Eee tam - google w tym wypadku niepotrzebne, zbliżony obrazek jest w każdym podręczniku szkolnym z historii. Oczywiście sprawdzić warto bo tych obiektów minojskich jest kilka.
Grecja, Bułgaria, może Serbia lub Kosowo - tam są takie cerkiewki. Rumunia raczej nie, tam są raczej wyższe. Kosowo nie, bo zbyt dobrze wygląda, czyżby Neseber w Bułgarii, tam jest ich tyle, że trudno zapamiętać. Gdyby tak trochę szerszy plan.
Pałac czarnego orła jest prawdopodobnie najbardziej niecodziennym budynkiem w Oradei. Projektantami byli Marcel Komor i Dezso Jakab. Na dole znajduje się pasaż handlowy, a na piętrach mieszkania, hotel i dwa teatry. Jest to całkowicie przeszklone przejście pomiędzy budynkami w kształcie litery Y, do którego prowadzą trzy wejścia.
Witraż czarnego orła został wykonany przez firmę K. Neumana w 1909 roku.
Niektórzy sądzą, że Kompleks Czarnego Orła jest mniejszą wersją Gallerii Vittorio Emanuele II w Milanie we Włoszech.
Piekielna Oradea!
Jechałem z córką na południe, głęboki socjalizm. W dwa samochody, z znajomymi. Przejechaliśmy granicę w Piwnicznej. W Preszowie zatrzymaliśmy się na chwilę coś tam kupić. Kolega ruszył pierwszy, mnie ktoś zablokował. Nie przejąłem się, mieliśmy ustaloną trasę, na pewno spotkamy się na przejściu na Miskolc, zresztą może czeka za miastem. Nie czekał, pojechałem, granica, wieczór, trzeba pójść spać, w Miskolcu jest camping. Tylko trzeba mieć forinty. Idę stanąć w kolejce do punktu wymiany tzw. bonów tranzytowych na pieniądze (na każdy kraj są inne). Soję dwie godziny, jest koło 21-ej, Węgierka zamyka kasę i dość bezczelnie mówi, że dzisiaj się już jej nie chce "waszych gównianych złotówek na forinty wymieniać". No fajnie, wieczór, ani forinta w kieszeni. Ktoś opowiada, że w Miskolczu na campingu jest punkt wymiany czynny całą dobę. Ok, jedziemy. Miskolcz, ulewa, żywej duszy, diabli wiedzą gdzie ten camping, trudno, jadę dalej, Debreczen i za chwilę Oradea - przejście graniczne. Szybka odprawa, rumun celnik zachlany, żołnierz chyba też. Jest punkt wymiany walut, czynny. No i znowu gówno. Na kraj docelowy nie wydawano bonów tranzytowych tylko Bony wymiany walut, dla Bułgarii i Rumunii jest to wspólny bon. W punkcie wymiany na granicy nie wymieniają na te bony a tylko na te tranzytowe. Chała. Jest godzina 2-a w nocy, kolejny kraj a ja w dalszym ciągu bez tamtejszych pieniędzy. Camping tuż obok ale nie dla nas, na kredyt nie chcą, rozkładam siedzenia i spać. Budzę się cały połamany, brudny, nieogolony i głodny. Do Oradei do banku. Owszem, ładne miasteczko ale ja jestem zbyt głodny. Bank, dwie godziny czekania. Wreszcie kasa w ręku, lecimy do jakiejś knajpki się najeść i do auta by w drogę. Za Oradeą tankuje pierwszy raz w życiu benzynę 98 octan, w Polsce takiej nie było, moja Skoda nabiera dziwnej mocy i ciągnie pod górę na czwartym biegu aż miło popatrzeć. Koło 17-ej mam wszystkiego dosyć i za miasteczkiem Alba Julia (rzymskie korzenie) zajeżdżam na camping. Są domki, nie trzeba namiotu rozbijać. No i prysznic. Tiaaa, idę do umywalni aby stwierdzić że na podłodze jest z 10 centymetrów wody z pływającymi gównami. Nie szkodzi, coś mnie tknęło i zabrałem kalosze - czy ktoś z Was brał kiedykolwiek prysznic w kaloszach? Na pewno nie, nie ma to jak socjalizm i Rumunia pod rządami Słońca Karpat.
PS.
Kolega się znalazł, na stacji benzynowej pod Mangalią
Ostatnio zmieniony sob 19 lip, 2008 przez Janek, łącznie zmieniany 1 raz.