Środa 15.09 to rocznica forum, miało być ambitnie a przypadło nam zdobywać jedynie Krupówki i pierwsze piętro kafejki internetowej hehe. Pogoda wcale się nie poprawiła po południu (żadne z nas góralki) wręcz zaczęło intensywnie padać, więc objedzone lodami poszłyśmy „balować” na kwaterkę.
Czwartek przywitał nas bury i raczej zapowiadał powtórkę z rozrywki więc uciekłyśmy do sąsiadów za pogodą. Tam na własnej skórze mogłyśmy się przekonać o regularnym kursowaniu słowackich środków likomocji, o którym to można było tyle się naczytać na forum. Kochani wszystko co napisaliście to szczera prawda! Oni tam faktycznie jeżdżą jak im się podoba.Asia pamiętasz rozkład SAD w Smokowcu? Hehe. No ale i do nas uśmiechnęło się szczęście i upchnęłyśmy się do kompletnie zapchanej ale jakże nowoczesnej elektriczki. Celem naszym miało być wejście na Rysy i zejście po stronie polskiej ale przy panującej pogodzie postanowiłyśmy zobaczyć Szczyrbskie i Popradzkie jeziora po drodze zahaczając o Symboliczny Cmentarz . W tym miejscu cenna rada dla posiadaczy aparatów na baterie -paluszki. Ludzie ceny baterii w Popradzkim Schronisku przewyższają ceny za zborze! Jedyne czego Słowakiom nie można zarzucić to złe gotowanie. Kapustowa była tu równie pyszna jak w Terince i w Zbójnickim Schronisku. Nie omijajcie też bokiem w drodze powrotnej Symbolicznego Cmentarza bo jest wart obejrzenia. Te tabliczki z napisami na skałach są przepiękne i uzmysławiają człowiekowi, że z górami nie ma żartów ...
W piątek z rana dopadłyśmy do okna , aby stwierdzić jaka jest pogoda. Okazało się ,że zapowiada się patelnia więc wyparowałyśmy z łóżek aby zdążyć na pierwszy autobus do Polany Palenicy. 9 kilometrowej asfaltowej trasy do Moka nie będę Wam opisywać bo pewnie każdy z Was zna ten ból. Na dworze słoneczko ale już mroźne powietrze. W schronisku podsłyszałam, że na szlaku mogą być oblodzenia- no nie, czyżby znowu miało mi się nie udać? Na Przełecz Pod Chłopkiem coś mnie niosło na skrzydłach. Może dlatego, że jak byłam w lipcu to odpuściłam to wejście? Asia tym razem pozwoliła mi iść pierwszej a po pewnym czasie poszukała sobie miłe towarzystwo wiec z czystym sercem mogłam pędzić na szczyt. Widoczki po drodze-bajka! Rysy z Kazalnicy wydają się w zasięgu ręki. Sam szlak też jest bardzo urozmaicony, po drodze były kozice (niestety nie mogłam ich wytropić tak się kamuflowały w skałach).Z Miegusza oderwał się też mały odłamek skały-ciekawy efekt głosowy. Końcówka podejścia już miejscami po lodzie, trzeba było się skupić, szczególnie dużo nerwów kosztowało(jak się potem okazało nie tylko nas) jedno mało ciekawe miejsce. Po dotarciu na przełęcz najlepsza z możliwych nagród-wsapniałe widoki. Hińczowe Stawy są cudne, widać było szlak na Koprowy i ludzi na nim. Sam Chłopek też fajny, z dołu prawie niewidoczny a u góry kawał chłopa .Widoki na naszą stronę też przepyszne, kto był ten wie, kto nie był musi koniecznie tam pójść. Szlak jest moim zdaniem dużo ciekawszy jak na Rysy! Podczas zejścia byliśmy świadkami kryzysu dziewczyny, która podchodziła do góry. Właśnie w tym wspomnianym już przeze mnie i mało ciekawym miejscu na lodzie poślizgnęła się lekko i już za Boga nie chciała oderwać się od skały. Żal nam było jej ogromnie, każdy próbował pomóc jak umiał. W końcu jakiś starszy pan skutecznie ją zagadał, odwrócił jej uwagę od lodu, ktoś poczęstował ją batonem czekoladowym i zaczęła się uśmiechać i pomaleńku schodzić. Ufff nie było za wesoło. Taki kryzys może każdego z nas spotkać, najtrudniej jest wtedy zapanować nad dygotającymi nogami i rękami.
Całą drogę do Palenicy przegadaliśmy z nowo poznanymi kolegami o forum i górach.
Podczas ostatniego dnia pobytu postanowiłyśmy mroźne powietrze powdychać w Dolinie Kościeliskiej. Tam też po raz pierwszy w cudnej pogodzie zobaczyłam Smreczyński Staw i wiecie co, chciałabym tam kiedyś spędzić romantyczny zachód słońca z kimś bliskim....Upss-rozmarzyłam się. To był jeden z lepszych wyjazdów w Tatry jakie udało mi się mieć. Długo zostanie w mojej pamięci z różnych względów...
30.10.04
Kierunek: Chochołowska. Właściciel busa 3 razy się dopytywał czy aby na pewno tam chcemy jechać. Oczywiście byliśmy jedynymi ludkami w busie, którzy chcieli się zapuszczać w tak nieznane i odludne tereny Na szlaku pusto! Jakież to cudowne uczucie - tylko cztery osoby i to te, z którymi się podróżowalo. W ramach oszczędności czasu i sił podreptaliśmy wypożyczyć rowery. Klekoty (bo tak się powinny nazywać) nawet miały hamulce i w co drugim działały przerzutki więc nie było na co narzekać Widoki były, humory też więc przygoda z górami rozpoczęła się dobrze. Podróz rowerowa jak wiadomo długa nie była bo to tylko 7,5km ale plecak na plecach robił swoje. Ciężko było - ale tu nam natura chciała bardzo pomóc - puściła troszkę wiatru (tylko czemu w oczy ) i deszczu (no - ten przynajmniej z góry padał ). Na szczęście nie trwało to długo i mieliśmy okazję wejść do schroniska suchą stopą. Gdyby to było lato pewnie rzucilibyśmy się jeszcze choćby na Grzesia, ale cóz...ciemno się już robiło i więc pozostało ustalenie trasy na niedzielę...
31.10.04
I nastała niedziela. Plany były ambitne. Wstaliśmy wcześnie i bez większych trudności - w końcu zmiana czasu nam sprzyjała. Kierunek: Grześ. Dotarliśmy na szczyt w słońcu, przy niewielkim wietrze. Po naszej stronie piękne widoki - bez chmurek, po słowackiej cudowne morze bardzo niskich chmur. Z daleka widać tylko wyłaniające się szczyty jak wyspy na oceanie... Na szczycie jeden ludek oprócz nas. I to by było na tyle jeśli chodzi o cudowne widoki tego dnia... Zejście z stronę Rakonia jeszcze w słońcu. Potem - no cóż - widocznie słońce miało już fajrant i zostaliśmy otoczeni chmurami. Niezbyt nachalnie przykrywały niebo aż do czasu zejścia z Rakonia. Nagle pojawił się wiatr, potem deszczyk mały przmienił się w ulewę z wiatrem na słowacką stronę. Mogłoby chociaż wiać na naszą - jak spadać to do siebie Przy skrzyżowaniu szlaków niebieskiego i zielonego pierwsza większa grupka osób - Węgrzy chyba. Poprzedniego dnia długo balowali w schronisku i byli tak samo głośni jak w górach. Minęliśmy ich - w deszczu i przy wtórze wyjącego wiatru wdrapaliśmy się na Wołowiec. Tam mały odpoczynek, jedzonko, herbatka i...zmiana planów. Od słowackiej strony przewalała się w naszą stronę mgła w tempie zastraszającym. Współtowarzysze po krótkim zastanowieniu stwierdzili, że nie idą dalej (chociaż w planach było jeszcze sporo). Patrząc na to co się dzieje, osłaniając twarz przed deszczem i wichrem nie miałam zbytniej chęci protestować i zarządziliśmy odwrót. To co widziałam później utwierdziło mnie w przekonaniu, że to był dobry pomysł. Grzecznie zeszliśmy z Wołowca i zielonym szlakiem po arcyśliskich kamyczkach w dół przez Wyżnią Polanę Chochołowską. Za nami pozostała mgła gęsta i szara jak dym, z deszczem i wichrem na szczytach. Przed nami były mokre kamienie, na których kijki pomagały utrzymac równowagę. A potem las i błoto, dużo błota.
Wieczór w schronisku, ciepły posiłek i myśl: czy jutro też będzie tak paskudnie?
01.11.04
I przyszło "jutro". W nocy lało jak z cebra, a rano wiadomo - mgła, że oko wykol. Chochołowska wyglądała jak polanka w Kampinosie - zero widoków i zero ludzi. Plan był prosty: Zejście doliną do żółto-czarnego szlaku a potem w lewo żółtym w górę Doliną Iwaniacką i przez przełęcz do Schroniska na Hali Ornak. Po górkę to jeszcze jakoś szło, ale z górki...łatwo się domyślić co się tam działo po ulewnych deszczach nocnych. Czas przejścia nam się z deka wydłużył, ale cóż... W Oranku przerwa na jedzonko i do Kir marsz! bo o 16.30 pociąg powrotny. Deszczyk siąpił cały dzień, mgła gładziła twarz, szczyty zniknęły jak busy hehe - okazało się, że 1.11 busy nie jeżdżą wogóle. Dziwnym trafem zdążyliśmy na przedostatni autobus - gdyby nam się to nie udało - tą małą relację napisałabym pewnie dopiero jutro...
Bogusław Pawłowski Tatry,Małysz i foty... styczeń 2004
Wspomnienia z Pucharu Świata w Skokach Narciarskich (styczeń 2004), czyli „Tatry za Króla Adasia II-go”
Jak to zwykle bywa z moimi wyjazdami, nie mogą one normalnie się zaczynać. Tym razem zepsuła się lokomotywa – i to już zaraz za Włocławkiem. Skutkiem tego do Krakowa dotarłem z kolegą nie o 16-tej a po 18-tej. W Zakopanem zlądowaliśmy o 20.30. Szczegół. Tyle, że nocleg zaklepany na Hali Kondratowej. Taxi do Kuźnic – no po prostu jak Paniska.
Przejście nocą z Kuźnic na Kondratową raczej nie wywołuje u mnie stresu w okresie, gdy niedźwiedzie powinny spać. Szlak przetarty, przy świetle czołówek poruszaliśmy się dosyć sprawnie. Do momentu wyjścia na polanę gdzie już widać było światło schroniska. Tam drogi już nie było - wszystko zawiane. Ten krótki odcinek był naprawdę bardzo żmudny. 22.15 jesteśmy… i jesteśmy jedynymi gośćmi w Schronisku.
Piątek. Dzień do pierwszych zawodów na Krokwi. Nawet na ładną pogodę się zanosi…ale – chmurki nad granią coś jakby lekko halniaste. http://www.topr.com.pl/boguslaw1/obrazki/65m.jpg
Wyruszam samotnie na Gąsienicową. Dołem, czyli najpierw do Kuźnic. Tam decyduję się na kolejkę. Będzie trochę szybciej. Na górze straszna, maksymalna zawierucha. Widać na kilka-kilkanaście metrów. http://www.topr.com.pl/boguslaw1/obrazki/61m.jpg
Przesiedziałem w holu stacji jakieś 2 godziny. W pewnym momencie stwierdziłem, że chyba widać Krywań. Plecak i w nogi na grań. Faktycznie prawie zupełnie się przetarło a wiatr zelżał. Łagodne światło a do tego ciemne niebo, ciekawostka. http://www.topr.com.pl/boguslaw1/obrazki/71m.jpg
Przede mną niżej, też ktoś poluje – częściowo łazi po nawisie!
Zaczynam schodzić, bo już po 14-tej. Znów się wszystko powoli zasnuwa chmurami. Wiatr się wzmaga. Będąc na Hali zazwyczaj przyglądam się Kościelcom z rejonu zabytkowych szałasów. Ot, taka standardowa procedura. Coś podkusiło mnie tym razem by wejść w ścieżkę w kierunku leśniczówki. Tu wiatr już zupełnie wariuje. Odczuwalna temperatura musi być w granicach minus 25 stopni – lustro w aparacie nie opada po ekspozycji, bo przykleja się w górnym położeniu! Robię kilka zdjęć pod słońce http://www.topr.com.pl/boguslaw1/obrazki/59m.jpg
i z lodem pod nosem udaję się do schroniska na kiełbaskę i kopytka (też standardowa procedura).
Wychodząc z Hali spoglądam wstecz, wiatr nadal szaleje, treningu i kwalifikacji na Krokwi z pewnością nie było. Robię jakieś zdjęcie, ale już na takich parametrach, że może być poruszone. http://www.topr.com.pl/boguslaw1/obrazki/60m.jpg
Niebawem po zapadnięciu zmroku zjawiam się w pokoju średnio zadowolony z tej wycieczki.
Sobota i niedziela. Skoki. Wszystko się odbyło zgodnie z planem! Wiatru nie było przez te dni, choć rano w sobotę nieszczególnie to wyglądało. Znajomi zmuszali mnie do fotografowania Małysza, skutkiem czego, tylko jeden jego skok oglądałem nie przez obiektyw (jak ktoś chce mogę Adasia przysłać na maila, czekam boguspe@wp.pl ). Przypomnę: Adaś był dwa razy drugi. Kolega z którym przyjechałem został w TOPR-e na Piłsudskiego, drugiego dnia znosiłem na dół jego plecak, więc po skokach do Schroniska wracałem sam. Po pierwszym z konkursów i imprezie wypadło to jakoś o godzinie 0.30 (na werandzie stał z latarką syn kierownika i rzucał nie powiem czym).
Poniedziałek. Przeprowadzam się na chwilkę do Murowańca. Najpierw jednak Przełęcz Kondracka, wytyczam drogę, jest tylko II stopień zagrożenia ale trochę niepewności pod koniec podejścia było. Idę od kosówki do kosówki – tam śnieg się lepiej trzyma. Na Przełęczy straszny mróz i wiatr. Myślałem o wejściu na Kopę ale grań zaczęła mi znikać. http://www.topr.com.pl/boguslaw1/obrazki/58m.jpg
Ciąg dalszy. Zszedłem, spakowałem się, poszedłem do Kuźnic. Znowu Kasprowy i znowu zamieć i brak widoków. Kolejne godziny spędzone przy długich ławach w holu stacji kolejki. Kolejny raz mam szczęście. Znowu widać Krywań. http://www.topr.com.pl/boguslaw1/obrazki/73m.jpg
Mimo chłodu i wiatru postanawiam zaczekać na grani. Przenoszę się na stronę Kotła Goryczkowego. Godzina trochę dziwna się robi. Wyodrębniam ciekawy wg mnie widoczek, tyle, że jest trochę za ciemno na zdjęcie bez statywu, a tego pewnie nie zdążę wyciągnąć i rozłożyć. http://www.topr.com.pl/boguslaw1/obrazki/62m.jpg
W końcu jako podpórkę wykorzystałem słupek graniczny. Wyjdzie – MUSI! W środku – masyw Bystrej.
Na zakończenie dnia, schodząc opustoszałą już trasą narciarską, pocelowałem sobie jeszcze w kierunku Żółtej Turni i Granatów, światło przyjemne, choć znów trochę ciemno jak na zdjęcie „z ręki”. http://www.topr.com.pl/boguslaw1/obrazki/74m.jpg
Wyjeżdżam samochodem z kwatery w okolicach kuźnickiego ronda (Antałówka) około
7:00 rano. Na siedzenie rzucam plecak, przygotowany na całodzienną wyprawę z przy-
troczonymi po raz pierwszy kijkami (to dzięki uprzejmości Seby i Lucy). Odjazd. Rondo,
potem na sam dół miasta do Nowotarskiej. Dalej w lewo wiaduktem nad bazarkami pod-
gubałowskimi i już mknę po zboczu Gubałówki, mijając wspaniały widokowo wyciąg na
Szymoszkowej i nieczynne już o tej porze roku baseny. Następnie przez Szeligówkę do
Nędzówki, gdzie następuje połącznie z trasą nr 958 wiodącą przez Krzeptówki do przej-
ścia. Jest wczesna pora (jak na mnie). Jedzie się idealnie, puste trasy, duża prędkość,
sucha droga. W Kirach zwrot na północ i już testuję nowiutką nawierzchnię asfaltową w
Witowie i Chochołowie. Wreszcie przejście graniczne Suchá Horá – Chochołów, do którego
dojeżdżam uroczą, pagórzystą drogą (jak w Shire – krainie hobbitów). Z drogi tej ponadto
roztaczają się coraz rozleglejsze widoki na Tatry Zachodnie. Aż się chce zatrzymać, tylko
nie bardzo jest gdzie (brak pobocza). Przejście graniczne skromniutkie, mała wiata, bu-
dynki graniczne dosłownie sąsiadują z budynkami wsi Suchá Horá. Wygląda to tak, jakby
wioska kończyła się przejściem granicznym do innego kraju… Na przejściu oczywiście 30
sekund i już mknę słowacką drogą. Przez Hladovkę do Vitanowej, tam w lewo w podrzędną
kiepskiej jakości drogę. Wolę ten wariant, niż gnanie przez Trstenę. Droga wiedzie dnem
Doliny Orawickiej i prowadzi do schroniska w Orawicach (punkt wypadowy na Magurę
Witowską i Bobrowiec). Przy schronisku bardzo dużo ludzi – prawdopodobnie są tam też
jakieś źródła geotermalne i baseny cieplicowe… Dalsza droga wiedzie już pod dolnymi reg-
lami masywu Osobitej i Doliną Błotną – trochę się dłuży, od granicy mam już 20 km.
Wokół ciągle lasy i lasy. Droga kręta i pełna dziur, nie można jechać zbyt szybko. Dodat-
kowo utrzymuje mi się w organiźmie wysoki poziom adrenaliny – jadę już na oparach
benzyny i w każdej chwili może stanąć auto, a tu nic tylko regle i regle… Nie mam przy
sobie ani jednej złamanej słowackiej korony, co dotatkowo utrudnia sprawę. Nerwowo
zerkam na poziom paliwa. Wreszcie pierwsze domki i dojeżdżam do Habovki, zaraz potem
do Zuberca. To dwa większe miasteczka. W Zubercu zawracam na wschód i jadę 15 km
asfaltem przez Brestovą do Schroniska na Zwierówce (Chata Zverovka). Ostatni łuk, auto
na parking, plecak na plecy i już stoję u progu Doliny Łatanej.
Jest 8:52. U wylotu doliny
nie ma żywej duszy, za to panuje przenikliwy poranny mróz (jak to we wrześniu). Droga
utwardzona początkowo wiedzie wzdłuż potoku. Po 30 minutach docieram do zadaszonej
wiaty, która stoi na końcu drogi. Dalej już tylko ścieżka w las (od Zverovki 30 minut),
którą docieram do rozwidlenia szlaków na Grzesia i Rakoń (od Zverovki 53 minuty).
Szlak zaczyna ostrzej podnosić się i kierować na południe. Po niedługim czasie doprowadza
mnie do przełęczy Zabrat na wysokość 1656 m npm (od Zverowki 1h 38m). Czas zacząć
testowanie kijków teleskopowych. Początkowo idzie się pokracznie, ale z każdym krokiem
łapię coraz lepszy rytm. Na razie obserwuję, jak mi się będzie wędrowało. Granią Zabratu
docieram do Rakonia, gdzie słowacki szlak wchodzi na granicę obu państw. Od tej pory idę
razem z Polakami (od Zverovki 2h 6m). Szlak przenosi się przez przełęcz na Wołowiec (od Zverovki 2h 43 m). Ze szczytu perfekcyjna wprost widoczność, ale nie mogę zbyt
długo tu zostać. Przede mną cudowny widok na Rohacze. Ostry i Płaczliwy prezentują się
stąd doskonale. Robię parę fotek i opuszczam Polskę. Z Wołowca do Jamnickiej Przełęczy
droga zajmuje ok. 20 minut (od Zverovki 3h 4m). Od przełęczy zaczyna się trudniejsze
podejście no i łańcuchy. Czuć atmosferę Orlej Perci, choć jest nieco łatwiej. Inna różnica
od OP to możliwość ominięcia większości trudnych, łańcuchowych wariantów ścieżką wy-
deptaną obok lub z drugiej strony grani. W tym miejscu kijki ponownie wędrują do plecaka.
Wkrótce pojawia się wierzchołek pierwszego Rohacza – Ostrego (od Zverovki 3h 38m).
Widoczki, kanapka i dalej. Rohacz Płaczliwy (od Zverovki 5h). Tu podejście jest o wiele
mozolniejsze, jest sporo łańcuchów. Następnie schodzę na Smutną Przełęcz, mijając po drodze „cmentarzysko” – setki kopców ułożonych z kamieni.
(od Zverovki 6h). W planie
miałem jeszcze Trzy Kopy i Banówkę, jednak zaczęło się robić późno, a nogi (mimo kijków)
były wyraźnie zmęczone. Poza tym zaczęło brzydko wiać. Opuściłem się więc do Smutnej
Doliny i dalej do Tatliakovej Chaty (bufetu). Okazało się, że Tatliakova Chata to mekka
masowej turystyki, coś na kształt naszego schroniska Łapińskich przy Morskim Oku, tyle
że w wersji słowacko-rohackiej. Do samego bufetu (położonego nad Tatliakovym Stawem)
wiedzie długa, co najmniej 8-9 kilometrowa droga asfaltowa, którą podąża mnóstwo rodzin,
dzieci, grup, wycieczek. Powrót Doliną Rohacką dłużył mi się niemiłosiernie, a pod koniec
zacząłem już ją przeklinać w duchu. I nic tu nie pomogło opieranie się na kijkach… A propos –
kijki dały mi się porządnie we znaki, odczuwałem nietypowy dla mnie ból rąk, ramion i barku.
Jednak nogi były wyraźnie mniej zmęczone niż zwykle – czyli nastąpiła alokacja przeciążeń.
Późnym popołudniem docieram do Zverovki. Przed schroniskiem mnóstwo ludzi, okupujących
ławy. Siadam między nimi i wcinam resztki posiłku, popijając resztką wody. W nogach czuję
spore zmęczenie, a w duszy ogromną satysfakcję. Nadal jest boska widoczność na Rohacze
i słoneczna pogoda. W Dolinie Rohackiej prawie non stop się oglądałem. Przy okazji zauważyłem,
że zmotoryzowani mogą wjechać w głąb tej doliny ładnych parę kilometrów – nie wiem
czemu Słowacy na to pozwalają. Niestety na końcu występuje niemiły akcent wyprawy –
oglądam się na plecak i sąsiednią ławę, a tam… po kijkach został tylko lekki powiew po-
wietrza. Przeszukuję miejsce pod ławami, obok, patrzę podejrzliwie na ludzi. Kijków nie
ma. Kradzież? Roztargnienie? Nie wiem. Tą samą drogą snuję się samochodem na polskich
numerach przez słowacką krainę, która układa się do snu. Sucha Hora pusta. Do Zakopanego
dojeżdżam już w całkowitych ciemnościach.
Czesiek czerwcowe Tatry 2004
Pierwszy dzień - a właściwie wieczór poszedłem z Jurkiem na Kopieniec. Był to bardzo lekki rozruch.
Na drugi dzień - tuż przed 7 dołaczył do nas jeszcze Luki i wyruszyliśmy z Cyrhli do Murowańca. W schronisku jakiś tam Knorr i dalej na szlak. Kierunek Krzyżne. Pogoda była wyśmienita. Ciepło (wiatr chwilami wkurzał ), słoneczko świeciło . Ogromne połacie śniegu raziły w oczy - więc co rusz okularki na nosek spadały . Do Doliny Pańszczycy szlak w bardzo dobrym stanie . Czasami musieliśmy "przecinać" leżący jeszcze biały (już nie - puch) . Kilka razy przez potoki - powoli, po kamieniach. Doszliśmy do Czerwonego Stawu i tam zrobiliśmy sobie ok. 20 min. przerwę na drobny posiłek . Były również zdjęcia. Kwałek dalej - na dosyć dużym śniegu - znowu zdjęcia i wzajemne rzucanie śnieżkami . Następnie pod samo dno przełęczy. Tutaj troszkę zastanawiania się, co robić dalej. Iść? Szlaku nie widać. Przysypany kamieniami i śniegiem. Momentami tylko, był widoczny. Decyzja zapadła - idziemy! Nie bedę kłamał, że był luz, bo chwilami ciągnęliśmy się jak żółwie - do góry . Musieliśmy dobrze poczuć grunt pod nogami, aby zrobić następny krok. Szliśmy na przemian - po trawie, po śniegu, po kamieniach. W niektórych miejscach kamienie leżały na śniegu , ale dosyć szybko zorientowaliśmy się o co chodzi. Jednak każdy z nas po kilka razy wpadł jedną nogą w śnieg. Wszystko jednak kończyło się szczęśliwie. Na samej przełęczy wiatr był bardzo silny. Szybko zeszliśmy - raptem 2-3 metry na stronę Piątki i od razu poczuliśmy się jak u..... "babci w Ciechocinku" . Słoneczko, zupełny brak wiatru, a widok.....? Przepiękny . Warto było. Główna część Piątki z Przednim, Małym i Wielkim Stawem, szlak przez Świstówkę do MO jak na dłoni. Na dalszym planie Mięgusze, Rysy i wiele, wiele szczytów, które aby rozpoznać trzeba by sięgnąć po mapę. Po około 20 minutach zapadła decyzja, że schodzimy do Doliny Pięciu Stawów Polskich - do schroniska. Warunki marszu w dół podobne jak wspinanie się na Krzyżne. Mnie w pewnym momencie złapał skurcz w udo i wystraszyłem się dosyć mocno . Wcześniej miałem podobne przypadki. Jednak nie w górach, a na rowerze. Skurcz - na przemian - to "łapał", to "puszczał". Starałem się tak stawiać nogę, by nie prowokować "mięśniaka". Udało się . W schronisku - jak zawsze - posiłek, zdjęcia, podziwianie widoków. Przyszedł czas na powrót. Czarnym szlakiem do Doliny Roztoki i dalej już standardowo do Wodogrzmotów Mickiewicza. Po drodze zaczął nas straszyć deszczyk, który właśnie na Wodogrzmotach już padał na dobre. Szybkie wyciąganie ubrań przeciwdeszczowych i dalej - do Palenicy Białczańskiej. Tam czekał na nas BUS (5,-/głowa) i do Cyrhli. Luki do Zakopca - tym samym busem.
Tak - w przybliżeniu - wyglądał nasz dzień. Zmęczeni - każdy do siebie. Na drugi dzień - na Kościelec.
Dzień drugi
Pobudka 7:30 (późno?) to dlatego, iż byliśmy umówieni z pozostałymi forumowiczami przy Murowańcu na godzinę 11. Jak już wcześniej wpominał Jurek, do schroniska doszliśmy dosyć szybko. W środku minąłem się z Lukim, który wraz z Jurkiem wyszli na zewnątrz. Ja zaserwowałem sobie sztuczną zupkę , zakupiłem kartki i również wyszedłem na zewnątrz. Idąc z tym wrzątkiem rozglądam się, gdzie są Luki i Jurek. Nie widzę ich. Natomiast spostrzegam w samym środku tarasu grupkę młodych ludzi, patrzących w moim kierunku i uśmiechających się. "Zdobycznym" kijkiem wskazałem na siebie i ruchem głowy pytam czy to o mnie chodzi. Wszyscy twierdząco kiwają głowami. Szybciutko zrozumiałem o co chodzi - z kim mam do czynienia. Zdziwił mnie jednak fakt, iż nie było pośród nich Lukiego i Jurka. Oni siedzieli na szarym końcu. Po przedstawieniu i przywitaniu się, cała grupa scaliła się. Kilkanaście minut rozmów, dokończenie posiłków, w moim przypadku zmiana butów i w drogę - kierunek Kościelec. Ruszyliśmy ostro do przodu. Jak się później okazało - nie bez powodu ubrałem czerwoną koszulkę i kurtkę. Byłem..... "czerwoną latarnią" :ta: . Po dojściu nad Czarny Staw Gąsienicowy, zrobiliśmy sobie chwilkę przerwy na zrobienie fotek. Siódemka ruszyła w kierunku Przełęczy Karb. Gdy wszyscy odpoczywali, ja i Luki postanowiliśmy dotlenić się podwójnie. Tempo dalszego wspinania troszeczkę spadło. Z dosyć częstymi, kilku czy kilkunastosekundowymi przerwami - na podziwnianie przepięknych widoków - dobrnęliśmy w końcu na szczyt Kościelca. Po osiągnięciu celu wędrówki - posiłek, kilka zdjęć (bez dymka!) i spowrotem. Powoli bez pośpiechu dotarliśmy znów do Murowańca. Zaczęliśmy ustalać strategię na dzień następny. Ponownie zmieniłem buty - trepy na adidasy - czego pozazdrościł mi Krzysiek. Wraz z Jurkiem przez Psią Trawkę do Cyrhli. Pozostali przez Jaworzynkę, Boczań (?) - do Kuźnic. Gdy wyszliśmy z lasu na asfaltówkę "uderzył" w nas silny wiatr. W lesie było cicho i spokojnie. Więc ów wiatr, bardzo nas zaskoczył. Do domu mieliśmy jednak kilkaset metrów, szybciutko jednak znaleźliśmy się w środku. Gospodyni przygotowała nam ciepłą strawę, po czym udaliśmy się do swoich pokoi na odpoczynek. Dzień ów był tak pełen wrażen, że długo nie mogłem usnąć. Samopoczucie moje (fizyczne), niestety było fatalne. Usnąłem nad ranem.
Dzień trzeci (lenistwo)
Rano (5.00) - puk, puk - do drzwi. Proszę. Wchodzi Jurek. Cześć, cześć - jak samopoczucie? Kiepskie . Poszedł więc sam,sprawdzić o której jest autobus do Zakopca. Po chwili wrócił i wszystko by było O.K., ale ja niestety byłem do......... . Stało się! Jurek pojechał sam. Usnąłem natychmiast. Obudziłem się o 7.32. Wstałem i....... poczułem się niemal jak młody.... dobra niech będzie - jak. Śniadanko, kawka i myślę co tu robić (czytaj: gdzie tu iść), żeby nie zmarnować dnia. Mapa i już wiem" Psia Trawka - Gęsia Szyja - Rusinowa Polana i Wiktorówki (na których jeszcze nie byłem). Decyzja tak szybko podjęta, równie szybko została odwołana . Jak lunęło z nieba!!! No to mam "pozamiatane". Wkurzyłem się okropnie. Cały dzień zmarnowany! Dzwonię do Jurka: "abonent ma wyłączony telefon.......". No to ładną mają pogodę, myślę sobie. Za jakiś czas znów dzwonię - to samo. Po ok. pół godziny znów - dalej to samo. Może jego telefon nie ma zasięgu, może wyłączył bo burza - kombinuję? Dzwonię na telefon Jerrego - to samo. No to "pięknie". W końcu udaje mi się dodzwonić do Jurka.
Czesiek, wiesz jak tu jest super?! Jesteśmy nad chmurami i.t.d. (o tym to On sam już pisał). Cóż ja mam robić? Troszkę przestało padać, więc przejechałem się do Bukowiny Tatrzańskiej, do "swoich jedenastoletnich" gospodarzy. Pomyślałem w drodze, że jak będę od nich wracał to wysiądę w Stasikówce i przejdę się przez Murzasichle do Cyrhli (asfaltem ok. 7 km).
Nic z tego - następny plan szybko padł. Znów zaczęło lać. Wieczorkiem jeszcze jakiś mini spacerek po Cyrhli i oczekiwanie na Jurka. Ogromna ciekawość jak wyprawa na Błyszcz - jego i pozostałych forumowiczów.
Doczekałem się. Relację - dość obszerną - wysłuchałem. Zdjęcia na aparacie pooglądałem i spać.
Dodam iż w czasie tego dnia podjąłem decyzję o powrocie do domu. Dzień ten - baaaaardzo mnie zdołował. - delikatnie mówiąc.
Długo go nie zapomnę.
Do Zakopanego tradycyjnie nie dojeżdżam już pociągiem, przerywając podróż w Krakowie,
gdzie przesiadam się na PKS. Jestem w Z. o zmroku. Początkowo miałem w planach iść na
Halę Gąsienicową po ciemku, ale bezpieczniej chyba zostać na dole. W końcu szlaki
po 20-tej zamknięte…
Dom Turysty, poniedziałek. O świcie jadę do Kuźnic. Nosal w pięknych kolorach mimo
wiszących wyżej chmur. Pierwszą kolejką wydostaję się na grań. Mgła, wiatr 20m/s,
na termometrze –minus 8 stopni. Nie ma mowy o widokach, chyba, że z bliska.
Wszystkie kępki traw obrosłe szrenią. Mimo wszystko jest pięknie – bo pusto.
Nieco niżej lód i szreń pokrywa także kosodrzewinę,
oraz to, co pozostało z krzaczków jagody
Bliżej schroniska widocznośc jest już o wiele lepsza. Zaraz po pozostawieniu socjalnej
części bagażu w Murowańcu, wynosi mnie nad Czarny Staw. Od czasu do czasu pojawia się nadzieja
na widoki. Murawy naprawdę mają ten właściwy kolor, żeby jeszcze tylko trochę światełka…
Przejście przez Karb. Nie ma w zasadzie lodu a i niebo napawa optymizmem. Akurat
zajęty jestem czymś innym, gdy ukazuje się w całości Kościelec. Zostaję zmuszony do szybkiego działania.
Kontynuując wycieczkę wchodzę na Świdnicką Przełęcz. Jeśli chodzi o lód nie jest już to tak
wesołe. Mimo średniej pogody napotykam kilka osób schodzących ze Świnicy; narzekają,
ale raczej na zalodzenie podejście na Zawrat od Murowańca. Przemieszczając się
w kierunku Liliowego,
coraz bardziej rozumiem tą anomalną sytuację w której się znalazły góry. Tak naprawdę to
śniegu tu nie ma, to wszystko jest dziełem mrozu…
Widoczne są wyraźne różnice pomiędzy ilością białych narośli na południowej
i północnej stronie grani
Schodząc na dół pstrykam jeszcze kępkę kosówki
Należy się jej, choćby za zestawienie barw. Wieczorem odwiedzam leśniczego, Tomka Zwijacza.
Właśnie wraz z innym pracownikiem Parku doczekali się wydania ich książki poświęconej kozicom
w Tatrach (najtaniej – 8zł kupić można w punkcie informacyjnym TPN przy rondzie).
Ciemną nocą powracam do pokoju przynosząc dobre wiadomości: minus 9 stopni, niebo czyste.
Wszystko zgodnie z planem.
Murowaniec, wtorek. Najpierw Kasprowy, aby na Czerwone i Cichą spojrzeć
Przez Goryczkowe
zmierzam w kierunku Kopy Kondrackiej, która wydaje się być idealnym punktem widokowym
w popołudnie takie, jak dziś. Jest jeszcze dość wcześnie i w tym porannym krajobrazie
uwagę przykuwa Giewont – czyż to nie banalne?! Barwy jakich nigdy nie widziałem
Gdzieś na Goryczkowych czają się pióropusze zalodzonych traw
Podobnie, ciekawą lodziarnię odkrywam na Przełęczy Pod Kopą Kondracką, gdzie zwykle,
w zaciszu rowów grzbietowych można spokojnie posiedzieć
Tym razem wieje, więc specjalnie nie ma po co się spieszyć. Widoki z Kopy są najbardziej
fotogeniczne, gdy słońce przekroczy linię wylotu doliny Cichej. Wchodzę jednak na szczyt
i tam po wyszukaniu zacisznego kącika, w przyczajeniu spędzam jakieś 3 godziny. W dalszej
części zamieszczam dwa zdjęcia wykonane między 13 a 14-stą
Widok z Kopy jest jednym z niewielu w Tatrach, który posiada wszystkie atrybuty genialności:
wspaniały, szeroki i odchodzący pierwszy plan, dobrze pogrupowane szczyty i przełęcze,
a jesienią także niepowtarzalną paletę barw…cóż można by tu siedzieć do zmroku
(co często czyniłem nocując na Hali Kondratowej)…nie tym razem. Kolejny pomysł brzmi
bowiem – „Świnica”. Jest trochę późno - po biegu powrotnym przez Goryczkowe
i postoju na Kasprowym u stóp tej góry staję o 16.30. Szlak na wierzchołek okrąża
masyw od południowej strony i dzięki temu trasa ta jest wolna od lodu. Na wierzchołku jestem
już sam, ostatnich schodzących minąłem zaraz za przełączą. Warunki na szczycie nie pozwalają
jednak na długi pobyt. Po zdjęciu rękawic dłonie natychmiast przyklejają się do statywu.
Kilka szybkich fotek: w kierunku Miedzianego i szczytów za nim (myślę, że wszyscy znają te sylwetki)
i masywu Lodowego
Jeszcze trzeba zejść - ostatni gasi światło - przed Przełęczą Liliowe wchodzę w noc.
Murowaniec, środa. Dziś może jakiś mniej męczący wypad. Chciałoby się na Kozi, ale w żlebie
Kulczyńskiego zwykle była woda, więc zapewne lodu jest tam teraz po kolana. Krzyże?
Też może być.
Wychodzę 7.30. Na szlaku do Pańszczycy mijam kolejne, mroźne graffiti
W środkowej części doliny, nad granią zauważam coś, co otrzymuje roboczy tytuł „Skrzydło Anioła”
Na przełęczy dmucha oczywiście niemiłosiernie, po krótkiej chwili znajduje jakieś
zaciszne siedzonko. W pierwszej kolejności uwieczniam widok w kierunku Orlej Perci, gdyż on
za kilka godzin będzie tym pod słońce
Góry leżące na lewo, jeszcze nie są właściwie oświetlone
Trzeba poczekać aż słońce znajdzie się nad Kozim. W między czasie pojawiają się jakieś chmurki
(NARESZCIE!), mogę w końcu pobawić się jakimiś filtrami
W rejonie Krzyżnego spędzam kilka godzin wchodząc w między czasie na jakiś, leżący w kierunku
północno-zachodnim wierzchołek. Perspektywa jest tu zupełnie inna!
Mimo, iż jest to jakieś 150-200m poza szlakiem, obserwuję tu co najmniej kilka osób wracających
w tej strony (w tym osoby ze statywami, a to już nie jest śmieszne). Cóż, często w takich momentach
chciałoby się mieć cały góry dla siebie…
Ostatnie zdjęcie, klasyczny już widok z przełęczy wykonuję krótko przed godziną 16-stą
Tym razem nie było chodzenia po ciemku.
Czas rozstania. Kolejny dzień będzie raczej bez pogody, co oznacza przejście do fazy powrotu.
W prawie pustym Murowańcu, oglądamy mecz Walia – Polska.
Murowaniec, czwartek. Wiatr zaczął wyć już w nocy. Kaskady chmur, granie znikają, kolej linowa stoi.
Na Upłazie „odlotowo”. Przed godziną 20-stą jestem już w Toruniu.
Mariusz Relacja sprzed 10 lat...
...czyli pierwsze kroki w Tatrach
Spisane w 1995 roku.
Reedycja i korekty 2001.
Rozdział 1. Przyjazd.
Nigdy wcześniej nie znałem gór. W czasie szkoły podstawowej nic na ten temat nie wiedziałem, mając zaledwie nikłe wspomnienia znad morza, dokąd rodzice zabrali nas kilka razy, gdy byliśmy jeszcze w wieku przedszkolnym. Prawdopodobnie w siódmej lub w ósmej klasie miałem okazję wyjechać do Ojcowa, malowniczo położonego miasteczka w Górach Świętokrzyskich. Pamiętam, że duże wrażenie wywarły na mnie olbrzymie formy skalne, wystające z ziemi na wysokość kilkudziesięciu metrów, całe szarobiałe, gdzieniegdzie porośnięte mchem lub nawet drzewami, niesamowite w swym pięknie i wyniosłej postawie. W połączeniu z górską ciszą, szumem wiatru i potoków, miejsce to po raz pierwszy pozwoliło mi odczuć przyjemną ulgę, wyciszenie i spokój. Człowiek staje się wtedy leniwy, nie tak jak to rozumiemy potocznie, ale w innych, estetycznych kategoriach. Pamiętam również olbrzymią skałę, która wywarła na mnie największe wrażenie: Maczuga Herkulesa.
Od strony technicznej rzecz wyglądała zwyczajnie. Podróż szkolnym autobusem w towarzystwie całej klasy oraz wychowawcy, niejakiego pana Lange, jedzenie przeciętne, kwatery możliwe, czyli nic ciekawego. Chciałbym tu nadmienić, że po raz pierwszy byłem w "górach" z moim obecnym (wtedy jeszcze nie) przyjacielem Piotrem. Nie zdawaliśmy sobie jeszcze wtedy sprawy, że staną się one w niedługim czasie naszą pasją...
Po raz pierwszy zdecydowałem się wyjechać w Tatry latem 1993 roku. W owym czasie nauki pobierałem w zacnej uczelni zwanej oficjalnie Liceum Handlowo-Kupieckim w Warszawie przy ulicy Otwockiej, na poziomie klasy II. W tejże szkole miałem przyjemność poznać Kasię (wkrótce małżonkę Piotra - M.B. 2004) i to ona właśnie zainicjowała naszą wyprawę. Nie miałem wówczas pojęcia, co to są Tatry i do czego służą, dlatego właśnie jej przypisuję wprowadzenie mnie w ów tajemniczy, górski świat. Oprócz Katarzyny pojechała jej znajoma - Marta oraz Piotrek właśnie. Było nas czworo. Przynajmniej na początku...
Podróż na południe nie należała do najprzyjemniejszych, a to głównie za przyczyną nieznośnego dla mnie środka komunikacji, jakim jest autobus dalekobieżny polskiej marki. Pod koniec trasy czułem się cokolwiek nieswojo i na wszelki wypadek usadowiłem się w pobliżu najbliższej, foliowej torebki. Kolega Piotrek miał nawet pewne obiekcje co do koloru mojej twarzy, wydaje mi się jednak, iż była to przesada. Jedno jest pewne: na podróż autokarem nie przygotowałem się zbyt dobrze. Brakowało picia, proszków łagodzących protesty żołądka, szmatki do rak, a już najbardziej przewiewnego obuwia "upałowego" typu klapki. Pamiętam, że z zazdrością patrzyłem na innych, ubranych jak na plaży w Beverly Hills. Cóż, doświadczenie przychodzi z czasem...
Nie to było jednak najważniejsze. Autobus wtoczył się do Zakopanego porą popołudniową i jak to zwykle bywa, dowiózł nas do dworca PKS w dole miasta. Pamiętam to dokładnie - wysiadając poczułem na sobie coś wspaniałego - powiew czystego, chłodnego i tajemniczego wiatru, który coraz częściej wypierał owo przyjemne i rozleniwiające ciepło słońca, chylącego się już ku ogromnym, wręcz kosmicznym cieniom, cieniom bez końca, schowanym w coraz cięższych, ołowianych chmurach, napływających od strony Słowacji. Powietrze wokół dworca było bardzo parne, dookoła czuć było wilgoć. Drzewa szumiały coraz głośniej, ptaki zaś, zdawały się uwijać w pośpiechu, chcąc jakby uciec od czegoś, co miało nastać nieuchronnie. Szykowała się górska burza. Wrażenie niesamowite i niezapomniane. Właśnie w takiej atmosferze uporaliśmy się z lukiem bagażowym polskiego autobusu, gotowi do podboju świata. W porównaniu z podrożą, czułem się teraz jak młody bóg, bez problemu więc udałem się z Piotrem za dziewczynami, zdany na ich łaskę i niełaskę w poszukiwaniu kwater. Szliśmy około 15 minut w górę miasta ulica Jagiellońską, aż do jej końca, gdzie mieszkała babcia Marty. Nasza kwatera znajdowała się kilka domów poniżej, na przeciwko wylotu niedużej uliczki z pensjonatu "TATRY", umiejscowionego na zboczu góry Antałówki. Kiedy tylko dziewczyny udały się w swoja stronę, zdaliśmy sobie sprawę, że w zasadzie nie wiemy co ze sobą począć. Na szczęście przytomna pseudogaździna wnet zaprowadziła nas do dwuosobowego pokoju, nie mogąc się już zapewne doczekać przyjemnego szelestu banknotów. Doba noclegowa kosztowała nas wówczas 70 tysięcy zł. Jak na owe czasy dość dużo, jednak my byliśmy i tak w siódmym niebie, ciesząc się, że w ogóle jest gdzie spać. Tak to przeważnie za pierwszym razem bywa. Kiedy, dopełniwszy wszelkich formalności finansowo-poznawczych legliśmy na łóżkach, rozległ się pierwszy grzmot. Lunął deszcz, jakiego dawno nie widziałem. Pamiętam, że byłem w szampańskim nastroju, a w powietrzu czułem przygodę. Duże i ciężkie krople wciąż bębniły o szybę, zagłuszając od czasu do czasu fantastyczny szum potoku Bystra, który płynął dosłownie tuż za ściana.
Jeszcze tego samego dnia udaliśmy się z Kaśka i Martą pod Krokiew, jedna z wielu gór, stanowiących granicę między przyrodą, a miastem. Znajdują się na niej trzy skocznie narciarskie, które latem nie należą raczej do najpiękniejszych zakątków miasta. Wspięliśmy się po stromych, niebieskich schodkach na sam szczyt, skąd roztacza się wspaniała panorama Zakopanego, a nawet całego Podhala. Najlepszym dowodem stanu w jakim się znajdowałem jest cały film foto, zużyty w jedno popołudnie. Jest tam zdjęcie nowoczesnego zakopiańskiego kościoła, jak również pięknego widoku z jego tarasu. To właśnie stąd wyruszają coroczne pielgrzymki na Giewont, symbol miasta i wiary, w których uczestniczą ludzie w bardzo różnym wieku, od małych dzieci po starców. Wracając jednak do skoczni - wejście na nią nie jest wcale rzeczą prosta i dla kogoś, kto pierwszy raz w życiu wspina się na taką wysokość może stanowić nie lada wysiłek. Sama Krokiew ma wiele ponad 1000 m n.p.m.
Wieczór zastał nas bardzo zmęczonych, i to zarówno fizycznie, jak i psychicznie. W drodze powrotnej, kiedy zdążyło się już nieco ściemnić kupiliśmy jeszcze kilka pocztówek oraz chleb. Bardzo trudno wyrazić uczucie, które ogarnia człowieka, przygotowującego samodzielnie posiłek w warunkach polowych: na podłodze, między plecakiem, a pościelą gotuje się woda, chlapiąc miarowo to na lewo, to na prawo. Na reklamówce, spełniającej bohatersko funkcje deski do krojenia leżą kilkucentymetrowe pajdy chleba, pokrojone niedużym scyzorykiem, a tuż obok nich pasztet otwarty tym samym harcerskim narzędziem. Pierwszego dnia podłoga była jeszcze czysta, co działo się potem, łatwo się domyśleć. Jedno jest pewne, odczuwałem wtedy owe przyjemne wibracje, mogąc po raz pierwszy radzić sobie samemu, mając jednocześnie świadomość, że nie muszę wcale tego robić. Przecież mogłem wrócić, kiedy tylko chciałem. Nie przyszło mi to jednak ani razu do głowy.
Potok wciąż szumiał i szumiał, jakby cierpliwie zapraszał do snu. Wyspać się jednak tej nocy nie było nam dane, a to z powodu potężnej, górskiej burzy, która przetoczyła się północą nad miastem. Błyskawice co chwila rozjaśniały okolicę, sprawiając, że przez moment można było zobaczyć każdy szczegół na pobliskim drzewie. Nie miało ono zresztą ani chwili wytchnienia targane na wszystkie strony silnym, halnym wiatrem. Grzmoty były bardzo głośne, powodując, że obudziliśmy się obaj prawie jednocześnie. Potok rwał jakby ostrzej, sprzymierzając się z przeklętą siłą natury. Deszcz dzwonił coraz głośniej, musieliśmy więc dobrze domknąć szyby. Takiej burzy od tamtej pory jeszcze nie widziałem. Następnego dnia rano, przywitała nas piękna, słoneczna pogoda.
Po raz pierwszy przekroczyłem granice TPN kierując się żółtymi znakami ku Dolinie Białego. Po dojściu do skoczni narciarskich udać się należy na prawo, wzdłuż Drogi pod Reglami, aż do wrót doliny. Droga ta otrzymała miano "Drogi Żelaznej", a to dzięki jej wykorzystywaniu w XIX wieku do transportu surowców do kuźnickiej huty. Szlak w wielu miejscach przecina Biały Potok, co w połączeniu z ogromnymi skalnymi ścianami, zamykającymi dolinę to z lewej, to z prawej strony, sprawia, że jest jednym z najpiękniejszych zakątków naszych Tatr. Z przyczyn ściśle związanych z kondycją płci pięknej, zmuszeni byliśmy zawrócić w połowie drogi, jednakże po kilku dniach udało nam się zdobyć Czerwoną Przełęcz (1303m) oraz pobliską Sarnią Skałę (1377m), stanowiących uwieńczenie spaceru doliną.
Były to pierwsze "poważne" osiągnięcia trekkingowe naszej "tatrzańskiej kariery". Jak podaje przewodnik Józefa Nyki, nazwa ostatniego szczytu pochodzi od pewnej grupy skałek, kojarzącej się ponoć z rogami jeleni. Widok z Sarniej Skały jest dla niedzielnych gości czymś niezwykłym i zaskakującym. Tuż obok, chciałoby się powiedzieć - na wyciagnięcie ręki, ogromny Giewont, który widziany od strony północnej, kojarzy się bardziej z pionowa ścianą, aniżeli ze śpiącym rycerzem, odstraszając śmiałków swym chłodem i niedostępnością. Przy dobrej pogodzie można bez lornetki dostrzec ludzi na owym szczycie, a jeżeli już takową posiadamy, warto skierować za jej pośrednictwem swój wzrok na Zakopane i całe Podhale, widziane stad w całej swej okazałości. Właśnie w takim momencie następuje przełom w życiu turysty. Albo złapie bakcyla i od tej pory wciąż będzie o górach myślał, albo też czym prędzej zejdzie do miasta w poszukiwaniu pożywienia i rozrywek chmielowo-muzycznych, narzekając całą drogę na brak chodnika. Oczywiście istnieje cały szereg postaw pośrednich, są ludzie z chęciami, lecz bez kondycji, są też tacy, którzy kochają południe naszego kraju jedynie przez tydzień lub dwa w roku.
Na nieszczęście dla Tatr, z roku na rok nasilają się wizyty całych chmar tzw. turystów pamiątkowych. Chcąc prawdopodobnie pozostać w pamięci potomnych niszczą, depczą, śmiecą i rysują gdzie popadnie, zabierając z kolei ze sobą dużo chronionych i rzadkich okazów fauny i flory. Chociaż są większością, szczęśliwie rzadko opuszczają granice miasta i łatwiejszych dolinek.
Przez większą część pobytu zdani byliśmy z Piotrem tylko na siebie. Mając wciąż w pamięci zimny i ponury kształt Giewontu, decydowaliśmy się raczej na wycieczki po okolicznych wzgórzach i wsiach, jak również poznawaliśmy powoli samo Zakopane. Myślę, że nie zdawaliśmy sobie wtedy jeszcze sprawy, jak wspaniałą rzeczą są wysokogórskie wędrówki. Ale o tym w swoim czasie. Najpierw wspięliśmy się na Antałówkę, niepozorne wzgórze w południowo-wschodniej części miasta, które potem stało się naszą bazą wypadową i miejscem medytacji przez wiele lat. Wzniesienie w całości porośnięte trawą, a od Zakopanego oddzielone wąskim paskiem lasu, ma nieco poniżej 1000 metrów n.p.m. Z jego szczytu rozlega się przepiękna panorama Tatr, której ustępuje jedynie widok z Gubałówki. Ileż to razy, wylegując się w popołudniowym słońcu po całodziennej, męczącej wyprawie wpatrywaliśmy się z mapą w główną grań, starając się rozszyfrować już poznane szczyty. Sarnia Skała, Giewont, Kasprowy, Nosal, Krokiew - mogliśmy już je wskazywać z zamkniętymi oczami. Ileż razy w oślepiającej jasności poranka, z plecakami na plecach wypatrywaliśmy celu dzisiejszej wyprawy, ileż gwiazd ujrzało nas leżących na zboczu z koniczyną w ustach... W późniejszych latach, właśnie na Antałówce zaznaczałem pomarańczowym mazakiem dopiero co przebyte szlaki i drogi, przegryzając od czasu do czasu resztki suchego chleba, popitego wodą mineralną. Przeważnie sam...
Innym razem, zupełnie nieświadomie, udaliśmy się szlakiem im. Jana Kasprowicza wprost do poświęconego mu muzeum na Harendzie. W typowo góralskiej chacie zgromadzono wiele, często bardzo cennych dzieł, tego poety, który w przepięknym stylu opisywał góry ("Melodia mgieł nocnych"). Za wstęp płaci się symboliczną kwotę. Sądzę, że każdy z odrobinę choć humanistyczną duszą powinien to miejsce odwiedzić. Z Harendy, skracając sobie nieco szlak "dobiliśmy" na skos od znaków czerwonych, udając się za nimi do mekki niedzielnego turysty - "kompleksu leżakowo-pizzowego" na Gubałówce. Jest to rozległy i łagodny grzbiet o wysokości w najwyższym punkcie 1123m, ograniczający Zakopane od północy. Na wzgórze dojechać można w ciągu 10 minut kolejką, zbudowaną na rok przed II wojną światową. Pełno tu dzieci, opalających się zimą i latem mam, można tu smacznie zjeść i pooglądać góry. Relaks gwarantowany. Najkrótsza droga piesza wiedzie stad do miasta szlakiem czarnym, z którego zresztą nie omieszkaliśmy skorzystać. Podstawowy błąd, jaki popełnia każdy nieuświadomiony turysta, to kojarzenie koloru szlaku ze stopniem jego trudności. Nic bardziej mylnego. Pamiętam, że schodząc z Gubałówki byliśmy bardzo dumni z łatwości, z jaką nam przychodziło pokonywanie tej drogi, podczas gdy w tym samym czasie helikoptery GOPR'u ratowały z opresji traperów z Orlej Perci (notabene - szlak czerwony).
Prawdopodobnie podczas pierwszego pobytu w Tatrach po raz pierwszy odwiedziłem Kasprowy Wierch (1955m) oraz nasz pierwszy dwutysięcznik Beskid (2012m). Poznaliśmy wówczas dwie, sympatyczne dziewczyny z Bochni, co bez wątpienia wpłynęło na częstsze niż dotąd odwiedziny pubów i barów. Z Kaśką zaś, i z Martą widzieliśmy się przeważnie raz dziennie na basenie COS'u. Basen ten szczególnie lubię odwiedzać na jesieni i w zimię, gdyż poprzez ogromną, szklaną ścianę można pływając, oglądać dumny i okryty mgłą Giewont. Samopoczucie po wyjściu z basenu jest tym lepsze, im większy wysiłek podjęty był kilka lub kilkanaście godzin wcześniej. Jeżeli jest się smutnym, albo zmęczonym, stanowi on wyśmienite i niezawodne lekarstwo.
A poza, tym właśnie po pływaniu ma się najlepsze sny... Innym basenem, odwiedzanym przeze mnie równie często jest zbiornik cieplicowy na zboczu Antałówki. Czynny od wiosny do jesieni, stanowi nie lada atrakcję dla chętnych wody, świeżego powietrza, słońca i widoku gór na raz. Ja najczęściej, chcąc uniknąć tłumów, pływam tam wcześnie rano lub późnym popołudniem. To naprawdę niesamowite, że można w bardzo chłodne wieczory, pływając na plecach oglądać wschód księżyca, a potem wygrzać się pod gorącymi kaskadami, przypłacając to jedynie przelotnym "katarkiem" na drugi dzień. Pływanie stało się stałym punktem naszych pobytów w Tatrach.
Słów jeszcze kilka o ulicy Krupówki. Prawda jest taka, że od samego początku odnosiliśmy się z wrogością do wszelkich przejawów cywilizacji w górach.. Nie korzystaliśmy z taksówek, ani autobusów, nie chodziliśmy do dyskotek, ani knajp, zapuszczając się jedynie do miasta, w celach poznawczo-konsumpcyjnych. Dlatego tez ulica Krupówki nie cieszyła się u nas zbytnią sympatią. Przynajmniej na początku...
Będąc zarówno fizycznym, jak i społecznie uznanym centrum Podhala, skupia w sobie wszystkie rodzaje sklepów, barów, restauracji, pubów, dyskotek, bilardów itp. Można tu kupić przeróżne pamiątki, zamówić sobie karykaturę, albo też zapalić trawkę z najbliższym harekrishną. Pełno tu ciekawych książek i map, oryginalnych pocztówek oraz albumów. Ulica ta ma jedną dziwna cechę. Jakkolwiekby ktoś się starał, nigdy nie uda mu się jej opuścić z taką sama kwota pieniędzy, z jaka wyruszył z kwatery. Wieczorami zbiera się tu tłumna mieszanina ludzi z różnych grup społecznych, w celach towarzysko-kacowych, dla których góry różnią się od morza jedynie zawartością soli w wodzie. Spotkać jednak na Krupówkach można także prawdziwych taterników i ludzi gór, którzy wpadają na nie od czasu do czasu uzupełnić swe zapasy lub po prostu chcąc się zabawić.
Już w kilka miesięcy po powrocie z Zakopanego, pojawiły się pierwsze objawy tęsknoty za górami. Za oknem trwała wciąż smutna i deszczowa jesień. Coraz częściej można było usłyszeć bębnienie deszczu o parapet, a drzewa uparcie sprzeciwiały się wiatrom i szumiąc złowrogo odgrażały się za utracone liście. Świat dookoła stawał się coraz bardziej brązowy, miejscami szary i brzydki, gdzie indziej znów pełen żółtego i pomarańczowego ciepła, które zdawało się zachęcać do dłuższych spacerów na świeżym powietrzu. Wieczorami zaś, było coraz więcej czasu na myślenie i wspomnienia.
Pamiętam, jak sprzeczałem się ze znajomą o to, czy góry piękniejsze są zimą, czy latem. Było tam jednak więcej przekory, niż zdrowego rozsądku, bo kto jest w stanie wartościować rzeczy, których nigdy jeszcze nie widział lub nie przeżył. Wydawało mi się, że zima oznacza jedynie nieznośny mróz i niesłychanie krótkie dni, zasłaniając wszystko co piękne niską powałą wiecznych chmur i mgieł. Sama w sobie - owszem - jest porą bardzo oryginalną, pełną śniegu i lodu, błyszczącą w słońcu, jak żadna inna, ale w konfrontacji z latem wypadała wówczas w moich ocenach o wiele gorzej. Dopiero góry pokazały mi, jak bardzo się mylę.
Z końcem semestru szkolnego roku 1994-tego rozpoczęły się intensywne rozmyślania o feriach. Nagromadzone wspomnienia niesamowitych wrażeń, pozostałe w naszych duszach po wakacyjnym pobycie na Podhalu dały wreszcie znać o sobie, w postaci szybkiej i jednogłośnej decyzji o wyjeździe. Oprócz składu stałego, to jest mnie i Piotra, pojechać zdecydowały się także moje siostra i kuzynka.
Tym razem, pomny na doświadczenia letniej podróży autokarowej, wybrałem jako środek komunikacji pociąg ekspresowy, który pokonywał 444 kilometrowa trasę o wiele szybciej niż jakikolwiek autobus, oferując przy tym bardzo komfortowe warunki. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że jazda pociągiem, kojarząc się być może z wakacjami i przygodą, sprawiała mi zawsze niebywałą wprost przyjemność, zwłaszcza kiedy odbywała się nocą. Wpatrywanie się w czarną czeluść poprzez uchylone okno pędzącego składu, obserwacja tajemniczych fioletowych świateł, pojawiających się raz po raz przy torach, stukot kół, a także niesamowity zapach iskrzącego żelaza i smoły, nie pozwalały ani na chwilę zasnąć, wzbudzając we mnie nadmiar aktywności i zainteresowania. Oczywiście z czasem, oswojony już zupełnie z jazdą pociągiem, przestałem na nią zwracać uwagę, jednakże pamięć pozostała, przejawiając się przyjemnym "dreszczykiem", w momencie podstawiania składu na docelowy peron.
Kuzynka dosiadła się na Dworcu Centralnym, co nie było wcale takie łatwe, biorąc pod uwagę ilość nart i ekwipunku sportowego, wypełniającego po brzegi przedziały. Prawie cała podróż spędziliśmy w "Warsie", ciągle rozmawiając i oglądając coraz to nowe krajobrazy.
Zakopane przywitało nas typowo zimową pogodą. Wszystko wokół pokrywała gruba warstwa śniegu, który wciąż sypał i sypał do tego stopnia, że trudno było dojrzeć jakiekolwiek domy po przeciwnej stronie ulicy. Wysiadając z pociągu poczułem coś podobnego, jak za pierwszym razem, prawdopodobnie za przyczyna owej śnieżycy. Zgodnie z tradycją wyszło nam na przeciw wiele "business-gaździn", krzyczących na przemian: "Kwatyrki ni trzyba?", "Sukocie pokoiku?" itp. Ponieważ byliśmy dość pewni siebie, odpowiadając bardziej lub mniej uprzejmie, udaliśmy się wprost na znaną już ulicę Jagiellońską i dalej w górę, aż do jej końca, gdzie skręcając w prawo, doszliśmy wschodnim zboczem Antałówki na dziedziniec pensjonatu "TATRY". Jest to dość daleka i męcząca droga (biorąc pod uwagę ciężar plecaków), dlatego też dziewczyny, cokolwiek zziajane, kategorycznie oświadczyły, że dalej nie idą. Nie zastanawiając się długo, po krótkiej i rzeczowej wymianie argumentów, wśród których przeważały celne rzuty śniegiem, zostawiliśmy plecaki pod opieką dziewczyn i ruszyliśmy na szczyt wzgórza, w kierunku Pardołówki, spodziewając się znaleźć tam jakieś spanie. Czy był to zwykły przypadek, czy też los tak właśnie chciał, będąc już na szczycie dostrzegliśmy zjawisko, znane nam do tej pory jedynie z programów sportowych w telewizji, a mianowicie mnóstwo ludzi zjeżdżających na nartach. Jednomyślnie zeszliśmy na dół i od razu, bez ogródek, zaczęliśmy negocjować ceny i warunki wypożyczania nart oraz nauki jazdy. Byliśmy bardzo poruszeni tym nowym odkryciem, okazało się bowiem, że kilka pierwszych lekcji oraz parę dni samodzielnych zjazdów jest w naszym zasięgu i to zarówno fizycznym, jak i finansowym. Godzina lekcji wraz z wypożyczeniem sprzętu kosztowała, w zależności od liczby uczestników, w okolicach 100 tysięcy zł. Omawiając z podnieceniem szczegóły przystąpiliśmy do najgorszego to jest szukania kwater. Prawda jest taka, że w czasie ferii zimowych, znaleźć spanie bez rezerwacji to nie lada sztuka, dlatego też chodziliśmy od domu do domu dość długo. W końcu udało się. Był to duży, czteroosobowy (o dwójkach nie było mowy) pokój przy ulicy Na Antałówkę, tuż u wylotu ulicy Antałówka, wiodącej ze szczytu o tej samej nazwie. Ceny były wysokie, ale warunki dobre, położenie też. Po zapłaceniu zaliczki wróciliśmy po dziewczyny, które stojąc ponad godzinę w śniegu, zmarzły co nieco i już razem, przez las udaliśmy się na kwaterę. Na dworze robiło się coraz ciemniej i ciemniej...
Następny dzień przeznaczyliśmy na aklimatyzację. Rano wybraliśmy się na spacer w kierunku skoczni na zboczach Krokwi. Powietrze było mroźne i orzeźwiające, a co najważniejsze, bardzo czyste. Oczywiście, mając w pamięci ładny widok na miasto, który mieliśmy okazję oglądać stąd po raz pierwszy latem, postanowiliśmy zdobyć skocznię ponownie. Fachowo określa się to jako "wejście zimowe". Niestety całe Podhale pokryte było tego dnia mgłami, dlatego nie dojrzeliśmy zbyt wiele. Jednakże w miarę szybkie wejście i zejście było doskonałym sprawdzianem kondycji i okazją do nałykania się tlenu, a poza tym dostarczyło mi wiele satysfakcji, gdyż czułem się jak stary górski przewodnik, przy zupełnie nieświadomych siostrach. Dalsza część dnia upłynęła nam na wałęsaniu się po mieście, ze szczególnym naciskiem na ulicę Krupówki.
Dzień drugi za to przyniósł wspaniałą, słoneczna pogodę. Wszystko wokół iskrzyło się i mieniło niczym ogromne pole brylantów, napełniając świat radością i optymizmem. Słońce grzało dość mocno, jednak temperatura była zdecydowanie ujemna. Wybraliśmy się tym razem do Doliny Białego, gdzie mnóstwo było spacerowiczów, zwłaszcza w jej dolnych partiach. Tym razem udało się nam dojść razem aż do Czerwonej Przełęczy. Mając w zasięgu 100 metrów Sarnią Skałę, nie mogliśmy oprzeć się pokusie ponownego jej zdobycia. Mam tu na myśli siebie i Piotra, gdyż ze strony dziewczyn padło zdecydowane weto. Widok ze szczytu był zdecydowanie inny niż latem. Mogliśmy dostrzec o wiele więcej, prawdopodobnie za przyczyną krystalicznego powietrza i słonecznej aury. Oczywiście nie podziwialiśmy krajobrazu sami, oprócz nas było tam jeszcze kilka osób, które z ciekawością wsłuchiwały się w nasz dialog z dziewczynami leżącymi na przełęczy. 0 dziwo głos, potęgowany przez echo, docierał bez problemu w obie strony, pozwalając na swobodną rozmowę ze znacznej przecież odległości. Powrót z Sarniej Skały odbywał się w tempie zdecydowanie przyspieszonym, systemem zjazdów po śliskim śniegu na plecakach. Wrażenia doprawdy niezapomniane, tym bardziej, ze pod koniec trasy byliśmy już całkiem mokrzy. Wieczór upłynął nam na suszeniu, jedzeniu i grze w karty na zapałki. Tej nocy spaliśmy twardo...
Kolejny dzień - ze zrozumiałych względów - spędziliśmy na leniuchowaniu i regeneracji sił. Rano spanie, potem Krupówki, a wieczorem dobra muzyka w pubie, w którym zresztą spotkałem przypadkiem dwie koleżanki z liceum. Ze względu na brak jakiegokolwiek motywu górskiego, szczegółowe opisy pominę. Następnym punktem na bieżąco tworzonego programu była wyprawa do Morskiego Oka, miejsca odwiedzanego chyba najczęściej w Tatrach Polskich. Zachęcił nas do tego Piotr, który znał to miejsce z opowiadań swoich braci, a zrobił to w sposób najwyraźniej przekonujący, bo nikt się nie sprzeciwił. Wstaliśmy tego dnia wcześnie rano i po szybkim śniadaniu poszliśmy wprost do dworca PKS, skąd odjeżdżają lokalne autobusy i busy we wszystkie atrakcyjne miejsca Tatr. Jazda w kierunku Łysej Polany odbywa się po długiej i krętej szosie, obfitując przy tym we wspaniałe widoki ogromnych tatrzańskich szczytów, które pozwalają zapomnieć o niewygodzie podróży (autobusy w sezonie bywają bardzo zatłoczone). Spacer Doliną Białki, a następnie Rybiego Potoku trwa około dwóch lub trzech godzin. Oprócz zapierających dech w piersiach nowicjuszy widoków, duże wrażenie robi wodospad Wodogrzmoty Mickiewicza, jeden z mniejszych spośród trzech na Potoku Roztoka. Dolina Rybiego Potoku zamknięta jest od zachodu granią Opalonego, a od wschodu Siedmioma Granatami, w dole słychać szum Rybiego Potoku, wypływającego z Morskiego Oka. Samo jezioro przywitało nas przenikliwym i mroźnym wichrem, całe skute lodem niczym się nie różniło od otaczających go zboczy. Potężne Mięguszowieckie Szczyty, Rysy, Cubryna i Mnich wyglądały bardzo groźnie, odstraszając turystów od dalszej drogi. Pokrzepiliśmy się gorącą herbatą w schronisku, poczym każdy poszedł w swoją stronę. Ania zdecydowała się wrócić konnymi saniami, kuzynka pieszo, a ja z Piotrem poszliśmy jeszcze obejrzeć Czarny Staw pod Rysami, leżący na wysokości 1680 m. n.p.m. Widok stamtąd w zimę należy chyba do najstraszniejszych i najbardziej przygnębiających, jakie do tej pory widziałem. Potężne, czarne olbrzymy, opadające na dół stromymi ścianami lub kamienistymi piarżyskami nie napawały zbytnim optymizmem, tym bardziej, że zaczynało się już ściemniać. Nie przeszkodziło to nam jednak w zasmakowaniu śniegu po kolana, który przykrywał zielony szlak, prowadzący w kierunku Mięguszowieckiej Przełęczy pod Chłopkiem. Kiedy wróciliśmy do schroniska, było już ciemno.. a nas czekała jeszcze długa droga do Zakopanego. Postanowiliśmy zatem, w ramach programu poprawy kondycji fizycznej, pokonać blisko dziewięciokilometrową odległość biegiem. Atmosfera na ceprostradzie (tak niektórzy zwykli nazywać drogę na Morskie Oko i dalej chodnik na Szpiglasową Przełęcz) była co najmniej świąteczna. Mnóstwo ludzi wracało z pochodniami, śpiewając i krzycząc wniebogłosy, co na pewno nie podobało się tatrzańskim zwierzętom, o ile w ogóle jakieś tam jeszcze były. Na dole okazało się, że uciekł nam ostatni autobus i tylko przypadek uratował nas od nocowania w zaspie. Kierowca luksusowego autokaru, wiozącego włoską kolonię do miasta, zgodził się nas podwieźć. Na kwaterę wróciliśmy bardzo późno, około godziny 23:00. Dziewczyny były tym bardzo zdenerwowane, czemu się zresztą wcale nie dziwię.
W kolejnym dniu, tym razem sami, poszliśmy na Kasprowy Wierch (I-sze wejście zimowe). Pogoda nam sprzyjała, czasu mieliśmy wiele, dlatego nie spieszyliśmy się zbytnio, nie traktując tej wyprawy jako wyczyn, czy coś w tym rodzaju. Bardzo ciepłe promienie słoneczne zachęciły nas do zatrzymania się na jakiś czas w Kuźnicach i opalania twarzy. Była to doskonała okazja, aby zgodnie z tradycją podyskutować chwilę nad sensem budowy kolejki linowej na Kasprowy. W tej materii mieliśmy wtedy podobne opinie, które sprowadzały się do pogardy dla wszystkich ludzi, którzy korzystając z udogodnień cywilizacji, bezmyślnie "gwałcili" góry. Było to podejście bardzo konserwatywne, ale zawierało w sobie sporo racji. Osoba, która wjechała na szczyt kolejka, zamiast, okupując to znacznym wysiłkiem, wspiąć się nań szlakiem, wydawała się nam zupełnie pozbawiona litości dla gór, nastawiona jedynie na zadeptanie szczytu i konsumpcję frytek na wysokości dwóch tysięcy metrów. Nie braliśmy wtedy pod uwagę ani osób starszych czy inwalidów, którzy ledwo dochodzili do Kuźnic, ani narciarzy, dla których zjazdy z wyższych partii gór stanowiły pasję życiową. Taki a nie inny punkt naszego widzenia, spowodowany był prawdopodobnie brakiem funduszy na kolejkę oraz zerowymi umiejętnościami jazdy na nartach. Jednak dla przyrody tatrzańskiej stanowił on wartość bez wątpienia pozytywną. Dziś, z perspektywy czasu, moje poglądy na ten temat nieco się zmieniły. Poczułem, jak niesamowitą frajdę może sprawiać jazda na nartach, a także stałem się bardziej liberalny wobec osób, które z różnych przyczyn, nie mogą o własnych siłach wspiąć się na żaden szczyt. Generalnie, budowa kolejki była moim zdaniem wielkim błędem, jednakże skoro już jest, wykorzystywanie jej powinno być ściśle ograniczone. Należałoby wprowadzić pewne limity, jak na przykład:
rozkład jazdy powinien zawierać co najwyżej trzy kursy w górę i tyleż samo w dół
w sezonie letnim z kolejki korzystać mogłyby jedynie osoby powyżej 50 lat oraz ludzie z jakimikolwiek ubytkami zdrowia, uniemożliwiającymi im samodzielne wejście plus jedna ewentualna osoba towarzysząca
w sezonie zimowym ilość kursów powinna odpowiadać popytowi zgłaszanemu przez narciarzy (z pierwszeństwem osób wyżej wymienionych), przy czym sezon narciarski powinien być systematycznie skracany
w przyszłości powinno się dążyć do stopniowej likwidacji kolejki.
Te i podobne propozycje nie są oczywiście doskonałe, ale stanowią ważny element na drodze ku przywracaniu Tatrom ich pierwotnego wyglądu. Nie dotyczą tylko samej kolejki, ale także większości szlaków. Np. likwidacja ceprostrady, czy wydawanie pozwoleń na strzelanie z posolonego śrutu do ludzi, pozostawiających po sobie jakiekolwiek papierki, puszki i inne śmieci lub podpisujących się na skalnych ścianach i zabytkowych chatach - a prym w tej dziedzinie wiodą nasi południowi sąsiedzi, z natury bardziej rygorystyczni od nas (wystarczy porównać ilości szlaków po obu stronach granicy).
(...)
Na Kasprowy Wierch (1987m.) weszliśmy i zeszliśmy pieszo ...
Jak już wspomniałem, w czasie drugiego pobytu w Tatrach mieliśmy po raz pierwszy w życiu okazję oglądania zjazdów narciarskich na żywo. Co więcej - dzięki uporowi i oszczędzaniu na czym tylko się dało - wielokrotnie wkładaliśmy ciężkie narciarskie buty, by za kilka chwil zjechać z dużą prędkością ze stromego stoku na sam dół. Oczywiście początkowo zjechanie do końca przy zachowaniu postawy poprawnego narciarza, czy też w ogóle postawy stojącej, było niesłychanie trudne. Przeważnie pierwsza kończyła trasę lewa lub prawa narta, następnie z łoskotem staczał się na dół człowiek (ja lub Piotr), wreszcie dołączały do kompletu kijki, wyprzedzane czasami przez drugą nartę. Cóż - takie właśnie bywają początki. Jednakże już po paru dniach umieliśmy na tyle dużo, by przez kilka dobrych godzin nie wywrócić się, a nawet wprowadzać do jazdy nowe techniki. Narciarstwem byliśmy
doprawdy zafascynowani, jak prawdziwi zawodowcy przynosiliśmy sprzęt na kwaterę, stawiając go w miarę na widoku, czyściliśmy ze śniegu, woskowaliśmy, by zmierzyć się ze stokiem już następnego dnia.
Przyszedł wreszcie czas by zacząć korzystać z wyciągu. Jest to jedna z trudniejszych rzeczy, jakie musi opanować początkujący, wymaga wcześniejszego przygotowania i jako takiej wprawy. My musieliśmy jednak pójść na skróty, a to z dwóch powodów: po pierwsze - ciągłe podchodzenie pod stok w niewygodnych butach i z nartami na plecach wykańczało człowieka doszczętnie, po drugie - nie mieliśmy już funduszy, by technikę tą opanować na kursie. Właśnie dlatego postanowiliśmy któregoś dnia skorzystać z wyciągu orczykowego. Pamiętam, że bardzo się bałem tego "pierwszego razu", zresztą całkiem słusznie, bo niestety nie dane nam było wjechać od razu na sam szczyt. Piotr wywrócił się w około trzech czwartych wysokości wyciągu, ja za to już w połowie. Ledwo udało nam się uniknąć poturbowania przez narciarzy jadących z tyłu, w dodatku pogubiliśmy sprzęt, dlatego cokolwiek niechętnie odnosiłem się do dalszych prób. Jednakże za namową kolegi, odważyliśmy się podjechać ponownie, tym razem bez szwanku. Od tej pory nie musieliśmy już więcej mozolnie wspinać się pod górę, dzięki czemu jazda na nartach stała się jeszcze bardziej przyjemna.
Odkąd "rozjeździliśmy się" na dobre, w góry już raczej nie chodziliśmy. Zdarzały się co prawda niedługie spacery po mieście i do Kuźnic, a także wieczorne degustacje piwa i oczywiście karty na zapałki. Pod koniec pobytu wybraliśmy się jeszcze na Nosal, niezły punkt widokowy między Rondem a Kuźnicami. Ten niewielki szczyt (1206m) był i jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w pobliżu miasta. Prowadzi tam zielony szlak, który zaczyna się w połowie drogi do Kuźnic i po osiągnięciu grani stacza się łagodnie na dół, ku samej osadzie. W czasie naszej wycieczki pogoda była tak piękna, że w środku zimy rozebraliśmy się do podkoszulek i opalaliśmy przez dłuższy czas w pobliżu szczytu, wsłuchując się w najpiękniejszą muzykę - ciszę gór...
Powrót do domu odbywał się w warunkach tragicznych, jeden pociąg pospieszny na setki ludzi, powracających z ferii do Warszawy - to, że udało nam się zająć miejsca w przedziale, było istnym łutem szczęścia lub też nadzwyczajna łaską Opatrzności - jak kto woli. Wspomnę tylko, że od tamtej pory opanowałem technikę wsiadania do pociągu drzwiami alternatywnymi, czyli... oknem.