Brat miał służbową Astrę, taką jak moja, z tym samym silnikiem to ostro brała.Janek pisze:Co do oleju w Oplach - mój zięć je eksploatuje od 15 lat, właśnie Astry - zadzwoniłem - nie potwierdza.
Wąsacz na autostradzie
- mefistofeles
-

- Posty: 17204
- Rejestracja: pt 25 cze, 2004
- Lokalizacja: Inowrocław
- Kontakt:
Krzymul - co ja widzę? Do entuzjastów Che Guevary i Fidela się zapisałeś? Zresztą Włodzimierz Iljicz też by się tego tekstu nie powstydził.krzymul pisze:Szczególnie zasługuje na uwagę ten cytat :
Cytat:
Spróbujcie posadzić przy jednym stoliku ludzi z pieniędzmi i tych z pustymi portfelami. I żeby wszyscy byli głodni, i niech kelner przyniesie smakowite, pachnące dania. A potem powiedzcie tym bez pieniędzy, że mogą tylko wąchać i patrzeć, jak tamci jedzą.
Zawsze i wszędzie były lokale dla bogaczy (a także i snobów) i takie dla zwykłych ludzi. W Rzymie, np. , tuż koło Hiszpańskich Schodów jest taka herbaciarnia gdzie najtańszy niezbyt wielki dzbanek (taki na trzy niewielkie filiżanki) kosztuje 35 euro a i za 60 euro też jestw karcie. Ale tuż obok napijesz się całkiem dobrej za 1 euro. W tej drogiej, chyba się nazywa "babington" płacisz za wiktoriański wystrój wnętrza i kelnerkę o manierach damy dworu królowej Elżbiety II. Jak wygram w totka to polecę do Rzymu tam na herbatę, a co mi tam, w snoba też warto się zabawić.
Jestem gorszego sortu...
Czy tylko sam ją jeździł czy też inni też? Bo jak wiele osób prowadzi to normalne, Rolls-Royce by brał.mefistofeles pisze:Brat miał służbową Astrę, taką jak moja, z tym samym silnikiem to ostro brała
PS.
Zawsze mnie zastanawiało jak w socjalistycznych firmach szybko się zużywały narzędzia. Ot choćby wiertarki elektryczne - roczek, dwa i do księgowości trafiał protokół likwidacyjny. Podejrzewam, że one wszystkie są po domach i garażach i to do dziś dnia w całkiem niezłej kondycji.
Ostatnio zmieniony czw 26 lip, 2012 przez Janek, łącznie zmieniany 1 raz.
Jestem gorszego sortu...
- mefistofeles
-

- Posty: 17204
- Rejestracja: pt 25 cze, 2004
- Lokalizacja: Inowrocław
- Kontakt:
- mefistofeles
-

- Posty: 17204
- Rejestracja: pt 25 cze, 2004
- Lokalizacja: Inowrocław
- Kontakt:
Niekoniecznie, jak nieszczelność była mała to po kilku godzinach pracy w ekstremalnych warunkach mogła się zrobić duża i efekt widać. Wg mnie to prawdopodobne.Janek pisze:Ok, nie spierajmy się o duperele. Ale chyba się zgodzisz, że od większego niż w innych autach zużycia do całkowicie, jak pisze Grocholski, "suchego silnika" droga daleka.
Jeśli się boisz, już jesteś niewolnikiem!
Grzegorz Braun
Grzegorz Braun
Czytając powyższe zdanie wnioskuję, że nie rozumiesz tego artykułu, albo inaczejJanek pisze:Krzymul - co ja widzę? Do entuzjastów Che Guevary i Fidela się zapisałeś? Zresztą Włodzimierz Iljicz też by się tego tekstu nie powstydził.
Ostatnio zmieniony czw 26 lip, 2012 przez krzymul, łącznie zmieniany 1 raz.
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Tomek - ja przez 30 lat pracowałem w firmie, która w "szczycie" posiadała ok. 600 samochodów i to wcale nie szczytów techniki - nie znam takiego przypadku. A wiesz skąd się za tamtych czasów głównie brali zawodowi kierowcy? Przede wszystkim z wojska, co wcale nie było dobrą rekomendacją, a poza tym większość mieszkała po wioskach. Droga kariery taka - podstawowa szkoła, w okrzykach zasadnicza, PGR, wojsko, tam zdobywał prawo jazdy i do miasta po awans społeczny. Był taki serial "Daleko od szosy" - mimo ideologicznych konieczności autorzy serialu pokazali to dość uczciwie.
Jestem gorszego sortu...
Jeszcze inny komentarz na innym blogu:
http://bsblog.blox.pl/2012/07/Teista-w- ... genie.html
Czego to ludzie nie wymyślą ...
Chociaż sama znam parę takich osób jak opisywany "krzysio", jednak autora opowiadania do nich nie zaliczyłabym.
@Krzymul i @Alan, moglibyście może nieco szerzej wyłożyć Wasze poglądy na ów artykuł ???
A szczególnie jego zakończenia ???
Bo mi właśnie to zakończenie jakoś przeszkadza i nie pasuje do całości, chyba że to celowy pastisz.
http://bsblog.blox.pl/2012/07/Teista-w- ... genie.html
Czego to ludzie nie wymyślą ...
Chociaż sama znam parę takich osób jak opisywany "krzysio", jednak autora opowiadania do nich nie zaliczyłabym.
@Krzymul i @Alan, moglibyście może nieco szerzej wyłożyć Wasze poglądy na ów artykuł ???
A szczególnie jego zakończenia ???
Bo mi właśnie to zakończenie jakoś przeszkadza i nie pasuje do całości, chyba że to celowy pastisz.
Ha, niezłe, choć czytając parę razy odczuwałem potrzebę jakiegoś słownika z fejsowatego lubo naszoklaśnego na polski, ale jakoś sobie poradziłem (choć nie mam wątpliwości, że autor tekstu włada językiem polskim perfekcyjnie i to tylko taka celowa maniera)
Za jeszcze poznańskich czasów młodości krótko postakademickiej miałem takiego kumpla, z którym sobie rozmawialiśmy o wszystkim = piłce nożnej ale i egzystencjaliźmie oraz J.P. Sartre a także i o tym jak tu zakupić w miarę przyzwoite skarpetki, no i w ogóle jak żyć. I kiedyś Andrzej (tak miał na imię) wypowiedział pogląd, że aby dojść do jako takiego jak na owe czasy dobrobytu należy pieniądze nie oszczędzać a wydawać, bowiem wydawanie oznacza konieczność ich intensywnego zarabiania a to znakomicie pobudza chęć do pracy oraz podnosi poziom inteligencji, która jest niezbędna do tego aby zarobić cokolwiek.
Na Pana Boga oczywiście można i należy liczyć ale trzeba jednak Mu stworzyć szansę, aż tak wszechmocny nie jest (stara anegdota o Szkocie, który prosił Pana Boga o wygraną na loterii, ale z powodu skąpstwa nie kupował losu i wtedy Pan Bóg mu się ukazał i powiedział - dobrze Mac, pomogę ci, ale daj mi szansę, kup los).
Krzymul i Alan - nie traktujcie mnie jak idiotę, pochlebiam sobie, że nim nie jestem, choć trochę niebezpiewcznie zabrnąłem w dyskusję czy Opel bierze olej czy też nie bierze. Oczywiście rozumiem, że ten tekst Grocholskiego miał być w założeniu autora jakąś głęboką metaforą, tylko... Powiadam jeszcze raz, jeśli po usłyszeniu rzekomo szampańskiego dowcipu nikt się nie śmieje a opowiadacz zaczyna nerwowo ttłumaczyć, w którym miejscu i z czego należało się śmiać, to znaczy tylko to, że dowcip był do dupy a nie to, że słuchacze ciemna masa.
Podobnie jest z dziełami literackimi. Autor jest przekonany, że napisał arcydzieło a tu klapa, nikt nie chce wydać a jeśli nawet zrozpaczony autor wydał własnym sumptem, to dzieło leży na pólce i nikt nie chce kupić. Ale to przypadek skrajny, częściej jest tak,że nawet wytrawny pisarz lub dziennikarz wypuści utwór w jego przekonaniu z głębokim podtekstem i oczywiście metaforyczny, tylko, że nikt tej metafory nie rozumie co oznacza tylko i jedynie to, że tym razem autorowi nie wyszło i metafora była jak ów dowcip do dupy.
PS.
Ludwik Stomma w swoim felietonie w ostatniej Polityce piszę, że piłkarz Zlatan Ibrahimovic został zatrudniiony został zatrudniony przez słynny klub Paris Saint-Germain za wynagrodzeniem 14 milionów euro rocznie, zwolnione od podatku, co jest równe rocznej płacy 200 (dwustu) profesorów Sorbony i to zapewne przed opodatkowaniem. Nie znaczy to jednak, że owi profesorowie przymierają głodem w służbie nauki - prosta arytmetyka pozwala ustalić, że zarobek profesora to 70 000 euro rocznie, czylli w przybliżeniu jakieś trzysta tysięcy złotych, kwota nawet po zapłaceniu podatku przyzwoita i raczej dość odbiegająca od tej, którą zarabia profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Odbiegająca oczywiście na plus. A Stommie należy wierzyć - sam jest profesorem Sorbony.
I w tym miejscu należy zapytać czy świat przypadkiem nie zwariował,ze chce Zlatkowi tyle płacić i to jest temat do dyskusji, bo to, że jeden żre obiad za 100 euro a drugiego stać na zaledwie taki za 10 euro to raczej dość normalne i tak było od wieków.
Oczywiście młodzian z fejsa, czy jak to mówi Filanc, z fejsdupy będzie twierdził, że głęboka znajomość francuskiej lieratury średniowiecznej nie ma wpływu na poziom wzrostu gospodarczego, ja jednak będę z uporem twierdził, że jednak ma i nie będę tego tutaj Krzymulowi wyjaśniał, niech choć raz sam pomyśli.
PS2.
Jestem prawie pewien, że gdybym napisał, że tekst Grocholskiego jest typowym strzałem w dzisiątkę to Krzymul by napisał, że wręcz odwrotnie, bo przesłaniem życiowym naszego skądinąd miłego kolegi z Lublina jest być przeciw jak ja jestem za lub być za gdy ja jestem przeciw. Oczywiście Krzymul za chwilę napisze, że wcale tak nie jest a ja jak zwykle sobie wlewam, bez żadnego pokrycia w rzeczywistości, bo tak naprawdę to jestem zwykły głup a zapewne i komuch lub różowy z Gazwybu i w ogóle żydokomuna. Niestety będzie miał rację, taki właśnie jestem i wcale się tego nie wstydzę.
PS3.
Krzymul, kupiłeś już tą koszulkę z Che Guevarą? Pospiesz się, 27 zeta to nie pieniądze a gotowe jeszcze podrożeć...
PS$.
Smieszność, w którą popadają niektóry politycy w pogoni za słupkami wsparcia jest nieprawdopodobna. Ostatniuo usłyszeliśmy, że należy bronić kolejki na Kasprowy przed spredaniem jej Słowakom jak niepodległości, bo ta kolejka to "dziedzictwo narodowe"
Ostatnio zmieniony pt 27 lip, 2012 przez Janek, łącznie zmieniany 1 raz.
Jestem gorszego sortu...
No fakt, cytacik "zasługuje na uwagę" szczególne że ten "biedny" autor wywalił w bezsensowny sposób cirka ebałt 4 tys złociszy. Co on k... wie o biedzie, to raz. A dwa że nikt mu nie bronił założyć własnego biznesu, albo np. inżynierem zostać czy choćby operatorem walca. Ale wtedy musiałby się zabrać do konkretnej roboty zamiast wypisywać głodne kawałki o "nierównościach społecznych". Dla mnie ten tekst to żenada.krzymul pisze:Ja ten artykuł odebrałem zupełnie inaczej. Zgadzam się z "gb"Janek pisze:Słowem, pan Grocholski sam sobie strzelił w stopę i zamiast wyjść na rewolucjonistę wyszedł na niechluja samochodowego i technicznego idiotę
Szczególnie zasługuje na uwagę ten cytat :
Spróbujcie posadzić przy jednym stoliku ludzi z pieniędzmi i tych z pustymi portfelami. I żeby wszyscy byli głodni, i niech kelner przyniesie smakowite, pachnące dania. A potem powiedzcie tym bez pieniędzy, że mogą tylko wąchać i patrzeć, jak tamci jedzą.
Każdemu jego Everest...
Grzegorzu, to ja teraz opowiem o wydarzeniu autentycznym. Schyłek lat 70-ych, pan inżynier NN, kierownik oddziału remontowego samochodów w firmie, w której pracowałem poprosił o urlop bo dostał zaproszenie od rodziny z Francji (rodzina mieszka pod Pirenejami a więc dość daleko). Z ciekawości pytam w jaki sposób zamierza dojechać? Samochodem oczywiście, na pociąg, autobus czy samolot mnie nie stać. I tu zaczyna się cała historia - inżynier NN jest dumnym posiadaczem stareńkiej Syreny, o której stanie krążą w firmie dość złośliwe legendy - podobno ile razy inżynier NN z małego miasteczka (tam mieści się oddział) jest zmuszony przez żonę (osobna sprawa, o tejżonie też krążą legendy, że jędza) do wyjazdu do trochę większego miasta - jakieś 40 km - to zawsze są problemy na trasie. Ale co robić, ta rodzina w Francji to rodzina żony i nie dojechanie do niej grozi rozwodem i to z orzeczeniem winy. Ok, nie moje zmartwienie.
Kilka dni później jestem w owym miasteczku w tym naszym oddziale - pierwsze co się rzuca w oczy to Syrena inżyniera NN ale dziwnie odmieniona - na dachu sterczy jakaś dziwna konstrukcja z blachy, coś a la duży plaster miodu z sześcioma podługowatymi prostokątami. Inżynier wyjaśnia, że to na sześć kanistrów 20 litrowych, musi je zabrać z Polski bo rodzina z pod Pirenejów zbyt wielu dolców mu nie przysłała a jego pensja, całkiem zresztą jak na owe czasy niezła to równowartość 40 dolców po oczywiście czarnorynkowym kursie a niestety stacje benzynowe w RFN i Francji benzyny za złotówki nie sprzedadzą.
Roześmiałem się w duchu i poradziłem inżynierowi NN aby uszył jakiś pokrowiec z brezentu na te kanistry, bo wywóz benzyny w kanistrach jest z Polski zabroniony a w dodatku policja zachodniniemiecka i francuska raczej by nie tolerowała takiej bomby zapalającej na aucie, o czym oczywiście inżynier NN, który się nigdy niegdzie z kraju nie ruszał nawet nie wiedział.
Co było dalej. Ano nic, dojechali pod te Pireneje i wrócili, bez najmniejszego kłopotu, samochód nie nawalił ani razu, te kanistry pod brezentem też nikomu nie podpadły. Były jakieś haki z NRD-owcami w Kołbaskowie, ale żona inżyniera ponoć podniosła taki jazgot po rosyjsku (była rusycystką), że dederony wzięli pół litra Wyborowej i puścili. Na granicy zachodnioniemieckiej i francuskiej problemu nie było, wszyscy byli raczej zdziwieni, że takie coś "samochodopodobne" w ogóle jedzie i to aż pod Pireneje.
Już po szczęśliwym powrocie inżyniera NN z "wyprawy życia" pod Pireneje rozmawiałem o tym wydarzeniu z innym inżynierem z naszej firmy, kolegą z roku inżyniera NN. Wie pan, powiedział ów młody człowiek - ja tam wierzę, że samochody, cho to kupa metalu, posiadają jednak duszę i ta "dusza" zlitowała się nad NN bo przecież to babsko, żona NN, by go zabiła gdyby nie dojechali do tej jej familii. Może tak, może to naprawdę ta "dusza". Jednak gwoli pełnej informacji napiszę, że inżynier NN niejedno popołudnie przeleżał pod Syreną i zrobił wszystko co trzeba by się nadawała do jazdy a na takiej robocie się znał.
Kilka dni później jestem w owym miasteczku w tym naszym oddziale - pierwsze co się rzuca w oczy to Syrena inżyniera NN ale dziwnie odmieniona - na dachu sterczy jakaś dziwna konstrukcja z blachy, coś a la duży plaster miodu z sześcioma podługowatymi prostokątami. Inżynier wyjaśnia, że to na sześć kanistrów 20 litrowych, musi je zabrać z Polski bo rodzina z pod Pirenejów zbyt wielu dolców mu nie przysłała a jego pensja, całkiem zresztą jak na owe czasy niezła to równowartość 40 dolców po oczywiście czarnorynkowym kursie a niestety stacje benzynowe w RFN i Francji benzyny za złotówki nie sprzedadzą.
Roześmiałem się w duchu i poradziłem inżynierowi NN aby uszył jakiś pokrowiec z brezentu na te kanistry, bo wywóz benzyny w kanistrach jest z Polski zabroniony a w dodatku policja zachodniniemiecka i francuska raczej by nie tolerowała takiej bomby zapalającej na aucie, o czym oczywiście inżynier NN, który się nigdy niegdzie z kraju nie ruszał nawet nie wiedział.
Co było dalej. Ano nic, dojechali pod te Pireneje i wrócili, bez najmniejszego kłopotu, samochód nie nawalił ani razu, te kanistry pod brezentem też nikomu nie podpadły. Były jakieś haki z NRD-owcami w Kołbaskowie, ale żona inżyniera ponoć podniosła taki jazgot po rosyjsku (była rusycystką), że dederony wzięli pół litra Wyborowej i puścili. Na granicy zachodnioniemieckiej i francuskiej problemu nie było, wszyscy byli raczej zdziwieni, że takie coś "samochodopodobne" w ogóle jedzie i to aż pod Pireneje.
Już po szczęśliwym powrocie inżyniera NN z "wyprawy życia" pod Pireneje rozmawiałem o tym wydarzeniu z innym inżynierem z naszej firmy, kolegą z roku inżyniera NN. Wie pan, powiedział ów młody człowiek - ja tam wierzę, że samochody, cho to kupa metalu, posiadają jednak duszę i ta "dusza" zlitowała się nad NN bo przecież to babsko, żona NN, by go zabiła gdyby nie dojechali do tej jej familii. Może tak, może to naprawdę ta "dusza". Jednak gwoli pełnej informacji napiszę, że inżynier NN niejedno popołudnie przeleżał pod Syreną i zrobił wszystko co trzeba by się nadawała do jazdy a na takiej robocie się znał.
Jestem gorszego sortu...
- mefistofeles
-

- Posty: 17204
- Rejestracja: pt 25 cze, 2004
- Lokalizacja: Inowrocław
- Kontakt:
Nie wiem czy wszystkie, ale niektóre na pewno. Wujek miał ładę 2107. Kilka lat temu trafila im się jednak okazja kupić megankę w dobrej cenie od znajomych z drugiegokońca Polski. Pojechali ładą, wrócili na dwa auta. Jak wjeżdżali na parking pod domem w ładzie urwał się tylny most...Janek pisze:- ja tam wierzę, że samochody, cho to kupa metalu, posiadają jednak duszę i ta "dusza" zlitowała się nad NN bo przecież to babsko, żona NN, by go zabiła gdyby nie dojechali do tej jej familii.
Jeśli się boisz, już jesteś niewolnikiem!
Grzegorz Braun
Grzegorz Braun
Podoba mi się dorabianie ideologii typu "co autor chciał przez to powiedzieć" do opowiastki która robi wrażenie autentycznej, bądź taką chce udawać (skoro występują nawet żona autora tudzież siostrzenica Natalka, a rzecz podpisana jest niezmyślonym nazwiskiem i podana w pierwszej osobie), a jest zaś po prostu relacją z nieudanej, źle przygotowanej wycieczki, okraszoną komentarzem nt. nierówności społecznych podanym w stylu "jak mały Kazio wyobraża sobie świat".
Zresztą autor chyba za młodu "nie był socjalistą" i postanowił zostać nim po pięćdziesiątce.
I w sumie nie byłoby problemu - w końcu grafomanów nigdy nie brakowało, tyle że teraz mają większe pole do popisu - gdyby nie fakt że autor ani żadnych wniosków nie wyciąga, ani nie widzi u siebie żadnej winy bo on był przecież tylko rozbrajająco naiwny, a to cały świat jest źle urządzony, bo jednych stać na wszystko, innych na nieco mniej, a jeszcze innych na niewiele.
Od lat marzy się rejs jachtem na Pacyfik. Idąc tokiem "rozumowania" autora nie ma sensu przejmować się tym, że:
- jacht na który mnie stać byłby co najwyżej dobry na Mazury, ewentualnie Zatokę Gdańską, ale tylko w dzień i przy góra 5 st. Beauforta
- fundusze wystarczą na trochę paprykarza szczecińskiego, zupek chińskich i wody do picia
- moje doświadczenie kapitańskie porównywalne jest z klasą jednostki na której popłynę - ale zabiorę przecież swoją ukochaną, ona się pomodli w razie czego. Itp. itd.
W takim razie jutro ruszam. "Rejs" skończy się najdalej na Morzu Północnym, po czym pięknie to wszystko opiszę, relację pt. "Polak na oceanie" zamieści poczytna gazeta, popłynie (nomen omen) fala negatywnych komentarzy, ale na szczęście zawsze znajdzie się przecież jakiś "gb" (z którym zgodzi się inny "krzymul" a może nawet i "Alan") który "znając mój styl pisania" dopatrzy się w tych wypocinach obrażonego na "świat pełen nierówności" tzw. żeglarza jakiejś metafory, a może nawet alegorii, że o przypowieści nie wspomnę.
Zresztą autor chyba za młodu "nie był socjalistą" i postanowił zostać nim po pięćdziesiątce.
I w sumie nie byłoby problemu - w końcu grafomanów nigdy nie brakowało, tyle że teraz mają większe pole do popisu - gdyby nie fakt że autor ani żadnych wniosków nie wyciąga, ani nie widzi u siebie żadnej winy bo on był przecież tylko rozbrajająco naiwny, a to cały świat jest źle urządzony, bo jednych stać na wszystko, innych na nieco mniej, a jeszcze innych na niewiele.
Od lat marzy się rejs jachtem na Pacyfik. Idąc tokiem "rozumowania" autora nie ma sensu przejmować się tym, że:
- jacht na który mnie stać byłby co najwyżej dobry na Mazury, ewentualnie Zatokę Gdańską, ale tylko w dzień i przy góra 5 st. Beauforta
- fundusze wystarczą na trochę paprykarza szczecińskiego, zupek chińskich i wody do picia
- moje doświadczenie kapitańskie porównywalne jest z klasą jednostki na której popłynę - ale zabiorę przecież swoją ukochaną, ona się pomodli w razie czego. Itp. itd.
W takim razie jutro ruszam. "Rejs" skończy się najdalej na Morzu Północnym, po czym pięknie to wszystko opiszę, relację pt. "Polak na oceanie" zamieści poczytna gazeta, popłynie (nomen omen) fala negatywnych komentarzy, ale na szczęście zawsze znajdzie się przecież jakiś "gb" (z którym zgodzi się inny "krzymul" a może nawet i "Alan") który "znając mój styl pisania" dopatrzy się w tych wypocinach obrażonego na "świat pełen nierówności" tzw. żeglarza jakiejś metafory, a może nawet alegorii, że o przypowieści nie wspomnę.
Każdemu jego Everest...


