniec całkiem przyzwoitą prędkość trakcyjną. Całe szczęście, że nie znaliśmy jeszcze wówczas rozlicznych tatrzańskich legend o mrocznych i tajemniczych stworach, gdyż to wpłynęłoby na nas raczej negatywnie (...)
Dolinę Ku Dziurze odwiedziliśmy jeszcze raz, kilka dni później, tym razem w towarzystwie kuzynek. Pogoda była wtedy mokra i dżdżysta, a popołudniem z nieba lunął obfity deszcz, ożywiając cały świat roślinny, złakniony odrobiny wilgoci. Wszyscy oprócz Piotra mieli ze sobą foliowe, jednorazowe płaszczyki, które niezwłocznie na siebie włożyli, wyrażając przy tym prawdziwie szczere wyrazy współczucia dla zmokniętego i wciąż moknącego kolegi. Piotr, ucząc się na błędach kupił sobie dnia następnego podobny płaszczyk, okazało się jednak, że ma pecha. Od tej pory w Zakopanem zapanowała piękna, słoneczna pogoda, bez choćby najmniejszej, deszczowej chmurki...
Kolejnym celem naszej, tym razem już "poważnej wyprawy" stał się bardzo oryginalny, wysoki na 1894 metry szczyt, widoczny doskonale z prawie każdego miejsca w Zakopanem, będący symbolem miasta, jeśli nie całych polskich Tatr - Giewont. Uzbrojeni tradycyjnie w wodę mineralna, gorzka czekoladę i kawałki chleba, udaliśmy się do Kuźnic, skąd poprzez Halę Kalatówki (schronisko) i Halę Kondratową, mijając Piekło i Przełęcz Kondracką wspięliśmy się stromą, ubezpieczoną łańcuchami i klamrami drogą na sam szczyt. Widok z Giewontu jest niezwykle oryginalny, w czasie dobrej pogody, ogarnia on szerokim łukiem od północy Podhale i Orawę, a od południowego wschodu masywy Tatr Zachodnich i Wysokich. Szczyt, podobnie jak Świnica, jest bardzo niebezpieczny w czasie burzy, a także zimą, kiedy strome zejście z kopuły kończy się niekiedy tragicznie...
Krzyż na Giewoncie ma około 15 metrów wysokości i został tu zamontowany w roku 1901, stając się celem corocznych pielgrzymek. Jego poświęcenie było wbrew pozorom dla wielu, wychowanych w górach gazdów, pierwszą okazją do wejścia na szczyt. Giewont, oglądany z miasta sprawia wrażenie dużo większego od Kasprowego Wierchu, choć w istocie jest niższy o blisko sto metrów. Dzieje się tak dzięki ogromnej, na 600 metrów wysokiej ścianie, jaka opada ku Zakopanemu.
Do końca wyprawy towarzyszyło nam piękne, letnie słońce. Wracaliśmy granią Czerwonych Wierchów, począwszy od Kopy Kondrackiej (2005m) przez Suche i Goryczkowe Czuby, aż do Kasprowego, skąd dzieliła nas już od miasta jedynie godzina...
Kilka miesięcy później, latem roku 1994-ego ruszyła na południe kolejna wycieczka. Wyruszyliśmy tradycyjnie z warszawskiego Dworca Wschodniego, by po kilku godzinach jazdy pociągiem dotrzeć wreszcie na Podhale, które przywitało nas tym razem typowo letnią, upalną pogodą. Jak zwykle, nie myśląc zbyt wiele, udaliśmy się na Antałówkę, gdzie bez żadnych kłopotów (jak to latem bywa) znaleźliśmy kwaterę. Był to stylizowany, góralski domek, umiejscowiony tuż koło szczytu, a spod jego bramy rozlegał się, ciekawy zwłaszcza wczesnym rankiem widok na Giewont i Kasprowy Wierch. Jak na zakopiańską willę przystało, miał też swą nazwę - "Jedynaczka". Pensjonat ów znany nam był już w czasie pierwszego w górach pobytu, kiedy to podczas całodziennego spaceru po otaczających miasto wzgórzach spotkaliśmy tu właśnie przemiłą, starszą panią, która zachwyciła nas opowiadaniami o swych wyczynach tatrzańskich, a także dobrą znajomością poszczególnych szczytów. Nic więc dziwnego, że od tamtej pory Antałówka kojarzy nam się bardzo miło.
Pierwszy, bardzo słoneczny dzień, poświęciliśmy z Piotrem na całodzienny spacer Drogą pod i nad Reglami. Jako, że wzdłuż Białego Potoku szliśmy już wielokrotnie, tym razem, skręciliśmy w lewo dopiero przy Dolinie Ku Dziurze. Wiedzie nią króciutki, półgodzinny szlak, uwieńczony niewielką, acz urokliwą jaskinią "Dziura". Składa się ona z jednej, niewielkiej sali oraz dwóch bocznych odgałęzień, zbyt wąskich niestety, by przyjąć zwykłych turystów. Jako ciekawostkę, która w pierwszej chwili zaskakuje turystów, podam fakt, iż w letniej porze na dnie jaskini leży gruba warstwa pomarańczowych, jesiennych liści niewiadomego pochodzenia. Dopiero po wnikliwej obserwacji można zauważyć pod sufitem niewielki, wydłużony komin, przez który zapewne przynosi je tutaj wiatr. Skałki zaś, otaczające otwór wejściowy, stają się często celem ataków początkujących wspinaczy, a to zapewne z racji niezliczonej liczby schodków, przewieszek i wbitych haków, świadczących o treningowym charakterze tego miejsca. Jak to zwykle bywa, próby owe kończą się niezbyt miłym lądowaniem na skalistym i twardym podłożu, urozmaiconym tylko gdzieniegdzie kępka zielonej trawy. Po powrocie na Drogę pod Reglami, udaliśmy się tym razem do Doliny Strążyskiej, kolejnego szlaku spacerowego. Wiedzie tam znakowana, wygodna ścieżka, krzyżująca się raz po raz ze Potokiem Strążyskim, wartko płynącym pośród skał i smreków. Rozliczne, bardzo romantyczne mostki, dodają temu miejscu charakteru "tajemniczego ogrodu" i bez wątpienia przyciągają turystów. Prawie na samym końcu doliny, tuż za Polaną Strążyską, spada stromą ścianą z wysokości kilkunastu metrów wodospad Siklawica, dając wraz z kilkoma okolicznymi źródłami początek potokowi. Latem nie jest on zbyt imponujący, jednak dla osób nieobeznanych z Tatrami stanowi na pewno widok niecodzienny. Przypuszczam, że na wiosnę, kiedy ogromne płaty śniegu, pod wpływem ciepłych promieni słonecznych, zamieniają się w szybkim tempie w wodę, wodospad przybiera na sile.
Tym razem skierowaliśmy się na wschód, podążając za czarnymi znakami Ścieżką nad Reglami. Wije się ona pośród wyższych partii lasów, by wspiąć się wreszcie na Czerwona Przełęcz, skąd już tylko pół godziny na Sarnią Skałę. Ponieważ dzień miał się już ku końcowi, widok na góry był doprawdy niesamowity. Zachodzące słońce zabarwiło zarówno szczyty, jak i niebo na kolor bladoróżowy, który z czasem przeszedł w mocniejszą, pomarańczowo-czerwoną poświatę, otaczając nas ferią ciepłych, stopniowo gasnących barw. Urok owej chwili sprawił, że zupełnie zapomnieliśmy o świecie, dając się zaskoczyć przez szybki zmierzch. Noc zastała nas w górach.
Szybkim krokiem zbiegliśmy do przełęczy i kontynuowaliśmy marsz Ścieżką nad Reglami, aż do wylotu z Doliny Białego, skąd żółtym szlakiem skierowaliśmy się ku miastu. Ponieważ bywaliśmy tu już wielokrotnie, walory krajobrazowe nie zdołały zwrócić naszej uwagi, tym bardziej, że czerń nocy zdołała już wszystko ukryć. Wydawało nam się za to ciągle, że spośród gęstych chaszczy łypią na nas, w niedwuznacznych zamiarach, dzikie górskie bestie o krwistoczerwonych wygłodniałych oczach i wielkich pyskach, co niewątpliwie wpłynęło na tempo naszego marszu, osiągające pod koniec całkiem przyzwoitą prędkość trakcyjną. Całe szczęście, że nie znaliśmy jeszcze wówczas rozlicznych tatrzańskich legend o mrocznych i tajemniczych stworach, gdyż to wpłynęłoby na nas raczej negatywnie (...)
Dolinę Ku Dziurze odwiedziliśmy jeszcze raz, kilka dni później, tym razem w towarzystwie kuzynek. Pogoda była wtedy mokra i dżdżysta, a popołudniem z nieba lunął obfity deszcz, ożywiając cały świat roślinny, złakniony odrobiny wilgoci. Wszyscy oprócz Piotra mieli ze sobą foliowe, jednorazowe płaszczyki, które niezwłocznie na siebie włożyli, wyrażając przy tym prawdziwie szczere wyrazy współczucia dla zmokniętego i wciąż moknącego kolegi. Piotr, ucząc się na błędach kupił sobie dnia następnego podobny płaszczyk, okazało się jednak, że ma pecha. Od tej pory w Zakopanem zapanowała piękna, słoneczna pogoda, bez choćby najmniejszej, deszczowej chmurki...
Kolejnym celem naszej, tym razem już "poważnej wyprawy" stał się bardzo oryginalny, wysoki na 1894 metry szczyt, widoczny doskonale z prawie każdego miejsca w Zakopanem, będący symbolem miasta, jeśli nie całych polskich Tatr - Giewont. Uzbrojeni tradycyjnie w wodę mineralna, gorzka czekoladę i kawałki chleba, udaliśmy się do Kuźnic, skąd poprzez Halę Kalatówki (schronisko) i Halę Kondratową, mijając Piekło i Przełęcz Kondracką wspięliśmy się stromą, ubezpieczoną łańcuchami i klamrami drogą na sam szczyt. Widok z Giewontu jest niezwykle oryginalny, w czasie dobrej pogody, ogarnia on szerokim łukiem od północy Podhale i Orawę, a od południowego wschodu masywy Tatr Zachodnich i Wysokich. Szczyt, podobnie jak Świnica, jest bardzo niebezpieczny w czasie burzy, a także zimą, kiedy strome zejście z kopuły kończy się niekiedy tragicznie...
Krzyż na Giewoncie ma około 15 metrów wysokości i został tu zamontowany w roku 1901, stając się celem corocznych pielgrzymek. Jego poświęcenie było wbrew pozorom dla wielu, wychowanych w górach gazdów, pierwszą okazją do wejścia na szczyt. Giewont, oglądany z miasta sprawia wrażenie dużo większego od Kasprowego Wierchu, choć w istocie jest niższy o blisko sto metrów. Dzieje się tak dzięki ogromnej, na 600 metrów wysokiej ścianie, jaka opada ku Zakopanemu.
Do końca wyprawy towarzyszyło nam piękne, letnie słońce. Wracaliśmy granią Czerwonych Wierchów, począwszy od Kopy Kondrackiej (2005m) przez Suche i Goryczkowe Czuby, aż do Kasprowego, skąd dzieliła nas już od miasta jedynie godzina...
-
Kolekcjoner
-

- Posty: 251
- Rejestracja: czw 31 mar, 2005
Rozdział 8. Świnica.
Innym znów razem postanowiliśmy wybrać się na jeden z wybitniejszych, a zarazem niebezpiecznych tatrzańskich wierzchołków - wspomnianą wyżej Świnicę. Dlaczego niebezpieczna? Dzięki kolejce na Kasprowy, do głównej grani Tatr docierają tłumy ludzi, którzy nie biorąc pod uwagę ani swojej kondycji, ani pogody, spieszą tłumnie na "spacer" w kierunku Świnicy. Zziajani, zdyszani docierają do jej zboczy albo nawet na szczyt, a wtedy okazuje się nagle, że niewiadomo skąd i niewiadomo kiedy, nadciągnęła burza.
I co wtedy? Ponieważ są bardzo wyczerpani, nie zawsze zdążą się ewakuować, padając niekiedy ofiarą porażeń piorunem. Helikopter TOPR'u zobaczyć można najczęściej właśnie w pobliżu Świnicy, albo nad Giewontem. Wracając jednak do wyprawy - pogoda owego dnia nie była najlepsza, na horyzoncie pojawiało się coraz więcej chmur, a po południu zaczęło się robić parno. Wyruszyliśmy z Kuźnic, podążając znaną nam już Doliną Jaworzynki w kierunku Murowańca (Hala Gąsienicowa), a stąd szlakiem czarnym wprost ku Świnickiej Przełęczy (2050m). Droga zachodnią partią Doliny Gąsienicowej należy do bardzo uroczych. Początkowo leniwie pnie się pod górę, by wreszcie doprowadzić do Zielonego Stawu. Odbijają się w nim okoliczne trawiaste zbocza i grupy kosodrzewiny zabarwiając jezioro kolorem niebiesko-zielonym. Ponad nim górują olbrzymie szczyty Skrajnej i Pośredniej Turni. Powyżej stawu leżą jeszcze Czerwone Stawki, Długi i Zadni Staw oraz Kurtkowiec, a poniżej w znacznej odległości można zobaczyć Dwoisty i Litworowy Staw. Od tego miejsca szlak zaczyna już coraz bardziej stromo piąć się w górę, przebiegając zygzakami poprzez zbocze Pośredniej, aż do Świnickiej Przełęczy. Zbliżając się do tej ostatniej usłyszeliśmy pierwsze, jeszcze odległe pomruki burzy, ale wciąż widoczne słońce zachęcało do dalszej wędrówki. Dobiegało południe. W powietrzu czuć było rosnące napięcie, dokoła robiło się coraz parniej i parniej. Chmury zobaczyliśmy dopiero na przełęczy. Napłynęły nagle i otuliły odległy zaledwie o kilkadziesiąt metrów szczyt szczelną, biała pokrywą. Grzmiało coraz częściej. Zerwał się chłodny, przenikliwy wiatr, niosący ze sobą pierwsze nieśmiałe krople deszczu. Podeszliśmy jeszcze kilkanaście metrów wyżej i schowaliśmy się pod niewielki okap skalny, w celu zastanowienia nad sensem dalszej drogi. Wierzchołek upragnionego szczytu znajdował się, można powiedzieć w zasięgu ręki, a droga którą już przebyliśmy była bardzo trudna i wyczerpująca. Coraz częściej jednak dawała o sobie znać burza. Decyzja, którą podjęliśmy nie należała do najłatwiejszych. Górę wziął jednak rozsądek...
O ile dobrze pamiętam, wycofaliśmy się wówczas poprzez Liliowe (1952m) i odwiedzony już wcześniej Beskid (2012m) do baru na Kasprowym Wierchu, skąd po wstępnym przesuszeniu i napiciu się gorącej herbaty, ruszyliśmy w drogę powrotną w kierunku Kuźnic (szybkim marszem, zajmuje ona około godzinę czasu). Do miasta wkroczyliśmy ze zrozumiałym żalem, tym bardziej, że poza mżawką, deszczu wcale nie było, jednak z perspektywy czasu oceniam tą decyzję jako słuszną i dojrzałą (....)
Deszcz padał przez kilka następnych dni. Ruch turystyczny nieco zmalał, większość ludzi wegetowała w mieście, siedząc w ciepłych i przytulnych wnętrzach barów i knajp. My zaś, dla odprężenia, mając w pamięci ekscytujące zimowe widoki postanowiliśmy wspiąć się ponownie na Nosal. 0 ile rano pogoda była względnie dobra, po południu rozpadało się na dobre i to właśnie w chwili, kiedy nasze stopy oparły się o szczyt góry.
Co można robić w czasie ulewy? Oczywiście należy jak najszybciej znaleźć jakieś schronienie lub też, ewentualnie, zbudować je sobie samemu...
Szałas nasz składał się z jednej grubszej żerdzi opartej o drzewo i obłożonej dokoła mniej lub bardziej "szczelnymi" gałęziami. Była to zaawansowana technologicznie i architektonicznie konstrukcja, tyle tylko, że mogła pomieścić "aż" jedna osobę. Ponad godzinna praca poszła więc na marne, na szczęście deszcz przestał na jakiś czas padać. Przemoczeni do suchej nitki zeszliśmy łagodnym zboczem do Kuźnic z zamiarem ewakuacji na kwaterę, na tym jednak dzień się nie skończył. Nie wiadomo skąd pojawiła się nagle przed nami pewna pani, proponując wycieczkę kolejką linową na Kasprowy z zarezerwowanymi miejscówkami. Okazało się, że część jej grupy nie zdołała stawić się na czas i miała kilka wolnych biletów. Skorzystaliśmy. Podróż wagonikiem dostarcza rzeczywiście interesujących wrażeń, osobiście jednak wolę spacer wąskimi, górskimi perciami, pośród wielkich, przyjaznych skał i szumiących smreków, kiedy można dotknąć każdego kamienia, czy też opłukać zmęczona twarz w chłodnym, krystalicznie czystym potoku. W wagoniku za bardzo czuć cywilizację, a nie po to przecież jeździ się w góry...
Zmarznięci na kość, przemoczeni i zmęczeni, ale z uśmiechami na twarzach wróciliśmy do miasta. Słońce pewnie już zachodziło, Zakopane pokrywała gruba warstwa białej, dżdżystej mgły.

Innym znów razem postanowiliśmy wybrać się na jeden z wybitniejszych, a zarazem niebezpiecznych tatrzańskich wierzchołków - wspomnianą wyżej Świnicę. Dlaczego niebezpieczna? Dzięki kolejce na Kasprowy, do głównej grani Tatr docierają tłumy ludzi, którzy nie biorąc pod uwagę ani swojej kondycji, ani pogody, spieszą tłumnie na "spacer" w kierunku Świnicy. Zziajani, zdyszani docierają do jej zboczy albo nawet na szczyt, a wtedy okazuje się nagle, że niewiadomo skąd i niewiadomo kiedy, nadciągnęła burza.
I co wtedy? Ponieważ są bardzo wyczerpani, nie zawsze zdążą się ewakuować, padając niekiedy ofiarą porażeń piorunem. Helikopter TOPR'u zobaczyć można najczęściej właśnie w pobliżu Świnicy, albo nad Giewontem. Wracając jednak do wyprawy - pogoda owego dnia nie była najlepsza, na horyzoncie pojawiało się coraz więcej chmur, a po południu zaczęło się robić parno. Wyruszyliśmy z Kuźnic, podążając znaną nam już Doliną Jaworzynki w kierunku Murowańca (Hala Gąsienicowa), a stąd szlakiem czarnym wprost ku Świnickiej Przełęczy (2050m). Droga zachodnią partią Doliny Gąsienicowej należy do bardzo uroczych. Początkowo leniwie pnie się pod górę, by wreszcie doprowadzić do Zielonego Stawu. Odbijają się w nim okoliczne trawiaste zbocza i grupy kosodrzewiny zabarwiając jezioro kolorem niebiesko-zielonym. Ponad nim górują olbrzymie szczyty Skrajnej i Pośredniej Turni. Powyżej stawu leżą jeszcze Czerwone Stawki, Długi i Zadni Staw oraz Kurtkowiec, a poniżej w znacznej odległości można zobaczyć Dwoisty i Litworowy Staw. Od tego miejsca szlak zaczyna już coraz bardziej stromo piąć się w górę, przebiegając zygzakami poprzez zbocze Pośredniej, aż do Świnickiej Przełęczy. Zbliżając się do tej ostatniej usłyszeliśmy pierwsze, jeszcze odległe pomruki burzy, ale wciąż widoczne słońce zachęcało do dalszej wędrówki. Dobiegało południe. W powietrzu czuć było rosnące napięcie, dokoła robiło się coraz parniej i parniej. Chmury zobaczyliśmy dopiero na przełęczy. Napłynęły nagle i otuliły odległy zaledwie o kilkadziesiąt metrów szczyt szczelną, biała pokrywą. Grzmiało coraz częściej. Zerwał się chłodny, przenikliwy wiatr, niosący ze sobą pierwsze nieśmiałe krople deszczu. Podeszliśmy jeszcze kilkanaście metrów wyżej i schowaliśmy się pod niewielki okap skalny, w celu zastanowienia nad sensem dalszej drogi. Wierzchołek upragnionego szczytu znajdował się, można powiedzieć w zasięgu ręki, a droga którą już przebyliśmy była bardzo trudna i wyczerpująca. Coraz częściej jednak dawała o sobie znać burza. Decyzja, którą podjęliśmy nie należała do najłatwiejszych. Górę wziął jednak rozsądek...
O ile dobrze pamiętam, wycofaliśmy się wówczas poprzez Liliowe (1952m) i odwiedzony już wcześniej Beskid (2012m) do baru na Kasprowym Wierchu, skąd po wstępnym przesuszeniu i napiciu się gorącej herbaty, ruszyliśmy w drogę powrotną w kierunku Kuźnic (szybkim marszem, zajmuje ona około godzinę czasu). Do miasta wkroczyliśmy ze zrozumiałym żalem, tym bardziej, że poza mżawką, deszczu wcale nie było, jednak z perspektywy czasu oceniam tą decyzję jako słuszną i dojrzałą (....)
Deszcz padał przez kilka następnych dni. Ruch turystyczny nieco zmalał, większość ludzi wegetowała w mieście, siedząc w ciepłych i przytulnych wnętrzach barów i knajp. My zaś, dla odprężenia, mając w pamięci ekscytujące zimowe widoki postanowiliśmy wspiąć się ponownie na Nosal. 0 ile rano pogoda była względnie dobra, po południu rozpadało się na dobre i to właśnie w chwili, kiedy nasze stopy oparły się o szczyt góry.
Co można robić w czasie ulewy? Oczywiście należy jak najszybciej znaleźć jakieś schronienie lub też, ewentualnie, zbudować je sobie samemu...
Szałas nasz składał się z jednej grubszej żerdzi opartej o drzewo i obłożonej dokoła mniej lub bardziej "szczelnymi" gałęziami. Była to zaawansowana technologicznie i architektonicznie konstrukcja, tyle tylko, że mogła pomieścić "aż" jedna osobę. Ponad godzinna praca poszła więc na marne, na szczęście deszcz przestał na jakiś czas padać. Przemoczeni do suchej nitki zeszliśmy łagodnym zboczem do Kuźnic z zamiarem ewakuacji na kwaterę, na tym jednak dzień się nie skończył. Nie wiadomo skąd pojawiła się nagle przed nami pewna pani, proponując wycieczkę kolejką linową na Kasprowy z zarezerwowanymi miejscówkami. Okazało się, że część jej grupy nie zdołała stawić się na czas i miała kilka wolnych biletów. Skorzystaliśmy. Podróż wagonikiem dostarcza rzeczywiście interesujących wrażeń, osobiście jednak wolę spacer wąskimi, górskimi perciami, pośród wielkich, przyjaznych skał i szumiących smreków, kiedy można dotknąć każdego kamienia, czy też opłukać zmęczona twarz w chłodnym, krystalicznie czystym potoku. W wagoniku za bardzo czuć cywilizację, a nie po to przecież jeździ się w góry...
Zmarznięci na kość, przemoczeni i zmęczeni, ale z uśmiechami na twarzach wróciliśmy do miasta. Słońce pewnie już zachodziło, Zakopane pokrywała gruba warstwa białej, dżdżystej mgły.

-
Kolekcjoner
-

- Posty: 251
- Rejestracja: czw 31 mar, 2005
Lutowy zlot forum
Babia Góra i Tatry
Bohaterowie opowieści: Asik,Dorian,Jacek Venom,aj71
i autor-Iwona
Sobota-niedziela 12-13.02.05
Po nocnej jeździe pociągiem, wreszcie dojechałam do Katowic, gdzie przesiadłam się w autobus do Zawoji. Na miejscu czekał na nas już Dorian. Ponieważ śniegu było oczywiście sporo, nasz plan dostania się do schroniska musiał zostać skorygowany. Brnęliśmy w śniegu po słabo oznakowanych szlakach już dość długo, plecaki stawały się cięższe z minuty na minutę, zapadał już zmrok, powoli zaczynałam już tracić nadzieję( a może to już zmęczenie podróżą dawało się we znaki), że zanocujemy w jakimś przytulnym miejscu, gdy wreszcie pokazało się gdzieś w oddali, pomiędzy drzewami, światełko z okien schronu na Markowych.
Humory nam się znacznie poprawiły po wypiciu ciepłej herbaty (w moim przypadku) i „napoju bogów” przez Doriana . Następnego dnia z rana postanowiliśmy wystartować na Babią przez Przełęcz Brona, niestety trzeba było odczekać ok. pół godzinki na otwarcie jadalni. Po szybkim śniadanku ,wyruszyliśmy na szczyt. Po jakimś czasie spotkaliśmy parę ,która zrezygnowała z wejścia z powodu śniegu i złej widoczności. Przyznam się, że w duchu mina mi zrzedła, bo byłam strasznie nastawiona na to wejście. Postanowiliśmy iść możliwie najdalej, jak się da. Po dotarciu w śniegu po kolana na przełęcz , okazało się ,że dalsza droga jest łatwiejsza, gdyż śnieg jest wywiany. Widoczność była praktycznie żadna, do tego stopnia, że o mały włos nie przelecieliśmy szczytu- heheh. Przez tę mgłę, mam wrażenie, że to wszystko mi się tylko śniło hihi. W drodze powrotnej spotkaliśmy się z Arkiem (aj 71), w schronie obiadek i przemieszczanie się do Zakopanego, gdzie dotarliśmy ok. 19. Na tej wyprawie miał być z nami Jacek ale coś mu wypadło i dojechał ciut później do stolicy Tatr.
A’propos spotkania z Jackiem- forumowy album się sprawdził w 100%, a było to tak.....krążyliśmy z Dorianem po PKS w poszukiwaniu czegoś do Kuźnic, gdy nagle widzę, jak po drugiej stronie okna uśmiecha się ktoś do mnie od ucha do ucha i zaczyna machać łapką. W pierwszej chwili mnie zamurowało, aż nagle przyszło olśnienie, że za tą czarną czapeczką ukrywa się nasz forumowy Jacuś. No i oczywiście wybraliśmy się razem na pierwszy podbój zimowych Tatr....
Babia Góra i Tatry
Bohaterowie opowieści: Asik,Dorian,Jacek Venom,aj71
i autor-Iwona
Sobota-niedziela 12-13.02.05
Po nocnej jeździe pociągiem, wreszcie dojechałam do Katowic, gdzie przesiadłam się w autobus do Zawoji. Na miejscu czekał na nas już Dorian. Ponieważ śniegu było oczywiście sporo, nasz plan dostania się do schroniska musiał zostać skorygowany. Brnęliśmy w śniegu po słabo oznakowanych szlakach już dość długo, plecaki stawały się cięższe z minuty na minutę, zapadał już zmrok, powoli zaczynałam już tracić nadzieję( a może to już zmęczenie podróżą dawało się we znaki), że zanocujemy w jakimś przytulnym miejscu, gdy wreszcie pokazało się gdzieś w oddali, pomiędzy drzewami, światełko z okien schronu na Markowych.
Humory nam się znacznie poprawiły po wypiciu ciepłej herbaty (w moim przypadku) i „napoju bogów” przez Doriana . Następnego dnia z rana postanowiliśmy wystartować na Babią przez Przełęcz Brona, niestety trzeba było odczekać ok. pół godzinki na otwarcie jadalni. Po szybkim śniadanku ,wyruszyliśmy na szczyt. Po jakimś czasie spotkaliśmy parę ,która zrezygnowała z wejścia z powodu śniegu i złej widoczności. Przyznam się, że w duchu mina mi zrzedła, bo byłam strasznie nastawiona na to wejście. Postanowiliśmy iść możliwie najdalej, jak się da. Po dotarciu w śniegu po kolana na przełęcz , okazało się ,że dalsza droga jest łatwiejsza, gdyż śnieg jest wywiany. Widoczność była praktycznie żadna, do tego stopnia, że o mały włos nie przelecieliśmy szczytu- heheh. Przez tę mgłę, mam wrażenie, że to wszystko mi się tylko śniło hihi. W drodze powrotnej spotkaliśmy się z Arkiem (aj 71), w schronie obiadek i przemieszczanie się do Zakopanego, gdzie dotarliśmy ok. 19. Na tej wyprawie miał być z nami Jacek ale coś mu wypadło i dojechał ciut później do stolicy Tatr.
A’propos spotkania z Jackiem- forumowy album się sprawdził w 100%, a było to tak.....krążyliśmy z Dorianem po PKS w poszukiwaniu czegoś do Kuźnic, gdy nagle widzę, jak po drugiej stronie okna uśmiecha się ktoś do mnie od ucha do ucha i zaczyna machać łapką. W pierwszej chwili mnie zamurowało, aż nagle przyszło olśnienie, że za tą czarną czapeczką ukrywa się nasz forumowy Jacuś. No i oczywiście wybraliśmy się razem na pierwszy podbój zimowych Tatr....
-
Kolekcjoner
-

- Posty: 251
- Rejestracja: czw 31 mar, 2005
Poniedziałek 14.02.05
Po przypadkowym, aczkolwiek szczęśliwym spotkaniu z Jackiem i jego kolegą na PKS, postanowiliśmy wszyscy razem udać się w kierunku Kuźnic, a dokładniej do schroniska na Kandratowej, z zamiarem wejścia na Przełęcz Pod Kopą Kondracką. Droga do schronu minęła nam w miarę szybko na pogawędce (m.in. o ptaszkach-kolega Jacka okazał się bowiem ornitologiem) Po pokrzepieniu się szybkim śniadankiem, postanowiliśmy spróbować swych sił. Jacek miał ciężki orzech do zgryzienia, bo z jednej strony bardzo chciał iść z nami, a z drugiej był kolega....Po krótkiej wymianie informacji z panem opiekującym się schronem, dowiedzieliśmy się, że czekają nas nieprzetarte szlaki i raczej znaczne trudności na podejściu. Jeszcze kilka cennych wskazówek i....zaczęliśmy przecierać szlak. Powiem Wam, że takie przecieranie, zapadanie się w zaspach po kolanach(w najlepszym przypadku) to naprawdę ciężka praca. W tym momencie serdecznie dziękuję naszym Panom za to, że mnie oszczędzili i mogłam sobie dreptać po śladach. Po ok.15 min marszu, Jacek-mający wyrzuty sumienia, że zostawił kolegę, postanowił zawrócić- miał rację-przyjaźń jest najważniejsza. My poszliśmy dalej. Pogoda zaczęła nam się trochę psuć, zaczął sypać drobny śnieżek, potem coraz grubszy. Widoczność znacznie się pogorszyła. W oddali zauważyliśmy, że ktoś idzie po naszych śladach. W duchu mieliśmy nadzieję, że może nas dogonią i dla odmiany teraz oni poprzecierają szlak. Najbardziej podobało mi się wytyczanie trasy. Obieraliśmy sobie kolejne punkty, do których powinniśmy dojść- wg .nas możliwie najbezpieczniejsze. Cały czas trzymaliśmy się lewej strony, tak by nie pchać się środkiem żlebu. Tak, czy inaczej, nie udało się całkowicie ominąć pól śnieżnych........
W totalnej mgle i śniegu dotarliśmy na przełęcz. Tiaaaa, tylko że tam cała zabawa zaczęła się od nowa. Powstało zasadnicze pytanie : jak zejść w dół? Mieliśmy nadzieję, że para, która szła za nami ,dojdzie i razem coś wymyślimy ale próżno ich wypatrywaliśmy. Ponieważ pogoda nie rokowała za dobrze, postanowiliśmy założyć raki i zaczęliśmy schodzić, starając się ominąć feralne miejsca. Wybieraliśmy graniówki, gdzie wystawała kosodrzewina i tak kawałek po kawałku schodziliśmy w dół. Gdy osiągnęliśmy już bezpieczne rejony, pokrzepiliśmy się czekoladką i gorącą herbatą, a następnie doczłapaliśmy się do schroniska. Tego dnia pobiłam rekord w ilości zmówionych zdrowasiek. Najlepsze było jednak już na kwaterze. Kupiliśmy sobie książki (reklamowane na forum) „Kochaj śnieg, unikaj lawin”, z której wyraźnie wynikało, że właśnie wróciliśmy z pierwszej nieudanej próby samobójczej :/
Po przypadkowym, aczkolwiek szczęśliwym spotkaniu z Jackiem i jego kolegą na PKS, postanowiliśmy wszyscy razem udać się w kierunku Kuźnic, a dokładniej do schroniska na Kandratowej, z zamiarem wejścia na Przełęcz Pod Kopą Kondracką. Droga do schronu minęła nam w miarę szybko na pogawędce (m.in. o ptaszkach-kolega Jacka okazał się bowiem ornitologiem) Po pokrzepieniu się szybkim śniadankiem, postanowiliśmy spróbować swych sił. Jacek miał ciężki orzech do zgryzienia, bo z jednej strony bardzo chciał iść z nami, a z drugiej był kolega....Po krótkiej wymianie informacji z panem opiekującym się schronem, dowiedzieliśmy się, że czekają nas nieprzetarte szlaki i raczej znaczne trudności na podejściu. Jeszcze kilka cennych wskazówek i....zaczęliśmy przecierać szlak. Powiem Wam, że takie przecieranie, zapadanie się w zaspach po kolanach(w najlepszym przypadku) to naprawdę ciężka praca. W tym momencie serdecznie dziękuję naszym Panom za to, że mnie oszczędzili i mogłam sobie dreptać po śladach. Po ok.15 min marszu, Jacek-mający wyrzuty sumienia, że zostawił kolegę, postanowił zawrócić- miał rację-przyjaźń jest najważniejsza. My poszliśmy dalej. Pogoda zaczęła nam się trochę psuć, zaczął sypać drobny śnieżek, potem coraz grubszy. Widoczność znacznie się pogorszyła. W oddali zauważyliśmy, że ktoś idzie po naszych śladach. W duchu mieliśmy nadzieję, że może nas dogonią i dla odmiany teraz oni poprzecierają szlak. Najbardziej podobało mi się wytyczanie trasy. Obieraliśmy sobie kolejne punkty, do których powinniśmy dojść- wg .nas możliwie najbezpieczniejsze. Cały czas trzymaliśmy się lewej strony, tak by nie pchać się środkiem żlebu. Tak, czy inaczej, nie udało się całkowicie ominąć pól śnieżnych........
W totalnej mgle i śniegu dotarliśmy na przełęcz. Tiaaaa, tylko że tam cała zabawa zaczęła się od nowa. Powstało zasadnicze pytanie : jak zejść w dół? Mieliśmy nadzieję, że para, która szła za nami ,dojdzie i razem coś wymyślimy ale próżno ich wypatrywaliśmy. Ponieważ pogoda nie rokowała za dobrze, postanowiliśmy założyć raki i zaczęliśmy schodzić, starając się ominąć feralne miejsca. Wybieraliśmy graniówki, gdzie wystawała kosodrzewina i tak kawałek po kawałku schodziliśmy w dół. Gdy osiągnęliśmy już bezpieczne rejony, pokrzepiliśmy się czekoladką i gorącą herbatą, a następnie doczłapaliśmy się do schroniska. Tego dnia pobiłam rekord w ilości zmówionych zdrowasiek. Najlepsze było jednak już na kwaterze. Kupiliśmy sobie książki (reklamowane na forum) „Kochaj śnieg, unikaj lawin”, z której wyraźnie wynikało, że właśnie wróciliśmy z pierwszej nieudanej próby samobójczej :/
Ostatnio zmieniony ndz 01 paź, 2006 przez Kolekcjoner, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Kolekcjoner
-

- Posty: 251
- Rejestracja: czw 31 mar, 2005
Wtorek 15.02.05
W tym dniu postanowiliśmy odwiedzić schronisko w Pięciu Stawach. Marzyło nam się wprawdzie wejście na Grzesia,Rakonia i być może Wołowiec ale obawialiśmy się powtórki z rozrywki, czyli wdrapania się na szczyty, bez możliwości podziwiania widoków. Drugim argumentem przemawiającym za krótszą trasą były....urodziny Doriana.
Pamiętam, jak się uśmialiśmy, gdy składając mu z rana życzenia powiedziałam : wolę to zrobić teraz przed wyprawą, bo potem mogę nie mieć okazji....
Po klasycznym dojechaniu busem do Palenicy, zaczęliśmy spacerową część trasy. Ponieważ czasu było sporo, a Panom już pachniała „zupa chmielowa” w Roztoce, postanowiliśmy nawiedzić ten tak często omijany schron. Swoją drogą, fotka przy schroniskowej ławie, wyszła całkiem całkiem......z różnych względów
Fajnie się siedziało i rozmawiało ale czas było wyjść wyżej. Ścieżka do Piątki była pięknie przetarta, mimo iż przewodnicy prowadzący grupę młodzieży twierdzili coś zupełnie innego. Zadziwiającym faktem jest to, że nawet zimą młodzi ludzie uparcie chcą chodzić po górach w adidasach.
Po dość już długim marszu, wijącą się ścieżką do Piątki, dotarliśmy wreszcie na polankę przy szałasie, do którego nasi panowie koniecznie uparli się wejść i nawet mnie namawiali. Wybrałam wariant porobienia kilku fotek, niż spotkanie bliskiego stopnia z gospodynią owego miejsca-małą myszką (nie mylić z córką Wioli i Cześka
) Zresztą widmo spotkania z myszą nie było najgorszym, co mogło mnie tam spotkać -zważywszy na żartobliwe pomysły dwóch forumowych osobników.
Śniegu było naprawdę sporo, prawie po sam daszek owego prowizorycznego schronu. Ponieważ biegająca myszka, przypomniała nam o czekającym w Piątce obiadku, postanowiliśmy iść dalej. Z nieba zaczęły lekko wirować mniejsze i większe płatki śniegu. Zimowa trasa do schroniska odbiega nieco od letnich szlaków więc szlak gwałtownie skręcił w lewo i zaczęliśmy piąć się ostro w górę. Staraliśmy się zachować znaczne odstępy, by zminimalizować niebezpieczeństwo. Na szczęście przed nami szła para, której tym razem przypadł w udziale zaszczyt przecierania szlaku. Idąc, zastanawiałam się, gdzie i z jakiej strony wyjdziemy na górę. Początkowo myślałam, że gdzieś w górnych partiach zimowy wariant szlaku połączy się z letnim(czarnym) ale po kolejnych kilku krokach, wyraźnie było widać ,że będzie to raczej połączenie ze szlakiem na Świstówkę i zajdziemy do schronu od tyłu. Im wyżej, tym wiało solidniej i śnieg ciął nas po twarzach. Coraz więcej pracy trzeba było wkładać w dreptanie do góry (filmik z marszrutą chłopaków w śniegu do wglądu u autorki tegoż opisu
) Wreszcie wyszliśmy na prostą i już prawie biegiem dopadliśmy do schroniska. Ludzi w środku jak na lekarstwo...przynajmniej początkowo. O wyjściu gdzieś wyżej można było kompletnie zapomnieć. Słońce próbowało walczyć z mgłą i śniegiem ale nie tym razem....
W schronisku kompletne rozczarowanie: jest kiełbaska na ciepło, jest jajecznica ale nie ma mojej ulubionej (w tym miejscu) pomidorówki.
Oj długo mi leżała ta jajecznica na wątrobie heheh. W dół szło się nam już całkiem lekko. Przy puszystym śniegu to takie uczucie, jak płynięcie w dół w spowolnionym tempie. Im bliżej wylotu na asfalt : Palenica-Moko, tym częściej koledzy wspominali o tym, jak to im było dobrze w Roztockim schronisku ale postawiłam się okoniem i stanowczo odmówiłam powtórnego zejścia na zupę, której i tak nie jadłam(piłam). W tej sytuacji, postanowiliśmy już zgodnie podkręcić tępo i zdążyć na busa. No a potem, wieczorem nastąpiła część artystyczna urodzin solenizanta,
którą to postanowiliśmy uczcić w jak najbardziej regionalnej knajpce, czyli „U Wnuka”. Była muzyka, śpiew, a myśmy też tam byli , to i owo jedli...pili.
W tym dniu postanowiliśmy odwiedzić schronisko w Pięciu Stawach. Marzyło nam się wprawdzie wejście na Grzesia,Rakonia i być może Wołowiec ale obawialiśmy się powtórki z rozrywki, czyli wdrapania się na szczyty, bez możliwości podziwiania widoków. Drugim argumentem przemawiającym za krótszą trasą były....urodziny Doriana.
-
Kolekcjoner
-

- Posty: 251
- Rejestracja: czw 31 mar, 2005
Środa 16.02.05
Na czym to zakończyłam ostatnio???? No tak...a myśmy też tam byli...jedli...pili, a skoro tak skończył się dzień, to nie dziwota, że następnego dnia rano ciężko nam było powrócić z krainy wiecznych łowów.:PDługo trzeba było przekonywać chłopaków, że za oknem wcale nie wieje halny, że gospodarz odśnieżył przejście do bramki, więc nie trzeba zakładać raków...no a ponieważ marudzenie kobiety jest gorsze niż wędrówka żlebem, przy 5 lawinowej:D ...to w końcu udało mi się przekonać panów do opuszczenia cieplutkich i zacisznych śpiworów. Szybko pobiegłam do swego pokoju, zapakowałam plecak, wypiłam kawkę i cała w skowronkach, w kurtce zapiętej po szyję, stałam gotowa go wyjścia. Ma radość jednak okazała się trochę przedwczesna.
Muszę się poskarżyć ,że nawet laczkiem mi zaczęto grozić. Wszystko co robili panowie, przypominało film ze starego kina. Już zaczęłam się uśmiechać od ucha do ucha na widok Doriana gładzącego z lubością rzep od stuptutów (kobitki zapewniam Was, że możemy się uczyć od niego pedanterii w tym temacie
), gdy nagle....Dorianek zauważył maleńką 3mm fałdkę na rzepie
i....cała zabawa zaczęła się od początku. Mówię Wam, na dźwięk rozrywanego rzepa, do dziś budzę się zlana zimnym potem
Przemierzyłam jeszcze korytarz kilka razy w tę i z powrotem, gdy wreszcie można było zakluczyć pokój i zejść do wyjścia. Zaraz przy schodach zastrzegłam kolegom, że numer z poślizgiem na oblodzonych schodach (w celu pozostania na kwaterze) stanowczo nie przejdzie. W ciszy doszliśmy do przystanku PKS i klasycznym sposobem dostaliśmy się do Kuźnic. Pogoda zaczęła rokować na piękne widoczki:) Po krótkiej naradzie, wybraliśmy trasę przez Boczań. Po przejściu kilkudziesięciu kroków odebrałam telefon od Jacka, który zaczął nas delikatnie łajać, że wybraliśmy się bez niego. Miał rację-daliśmy przysłowiowego „ciała”. Na swe usprawiedliwienie powiem tylko, że byłam pewna, iż nasz Jacuś od dawna biega po szczytach, bo żaden rasowy tatromaniak nie wychodzi tak późno na szlak. Jacek miał w planach zdobycie Kopieńca i Nosala ale ....(o tym później). Zaczęliśmy piąć się wydeptaną ścieżką wśród lasu. Co chwila spadały z drzew bomby śnieżne, szczęśliwie omijające nasze kołnierze. Słońce walczyło dzielnie z mgłą. Gdzieś tak w połowie drogi dostałam sms-ika od Asika, z informacją, że nasza dziołszka (tak to się pisze,Dorian? ) siedzi już w autobusie i dojedzie do nas wieczorem:D Po tej wiadomości w Doriana, jak by ktoś wlał paliwa atomowego , zaczął nadawać jak szalony, snując niesamowite plany...Nie straszny mu był Zawrat, ani Karb, czy Kasprowy...Po wyjściu z lasu, oczom naszym ukazał się cudny widok Świnicy, Kościelca, Orlej...oraz Giewontu dosłownie „wyrastającego” z oparów mgły. Delektując się tymi widokami, robiąc fotki i filmiki, dotarliśmy wreszcie do Murowańca, a że była właśnie pora obiadowa...to zupa chmielowa;) i pomidorowa poszły na pierwszy ogień. Przed zupką skoczyłam na minutkę do toalety i jakież było moje zdziwienie, gdy po powrocie zastałam przy naszym stole...Jacka. No no, musiał mieć tępo-brawo Jasiu:D Czas nam szybko mijał przy schroniskowej ławie i rozłożonym laptopiku, min. na rozmowach o naszym forum. Wtedy też zrodził się nasz niecny plan powrotu „dzikim szlakiem”, którego głównym pomysłodawcą był Jacek. Za oknem słońce wygrało już całkowicie walkę z mgłą , więc postanowiliśmy naocznie sprawdzić, czy faktycznie woda w Gąsiennicowym Stawie zamarzła tej zimy.. :PTakże i tym razem zdziwił mnie przebieg zimowego szlaku, gdy byłam tu w lutym 03 r., ścieżka prowadziła dokładnie tak samo jak latem ale też i śniegu było wtedy niewiele, nie co to teraz. Żeby było śmieszniej, także i teraz mieliśmy dodatkowego towarzysza na szlaku, a był nim po raz kolejny -schroniskowy pies. Jacek go zbałamucił przed schronem i psina poszła z nami. Tym razem jednak obeszło się bez szarpania za kieszenie. Przy stawie gromadka ludzi, wspólne fotki, wypożyczanie czekana i kijków do zdjęć. Szlak na Karb-dziewiczy, jedynie przez jezioro prowadziła wydeptana ścieżynka, podobno aż do Koziej Dolinki, bo dalej ani rusz. Ciekawiło nas, czy ktoś próbował swych sił na Zawrat? Mało prawdopodobne. Słoneczko zaczęło już blednąć, na niebie pojawił się księżyc, więc postanowiliśmy opuścić to magiczne miejsce. W drodze powrotnej obowiązkowo wstęp do schroniska (nie protestowałam, no w końcu naszym panom też się coś z życia należy). Najfajniejsza część trasy to samotne wędrowanie ze schronu na Przełęcz M.Kopami w totalnej mgle, od trasera, do trasera (bo tylko to i ścieżynkę było widać). Uczucie nieziemskie....lekki półmrok...widoczność na kilka metrów, własny oddech, myśli, góry i wolność. Powietrze aż pachniało.... Od Przełęczy szliśmy już grupą aż do wspomnianego „dzikiego skrótu” Jacek jako inicjator szedł pierwszy, zapadając się w zaspach po kolana i pas. W lesie panował już prawdziwy półmrok, dlatego czołówki były w pogotowiu, nie chcąc jednak wpaść w łapki strażników TPNu, szliśmy po ciemku i w ciszy, choć momentami puchliśmy ze śmiechu. Wreszcie w oddali zobaczyliśmy światełka domostw ale okazało się, że od upragnionego wyjścia dzieli nas ni mniej, ni więcej a płot , a właściwie dwa płoty. Mieliśmy do wyboru, albo zasuwać znowu do góry wzdłuż ogrodzenia, albo ..... Oczywiście zdecydowaliśmy zgodnie, że wariant pierwszy odpada.....Tym razem spodnie ocalały....no może nie wszystkim;) Jak ktoś nie próbował, to gorąco polecam skakanie w rakach przez bramę i metalową siatkę . Po wydostaniu się na wolność pozdejmowaliśmy raki i.......to był nasz błąd, bo nogi przyzwyczajone do stabilnego oparcia.....rozjechały się na boki i zaliczyłam przysłowiową „glebę” jak długa
, aż pan z Busa stwierdził, że chyba za szybko je zdjęłam. Po pożegnaniu się z Jackiem, poszliśmy na kwaterkę..(tfffuu, to było potem;) )...poszliśmy na kwaterę i z lubością oczekiwaliśmy przyjazdu Asika. Impreza powitalna trwała prawie do 2 w nocy, a rano..... ale o tym już w następnej części 
Na czym to zakończyłam ostatnio???? No tak...a myśmy też tam byli...jedli...pili, a skoro tak skończył się dzień, to nie dziwota, że następnego dnia rano ciężko nam było powrócić z krainy wiecznych łowów.:PDługo trzeba było przekonywać chłopaków, że za oknem wcale nie wieje halny, że gospodarz odśnieżył przejście do bramki, więc nie trzeba zakładać raków...no a ponieważ marudzenie kobiety jest gorsze niż wędrówka żlebem, przy 5 lawinowej:D ...to w końcu udało mi się przekonać panów do opuszczenia cieplutkich i zacisznych śpiworów. Szybko pobiegłam do swego pokoju, zapakowałam plecak, wypiłam kawkę i cała w skowronkach, w kurtce zapiętej po szyję, stałam gotowa go wyjścia. Ma radość jednak okazała się trochę przedwczesna.
-
Kolekcjoner
-

- Posty: 251
- Rejestracja: czw 31 mar, 2005
Czwartek 17.02.05
Pomimo przespania niewielu godzin tej nocy, wstaliśmy w doskonałych humorach. Ciągle mieliśmy nadzieję, że wycieczka do Chochołowskiej i na okoliczne szczyty (przekładana z dnia na dzień ze względu na pogodę) dojdzie do skutku ale 10 centymetrowa warstwa świeżego puchu na balustradzie balkonu , zachmurzone niebo i białe wirujące płatki po raz kolejny pokrzyżowały nam plany
Wysłaliśmy wiadomość do Jacka, że jedziemy szukać szczęścia na Słowacji. Tym razem to moje ubieranie się i pakowanie było wyjątkowo ślamazarne
Reszta grupy cierpliwie czekała aż ostatnia opuszczę pokój. Część zbędnych rzeczy zostawiliśmy u gospodarza domu, wiedząc że ostatnią noc spędzimy właśnie tu. Z w miarę lekkimi plecakami udaliśmy się na poszukiwanie pojazdu w stronę Łysej Polany. Zapakowaliśmy się w busa i po odczekaniu kolejnych 30 min. wreszcie ruszyliśmy w upragnionym celu. Kierowca śmigał po zasypanych drogach, że zaczęłam się z lekka obawiać, czy dane nam będzie oglądać Taterki u sąsiadów
Moje obawy były chyba uzasadnione, bo na którymś z zakrętów mijaliśmy autko wbite w zaspę. Ktoś z pasażerów rzucił żartobliwie tekstem, że kierowca feralnego auta jechał pewnie podobnie jak nasz busiarz....no i się zaczęło. Na początku wszystko wyglądało jak jeden wielki żart....ale w naszym przewoźniku odezwała się dusza prawdziwego górala i....dziękowałam Bogu, że przynajmniej jedna osoba w naszej grupie ma czekan pod ręką
do ewentualnej obrony
Asia musiała aż dwa razy krzyknąć do kierowcy, że wysiadamy na przejściu granicznym, bo z tych nerwów zawiózł by nas aż nad Moko. Plecaki, które powinny być na tylnym siedzeniu, walały się po podłodze ale i tak byliśmy szczęśliwi, że to już koniec ekscytującej przejażdżki. Po wymianie gotówki udaliśmy się na poszukiwanie słowackiego autobusu. Na szczęście nie musieliśmy czekać zbyt długo. Po ok. 30min zmierzaliśmy już cestą do Smokowca. Po drodze naszym oczom ukazywały się coraz smutniejsze widoki- skutki wichury
Widok jest naprawdę niesamowity. Cały czas mijały nas ciężarówki zwożące drewno. Stary Smokowiec i okolice to już nie taki sielski widoczek, jaki zapewne każdy z nas pamięta z różnych fotek. Elektriczka kursowała ale czy aż do Szcyrbskiego Plesa.....nie wiem. Po dotarciu na miejsce dokupiliśmy niezbędne rzeczy i udaliśmy się do kolejki na Hrebienok. Bilet do góry 90 koron. Wagonik zapchany ludźmi z nartami, deskami i baaardzo dużymi sankami. Na Hrebienoku byliśmy w porze obiadowej (12-13) w brzuszkach zaczynało nam już burczeć więc postanowiliśmy coś przekąsić w Bilikowej Chacie. Ja oczywiście wierna swej tradycji, postanowiłam sprawdzić, czy kapustowa jest nadal tak pyszna jak we wrześniu, natomiast Asia i Dorian zamówili wyprażony ser -też podobno bardzo smaczną regionalną potrawę (o czym miałam okazję się przekonać nieco później).Mariusz, wiadomość specjalnie dla Ciebie- kapustowa w tym schronie nie powala na kolana. Dla ciekawości powiem też, że kelner z owego miejsca na pewno nie zapomni naszego Asika
Z Bilikowej ruszyliśmy czerwonym szlakiem do Rainerowej Chatki, żeby na własne oczy podziwiać zbudowane przed nią duuuże iglo, w którego wnętrzu znajduje się śniegowa ława albo stół (jak kto woli). Po dotarciu ok. godz 14 do rozwidlenia szlaków prowadzących do Wielkiej i Małej Dol. Staroleśniej, nastąpiła burzliwa wymiana zdań, co do celu naszej wyprawy tego dnia. Pierwotnie zakładaliśmy dotarcie na nocleg do Zbójnickiej Chaty na nocleg ale zważywszy na porę i protesty niektórych osobników (dziś przyznam, że racjonalne) postanowiliśmy zanocować w Zamkovskieho, a następnego dnia zaliczyć zarówno Teryho, jak i Zbójnicką. Ludzi w schronie jak na lekarstwo, myśleliśmy nawet, że sami będziemy tu nocować. Dostaliśmy bardzo przytulny 4osobowy pokój. Wieczór minął nam na spacerku dookoła schronu, (niektórzy poszaleli ze śnieżkami
) i przeglądaniu schroniskowej kroniki przy świetle lampy naftowej, której płomień dawał przyjemne ciepełko. Asię dopadła wena twórcza i z lubością robiła zapiski w w/w księdze, po części reklamując nasze forum, a po części ...nas samych
Powiem Wam, że z takiej kroniki można się dowiedzieć ciekawych rzeczy, złapać nowe kontakty i .......wymienić ekipę
Opiekun schroniska 2 razy próbował nam skonfiskować lampę ale broniliśmy jej dzielnie (jeśli chodzi o ścisłość to...Asia jej broniła). Gdy zaczął zapadać już zmrok, do schronu dotarło jeszcze kilkanaście osób na nocleg więc poszliśmy ustawiać się w kolejce pod CIEPŁY prysznic. Asia, mająca dziwne dolegliwości żołądkowe poszła się integrować z gospodarzem, który poczęstował ją jakąś ziołową miksturą. Tego dnia poszliśmy spać o przyzwoitej godzinie....a rano....
Pomimo przespania niewielu godzin tej nocy, wstaliśmy w doskonałych humorach. Ciągle mieliśmy nadzieję, że wycieczka do Chochołowskiej i na okoliczne szczyty (przekładana z dnia na dzień ze względu na pogodę) dojdzie do skutku ale 10 centymetrowa warstwa świeżego puchu na balustradzie balkonu , zachmurzone niebo i białe wirujące płatki po raz kolejny pokrzyżowały nam plany
do ewentualnej obrony
-
Kolekcjoner
-

- Posty: 251
- Rejestracja: czw 31 mar, 2005
Piątek 18.02.05
Wstaliśmy wyspani jak nigdy dotąd i w doskonałych humorach zeszliśmy na śniadanie. Zapakowaliśmy niezbędne rzeczy do jednego małego plecaka (resztę zostawiwszy w schowku) i wyruszyliśmy szlakiem do Teryho Chaty. Także i tym razem było nam dane przecierać szlak. Pogoda była cudna...no przynajmniej przed nami. Budynek schroniska widoczny był już z daleka. Jedno dłuższe i w miarę strome podejście, i już byliśmy u celu. Za naszymi plecami niebo kryło się chmurami, które tworzyły niesamowity widok. Oczywiście ostatnie metry do schronu, minęły nam na rozmowie o.....kibelku-no bo jakże by inaczej
Droga do kibelka zasypana ale oczywiście wszyscy troje „zmuszeni” byliśmy tam zajrzeć. Dzięki Bogu, że jest przejście od środka, bo znając Asię.... Terinkowa kapustowa równie pyszna i pikantna jak ostatnio. Tradycyjnie zrobiliśmy sobie wspólną fotkę przed wejściem do budynku( proponuję obwołać to miejsce naszym-forumowym
). Ponieważ naszym głównym celem tego dnia było dotarcie na nocleg do Zbójnickiej Chaty, musieliśmy się już zbierać w dół. Z utęskinieniem spoglądałam na Czerwoną Ławeczkę- narobiłam jej masę fotek, pod każdym kątem i z max zoomem. Pomyśleć tylko, że tak naprawdę od Zbójnickiej byliśmy tak blisko, a niestety żeby do niej dotrzeć, trzeba było zrobić niezłe kółko. Po ponownym dotarciu do Zamkovskiego, zabraliśmy nasze plecaki i wyruszyliśmy na kolejny etap naszej wędrówki tego dnia, mimo iż gospodarz powątpiewał w nasze możliwości dotarcia do Zbójnickiego. Aaaaaa, zapomniałabym o małym , a jakże istotnym szczególe, ku przestrodze dla innych- Kochani warto inwestować w torby ochronne na raki...o szczegóły proszę pytać Doriana
Wylecieliśmy-dosłownie- w doskonałych humorach i skrótami w mgnieniu oka dotarliśmy do Staroleśnej Polany, gdzie rozpoczyna się niebieski szlak przez Wielką Staroleśną Dolinę. Szlak do Zbójnickej przemierzałam już 3-krotnie, więc wiedziałam iż czeka nas niemało drogi. Na nasze szczęście ścieżka była wydeptana. Podkręciliśmy tępo, gdyż nie uśmiechało nam się widmo brnięcia w śniegu po ciemku. Przed nami były wszak ponad dwie godziny marszu(wg. letniego przelicznika), więc zdawaliśmy sobie sprawę, że zimą zajmie nam to znacznie więcej. Po przejściu najdłuższego odcinka trasy, prowadzącego lasem, zaczęliśmy naprawdę pracować pnąc się w zaspach po kolana do góry. Wyszliśmy na teren, gdzie wiatr śmigał nas po twarzach, szybko więc założyliśmy kurtki i czapki. Tępo mieliśmy chyba niezłe, zważywszy na fakt, iż wyprzedzaliśmy kolejne osoby. Zmęczenie powoli zaczynało się nam dawać we znaki, lecz nie było już drogi odwrotu, trzeba było iść przed siebie do celu -ciepłego schronu. Zbawienna okazała się ciepła herbatka w termosach i słodkie batony a także wzajemne słowne wspieranie się. Po pokonaniu kolejnego podejścia i jeszcze jednego, oczom naszym ukazał się wreszcie budynek schronu. Weszliśmy do środka z wypiekami na twarzach. Po zajęciu miejsca za stołem (tym samym, przy którym we wrześniu jedząc kapustową, pokazywaliśmy Mariuszowi jak wygląda kminek) oddaliśmy się błogiej sjeście. Palcem nam się nie chciało kiwnąć, ciepełko z kominka lekko rozleniwiało i nastrajało do przemyśleń. Z lubością wspominaliśmy cały dotychczasowy dzień. Ludzi w schronie było nadzwyczaj wiele i okazało się, że najprawdopodobniej przyjdzie nam spać na „glebie”, co w sumie okazało się doskonałym zrządzeniem losu. Kiedy wreszcie zachciało nam się kiwnąć palcem, postanowiliśmy zjeść zasłużoną kolację. No i właśnie wtedy przekonałam się, iż wyprażony ser to faktycznie potrawa paluszki lizać. Chcąc wysłać sms-y (min. mna forum) trzeba było opuścić przytulne miejsce i szukać zasięgu kilka metrów od schronu. Kiedy zabawa przy stole rozkręciła nam się na dobre....okazało się, że pora spać. Niestety mieliśmy w „naszej sypialni” dodatkowego gościa więc nie mogliśmy sobie dłużej posiedzieć i pogwarzyć ( do nocnych nasiadówek zdążyliśmy się już przyzwyczaić
) i chcąc nie chcąc ułożyliśmy się do snu....To jednak, że się ułożyliśmy, wcale nie oznacza, że zasnęliśmy, a głównym sprawcą zamieszania był nie kto inny jak nasz Asik. O 1 w nocy stwierdziła, że jest 6 rano i że ona jest wyspana
Zebrało się jej na wędrówki do kuchni dla turystów i kibelka. Nocne niebo na tej wysokości, wśród gór jest wyjątkowo piękne...Kiedy wreszcie udało nam się zasnąć...wszedł gość oznajmiający, że już jest rano i trzeba wstawać. Dostaliśmy przepyszne śniadanko -w cenie noclegu-230koron). Po zrobieniu obowiązkowych fotek i nakręceniu filmików z widokami okolicznych szczytów, udaliśmy się w drogę powrotną do Polski.....
Wstaliśmy wyspani jak nigdy dotąd i w doskonałych humorach zeszliśmy na śniadanie. Zapakowaliśmy niezbędne rzeczy do jednego małego plecaka (resztę zostawiwszy w schowku) i wyruszyliśmy szlakiem do Teryho Chaty. Także i tym razem było nam dane przecierać szlak. Pogoda była cudna...no przynajmniej przed nami. Budynek schroniska widoczny był już z daleka. Jedno dłuższe i w miarę strome podejście, i już byliśmy u celu. Za naszymi plecami niebo kryło się chmurami, które tworzyły niesamowity widok. Oczywiście ostatnie metry do schronu, minęły nam na rozmowie o.....kibelku-no bo jakże by inaczej
-
Kolekcjoner
-

- Posty: 251
- Rejestracja: czw 31 mar, 2005
Sobota 19.02.05
Po dotarciu różnymi srodkami lokomocji do Zakopca (ok 15) rzuciliśmy się na łazienkę(brak pryszniców w Zbójnickiej) a potem....wieczorkiem postanowiliśmy zabrać Asika do "Wnuka". Ostatnie przejście zatłoczonymi Krupówkami, smaczny placek po zbójnicku jedzony przy płomykach świecy i muzyce góralskiej, ostatnie rozmowy....o życiu
i czas powrotu w ciszy na kwaterę. Śnieg mielił się pod nogami, biały puch ciągle wirował z nieba a myśli o powrocie do szarej rzeczywistości-wracały jak natrętne muchy. Następnego dnia raniutko zaczęłam podróż powrotną do domku.
To był cudowny tydzień w górach.Wróciłam wypoczęta, szczęśliwa, z naładowanymi akumulatorami na dłuuugi czas.Dziękuję wszystkim,którzy tam ze mną byli, a także tym,którzy interesowali się naszym losem-śląc sms-y

Po dotarciu różnymi srodkami lokomocji do Zakopca (ok 15) rzuciliśmy się na łazienkę(brak pryszniców w Zbójnickiej) a potem....wieczorkiem postanowiliśmy zabrać Asika do "Wnuka". Ostatnie przejście zatłoczonymi Krupówkami, smaczny placek po zbójnicku jedzony przy płomykach świecy i muzyce góralskiej, ostatnie rozmowy....o życiu
To był cudowny tydzień w górach.Wróciłam wypoczęta, szczęśliwa, z naładowanymi akumulatorami na dłuuugi czas.Dziękuję wszystkim,którzy tam ze mną byli, a także tym,którzy interesowali się naszym losem-śląc sms-y

-
Kolekcjoner
-

- Posty: 251
- Rejestracja: czw 31 mar, 2005
Jacek Venom
uzupełnienie wspomnień lutowego zlotu...
2005
Któregoś dnia kiedy pojechaliście na Słowacje zabrałem moją gromadkę na wycieczke do Moka .Oni mieli zostać w Moku a ja gdzieś tam miałem isć dalej .Najlepiej ze Mnich ale oszacowałem moje szanse na znikome przy tak dużej ilości śniegu i późnej porze dni więc udałem się pod Rysy. Ale po koleji. Przyznam sie szczrze ze pierwszy raz w życiu szedłem zimowym szlakiem do Moka. Nie wiem czy chadzaliście tamtendy . Idzie się normalnie do samej Włosiennicy a tam odbija sie w las . Bardzo fajny odcinek i należy tylko żałować że Latem jest zamknięty. Jako że do Moka dotarłem około 45 minut przed resztą grupy odrazu skierowałem się na drugą stronę Morskiego. Rok temu ścieżka była bardziej wydeptana .Teraz miałem przed sobą ślady dwóch , może trzech osób. Po przejściu jeziora ślady były widoczne jeszcze kilanaście metrów po czym odbijały w prawo.Potem wracali nimi łojańci .Do Czarnego Stawu musiałem radzić sobie sam.Kierowałem sie byle do drzewek a potem trzeba było wysądować gdzie najlepiej przebić sie przez nawis.Sniegu od cholery więc to wszytsko trochę trwało. Nawis był dość spory i obawiałem się go przerwać gdyż powoduje to zmianę naprężeń ale poza małymi trzaskami udało sie wdrapać na wypłaszczenie stawu którego....nie było oczywiscie widać . Przeszedłem przez staw posiedziałem troche na skałach i powrót.Spotkałem kila osób podcodzących.W całej tej ciszy jedynym dziekiem który dop mnie dociuerał były postukiwania czekanów i pojedyńcze odgłosy łojantów gdzieś wysoko,wysoko .
Wracałem juz po ciemku wiec przeszedłem zamknietym szlakiem przy Zlebie Zandarmerii.Fakt,widać wiele oznak souwajacego sie śniegu.Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się ze nie było...busów na Palenicy.I to nie dlatego ze ni ebyło ich chwile ale nie było ich z 1,5 godziny chyba.Mi to akurat było bez znaczenia ale tam czekało masę innych ludzi,dzieci itd.Było zimno,padła mokry snieg i było juz max ciemno.Podobno był jakiś crash po drodze i wogóle drodza jest oblodzona i nikt nie jeżdzi.....Po tym czasie podjechały dwa busy a ludzie poprostu jak w sklepie mięsnym za komuny! Obłęd w oczach.
Wejście na Diablak od LIpnicy o dziwo przetarte.Nawet nie próbowałem po tym co mi powiedzieliście wjeżdzać na Krowiarki tylko odbiłem w lewo.
W Karkonoszach jak to w Krakonoszach.Wolałbym być w np Pieninach,Bieszczadach itd itd. Dwa dni spacerów.No nie było źle a le to nie to .Zdecydowanie .

uzupełnienie wspomnień lutowego zlotu...
2005
Któregoś dnia kiedy pojechaliście na Słowacje zabrałem moją gromadkę na wycieczke do Moka .Oni mieli zostać w Moku a ja gdzieś tam miałem isć dalej .Najlepiej ze Mnich ale oszacowałem moje szanse na znikome przy tak dużej ilości śniegu i późnej porze dni więc udałem się pod Rysy. Ale po koleji. Przyznam sie szczrze ze pierwszy raz w życiu szedłem zimowym szlakiem do Moka. Nie wiem czy chadzaliście tamtendy . Idzie się normalnie do samej Włosiennicy a tam odbija sie w las . Bardzo fajny odcinek i należy tylko żałować że Latem jest zamknięty. Jako że do Moka dotarłem około 45 minut przed resztą grupy odrazu skierowałem się na drugą stronę Morskiego. Rok temu ścieżka była bardziej wydeptana .Teraz miałem przed sobą ślady dwóch , może trzech osób. Po przejściu jeziora ślady były widoczne jeszcze kilanaście metrów po czym odbijały w prawo.Potem wracali nimi łojańci .Do Czarnego Stawu musiałem radzić sobie sam.Kierowałem sie byle do drzewek a potem trzeba było wysądować gdzie najlepiej przebić sie przez nawis.Sniegu od cholery więc to wszytsko trochę trwało. Nawis był dość spory i obawiałem się go przerwać gdyż powoduje to zmianę naprężeń ale poza małymi trzaskami udało sie wdrapać na wypłaszczenie stawu którego....nie było oczywiscie widać . Przeszedłem przez staw posiedziałem troche na skałach i powrót.Spotkałem kila osób podcodzących.W całej tej ciszy jedynym dziekiem który dop mnie dociuerał były postukiwania czekanów i pojedyńcze odgłosy łojantów gdzieś wysoko,wysoko .
Wracałem juz po ciemku wiec przeszedłem zamknietym szlakiem przy Zlebie Zandarmerii.Fakt,widać wiele oznak souwajacego sie śniegu.Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się ze nie było...busów na Palenicy.I to nie dlatego ze ni ebyło ich chwile ale nie było ich z 1,5 godziny chyba.Mi to akurat było bez znaczenia ale tam czekało masę innych ludzi,dzieci itd.Było zimno,padła mokry snieg i było juz max ciemno.Podobno był jakiś crash po drodze i wogóle drodza jest oblodzona i nikt nie jeżdzi.....Po tym czasie podjechały dwa busy a ludzie poprostu jak w sklepie mięsnym za komuny! Obłęd w oczach.
Wejście na Diablak od LIpnicy o dziwo przetarte.Nawet nie próbowałem po tym co mi powiedzieliście wjeżdzać na Krowiarki tylko odbiłem w lewo.
W Karkonoszach jak to w Krakonoszach.Wolałbym być w np Pieninach,Bieszczadach itd itd. Dwa dni spacerów.No nie było źle a le to nie to .Zdecydowanie .

-
Kolekcjoner
-

- Posty: 251
- Rejestracja: czw 31 mar, 2005
Asik & Dorian
Babia Góra
marzec 05
Tak jak gdzieś już pisałem wyjechaliśmy z Jaworzna o 20.30 po przyjeździe Asik-a. W Zawoi byliśmy około 22.30 i odrazu zaskoczenie-śniegu było tyle że nie szło na drodze otworzyć drzwi(był taki wąski tunel zrobiony). Po dotarciu do domku wziąłem sie za odśnieżanie ale po 10 min. doszedłem do wniosku że skończyłbym chyba rano i mam to w d....
Samochód zostawilismy u sąsiada(jedyny jaki tam jest w poblizu) i zacząłem uruchamiać wode ze studni co mi sie nie udało i po godzinie zrezygnowałem(na drugi dzień wode uruchomił dopiero fachowiec-moja żona). Spać poszliśmy tak jakoś po 3(co okazało sie i tak wcześnie w porównaniu do dnia następnego). Tak na marginesie jak chcecie iść spać jak reszta ludzi wstaje w góry to jedźcie z Asią.
Wstaliśmy o 9 choć Asia wstała o 6 i była wyspana(Iw nie śmiej się) i po śniadanku około 10.30 wyjechaliśmy w strone Krowiarek. Musze nadmienić że śnieg sypał solidnie choć wieczorem jak przyjechaliśmy to solidnie ale padał deszcz.Na przełęczy Krowiarki spotkaliśmy grupke ludzi wracających ze schrona i pocieszających mnie że przetarli nam szlak(nie uświadamiałem ich że mamy inne zamiary). Na szlakowskazie była umieszczona informacja że właśnie mamy 4 stopień lawinowy, ale postanowiłem iść przez Sokolice. Asia miała co prawda pewne wątpliwości ale szybko dała sobie z tym spokój
Na Sokolice dotarliśmy w miare spokojnie nie zapadajac sie głęboko w śniegu. Humory nam się poprawiły gdyż przesało sypać śniegiem i nawet słoneczko zaczęło świecić. Nie pocieszyliśmy się długo tym że nam sprzyja szczęście. Na Sokolicy spotkaliśmy grupke ludzi którzy ostrzegali nas przed silnym wiatrem i że na górze nic nie widać. W okolicach Kępy zaczęło naprawdę solidnie wiać. Śnieg był zmrożony i wychodziło się całkiem dobrze. Jak doszliśmy w okolice Gówniaka żarty z wiatrem się skończyły. Wiał tak mocno że trudno było się utrzymać na nogach i całe szczęście że mieliśmy kijki. Widoczność spadła do tego stopnia że musiałem wypatrywać gdzie jest następny traser. Zaczęły mnie nachodzić myśli aby zawrócić ale pomyślałem sobie że nie zrezygnuje tak łatwo z wyjścia tym bardziej że Asia szła dzielnie w góre wogóle nie narzekając na warunki. Około 14.30 wkońcu dotarliśmy na szczyt i z dziką przyjemnością schowaliśmy się przed wiatrem za murkiem. Po zrobieniu zdjęć(na szczęście doszedł jeszcze 1 chłopaczek i zrobił nam wspólne zdjęcie z Asią) zrobiło się naprawde zimno, Asia ma zdjęcie jak siedzi skulona i trzęsie się z zimna
. Postanowiłem wtedy szybko zacząć schodzić w dół zakładając wcześniej raki. Pomysł okazał się bardzo dobry bo wiatr zaczął wiać tak mocno że pewnie bez nich nie raz leżelibyśmy na glebie. Po dotarciu do przełęczy Brona wiatr się troche uspokoił i zrobiła się ładna pogoda-widoczki dookoła były ładne i nawet słoneczko zaświciło. Z przełęczy to był już tylko rzut beretem do schrona. Przy schronisku spotkaliśmy ładnego kota schroniskowego którego kazała nam sfotografować Iwona. Po serii zdjęć poszliśmy coś zjeść i wypić(Żywca oczywiście
) O 17 wyszliśmy ze schrona i postanowiliśmy zejść zielonym szlakiem do Markowych skąd odebrała nas autem żona
Po zjedzeniu pysznego obiadku(zrobiła nam żonka
) posiedzielismy sobie(a w zasadzie laseczki posiedziały bo mnie tak gdzieś po 1 usnęło się
) przy kominku do godziny 4.30
Na drugi dzień około 11 wyjechaliśmy w drogę powrotną.

Babia Góra
marzec 05
Tak jak gdzieś już pisałem wyjechaliśmy z Jaworzna o 20.30 po przyjeździe Asik-a. W Zawoi byliśmy około 22.30 i odrazu zaskoczenie-śniegu było tyle że nie szło na drodze otworzyć drzwi(był taki wąski tunel zrobiony). Po dotarciu do domku wziąłem sie za odśnieżanie ale po 10 min. doszedłem do wniosku że skończyłbym chyba rano i mam to w d....
Samochód zostawilismy u sąsiada(jedyny jaki tam jest w poblizu) i zacząłem uruchamiać wode ze studni co mi sie nie udało i po godzinie zrezygnowałem(na drugi dzień wode uruchomił dopiero fachowiec-moja żona). Spać poszliśmy tak jakoś po 3(co okazało sie i tak wcześnie w porównaniu do dnia następnego). Tak na marginesie jak chcecie iść spać jak reszta ludzi wstaje w góry to jedźcie z Asią.
Wstaliśmy o 9 choć Asia wstała o 6 i była wyspana(Iw nie śmiej się) i po śniadanku około 10.30 wyjechaliśmy w strone Krowiarek. Musze nadmienić że śnieg sypał solidnie choć wieczorem jak przyjechaliśmy to solidnie ale padał deszcz.Na przełęczy Krowiarki spotkaliśmy grupke ludzi wracających ze schrona i pocieszających mnie że przetarli nam szlak(nie uświadamiałem ich że mamy inne zamiary). Na szlakowskazie była umieszczona informacja że właśnie mamy 4 stopień lawinowy, ale postanowiłem iść przez Sokolice. Asia miała co prawda pewne wątpliwości ale szybko dała sobie z tym spokój
Na Sokolice dotarliśmy w miare spokojnie nie zapadajac sie głęboko w śniegu. Humory nam się poprawiły gdyż przesało sypać śniegiem i nawet słoneczko zaczęło świecić. Nie pocieszyliśmy się długo tym że nam sprzyja szczęście. Na Sokolicy spotkaliśmy grupke ludzi którzy ostrzegali nas przed silnym wiatrem i że na górze nic nie widać. W okolicach Kępy zaczęło naprawdę solidnie wiać. Śnieg był zmrożony i wychodziło się całkiem dobrze. Jak doszliśmy w okolice Gówniaka żarty z wiatrem się skończyły. Wiał tak mocno że trudno było się utrzymać na nogach i całe szczęście że mieliśmy kijki. Widoczność spadła do tego stopnia że musiałem wypatrywać gdzie jest następny traser. Zaczęły mnie nachodzić myśli aby zawrócić ale pomyślałem sobie że nie zrezygnuje tak łatwo z wyjścia tym bardziej że Asia szła dzielnie w góre wogóle nie narzekając na warunki. Około 14.30 wkońcu dotarliśmy na szczyt i z dziką przyjemnością schowaliśmy się przed wiatrem za murkiem. Po zrobieniu zdjęć(na szczęście doszedł jeszcze 1 chłopaczek i zrobił nam wspólne zdjęcie z Asią) zrobiło się naprawde zimno, Asia ma zdjęcie jak siedzi skulona i trzęsie się z zimna
Po zjedzeniu pysznego obiadku(zrobiła nam żonka
Na drugi dzień około 11 wyjechaliśmy w drogę powrotną.

-
Kolekcjoner
-

- Posty: 251
- Rejestracja: czw 31 mar, 2005
Wiola,Czesiek i Ryb-ka
Ślęża po raz pierwszy...
2005 r
20.02.2005.
Wycieczke naszą rozpoczeliśmy spotkaniem z Kasią na Grunwaldzkim. Autobus przyjechał troszeczkę po czasie, ale za to do Sobótki "przycinał"
nieźle. Od razu skierowaliśmy się na rozstaje dróg, ku początkowi czerwonego szlaku. Wg szlakowskazu powinniśmy dotrzeć na Ślężę w ciągu 1 i 1/4 godziny. Szliśmy - jak się póżniej okazało równiutko dwie.
Jako, że była to nasza (Wioli i moja, bo Kasia to już... hoho - chyba całe Sudety schodziła
) pierwsza w tym roku wycieczka. Tempo było wg mnie średnie. Im byliśmy wyżej tym szybciej maszerowaliśmy. Wiola najwyraźniej się "rozkręcała".
Oczywiście było kilka przerw - jeden na drobny posiłek, oraz na "sesje" zdjęciowe. Te ostatnie zajęły najwięcej czasu. Kiedy doszliśmy do "Panny z Rybą", wyjąłem swój nowy zakup (statyw) w celu przetestowania go w warunkach arktycznych.
Muszę się go jeszcze uczyć, żeby wszystkie czynności wykonywane były sprawniej. Jestem z niego zadowolony, ale już wiem, że wyciągał go będę tylko w miejscach szczególnych. W końcu dotarliśmy na sam szczyt - a nawet wyżej. 
Weszliśmy do budynku zwanego schroniskiem, by troszkę się ogrzać, odpocząć i coś "wepchnąć" do żołądka. Po opuszczeniu owej budowli - kolejne upamiętnianie naszej tam obecności, by w końcu wejść na wieżę widokową i cieszyć oczy przepięknymi widokami z góry. Niestety niebo niemal w całości było zachmurzone, więc i panoramy niewyraźne. Widoki do 3 czy 4 km "jako takie". Ale za to las bieluśki, widziany z góry był przepiękny. Patrząc na te wszystkie oblodzenia, widać było wyraźnie z której strony wiał wiatr. W wielu miejscach utworzyły się się małe chorągiewki z lodu. Widoki naprawdę bardzo ładne.
Nie znając godziny odjazdu autobusu, postanowiliśmy wracać. W planach było jeszcze "zdobycie"
Wieżycy. Wracaliśmy szlakiem żółtym aż do końca naszego spaceru. Po drodze "spotkaliśmy" pana zwanego też bałwanem.
Ja go nie dojrzałem, ale póżniej okazało się dlaczeeego Panie zobaczyły TO TO. 
Popatrzcie na zdjęcie - resztę sami sobie dopowiedzcie.
Zejście z Wieżycy było dosyć strome. Stamtąd - mając tyłkozjazdy - dotarlibyśmy do schroniska w "pięć sekund" - tylko nie wiem czy cali.
. Schodząc powoli i ostrożnie Kasia zauważyła ślady raków. Na poczatku troszkę się zdziwiliśmy, ale po chwili doszliśmy do wniosku, że ktoś je prawdopodobnie na tym zboczu testował. W sumie zeszliśmy dosyć szybciutko więc postanowiliśmy, że odwiedzimy Dom Turysty - schronisko "Pod Wieżycą". Po około pół godzinie skierowaliśmy się na miejsce odtransportowania nas do domku. Wiola z Kasią troszkę sobie przysnęły w autobusie, ale tym sposobem "szybciej" dojechały. 
Spanie po całym dniu na POWIETRZU było..., oj było

Ślęża po raz pierwszy...
2005 r
20.02.2005.
Wycieczke naszą rozpoczeliśmy spotkaniem z Kasią na Grunwaldzkim. Autobus przyjechał troszeczkę po czasie, ale za to do Sobótki "przycinał"
Weszliśmy do budynku zwanego schroniskiem, by troszkę się ogrzać, odpocząć i coś "wepchnąć" do żołądka. Po opuszczeniu owej budowli - kolejne upamiętnianie naszej tam obecności, by w końcu wejść na wieżę widokową i cieszyć oczy przepięknymi widokami z góry. Niestety niebo niemal w całości było zachmurzone, więc i panoramy niewyraźne. Widoki do 3 czy 4 km "jako takie". Ale za to las bieluśki, widziany z góry był przepiękny. Patrząc na te wszystkie oblodzenia, widać było wyraźnie z której strony wiał wiatr. W wielu miejscach utworzyły się się małe chorągiewki z lodu. Widoki naprawdę bardzo ładne.
Nie znając godziny odjazdu autobusu, postanowiliśmy wracać. W planach było jeszcze "zdobycie"
Popatrzcie na zdjęcie - resztę sami sobie dopowiedzcie.
Spanie po całym dniu na POWIETRZU było..., oj było

-
Kolekcjoner
-

- Posty: 251
- Rejestracja: czw 31 mar, 2005
Wiola,Czesiek i Mysza
Ślęża po raz kolejny...
2005 r
Ślęża 27.02.05.
Dzień zaczął się podobnie jak tydzień temu. O 8:45 wyjazd autobusem 502 z pl.Grunwaldzkiego do Sobótki (tym razem zamiast Ryb-ki była MaŁa mySzA
).
Na miejscu byliśmy około 10. Czerwonym szlakiem na górę, planowo 1 i 1/4 godziny, nam zajęło to 2 godziny.
Po pokonaniu 1/4 drogi stwierdziłam, że raczej dalej nie pójdę, coś się we mnie zablokowało
hmm. to był chyba brak czegoś w organizmie
, ponieważ po wypiciu cieplutkiej kawy (3in1
) mogłam na Ślężę wbiegać.
Widoki były piękne! Niee, to mało powiedziane. Biały śnieg na drzewach liściastych i iglastych, niebieskie, prawie bezchmurne niebo oraz promyki słoneczka oświetlające to wszystko wyglądały przecudnie!
Śniegu było dużo, im wyżej tym więcej, jednak nie lepił się za bardzo i na ostrzejszych (krótkich - kilkumetrowych) podejściach można było się poślizgnąć, ponieważ pod tą świeżą warstwą śnieżku były już wydeptane, śliskie i troszkę rozjeżdżone przez tyłkozjazdy oraz sanki ścieżki.
Po dojściu na szczyt troszkę nas wywiało
czapki i kaptury na głowy założyliśmy natychmiastowo. To był odruch bezwarunkowy
Weszliśmy do schroniska. Ludzi było mało - pewnie to -9 stopni ich przestraszyło. Zjedliśmy bułeczki, popiliśmy kawką i ruszyliśmy "zdobywać" wieżę widokową
Krajobraz dookoła był wyśmienity, tak jakbyśmy byli tam latem. Gdyby nie ten zimny wiatr
pomyliłabym chyba pory roku
. Po zrobieniu kilku fotek ruszyliśmy w drogę powrotną. Schodząc najgorszym odcinkiem, podczas całej wędrówki (zejście z Wieżycy), poślizgnęłam się i wpadłam w ramiona młodego, przystojnego
mężczyzny
:D:D:P. Cóż to był za poślizg
. Na tym jednak się nie skończyło. Wzięłam Dadiego pod rękę i zjeżdżaliśmy na butach z tej górki. Jeden skok (z telemarkiem
:D) i kilka wywrotek też się trafiło
:). Na szczęście (bo co ta Mami by bez nas zrobiła
) "dojechaliśmy" do schroniska cali. Zjedliśmy pyszne ciasto, które Mama zrobiła, wypiliśmy do końca kawę, posiedzieliśmy, pośmialiśmy się i poszliśmy na dworzec.
O 16:15 autobus ruszył w stronę Wrocławia........

Ślęża po raz kolejny...
2005 r
Ślęża 27.02.05.
Dzień zaczął się podobnie jak tydzień temu. O 8:45 wyjazd autobusem 502 z pl.Grunwaldzkiego do Sobótki (tym razem zamiast Ryb-ki była MaŁa mySzA
Na miejscu byliśmy około 10. Czerwonym szlakiem na górę, planowo 1 i 1/4 godziny, nam zajęło to 2 godziny.
Po pokonaniu 1/4 drogi stwierdziłam, że raczej dalej nie pójdę, coś się we mnie zablokowało
Widoki były piękne! Niee, to mało powiedziane. Biały śnieg na drzewach liściastych i iglastych, niebieskie, prawie bezchmurne niebo oraz promyki słoneczka oświetlające to wszystko wyglądały przecudnie!
Śniegu było dużo, im wyżej tym więcej, jednak nie lepił się za bardzo i na ostrzejszych (krótkich - kilkumetrowych) podejściach można było się poślizgnąć, ponieważ pod tą świeżą warstwą śnieżku były już wydeptane, śliskie i troszkę rozjeżdżone przez tyłkozjazdy oraz sanki ścieżki.
Po dojściu na szczyt troszkę nas wywiało
Weszliśmy do schroniska. Ludzi było mało - pewnie to -9 stopni ich przestraszyło. Zjedliśmy bułeczki, popiliśmy kawką i ruszyliśmy "zdobywać" wieżę widokową
Krajobraz dookoła był wyśmienity, tak jakbyśmy byli tam latem. Gdyby nie ten zimny wiatr
O 16:15 autobus ruszył w stronę Wrocławia........

-
Kolekcjoner
-

- Posty: 251
- Rejestracja: czw 31 mar, 2005
Mariusz
Relacja z podróży do Rumunii
2000 r
1. Podróż
Jako najprostszy sposób dotarcia do Rumunii wybrałem podróż bezpośrednim autokarem, łączącym Przemyśl z położoną na północnym wschodzie tego kraju Suczawą. Większość pociągów przybywa do Przemyśla wieczorem, dlatego konieczne okazało się spędzenie nocy w schronisku PTTK przy ul. Waygarta, jako że autobus odjeżdża o 7:30 rano. Rezerwacja pokoju w tym schronisku może oznaczać różne rzeczy, np. nocleg w piwnicy albo w składzie pościeli. Mi przypadło to drugie, ale nie narzekam bo zapłaciłem tylko 10 zł. Za bilet do Suczawy trzeba w Polsce zapłacić 60 zł. Autokar jest raczej luksusowy (Scania), włącznie z TV na pokładzie, klimatyzacją i kierowcą w kowbojskim kapeluszu. Niestety przewoźnik zapewnia także przymusowe obcowanie z rumuńską muzyką ludową, ale można to jakość znieść – wszak to tylko (!!!) 15 godzin. Od Przemyśla do granicy polsko-ukraińskiej jedzie się około 20 minut, po czym można spokojnie wyjść i wypalić trzy kartony papierosów, gdyż nasze służby celne nie są zbyt zainteresowane odprawą podróżnych. Kiedy już jednak do niej dojdzie, nie ma większych problemów – można się jedynie spodziewać głupich pytań w stylu „A po co Pan tam jedzie?”. Prawdziwy cyrk zaczyna się na granicy ukraińskiej. O ile nasze służby nie wykazują zbytniego entuzjazmu, o tyle Ukraińcy są żywo zainteresowani losem turysty na terenie ich kraju, a zwłaszcza losem tego, co turysta wiezie. Procedura jest taka: wszyscy muszą opuścić autokar i wejść do terminalu. Tam trzeba wystać około 1 godziny w kolejce, by wykupić obowiązkowe ubezpieczenie za 3$ (strachovka). Następnie należy wypełnić dość długi formularz, napisany rzecz jasna cyrylicą. Nie miałem bladego pojęcia o co tam chodzi, na szczęście pomógł mi jeden gość z Odessy. Generalnie trzeba nastawić się na „Niet”, no chyba, że przewozimy narkotyki lub broń i chcemy to wykazać (w formularzu są takie pytania). Następny etap to przepędzanie wszystkich przez nie działające od około 200 lat wykrywacze metalu, potem kontrola paszportowa i stempelki, potem akceptacja deklaracji przez ukraińskie panienki-celniczki, wreszcie oczekiwanie na zakończenie przeczesywania autokaru przez celników. Nie należy się dziwić, gdy po powrocie na swoje miejsce nie odnajdziemy niektórych rzeczy (towarów), które przewozimy. Jednak przyznaję, że mój bagaż nie był ani razu „lustrowany” i nic nie zginęło. Jeżeli wybieramy się tranzytem przez Ukrainę jako turyści, to raczej nic nam nie grozi.
Podróż przez Ukrainę jest bardzo monotonna. Po całej trasie (Medyka, Mościska, Sambir, Dorohobycz, Stryj, Dolina, Kałusz, Stanisławów, Kołomyja, Czerniowce) nie widać, żadnych reklam na ulicach (billboardów), ludzie przeważnie kopią w polu, domy wyglądają na opustoszałe, co parę kilometrów napotykamy na postkomunistyczną, księżycową, walącą się budowlę (fabryka, kołchoz, rondo ze szlabanami). Bardzo charakterystycznym zjawiskiem jest zatrzymywanie autokaru przez ukraińską milicję, mniej więcej co 50 km, w celu pobrania haraczu od kierowcy (kilka hrywien). Rumuńscy kierowcy traktują to jako chleb powszedni i nie bardzo się przejmują. Czasem zwalniają tylko do 15 km/h by wręczyć przez uchylone okno łapówkę Ukraińcowi. Business is business.
Po 9 godzinach zajeżdżamy na przejście graniczne między Ukrainą i Rumunią w Sirecie. Po stronie ukraińskiej następuje podobna procedura – ludzie wynocha z autokaru do terminala, kontrola paszportowa i deklaracji wewnątrz, zaś przeczesywanie (i redukowanie zawartości) autokaru na zewnątrz. Tym razem trwa to o wiele szybciej i już po pół godziny jesteśmy na przejściu rumuńskim. W tym momencie można spokojnie wyjąć jasiek i iść spać. Jeżeli rumuńscy celnicy pojawią się wcześniej, niż po dwóch godzinach, należy uważać dany dzień za wyjątkowo szczęśliwy. Ponieważ 99% składu wycieczki stanowili rumuńscy handlarze, którzy po długich pertraktacjach wręczyli odpowiednią łapówkę, ja byłem jedynym klientem, do którego warto się przyczepić. To też usłyszałem („Te, Poliak, idziosz ze mną!”). W biurze celników musiałem: pokazać wszystkie pieniądze, wytłumaczyć się po co tam jadę, pokazać zaproszenie, udowodnić, że nie sfałszowałem podpisu oraz pokazać wszystkie pozostałe dokumenty ze zdjęciami. Na szczęście nikt mi nie kazał demontować plecaka. Być może rumuńscy celnicy nie mogli pojąć, że ktoś jedzie do ich kraju pozwiedzać – taki osobnik musi coś przemycać albo być co najmniej międzynarodowym terrorystą.
Autobus zajechał do Suczawy, pierwszego rumuńskiego miasta po drodze (oprócz małego, granicznego Siretu) około godziny 22:30 (trzeba pamiętać o przestawieniu zegarka godzinę do przodu). O tej samej godzinie uciekł mi pociąg pospieszny do Bukaresztu – następny dopiero o 23:20. Bardzo miło wspominam mój pierwszy kontakt z „żywym” językiem. Polegał on na konieczności zakupu dwóch biletów do Bukaresztu. Dwóch – ponieważ podróżował ze mną głuchoniemy malarz z Odessy. Pani w okienku była bardzo niecierpliwa, ale wzbogacając moją wymowę o machanie rękami i rysowanie po kartoniku, dopiąłem swego.
Jeśli ktoś, czekając na pociąg nabierze nagle ochoty na herbatę, to może z powodzeniem wracać do Polski. W Rumunii, mało kto wie, co to jest herbata, włączając w to nawet restauratorów. Prawdziwi Rumunii piją herbatę w zasadzie tylko w dwóch przypadkach: jeśli są bardzo chorzy albo bardzo starzy. Polaka może to trochę zszokować (Anglik prawdopodobnie zszedłby na zawał). Podobnie rzecz ma się z chlebem – produkty spożywcze najbardziej chleb przypominające, to tosty sprowadzane z... Polski. To co Rumuni zwykli określać jako chleb, jest niezwykle twardym, słonym i przekminkowanym ciałem stałym, w kształcie orzecha kokosowego i konsystencji pumeksu.
Podróż do Bukaresztu przebiegła nadwyraz spokojnie – w przedziale towarzyszył mi starszy pan, wraz ze swoją wnuczką, przy czym o ile starszy pan może co nieco przypominał południowca (ciemna karnacja), to dziewczyna była jakby żywcem wzięta z Północy – jasna karnacja, blond włosy. Podobnie rzecz ma się z innymi Rumunami, którzy tak naprawdę wyglądają jak Polacy, a często są błędnie utożsamiani z rumuńskimi cyganami...

Relacja z podróży do Rumunii
2000 r
1. Podróż
Jako najprostszy sposób dotarcia do Rumunii wybrałem podróż bezpośrednim autokarem, łączącym Przemyśl z położoną na północnym wschodzie tego kraju Suczawą. Większość pociągów przybywa do Przemyśla wieczorem, dlatego konieczne okazało się spędzenie nocy w schronisku PTTK przy ul. Waygarta, jako że autobus odjeżdża o 7:30 rano. Rezerwacja pokoju w tym schronisku może oznaczać różne rzeczy, np. nocleg w piwnicy albo w składzie pościeli. Mi przypadło to drugie, ale nie narzekam bo zapłaciłem tylko 10 zł. Za bilet do Suczawy trzeba w Polsce zapłacić 60 zł. Autokar jest raczej luksusowy (Scania), włącznie z TV na pokładzie, klimatyzacją i kierowcą w kowbojskim kapeluszu. Niestety przewoźnik zapewnia także przymusowe obcowanie z rumuńską muzyką ludową, ale można to jakość znieść – wszak to tylko (!!!) 15 godzin. Od Przemyśla do granicy polsko-ukraińskiej jedzie się około 20 minut, po czym można spokojnie wyjść i wypalić trzy kartony papierosów, gdyż nasze służby celne nie są zbyt zainteresowane odprawą podróżnych. Kiedy już jednak do niej dojdzie, nie ma większych problemów – można się jedynie spodziewać głupich pytań w stylu „A po co Pan tam jedzie?”. Prawdziwy cyrk zaczyna się na granicy ukraińskiej. O ile nasze służby nie wykazują zbytniego entuzjazmu, o tyle Ukraińcy są żywo zainteresowani losem turysty na terenie ich kraju, a zwłaszcza losem tego, co turysta wiezie. Procedura jest taka: wszyscy muszą opuścić autokar i wejść do terminalu. Tam trzeba wystać około 1 godziny w kolejce, by wykupić obowiązkowe ubezpieczenie za 3$ (strachovka). Następnie należy wypełnić dość długi formularz, napisany rzecz jasna cyrylicą. Nie miałem bladego pojęcia o co tam chodzi, na szczęście pomógł mi jeden gość z Odessy. Generalnie trzeba nastawić się na „Niet”, no chyba, że przewozimy narkotyki lub broń i chcemy to wykazać (w formularzu są takie pytania). Następny etap to przepędzanie wszystkich przez nie działające od około 200 lat wykrywacze metalu, potem kontrola paszportowa i stempelki, potem akceptacja deklaracji przez ukraińskie panienki-celniczki, wreszcie oczekiwanie na zakończenie przeczesywania autokaru przez celników. Nie należy się dziwić, gdy po powrocie na swoje miejsce nie odnajdziemy niektórych rzeczy (towarów), które przewozimy. Jednak przyznaję, że mój bagaż nie był ani razu „lustrowany” i nic nie zginęło. Jeżeli wybieramy się tranzytem przez Ukrainę jako turyści, to raczej nic nam nie grozi.
Podróż przez Ukrainę jest bardzo monotonna. Po całej trasie (Medyka, Mościska, Sambir, Dorohobycz, Stryj, Dolina, Kałusz, Stanisławów, Kołomyja, Czerniowce) nie widać, żadnych reklam na ulicach (billboardów), ludzie przeważnie kopią w polu, domy wyglądają na opustoszałe, co parę kilometrów napotykamy na postkomunistyczną, księżycową, walącą się budowlę (fabryka, kołchoz, rondo ze szlabanami). Bardzo charakterystycznym zjawiskiem jest zatrzymywanie autokaru przez ukraińską milicję, mniej więcej co 50 km, w celu pobrania haraczu od kierowcy (kilka hrywien). Rumuńscy kierowcy traktują to jako chleb powszedni i nie bardzo się przejmują. Czasem zwalniają tylko do 15 km/h by wręczyć przez uchylone okno łapówkę Ukraińcowi. Business is business.
Po 9 godzinach zajeżdżamy na przejście graniczne między Ukrainą i Rumunią w Sirecie. Po stronie ukraińskiej następuje podobna procedura – ludzie wynocha z autokaru do terminala, kontrola paszportowa i deklaracji wewnątrz, zaś przeczesywanie (i redukowanie zawartości) autokaru na zewnątrz. Tym razem trwa to o wiele szybciej i już po pół godziny jesteśmy na przejściu rumuńskim. W tym momencie można spokojnie wyjąć jasiek i iść spać. Jeżeli rumuńscy celnicy pojawią się wcześniej, niż po dwóch godzinach, należy uważać dany dzień za wyjątkowo szczęśliwy. Ponieważ 99% składu wycieczki stanowili rumuńscy handlarze, którzy po długich pertraktacjach wręczyli odpowiednią łapówkę, ja byłem jedynym klientem, do którego warto się przyczepić. To też usłyszałem („Te, Poliak, idziosz ze mną!”). W biurze celników musiałem: pokazać wszystkie pieniądze, wytłumaczyć się po co tam jadę, pokazać zaproszenie, udowodnić, że nie sfałszowałem podpisu oraz pokazać wszystkie pozostałe dokumenty ze zdjęciami. Na szczęście nikt mi nie kazał demontować plecaka. Być może rumuńscy celnicy nie mogli pojąć, że ktoś jedzie do ich kraju pozwiedzać – taki osobnik musi coś przemycać albo być co najmniej międzynarodowym terrorystą.
Autobus zajechał do Suczawy, pierwszego rumuńskiego miasta po drodze (oprócz małego, granicznego Siretu) około godziny 22:30 (trzeba pamiętać o przestawieniu zegarka godzinę do przodu). O tej samej godzinie uciekł mi pociąg pospieszny do Bukaresztu – następny dopiero o 23:20. Bardzo miło wspominam mój pierwszy kontakt z „żywym” językiem. Polegał on na konieczności zakupu dwóch biletów do Bukaresztu. Dwóch – ponieważ podróżował ze mną głuchoniemy malarz z Odessy. Pani w okienku była bardzo niecierpliwa, ale wzbogacając moją wymowę o machanie rękami i rysowanie po kartoniku, dopiąłem swego.
Jeśli ktoś, czekając na pociąg nabierze nagle ochoty na herbatę, to może z powodzeniem wracać do Polski. W Rumunii, mało kto wie, co to jest herbata, włączając w to nawet restauratorów. Prawdziwi Rumunii piją herbatę w zasadzie tylko w dwóch przypadkach: jeśli są bardzo chorzy albo bardzo starzy. Polaka może to trochę zszokować (Anglik prawdopodobnie zszedłby na zawał). Podobnie rzecz ma się z chlebem – produkty spożywcze najbardziej chleb przypominające, to tosty sprowadzane z... Polski. To co Rumuni zwykli określać jako chleb, jest niezwykle twardym, słonym i przekminkowanym ciałem stałym, w kształcie orzecha kokosowego i konsystencji pumeksu.
Podróż do Bukaresztu przebiegła nadwyraz spokojnie – w przedziale towarzyszył mi starszy pan, wraz ze swoją wnuczką, przy czym o ile starszy pan może co nieco przypominał południowca (ciemna karnacja), to dziewczyna była jakby żywcem wzięta z Północy – jasna karnacja, blond włosy. Podobnie rzecz ma się z innymi Rumunami, którzy tak naprawdę wyglądają jak Polacy, a często są błędnie utożsamiani z rumuńskimi cyganami...

-
Kolekcjoner
-

- Posty: 251
- Rejestracja: czw 31 mar, 2005
Prezes
2-4 kwiecień 05
Tatry
Do zakopanego dojechaliśmy ok. 10, niestety wypożyczalnia raków czynna od 11 więc godzina czekania. Z Kuźnic wyruszamy o 11:30 przez Jaworzynkę do Murowańca. Plan był taki, że tu załatwiamy nocleg, zostawiamy plecaki i na „lekko” idziemy na Kościelec. Jednak okazało się, że jakichkolwiek miejsc brak (o 13:30!), nie ma również możliwości przespania się na podłodze ponieważ jakaś firma wynajęła całe schronisko. Szybka decyzja i o 14 ruszamy do Pięciu stawów przez Zawrat. Droga w miarę łatwa, podejście na przełęcz dobre: północny stok więc śnieg twardy. W Pięciu Stawach załatwiamy od razu dwie noce. Na drugi dzień wyruszamy z ambitnym planem wejścia na Krzyżne i przejścia jakiegoś odcinka Orlej. To co nas spotka w ciągu najbliższych kilku godzin jest chyba najbardziej ekstremalnym przeżyciem jakie mieliśmy w Tatrach i przebija nawet naszą czerwcową burzę na Niżnych Rysach. A więc… ze schroniska wychodzimy o 7 z nadzieją znalezienia chociaż pojedynczych śladów na przełęcz, jednak nic nie było więc ruszamy własną drogą. Na początku trawersujemy zbocze o nachyleniu ok. 50st pod nami skały. Po jakimś czasie dochodzimy do bardzo wąskiego żlebu (Szeroki Żleb Buczynowy), którym decydujemy się iść do góry, słyszymy pod śniegiem pod butami potok. Wychodzimy wreszcie na bardziej otwarte przestrzenie jednak nachylenie nie zmniejsza się. Zaczynamy się zastanawiać nad odwrotem jednak słońce tak rozmiękczyło już śnieg, że przy takim nachyleniu raczej nie dało by się iść w dół. Pozostaje nam jedyna droga: do góry… Po kolejnej godzinie wspinaczki zauważamy wreszcie Krzyżne, jest bardziej z prawej strony niż się spodziewaliśmy. Więc kolejny trawers w stronę wcześniejszej przełęczy (Przełączka Pod Ptakiem). W tym miejscu nachylenie sięgało miejscami 60st, poruszając się staliśmy praktycznie twarzą przed samą ścianą, śnieg był już bardzo rozmiękczony i czasem obsuwaliśmy się po kilkadziesiąt centymetrów, nawet porządnie wbite czekany obsuwały się razem z nami, pod nami ostro w dół i skały więc jakbyśmy mieli wtedy pecha… Stąd do Krzyżnego już tylko parę kroków, omijamy Kopę Nad Krzyżnem i jesteśmy. Jest 11:30 , droga zajęła nam 4,5h. Jak się później okazało weszliśmy tu od strony Piątki jako pierwsi od kilku dni. Orla oczywiście nie do przejścia, jedyna droga: Doliną Pańszcyca na dół, schodzi się fajnie śnieg twardy, przedeptane. Po drodze odbiliśmy na czarny szlak (tzn. szlaku na oczy nie widzieliśmy ale mniej więcej
)do zielonego, który znaleźliśmy przez przypadek włócząc się po lesie, potem przez Polanę Waksmundzka do czerwonego i do Wodogrzmotów. Po krótkiej przerwie w schronisku w Roztoce po 19 wracamy do Piątki (ponad 12h na szlaku). W ostatni dzień jesteśmy tak padnięci, że schodzimy Roztoką na Palenicę i do domku 

2-4 kwiecień 05
Tatry
Do zakopanego dojechaliśmy ok. 10, niestety wypożyczalnia raków czynna od 11 więc godzina czekania. Z Kuźnic wyruszamy o 11:30 przez Jaworzynkę do Murowańca. Plan był taki, że tu załatwiamy nocleg, zostawiamy plecaki i na „lekko” idziemy na Kościelec. Jednak okazało się, że jakichkolwiek miejsc brak (o 13:30!), nie ma również możliwości przespania się na podłodze ponieważ jakaś firma wynajęła całe schronisko. Szybka decyzja i o 14 ruszamy do Pięciu stawów przez Zawrat. Droga w miarę łatwa, podejście na przełęcz dobre: północny stok więc śnieg twardy. W Pięciu Stawach załatwiamy od razu dwie noce. Na drugi dzień wyruszamy z ambitnym planem wejścia na Krzyżne i przejścia jakiegoś odcinka Orlej. To co nas spotka w ciągu najbliższych kilku godzin jest chyba najbardziej ekstremalnym przeżyciem jakie mieliśmy w Tatrach i przebija nawet naszą czerwcową burzę na Niżnych Rysach. A więc… ze schroniska wychodzimy o 7 z nadzieją znalezienia chociaż pojedynczych śladów na przełęcz, jednak nic nie było więc ruszamy własną drogą. Na początku trawersujemy zbocze o nachyleniu ok. 50st pod nami skały. Po jakimś czasie dochodzimy do bardzo wąskiego żlebu (Szeroki Żleb Buczynowy), którym decydujemy się iść do góry, słyszymy pod śniegiem pod butami potok. Wychodzimy wreszcie na bardziej otwarte przestrzenie jednak nachylenie nie zmniejsza się. Zaczynamy się zastanawiać nad odwrotem jednak słońce tak rozmiękczyło już śnieg, że przy takim nachyleniu raczej nie dało by się iść w dół. Pozostaje nam jedyna droga: do góry… Po kolejnej godzinie wspinaczki zauważamy wreszcie Krzyżne, jest bardziej z prawej strony niż się spodziewaliśmy. Więc kolejny trawers w stronę wcześniejszej przełęczy (Przełączka Pod Ptakiem). W tym miejscu nachylenie sięgało miejscami 60st, poruszając się staliśmy praktycznie twarzą przed samą ścianą, śnieg był już bardzo rozmiękczony i czasem obsuwaliśmy się po kilkadziesiąt centymetrów, nawet porządnie wbite czekany obsuwały się razem z nami, pod nami ostro w dół i skały więc jakbyśmy mieli wtedy pecha… Stąd do Krzyżnego już tylko parę kroków, omijamy Kopę Nad Krzyżnem i jesteśmy. Jest 11:30 , droga zajęła nam 4,5h. Jak się później okazało weszliśmy tu od strony Piątki jako pierwsi od kilku dni. Orla oczywiście nie do przejścia, jedyna droga: Doliną Pańszcyca na dół, schodzi się fajnie śnieg twardy, przedeptane. Po drodze odbiliśmy na czarny szlak (tzn. szlaku na oczy nie widzieliśmy ale mniej więcej

-
Kolekcjoner
-

- Posty: 251
- Rejestracja: czw 31 mar, 2005
MiG
1-2 kwiecień 05
Tatry
DZIEŃ 1 - PIĄ 01.IV
Po planowym przyjeździe do Zakopca (6.40) muszę jeszcze chwilę posiedzieć na dworcu czekając na PKS do Dol. Chochołowskiej (o 7.15). Poza sezonem z busami raczej kiepsko - nawet do Kir żaden nie jechał, turystów i narciarzy bardzo mało. O 7.35 wysiadam z PKS u wylotu doliny i zaczyna się najmniej przyjemna część wyjazdu, czyli marsz Chochołowską z pełnym plecakiem. Zanim doszedłem do schroniska mineło mnie chyba ze 20 samochodów (sic!), w większości terenowych, próbowałem nawet łapać "stopa" ale nic z tego. Śniegu w dolinie dosyć dużo, z drogi był odgarniany, więc po bokach utworzyły się spore zaspy. Dochodzę do schroniska, gdzie dostaję nocleg w pokoju 14-osobowym. W trakcie śniadania, które spożywam w głównej sali, wyjaśnia się skąd tyle samochodów. Otóż odbywają się zawody TPN w ski-tourze, więc szanowni zawodnicy musieli czymś przyjechać... Mam okazję oglądać prezentację trasy zawodów (rejon schroniska, Grzesia i Rakonia), myśląc przy tym, że chyba zrewiduję moje poglądy na temat chodzenia poza szlakiem - jeśli sam TPN wjeżdża bez pardonu w serce Tatr samochodami...
Na "właściwą" trasę wychodzę ok. 10.30, główny cel na dziś to Starorobociański (jeszcze nie wiem czy realny - to zależy od pogody i śniegu). Już na podejściu na Iwaniacką okazuje się, że jest OK. Śnieg zmrożony i twardy, w ogóle się nie zapadam, słonko świeci jak w lecie (mam czapkę na głowie głównie po to, żeby nie tracić energii/ciepła). Patrzę ze zgrozą jak z Iwaniackiej schodzi jakaś wycieczka - nastolatki w adidasach, w odstępach co 100m - jakby coś się stało to może nikt nie zauważyć... Na przełęczy pusto, kontempluję pięknie oświetlony Kominiarski Wierch. Po dłuższym postoju uderzam na Ornak, wchodzimy we dwójkę, razem z dziewczyną która przyszła od strony Kościeliskiej. Śnieg twardy, w zasadzie można by założyć raki, ale nie chce mi się stawać kolejny raz. Po wejściu na Ornak, gdzie robi się już "płasko" - kolejny postój, trochę fotek, mały posiłek. Okazuje się, że moja towarzyszka pracuje w schronisku na Ornaku i ma dzień wolny (ale to chyba nie była p. Agnieszka, aczkolwiek głowy nie dam
). W tym miejscu się rodzielamy, ona schodzi w dół, ja idę na Siwą Przełęcz i dalej. Na niebie żadnej chmury, widoczność bardzo dobra jeśli chodzi o same Tatry, bo nad Podhalem i okolicą smog i mgła, z których wystają Babia i Gorce. Na samym grzbiecie Ornaku śniegu mało - wystaje trochę kamieni i trawy. Jeden ze szczytów Ornaku postanawiam ominąć trawersem zbocza po prawej stronie... i szybko tego żałuję. Po kamieniach idzie się dobrze, ale już małe pole śnieżne stanowi problem. Buty ledwo wbijają się w śnieg, raków nie ma jak założyć, opieram się głównie na kijkach - no, jakoś udaje się przejść. Na Starorobociańskim widać dwie osoby, mijam też jednego gościa, który stamtąd schodzi. Na szczycie jestem ok. 14.45 (15 min. spóźnienia w stosunku do planu), po dość żmudnym, ale łatwym podejściu. Widok, owszem, niezły
zaczyna jednak wiać wiatr, więc nie przedłużam odpoczynku. Na zejście zakładam raki, bez nich byłoby naprawdę mało ciekawie (albo właśnie "ciekawie"), robię przy okazji trochę fotek dokumentujących nieduże lawiny (zobaczymy co z tego wyjdzie?). Idę przez Kończysty i Trzydniowiański, widać z daleka parę osób (heh, jednak ktoś po tych górach łazi). Ze względu na zmrożony śnieg zejścia są dużo niebezpieczniejsze, trzeba uważać przy każdym kroku. Trasa od Trzydniowiańskiego przez Kulawiec i Krowi Żleb przedeptana, nie można zgubić szlaku. Niestety ma to jedną wadę w ostatniej fazie zejścia - już w lesie, gdzie jest dość stromo pozostały w śniegu takie "schodki" po których dość trudno się idzie, cały czas trzeba się mocno asekurować kijkami. Jest to dość wyczerpujące. Do schroniska dochodzę na 17.45 (piątkowa trasa: 30 GOT, 7h 15 min, +10 GOT rano dojście do schronu).
W schronisku ciepła kąpiel, obiad, krótka rozmowa ze współspaczami z pokoju i tyle. Kładę się przed 21.00 - trzeba jeszce odespać poprzednią noc.
Dygresja - o schronisku na Pol. Chochołowskiej:
Zalety: duża ilość miejsc noclegowych (łóżko można dostać raczej bez problemów, no może poza długimi weekendami), sensowne sanitariaty i łazienki (ciepła woda non-stop), wrzątek przez 24 h na dobę za darmo (Seba, to zmiana - teraz zamiast gara z wrzątkiem, w kuchni turystycznej na samym dole ustawiono dwa czajniki elektryczne), piękny widok na polanę z jadalni, dobry punkt wypadowy w Tatry Zachodnie (wiele możliwych tras), możliwość zameldowania o dowolnie wczesnej porze (np. 9.00 rano), możliwość zostawienia klamotów w recepcji (nie wiem co w przypadku większej grupy).
Wady: wielkość (szczególnie się to odczuwa w pełni sezonu), odległość - konieczność drałowania przez cała dolinę w dużej częsci po asfalcie, słabe żarcie (mały wybór), bufet zamykany o 20.00.
1-2 kwiecień 05
Tatry
DZIEŃ 1 - PIĄ 01.IV
Po planowym przyjeździe do Zakopca (6.40) muszę jeszcze chwilę posiedzieć na dworcu czekając na PKS do Dol. Chochołowskiej (o 7.15). Poza sezonem z busami raczej kiepsko - nawet do Kir żaden nie jechał, turystów i narciarzy bardzo mało. O 7.35 wysiadam z PKS u wylotu doliny i zaczyna się najmniej przyjemna część wyjazdu, czyli marsz Chochołowską z pełnym plecakiem. Zanim doszedłem do schroniska mineło mnie chyba ze 20 samochodów (sic!), w większości terenowych, próbowałem nawet łapać "stopa" ale nic z tego. Śniegu w dolinie dosyć dużo, z drogi był odgarniany, więc po bokach utworzyły się spore zaspy. Dochodzę do schroniska, gdzie dostaję nocleg w pokoju 14-osobowym. W trakcie śniadania, które spożywam w głównej sali, wyjaśnia się skąd tyle samochodów. Otóż odbywają się zawody TPN w ski-tourze, więc szanowni zawodnicy musieli czymś przyjechać... Mam okazję oglądać prezentację trasy zawodów (rejon schroniska, Grzesia i Rakonia), myśląc przy tym, że chyba zrewiduję moje poglądy na temat chodzenia poza szlakiem - jeśli sam TPN wjeżdża bez pardonu w serce Tatr samochodami...
Na "właściwą" trasę wychodzę ok. 10.30, główny cel na dziś to Starorobociański (jeszcze nie wiem czy realny - to zależy od pogody i śniegu). Już na podejściu na Iwaniacką okazuje się, że jest OK. Śnieg zmrożony i twardy, w ogóle się nie zapadam, słonko świeci jak w lecie (mam czapkę na głowie głównie po to, żeby nie tracić energii/ciepła). Patrzę ze zgrozą jak z Iwaniackiej schodzi jakaś wycieczka - nastolatki w adidasach, w odstępach co 100m - jakby coś się stało to może nikt nie zauważyć... Na przełęczy pusto, kontempluję pięknie oświetlony Kominiarski Wierch. Po dłuższym postoju uderzam na Ornak, wchodzimy we dwójkę, razem z dziewczyną która przyszła od strony Kościeliskiej. Śnieg twardy, w zasadzie można by założyć raki, ale nie chce mi się stawać kolejny raz. Po wejściu na Ornak, gdzie robi się już "płasko" - kolejny postój, trochę fotek, mały posiłek. Okazuje się, że moja towarzyszka pracuje w schronisku na Ornaku i ma dzień wolny (ale to chyba nie była p. Agnieszka, aczkolwiek głowy nie dam
W schronisku ciepła kąpiel, obiad, krótka rozmowa ze współspaczami z pokoju i tyle. Kładę się przed 21.00 - trzeba jeszce odespać poprzednią noc.
Dygresja - o schronisku na Pol. Chochołowskiej:
Zalety: duża ilość miejsc noclegowych (łóżko można dostać raczej bez problemów, no może poza długimi weekendami), sensowne sanitariaty i łazienki (ciepła woda non-stop), wrzątek przez 24 h na dobę za darmo (Seba, to zmiana - teraz zamiast gara z wrzątkiem, w kuchni turystycznej na samym dole ustawiono dwa czajniki elektryczne), piękny widok na polanę z jadalni, dobry punkt wypadowy w Tatry Zachodnie (wiele możliwych tras), możliwość zameldowania o dowolnie wczesnej porze (np. 9.00 rano), możliwość zostawienia klamotów w recepcji (nie wiem co w przypadku większej grupy).
Wady: wielkość (szczególnie się to odczuwa w pełni sezonu), odległość - konieczność drałowania przez cała dolinę w dużej częsci po asfalcie, słabe żarcie (mały wybór), bufet zamykany o 20.00.
-
Kolekcjoner
-

- Posty: 251
- Rejestracja: czw 31 mar, 2005
DZIEŃ 2 - SOB 02.IV
Jak zwykle w górach śpi mi się doskonale i budzę się dopiero ok. 7.30 (żeby w Wawie przespać ponad 10h musiałbym chyba nałykać się jakichś prochów). Przy śniadaniu okazuje się że dwóch kolegów z pokoju zamierza iść na Wołowiec, czyli tam gdzie i ja będę zmierzał. Wychodzą w trasę trochę przede mną. Ja jeszcze pakuję moje rzeczy, bo wieczorem mam zamiar wracać do Wawy - uzgodniłem, że plecak mogę przechować na recepcji, ale w końcu zgodnie z sugestią innych górołazów zostawiam go po prostu w pokoju. Na szlak wychodzę gdzieś o 9.40. Pogoda, podobnie jak dzień wcześnej, wyśmienita, śnieg skrzy się w słońcu, widoki cudne. Stożek Babiej Góry wydaje się z Grzesia bliski na wyciągnięcie ręki... Idzie się bardzo przyjemnie i dość szybko, więc mogę robić dłuższe postoje. Na Rakoniu doganiam kolegów ze schroniska, a wcześniej po drodze spotykam kilku innych wędrowców. Na Wołowcu sesja fotograficzna (ciekawa sprawa, śniegu nie jest dużo, wystaje trochę trawy i kamieni, ale słowacka tabliczka z nazwą zasypana prawie po sam wierzch
). Dalej droga prowadzi przez Łopatę na Jarząbczy - idziemy razem, we trójkę. Jak się okazuje, to najbardziej emocjonująca część trasy - w kilku miejscach jest dość ślisko, w innych śnieg nie wygląda na zbyt stabilny... W okolicach Dziurawej Przełęczy znajdujemy śnieżną jamę, w której najwyraźnej ktoś nocował - muszę przyznać, że wykonał kawał dobrej roboty. W środku jest dość miejsca na dwie osoby, tyle że sufit dość nisko
Na Niskiej Przełęczy spotykamy Polaków, którzy wchodzili od strony słowackiej, Jamnicką Doliną (z tego co mówili, dzień wcześniej zawróciła ich straż TANAP-u). Od tego miejsca idę sam, bo czas zaczyna mnie gonić i trzeba trochę podkręcić tempo. Na Jarząbczym podziwiam ostatnie widoki na otaczające mnie Tatry Zachodnie i trochę oddalone Wysokie - wejście tu oznacza, że planowane na ten wyjazd trasy zostały zrealizowane w 100%. Pozostaje już tylko zejście do Chochołowskiej. Chłopaki doganiają mnie na szczycie jak właśnie kończę postój, mówią, że w tym tempie w dwie godziny będę w schronisku, w co ja sam nie bardzo wierzę. Od tego momentu prawie biegnę
, przy zejściu kijki teleskopowe oddają nieocenione przysługi. Mimo to, z powodu szybkiego tempa, w łatwym już terenie zaliczam dwie "gleby". Na szczycie Kończystego czeka na mnie... kruk (poprzedniego dnia tylko krążył w tym miejscu). Niestety ucieka, kiedy próbuję zrobić mu zdjęcie
Korzystając z doświadczeń dnia poprzedniego, wybieram drogę tak, aby móc choć trochę wbijać buty w śnieg, co jest znacznie wygodniejsze niż marsz po wydeptanych śladach. Dzięki temu udaje mi się dojść do schroniska w 1h 45 min.
Cała sobotnia trasa to także 30 GOT, czas przejścia 7h 10 min. Z powodu szybkiego tempa na ostatnim odcinku jestem dość zmachany, ale 0,5l zimnej coli i schabowy stawiają mnie na nogi 
Jak zwykle w górach śpi mi się doskonale i budzę się dopiero ok. 7.30 (żeby w Wawie przespać ponad 10h musiałbym chyba nałykać się jakichś prochów). Przy śniadaniu okazuje się że dwóch kolegów z pokoju zamierza iść na Wołowiec, czyli tam gdzie i ja będę zmierzał. Wychodzą w trasę trochę przede mną. Ja jeszcze pakuję moje rzeczy, bo wieczorem mam zamiar wracać do Wawy - uzgodniłem, że plecak mogę przechować na recepcji, ale w końcu zgodnie z sugestią innych górołazów zostawiam go po prostu w pokoju. Na szlak wychodzę gdzieś o 9.40. Pogoda, podobnie jak dzień wcześnej, wyśmienita, śnieg skrzy się w słońcu, widoki cudne. Stożek Babiej Góry wydaje się z Grzesia bliski na wyciągnięcie ręki... Idzie się bardzo przyjemnie i dość szybko, więc mogę robić dłuższe postoje. Na Rakoniu doganiam kolegów ze schroniska, a wcześniej po drodze spotykam kilku innych wędrowców. Na Wołowcu sesja fotograficzna (ciekawa sprawa, śniegu nie jest dużo, wystaje trochę trawy i kamieni, ale słowacka tabliczka z nazwą zasypana prawie po sam wierzch
-
Kolekcjoner
-

- Posty: 251
- Rejestracja: czw 31 mar, 2005
EPILOG
W schronisku na Pol. Chochołowskiej zabawiłem mniej więcej godzinę (tyle żeby coś zjeść, trochę się umyć i przepakować). Klucz do pokoju gdzie miałem zostawione rzeczy dostałem bez problemu, choć niby już tam nie byłem zameldowany. Ok. 18.40 wyruszyłem w drogę powrotną do Zakopanego by po 1,5 godziny dotrzeć do przystanku PKS. Po drodze znów kilka razy mijały mnie jakieś samochody (w tym roześmiani nowożeńcy - czy jak ja wezmę ślub to też będę mógł się władować samochodem w środek Kampinosu?
). Wg rozkładu na najbliższy autobus musiałbym czekać ponad godzinę, za to o 19.25 miał się pojawić ostatni bus. Nie wiem czy przyjechał (powinien wcześniej jechać na Siwą Polanę, ale żaden mnie nie mijał), bo zaczałem łapać "stopa" co dość szybko zwieńczone zostało sukcesem
Dopiero teraz dowiaduję się, że stan zdrowia papieża bardzo się ostatnio pogorszył, z tego powodu w mijanych kościołach widać tłumy ludzi. Reszty dowiaduję się z gazet... Dojeżdżamy na dworzec PKP, gdzie okazuje się, że po 20.00 z Zakopanego nie odjeżdża już żaden pociąg. Na szczęście jest jeszcze PKS... Tym razem autobus jest nieco starszego typu, ale za to wypełniony najwyżej w połowie. Tuż przed odjazdem o 22.00 radio podaje wiadomość o śmierci Ojca Świętego
. Ale tak naprawdę informacja ta dociera do mnie dopiero po powrocie do Wawy...

W schronisku na Pol. Chochołowskiej zabawiłem mniej więcej godzinę (tyle żeby coś zjeść, trochę się umyć i przepakować). Klucz do pokoju gdzie miałem zostawione rzeczy dostałem bez problemu, choć niby już tam nie byłem zameldowany. Ok. 18.40 wyruszyłem w drogę powrotną do Zakopanego by po 1,5 godziny dotrzeć do przystanku PKS. Po drodze znów kilka razy mijały mnie jakieś samochody (w tym roześmiani nowożeńcy - czy jak ja wezmę ślub to też będę mógł się władować samochodem w środek Kampinosu?

-
Kolekcjoner
-

- Posty: 251
- Rejestracja: czw 31 mar, 2005
Dorian
Rysy,Wysoka,nocleg w namiocie...
Tatry 15-17 kwiecień 05
Mój opis z Tatr muszę rozpocząć od Mikołowa gdzie w piatek była prelekcja Waldemara Niemca z pobytu i wyjścia na Ręke Fatimy w Mali.
Przeźrocza były ładne i opis tego biednego państwa w Afryce też super. Jedną z ciekawostek że żyjemy naprawde w luksusie(choć i tak narzekamy) jest fakt że w wiosce gdzie przebywała ekipa jedyną rzeczą która miała jakąś wartość był kociołek. Jedyny na całą wioskę !!! Jedzenie to na okrągło proso a średnia życia mieszkańców Mali to 40 lat nie wliczajac noworotków.
Prelekcja rozpoczęła się o godz. 18 i trwała tak do 19.45.
Potem w samochód i jazda w Tatry. I tu mi trochę wstyd bo nie napisałem że jechałem w towarzystwie Bogusia Magrela-prezesa PKA i jego dziwczyny Asi.
W Taterki dotarliśmy koło 23 i nocowaliśmy w schronie PTTK na Głodówce. Koszt to 30 zł ale budynek świeżo wyremontowany.
Do schrony koło 24 dotarła reszta wyprawy czyli jeszcze 5 osób.
Rano pobudka o godzinie 5.30 i wyjazd na Słowacje. Po dotarciu do Szczyrbskiego Plesa miła niespodzianka-bezpłatny parking !!! Po wypakowaniu i rozdzieleniu sprzetu wyruszyliśmy na szlak tak koło 8.45 i znowu lekko byłem zdziwiony bo śnieg na szlaku leży od samego początku(na początku tak ze 30 cm póżniej conajmniej 50 cm i więcej) a ja nie założyłem stuptutów bo miałem to zrobić przy schronie w Popradzkim Plesie. Szliśmy czerwonym szlakiem i nie zeszlismy na zielony który prowadzi do schronu w zimie dochodząć do wniosku że szybciej będzie iść górą bo przecież zagrożenie lawinowe już minęło. No i tym sposobem zajęło nam to więcej czasu bo szlak nie był prawie przetarty(były tylko ślady nart) i zapadalismy się co chwila po kolana i więcej w śniegu przechodząc po lawiniskach większych i mnieszych. Pogoda była ładna słoneczko świeciło,ale Bogdan mówił ze zbiera się na burze i wcale nie będzie ładnie(niestety miał rację). Po dojściu do Popradzkiego Plesa zjedliśmy śniadanko i wypiłem rytualne piwko(zawsze tak robie). W dalszą drogę wyruszyliśmy tak jakoś o 11.30 i udaliśmy się szlakiem w strone chaty pod Rysami. Było ładnie i ciepło wszyscy porozbierali się do koszul i podkoszulek. Oczywiście o trzymaniu się wariantu letniego szlaku można było zapomnieć i szliśmy tak żeby było nam najlepiej. Po rozpoczęciu podejścia do Żabich Stawów usłuszałem grzmot a potem zobatrzyłem spadającą lawine ze ścian Szatana. Nie chciałbym się znaleść na jej drodze albo pod tą ścianą. Już przy samych Żabich Stawach spotkała nas następna "atrakcja" czyli zaczął padać deszcz przemieszamy z gradem. Po chwili zastanowienia zapadła decyzja idziemy dalej no chyba że mocno zacznie padać i nas przemoczy. Pod skalnym progiem opadającym z Kotlinki pod Wagą wszyscy założyliśmy raki. Po wyjściu na próg skalny i wejściu w Kotlinke dopadła nas burza. Zaczął sypać grad i zrobiła się mgła z widocznością na 10 metrów. Po dotarciu pod schronisko narada co robimy dalej(zaczął właśnie sypać śnieg). W początkowych planach było że rozbijamy namioty na przełęczy Waga lub jeszcze dalej na tarasiku(póżniej okazało się że jak tam byśmy mieli nocować to musielibyśmy sie nieżle napracować żeby odrzucić śnieg) pod szczytem Wysokiej. Zapadła decyzja że zostajemy przy schronie(słuszna zresztą bo na przełęczy Waga strasznie wiało a i w nocy też mocno wiało i pewnie byłoby owiele zimniej). Po przygotowaniu podłoża i rozbiciu namiotów tak koło 16 czterech facetów(bo były 3 dziewczyny i 5 chłopaków) w tym i ja oczywiście postanowiliśmy wyskoczyć na Rysy bo i pogoda zrobiła sie dużo lepsza i nawet na przełęczy Waga zaczęło swiecić słońce. Po zobatrzeniu Wysokiej i przełączki pod Kogutkiem gdzie mieliśmy iść na drugi dzień rano nie miałem za wesołej miny. Na szczyty Rysów dotarliśmy szybko ale pogoda się znowu zepsuła i z samych wierzchołków(byliśmy na obydwu czyli na naszym 2499 i słowackim 2503) nie widzieliśmy nic oprócz ładnych nawisów śniegu. Po zejściu do kotlinki pod Wagą w namiocie kolacja i rozmowy w śpiworze(spałem z kolegą Hubertem). Było mi ciepło ale już jak się obudziłem koło 3.30 to lekki chłód zaczął mi doskwierać.
Pobudka była o 5 ale to już będzie w następnym odcinku.
Rysy,Wysoka,nocleg w namiocie...
Tatry 15-17 kwiecień 05
Mój opis z Tatr muszę rozpocząć od Mikołowa gdzie w piatek była prelekcja Waldemara Niemca z pobytu i wyjścia na Ręke Fatimy w Mali.
Przeźrocza były ładne i opis tego biednego państwa w Afryce też super. Jedną z ciekawostek że żyjemy naprawde w luksusie(choć i tak narzekamy) jest fakt że w wiosce gdzie przebywała ekipa jedyną rzeczą która miała jakąś wartość był kociołek. Jedyny na całą wioskę !!! Jedzenie to na okrągło proso a średnia życia mieszkańców Mali to 40 lat nie wliczajac noworotków.
Prelekcja rozpoczęła się o godz. 18 i trwała tak do 19.45.
Potem w samochód i jazda w Tatry. I tu mi trochę wstyd bo nie napisałem że jechałem w towarzystwie Bogusia Magrela-prezesa PKA i jego dziwczyny Asi.
W Taterki dotarliśmy koło 23 i nocowaliśmy w schronie PTTK na Głodówce. Koszt to 30 zł ale budynek świeżo wyremontowany.
Do schrony koło 24 dotarła reszta wyprawy czyli jeszcze 5 osób.
Rano pobudka o godzinie 5.30 i wyjazd na Słowacje. Po dotarciu do Szczyrbskiego Plesa miła niespodzianka-bezpłatny parking !!! Po wypakowaniu i rozdzieleniu sprzetu wyruszyliśmy na szlak tak koło 8.45 i znowu lekko byłem zdziwiony bo śnieg na szlaku leży od samego początku(na początku tak ze 30 cm póżniej conajmniej 50 cm i więcej) a ja nie założyłem stuptutów bo miałem to zrobić przy schronie w Popradzkim Plesie. Szliśmy czerwonym szlakiem i nie zeszlismy na zielony który prowadzi do schronu w zimie dochodząć do wniosku że szybciej będzie iść górą bo przecież zagrożenie lawinowe już minęło. No i tym sposobem zajęło nam to więcej czasu bo szlak nie był prawie przetarty(były tylko ślady nart) i zapadalismy się co chwila po kolana i więcej w śniegu przechodząc po lawiniskach większych i mnieszych. Pogoda była ładna słoneczko świeciło,ale Bogdan mówił ze zbiera się na burze i wcale nie będzie ładnie(niestety miał rację). Po dojściu do Popradzkiego Plesa zjedliśmy śniadanko i wypiłem rytualne piwko(zawsze tak robie). W dalszą drogę wyruszyliśmy tak jakoś o 11.30 i udaliśmy się szlakiem w strone chaty pod Rysami. Było ładnie i ciepło wszyscy porozbierali się do koszul i podkoszulek. Oczywiście o trzymaniu się wariantu letniego szlaku można było zapomnieć i szliśmy tak żeby było nam najlepiej. Po rozpoczęciu podejścia do Żabich Stawów usłuszałem grzmot a potem zobatrzyłem spadającą lawine ze ścian Szatana. Nie chciałbym się znaleść na jej drodze albo pod tą ścianą. Już przy samych Żabich Stawach spotkała nas następna "atrakcja" czyli zaczął padać deszcz przemieszamy z gradem. Po chwili zastanowienia zapadła decyzja idziemy dalej no chyba że mocno zacznie padać i nas przemoczy. Pod skalnym progiem opadającym z Kotlinki pod Wagą wszyscy założyliśmy raki. Po wyjściu na próg skalny i wejściu w Kotlinke dopadła nas burza. Zaczął sypać grad i zrobiła się mgła z widocznością na 10 metrów. Po dotarciu pod schronisko narada co robimy dalej(zaczął właśnie sypać śnieg). W początkowych planach było że rozbijamy namioty na przełęczy Waga lub jeszcze dalej na tarasiku(póżniej okazało się że jak tam byśmy mieli nocować to musielibyśmy sie nieżle napracować żeby odrzucić śnieg) pod szczytem Wysokiej. Zapadła decyzja że zostajemy przy schronie(słuszna zresztą bo na przełęczy Waga strasznie wiało a i w nocy też mocno wiało i pewnie byłoby owiele zimniej). Po przygotowaniu podłoża i rozbiciu namiotów tak koło 16 czterech facetów(bo były 3 dziewczyny i 5 chłopaków) w tym i ja oczywiście postanowiliśmy wyskoczyć na Rysy bo i pogoda zrobiła sie dużo lepsza i nawet na przełęczy Waga zaczęło swiecić słońce. Po zobatrzeniu Wysokiej i przełączki pod Kogutkiem gdzie mieliśmy iść na drugi dzień rano nie miałem za wesołej miny. Na szczyty Rysów dotarliśmy szybko ale pogoda się znowu zepsuła i z samych wierzchołków(byliśmy na obydwu czyli na naszym 2499 i słowackim 2503) nie widzieliśmy nic oprócz ładnych nawisów śniegu. Po zejściu do kotlinki pod Wagą w namiocie kolacja i rozmowy w śpiworze(spałem z kolegą Hubertem). Było mi ciepło ale już jak się obudziłem koło 3.30 to lekki chłód zaczął mi doskwierać.
Pobudka była o 5 ale to już będzie w następnym odcinku.
-
Kolekcjoner
-

- Posty: 251
- Rejestracja: czw 31 mar, 2005
Jak już wspomniałem pobudka była o godz.5 ale to dobrze bo i tak więcej bym nie spał z dwóch powodów: po pierwsze poszłem dosyć wcześnie spać a po drugie było troszke chłodno no i twardo(karimata to nie materac niestety). Pogoda była wyśmienita bezchmurne niebo i lekki mrozik tak około -8 stopni
Na graniach Baszt i Szatanie świeciło ładnie słoneczko i nastrajało optymistycznie. Po zagotowaniu wody i śniadanku przygotowania do wyjścia(zakładanie raków,uprzęży,kasków i podział na dwie ekipy po cztery osoby w zespole). Wszystkie zbędne rzeczy zostawiamy w namiotach(można byłoby spowrotem schodzik Doliną Złomisk ale doszliśmy do wniosku że lepiej iść bez bagażów). Na szlak wychodzimy o 6.45 powiązani oczywiście linami do asekuracji. Na Wage wchodzimy szybko i bez bólu(śnieg był zmrożony i wychodziło sie super) dalej droga biegnie trawersem w poprzek ścian Ciężkiego Szczytu a następnie ostro do góry do Przełączki pod Kogutkiem(nachylenie zbocza około 55-60 stopni i pierwsze wrażenie jest troche zniechęcajace ale póżniej człowiek się oswaja). Po drodze Bogdan zakłada kilka punków asekuracyjnych. Po przejściu przełączki pod Kogutkiem ukazuje się piekny widok na Dolinke Smoczą i Doline Złomisk(niewidoczne dla chodzących znakowanymi szlakami no chyba że wejdzie się pod Osterwe ale to już jest troche daleko). Dalej trawersem przechodzimy pod żleb spadający z Wysokiej i jest to drugie niebezpieczne miejsce. Żlebem tym wychodzimy wybijajac stopnie prawie pod samą grań i odbijamy w lewo gdzie Bogdan zakłada znowu 2 punkty asekuracyjne. Z stąd na szczyt jest już rzut beretem. Na samym szczycie jest krzyż i miejsca też jest dużo no i te widoki. Niebo bez jednej chmurki i widok z góry na bliziutkie Rysy które sa pod nami(naprawde ciekawy widok i cała droga od strony słowackiej jak na dłoni). Po około 30 min. droga powrotna bez niespodzianek. Po dojściu na Wage poćwiczyliśmy jeszcze posługiwanie się czekanem po upadku i uślizgu w dół. Potem pakowanie sprzętu i namiotów i zejście w dół. Pogoda około 13 popsuła sie i zaczął nawet padać deszcz. Po dojściu do Popradzkiego Plesa pierwsze to oczywiście piwko a potem obiad i znowu piwko
W międzyczasie pogoda zrobiła się znowu ładna i było naprawde ciepło-prawdziwa ładna wiosna aż żal było wracać. Staw jest jeszcze zamarzniety ale pewne objawy wiosny już są. W domu byłem około 21.30.
Podsumowując wyjście na Wysoka w warunkach zimowych jest godne polecenia(zreszta każdy szczyt jest wart wejścia
) No ale zima się niestety w Tatrach kończy
i teraz zostanie czekanie conajmniej do listopada na następne wejścia zimową porą.

Podsumowując wyjście na Wysoka w warunkach zimowych jest godne polecenia(zreszta każdy szczyt jest wart wejścia
