Janek pisze:...teraz cholernie modne w kręgach zbliżonych do łojanckich jest "skała i plaża" czyli wspinanie się na skałkach na brzegach morskich. Podobno znakomicie to załatwia problem z dziewczynami, które rzadko przejawiają chęć do wspinaczki a jeżeli już to bez entuzjazmu za to w dziedzinie wystawiania czego trzeba do słońca są chętne nadzwyczaj...
No właśnie!
Miejsc, gdzie można wspinać się wprost z gorącej plaży lub nawet pontonu wprost z morza jest na całym świecie od groma. Od wyboru do koloru... skóry. Od martwej bieli angielskich anemiczek do połyskliwej antracytowej czerni południowoafrykańskich "nocek", a śniade i gorące katalonki mają bodaj najwięcej takich miejsc.
I wcale w lansie nie chodzi i tamtejsze laski. Rzecz przecież nie we wspinaczce, a w samej zapowiedzi tejże. WYŁĄCZNIE...!!! Jeszcze by się pobrudziły cudne butki i porysowały śliczne kaski...
Nie, nie! Łojenie bezwzglednie należy pozostawić takim tam... zwykłym ludkom, co to nie wiedzą sami, co im do szczęścia jest potrzebne.
Janek pisze:w kręgach zbliżonych do łojanckich...
W tych na siłę zbliżających się do łojantów kręgach znajdują się "łozanci" - ci, co "łozują" w przeciwieństwie do "łojenia".
Dla wyjaśnienia informuję, że łojant po prostu rozeznaje problem wspinaczkowy, przygotowuje się do drogi i w nią "napiera", czyli wspina się z różnym skutkiem zresztą. Jak to w życiu...
"Łozant" natomiast robi wszystko tak samo do momentu wejścia w ścianę, a nawet robi to zdecydowanie "mocniej", czyli wszem i wobec opowiada, ściąga materiały informacyjne z najodleglejszych nawet zakątków świata, wysyła setki maili i postów na wszelkich dostępnych forach. Angażuje w swe "przedsięwzięcie" setki ludzi tylko po to, by ludzie ci wiedzieli o "wyprawie". Jednym słowem robi szum, a nawet rwetes medialny wokół swych zamierzeń.
Potem wszak przychodzi moment, gdy trzeba to wszystko spakować i udać się pod jakąś ścianę - najlepiej, by była to ta, o której tyle szumu się zrobiło.
I, co? Jasne, że łozant to robi!
A ile przy tym buńczucznych opowieści wygłosi przy wieczornym piwie. W jadalni Murowańca jest jeden jedyny stolik okrągły - ten przy samym wejściu. To jest nocami wyśniona scena i zarazem cała widownia łozanta! Na własne oczy widziałem przy tym maleńkim stoliku dwanaście osób siedzących i wpatrzonych w "gwóźdź wieczoru" - trzynastego. Fakt, dwie panienki z tego grona siedziały na kolanach - jedna oczywiście na kolanach "gwoździowych".
Nieuchronnie jednak nadchodzi dzień "zmierzenia się" z problemem...
I teraz dopiero uzewnętrznia się maestria łozanta. Nie po to wszak robił tyle szumu medialnego, by z powodu jakiegoś nader stromo wyrośniętego kamora podrapać sobie kolana, połamać wypielęgnowane paznokcie czy przepocić bajerancką koszulkę...
Trzeba wynaleźć sposób uzasadnienia fizycznej, acz całkowicie od niego niezależnej przyczyny uniemożliwiającej atak ścianowy.
Jakie to mogą być przyczyny?
Uffff! Będzie tego trochę i proszę mi wybaczyć, że będę to przez jakiś czas dopisywał, bo problem jest nieomalże nieobejmowalny przez jednostkę.
Aha, kolejność wymieniania jest całkowicie przypadkowa:
- kiepska pogoda,
- prognoza kiepskiej pogody,
- zbyt ładna pogoda i groźba załamania się jej,
- brak jakiegoś drobnego detalu wyposażenia, a jest w czym wybierać!,
- złe samopoczucie partnera,
- troska o możliwe pogorszenie sie samopoczucie partnera,
- troska o sprzęt partnera - bo mu się mogą kości porysować, albo lina zapiaszczyć... na przykład,
- za długo trwająca impreza dnia poprzedniego,
- zbyt skromne lub zbyt obfite śniadanie,
- brak profesjonalnego prowiantu na drogę,
- cieknąca zakrętka termosu,
- groźba zejścia lawiny - genialne na każdą drogę zimową!
- pękniecie lub zgubienie okularów lodowcowych - zawsze można to samemu zrobić!,
- sraczka - oczywiście winna jest kuchnia schroniska!
- zatwardzenie - wina, jak wyżej,
- "zły omen" - np. "czarny motyl" na płacie śniegu w Bandziochu - "już odleciał, ale przed chwilą go właśnie widziałem!",
- za mokra, albo za sucha skała,
- za późne podejście pod ścianę - tu kolejne "piętro" win zewnętrznych,
- inny zespół w ścianie - choć nikogo nie widać i nie słychać, to wystarczy mały dowód (świeży pet, papierek od gumy do żucia), by stwierdzić, że na pewno dopiero co ruszyli, są tuż nad nami i z pewnością spuszczą nam na głowę kamienie, albo i nasrają, a na pewno nasikają,
- brak zasięgu komórkowego,
- za silny wiatr i nie będzie słychać komend,
- wiatr wznoszący i... jak wyżej,
- wiatr opadający i... jak wyżej,
- zaprószone oko i natychmiastowe wezwanie helikoptera - to na wypadek, gdy ściana swą postacią ścina krew w żyłach i ewentualna próba wejścia w nią wygląda na ostatnią w życiu,
- ............
Sorry, ale dziś nie mam za dużo czasu. Obiecuję, że będę to uzupełniał...
Z braku dobrego (nowego! - wszak dobry łozant robi takie "numery" od lat!) pomysłu zawsze można posłużyć się pod samą ścianą telefonem komórkowym i "odebrać" SMS'a o śmierci dziadka w Argentynie.
Gdy otoczenie napiera jednak, że należy najpierw się wspiąć, a dopiero później jechać na lotnisko, pozostaje ostatni sposób - dramatycznym tonem mówi łozant: "Mogę pójść, ale będą jaja".
I zwykle... są!
Szczytem umiejętności łozanckich jest bardzo szybka (kilka dni) informacja do zainteresowanych, a zwłaszcza wszystkich bez wyjątku niezainteresowanych, że "wróciłem z pogrzebu i natychmiast pojechałem pod ścianę... oczywiście "zrobiłem problem na żywca", bo odpowiednio odważnego partnera rzecz jasna na miejscu nie było" - ludziom szczęki spadają bardziej z powodu bezczelności łozanta niż z podziwu nad jego mistrzostwem wspinaczkowym. Wszak chodzi tylko o to "opadanie szczęk", wiec sława łozanta rośnie...
Wariantem na "odgrzanie słabnącej sławy" łozanta jest puszczanie informacji o kolejnych "solowych" przejściach jakichś ścian. Trzeba jedynie sprawdzić czy przypadkiem ktoś inny akurat tego dnia nie wpisał się do Księgi Wyjść na tę samą ścianę i drogę. Jeśli zatem zobaczycie na piętrze w MOku albo "przy hydrancie" w Murowańcu kogoś, kto pracowicie przegląda księgę i robi mnóstwo notatek, macie przed sobą łozanta... najprawdopodobniej.
Wcale nie zmyślam. Znany z imienia i nazwiska człowiek doprowadził był te wszystkie metody do mistrzowskiego kunsztu wręcz. Nie pytajcie jednak o personalia - w wytaczaniu procesów o zniesławienie jest on mistrzem rzeczywistym zarówno co do jakości jak i ilości także. Tak, czy inaczej są na tym forum linki do informacji o tym geniuszu.