Czy i kiedy można ryzykować?
Jedyny strach jaki odczuwam w górach to taki, że się spóźnię do domu o pare godizn (albo dni) i dostanę zjebkę od matki, albo że mnie złapią strażnicy. Nie odczuwając strachu stąpa się o wiele pewniej, lepiej dobiera się stopnie, chwyty i nogi nie są jak z waty. Strach w górach to element nieporządany. A jeśli zginę to trudno, przynajmniej zginę w ładnym miejscu a nie w przejściu podziemnym zabity przez dresiarzy za paczkę fajek...
- mefistofeles
-

- Posty: 17204
- Rejestracja: pt 25 cze, 2004
- Lokalizacja: Inowrocław
- Kontakt:
znaczy ja NIE chcę się zabijać, a 90% siedze w lesie w Tatrach Zachodnich. Ale jakoś idąc w Tatry Wysokie nie boję się przesadnie śmierci, wiem na co mnie stać i nie przeceniam własnych możliwości, pakuję się góra w I'ki. Daleko mi jeszcze do tego, ale śmierć w Tatrach zawsze pozostanie dla mnie najlepszą opcją śmierci tragicznej. Moim marzeniem i celem, tak jak Yossariana z Paragrafu22 jest jednak żyć wiecznie i naprawdę chciałbym je zrealizować. Albo umrzeć dążąc do tego.
- mefistofeles
-

- Posty: 17204
- Rejestracja: pt 25 cze, 2004
- Lokalizacja: Inowrocław
- Kontakt:
Och tam-luz.Od czasu jak (dawno temu) w pewnym szpitalu jeden gość zwymiotowal mi do talerza to byle co mnie nie ruszamefistofeles pisze:sorry Andy, przepraszam za komplikacje natury gastrycznej. Ale wydaje mi się, ze te zdjęcia pomoga zmienić zdanie tym, co uważają, ze śmierć w górach jest piękna.
A wracając do tematu-chyba jednak mimo wszystko wolalbym lepiej wyglądać odchodząc
Proponuję też poczytać w "Wołaniu w górach" jak takie zwłoki przeważnie wyglądają...
Mój ojciec jako dziennikarz tutaj w okolicy robił często reportaże z tego typu rzeczy i już słyszałem opowieści bardzo plastyczne. Raz sobie chodziłem nawet po Małej Dolince i zaczęło się sciemniać i się wróiclem a gdybym poszedł 100m dalej zobaczylbym trupa samobójczyni, która rzuciła się z giewontu. Zwykłe trupy, zamordowani, topielce, ofiary wypadków samochodowych, tacy po przedawkowaniu nie są wcale dużo piękniejsi.
- mefistofeles
-

- Posty: 17204
- Rejestracja: pt 25 cze, 2004
- Lokalizacja: Inowrocław
- Kontakt:
Jak zaliczą kilka pogrzebów górskich kolegów, jak będą mieli, jak choćby ja, kilka grobów w Zakopanem i innych miastach do odwiedzin, jak zobaczą jak się mózg (razem z włosami) zeskrobuje z piargów, albo chociażby raz się przejdą na Osterwę na symboliczny cmentarz to im przejdzie. Każdemu przechodzi. A gadułki o pięknie śmierci górskiej to domena początkujących.mefistofeles pisze:A w górach to co rusz ktoś chce umierać.
I Towarzystwo podzieliło się na dwa obozy- jedni twierdzą ,że w górach trzeba się bać (tzn. ze mają trząść się nogi ,mózg z pełnej panice) ,bo jak nie ,to obrazki ,jakie zafundował Mafi.
Drudzy idą w góry jak po swoje ,głównie po to ,by umrzeć piękną śmiercią.
Już próbowałem napisać ,teraz powtórzę i przeczytajcie bez zecietrzewienia - bez definicji strachu daleko nie pojedziemy.
Jeżeli strach to woda w mózgu ,nogi z galarety i omdlenia w ekspozycji ,to ja tego nie mam i nie miałem ,z Was też chyba ma to niewielu ,a jeżeli ktoś to ma ,to niech jedzie do Kołobrzegu.
Jeżeli strach to szybsza myśl ,więcej adrenaliny i wyostrzone zmysły ,to tak właśnie reaguje większość ludzi chodzących po górach (ja też) ,a jeśli ktoś tego nie odczuwa i idzie w góry jak po swoje do stodoły ,to kończy tak ,jak na wspomnianych zdjęciach.
Co do wyboru tras ,to po prostu należy wybrać rzecz do wzięcia i obiektywna skala trudności powinna być wykładnikiem decyzji ,gdzie iść .W tym wypadku ,jeżeli uznam ,że trasa jest w danych warunkach do zrobienia ,to nie wycofuję się nawet ,jeżeli dreszczyk chodzi po plecach (oczywiście nie raz rezygnowałem ,gdy lokalne warunki okazały się być inne ,niż sądziłem). Jeżeli natomiast uznam ,że nie dam rady czegoś zrobić ,albo było by to zbyt ,jak dla mnie ,ryzykowne ,to nie idę (i nie żałuję ,nie rozpamiętywuję i nie zazdroszczę tym ,którzy się nie bali)
Są jeszcze oczywiście wypadki spowodowane ,mówiąc ogólnie ,wyjątkowo niekorzystnym zbiegiem okoliczności ,tak jak na drogach i wszędzie indziej ,które nie powinny zamącać ogólnego obrazu.
Drudzy idą w góry jak po swoje ,głównie po to ,by umrzeć piękną śmiercią.
Już próbowałem napisać ,teraz powtórzę i przeczytajcie bez zecietrzewienia - bez definicji strachu daleko nie pojedziemy.
Jeżeli strach to woda w mózgu ,nogi z galarety i omdlenia w ekspozycji ,to ja tego nie mam i nie miałem ,z Was też chyba ma to niewielu ,a jeżeli ktoś to ma ,to niech jedzie do Kołobrzegu.
Jeżeli strach to szybsza myśl ,więcej adrenaliny i wyostrzone zmysły ,to tak właśnie reaguje większość ludzi chodzących po górach (ja też) ,a jeśli ktoś tego nie odczuwa i idzie w góry jak po swoje do stodoły ,to kończy tak ,jak na wspomnianych zdjęciach.
Co do wyboru tras ,to po prostu należy wybrać rzecz do wzięcia i obiektywna skala trudności powinna być wykładnikiem decyzji ,gdzie iść .W tym wypadku ,jeżeli uznam ,że trasa jest w danych warunkach do zrobienia ,to nie wycofuję się nawet ,jeżeli dreszczyk chodzi po plecach (oczywiście nie raz rezygnowałem ,gdy lokalne warunki okazały się być inne ,niż sądziłem). Jeżeli natomiast uznam ,że nie dam rady czegoś zrobić ,albo było by to zbyt ,jak dla mnie ,ryzykowne ,to nie idę (i nie żałuję ,nie rozpamiętywuję i nie zazdroszczę tym ,którzy się nie bali)
Są jeszcze oczywiście wypadki spowodowane ,mówiąc ogólnie ,wyjątkowo niekorzystnym zbiegiem okoliczności ,tak jak na drogach i wszędzie indziej ,które nie powinny zamącać ogólnego obrazu.
bo jest lęk i strach. Lęk paraliżuje (przypadek I Dagomara), strach natomiast wyostrza instynkt samozachowawczy. To o nim chyba myślał Andrzej Zawada pisząc - "strach jest nieodłącznym towarzyszem każdego alpinisty".dagomar pisze:bez definicji strachu daleko nie pojedziemy.
Ale oczywiście "młodzi gniewni" są nieustraszeni. Oczywiście aż do czasu gdy się w portki zrąbią, wtedy nieustraszoność mija.
- tego nie mam, ale lubię czasami wpaść np. do SopotuJeżeli strach to woda w mózgu ,nogi z galarety i omdlenia w ekspozycji ,to ja tego nie mam i nie miałem ,z Was też chyba ma to niewielu ,a jeżeli ktoś to ma ,to niech jedzie do Kołobrzegu.
- fantastyczna wykładnia!Jeżeli strach to szybsza myśl ,więcej adrenaliny i wyostrzone zmysły ,to tak właśnie reaguje większość ludzi chodzących po górach (ja też) ,a jeśli ktoś tego nie odczuwa i idzie w góry jak po swoje do stodoły ,to kończy tak ,jak na wspomnianych zdjęciach.
Co do wyboru tras ,to po prostu należy wybrać rzecz do wzięcia i obiektywna skala trudności powinna być wykładnikiem decyzji ,gdzie iść .W tym wypadku ,jeżeli uznam ,że trasa jest w danych warunkach do zrobienia ,to nie wycofuję się nawet ,jeżeli dreszczyk chodzi po plecach (oczywiście nie raz rezygnowałem ,gdy lokalne warunki okazały się być inne ,niż sądziłem). Jeżeli natomiast uznam ,że nie dam rady bo to zbyt ,jak dla mnie ,ryzykowne ,to nie idę (i nie żałuję ,nie rozpamiętywuję i nie zazdroszczę tym ,którzy się nie bali)
- jestem w Twoim - bo takie właśnie mam nastwienie do gór i podobną taktykę gdy już w nich jestem...I Towarzystwo podzieliło się na dwa obozy
Rozumiem też,że wielu ludzi dopiero na szlaku dowiaduje się jak to z nimi jest. Ostatnio wchodząc na Boboty(Mała Fatra) obserwowałam kobietę, która spanikowała przy zejściu - jest tam kawałek łańcucha. Doprawdy to niesamowite co psychika może zrobić z człowiekiem. Dla tej kobiety zejście po tym "strasznym" łańcuchu to był prawdziwy dylemat. Dla mnie to był kawałek mizernego łańcucha, ktory w końcu ominęłam, bo sprawa znacznie się przeciągała. Z jej punktu widzenia to było ryzyko...ale czy powinna jechać następnym razem do Kołobrzegu? Niekoniecznie, może sobie tak jak piszesz ,wybrać trasę dopasowaną do siebie i nadal cieszyć się gorami, skoro ją to pasi....
Pozdrawiam
Izabela
Dlugo sie zastanawialem czy sie wtracic,ale stwierdzilem ze jednak dodam cos od siebie.Na poczatek ciekawy jestem jednej rzeczy:czy ktos z Was widzial kiedys na oczy wypadek w Tatrach,albo byl krok od niego?Mam wrazenie ze wiekszosc z tych,ktorzy twierdza ze nie ma rzeczy,ktore by mogly spowodowac ze zawroca,lub tez ze najwyzej sie zginie chyba jednak nie widziala.Ja osobiscie dwa razy przezylem cos takiego ze decyzja o zawroceniu uratowala mi zycie,a przynajmniej zdrowie.Pierwszy raz pare lat temu szedlem Orla w okolicach Malego Koziego.W pewnym miejscu zalegal snieg.Nie bylo go duzo,ale lancuch byl troche obluzowany i stwierdzilem ze nie zaryzkuje przejscia,mimo iz byla wydeptana sciezka.Dlugo bilem sie z myslami,ale postanowilem zawrocic.Dodam ze szedlem sam i dlugo za mna nikogo nie bylo.Po paru minutach powrotu postanowilem przysiasc i odpoczac.Mijala mnie wtedy dziewczyna i dwoch chlopakow.Ciekawy bylem co zrobia.Zdecydowali sie isc.W pewnym momencie ta niby dobrze ubita sciezka w sniegu sie obsunela,dziewczyna sie posliznela i zaczela sie zsuwac.Na szczescie chlopak,ktory szedl za nia zdazyl ja zlapac i wspolnymi silami wraz z drugim ja wciagneli.W tym momencie czlowiekowi przebiega mysl,ze gdyby zdecydowal sie isc najprawdopodobniej byloby juz po nim,bo sciezka osunela by sie na pewno,a mnie nie mialby kto wciagnac..Dodam tylko ze wieczorem slyszalem w wiadomosciach ze jakis turysta(albo turystka,juz nie pamietam) po poludniu wtedy spadl i sie zabil z Malego Koziego.Nie wiem czy to w tym samym miejscu czy tez w innym,ale wydaje mi sie ze to bylo jedyne miejsce gdzie taki wypadek mogl sie wtedy wydarzyc..Innym razem szedlem sobie na Wolowiec.Bylem juz pod samym szczytem na przeleczy gdzie wyznia dolina chocholowska laczy sie ze szlakiem z Grzesia,gdy uslyszalem leciutki grzmot.Poczekalem chwile i stwierdzilem ze zejde do kosowki i przeczekam.Tez dlugo sie zastanawialem czy to ma sens,bo poza tym jednym grzmotem dlugo nie bylo slychac nic,tak jakby bylo gdzies daleko.W pewnym momencie uslyszalem potezny grzmot i piorun,ktory uderzyl dokladnie w to miejsce gdzie stalem parenascie minut wczesniej.Byl to dopiero pierwszy piorun od tamtego cichego,parenascie minut wczesniej.Gdybym zdecydowal sie tam usiasc i przeczekac,tez byloby po mnie.Moral jest taki ze to nie wstyd czasem zawrocic,mimo iz inni ida dalej.TROCHE POKORY przed przyroda ludzie.Juz nie jeden sie juz przekonal o jej potedze.Rok w rok ginie ok 20 osob i mysle ze kazdy z nich przed wypadkiem byl przekonany ze to nie dotknie wlasnie jego.Kazde szczescie musi sie kiedys skonczyc.Nigdy nie wstydzilem sie zawrocic,owszem czasem bylo mi zal.Mam zasade ze to ja musze sie czuc bezpiecznie,nie patrze co robia inniy.Na Rochacze podchodzilem 3 razy,bo za kazdym razem jakies niespodziewane zdarzenie mialo miejsce,ktore uniemozliwialo bezpieczne wyjscie.Ale w koncu osiagnalem swoj cel.Nie o to chodzi zeby wracac jak sie napotka byle przeszkody,ale zeby dobrze ocenic swoje mozliwosci w danym dniu.Kazdy czlowiek jest inny i to co dla jednego nie jest zadnym problemem,dla innego moze skonczyc sie tragicznie.Inna sprawa ze nie zawsze da sie przewidziec co sie moze stac.W zeszlym roku we wrzesniu schodzilem z Orlej do 5 stawow,szedlem od Krzyznego do Zawratu,wiec naprawde dluga wycieczka i kiedy juz schodzilem myslac ze juz zostal mi tylko spacerek do asfaltu,spotkalem w Roztoce misia.Na szczescie mis zbytnio sie mna nie przejal bo chyba jakies borowki znalazl,wiec przeszedlem spokojnie:)Ale tego np nie planowalem:) Anyway,bo sie rozpisalem za bardzo uwazam ze to zaden wstyd czasem zawrocic,a moze dzieki temu bedzie nam dane chodzic po Taterkach jeszcze przez wiele lat.Na koniec przychodzi mi na mysl taki jeden cytat pamietajacy jeszcze stare komunistyczne czasy widoczny z pociagu jak sie jedzie przez Tarnowskie Gory,widniejacy na jakiejs skladowni wagonow: "Ostroznosc nie jest tchorzostwem,lekkomyslnosc nie jest bohaterstwem" Sorki za gramatyke ale za dlugi post i nie chce mi sie juz sprawdzac:)






