"Cisza" - film

Także o noclegach, mapach, pogodzie, literaturze...
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

Szarotka pisze: nalewkę z borówek
czy to coś a'la jagodzianka na kościach ? :think: :P
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Awatar użytkownika
Lukas

-#6
Posty: 2585
Rejestracja: pt 04 maja, 2007
Lokalizacja: Dębica

Post autor: Lukas »

Krzymul a ja miałem studiować w Lublinie - uff dobrze, że się rozmyśliłem jak tam takie trunki na podorędziu :)
Upadek nie jest klęską. Nisko zawieszona poprzeczka — i owszem

http://picasaweb.google.co.uk/llukasziola
http://drytooling.com.pl - serwis wspinaczki mikstowej, alpinizmu, himalaizmu
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

Lukas pisze:uff dobrze, że się rozmyśliłem jak tam takie trunki na podorędziu
źle, że się rozmyśliłeś u nas doskonała wódka z Polmosu Palikota, a te trunki to mniemam wszędzie na podorędziu i to na najniższych półkach.
A tak serio to KubaR napisał coś o nalewce na borówkach, w niektórych rejonach borówka = czarna jagoda, a wiesz jak wygląda i jaki ma kolor spiryt zabarwiony sokiem z jagód ?..... dokładnie jak denaturat.
Smaku już nie potrafię porównać... :)) :)) :)) , gdyż takich specyfików nie pijam, oczywiście "dykte" mam na myśli. :P
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Awatar użytkownika
Lukas

-#6
Posty: 2585
Rejestracja: pt 04 maja, 2007
Lokalizacja: Dębica

Post autor: Lukas »

no u mnie borówka to czarna jagoda :P tak wiem jaki to kolor ;)
Upadek nie jest klęską. Nisko zawieszona poprzeczka — i owszem

http://picasaweb.google.co.uk/llukasziola
http://drytooling.com.pl - serwis wspinaczki mikstowej, alpinizmu, himalaizmu
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

Denaturacik pyszności trunek. Oczywiście tylko dla prawdziwych "znawców". Ale, że KubaR? No coż, jak to mawia prezes - stoczył się biedak... Ja też zresztą, ja jednak preferuję "odekołon". A jak wy się staczacie?
Jestem gorszego sortu...
Awatar użytkownika
Asik

-#6
Posty: 1714
Rejestracja: wt 07 wrz, 2004

Post autor: Asik »

Ktoś napisał że trochę za mało było w tym filmie o nauczycielu i tym co się z nim działo. Znalazłam taki artykuł.
Polityka - nr 14 (2498) z dnia 2005-04-09; s. 91-93
Społeczeństwo / Ludzie / Góry i dół

Marcin Kołodziejczyk
Człowiek z lawiny

Teraz Mirosław Szumny, nauczyciel geografii, myśli krótkodystansowo. Teraz Himalaje to droga z Osiedla A do liceum, cały dzień nauczania o Ziemi i powrót do schroniska dom. Świat Szumnego stał się powolny, ma wielkość miasta Tychy.

Dwa lata temu plany podboju szczytów i mało znanych ziem przepadły na zawsze w lawinie pod Rysami wraz z ośmiorgiem młodych ludzi z kierowanej przez nauczyciela wyprawy. Przepadały dalej w szpitalu, na cmentarzu, na sali sądowej i w proszkach uspokajających. Żaden dumny Mont Blanc ani tajemnicza Laponia, tylko małe mieszkanie po ojcu na górniczo-hutniczym Osiedlu A w Tychach, gdzie z fresków na ścianach bloków patrzą kobiety z kilofami w rękach, a nocami śpiewają bezrobotni.

Mirosław Szumny przejeździł dwa lata do sądu w Katowicach na własny proces, w tym cały rok 50 urodzin. Groziło mu 8 lat więzienia. W marcu 2005 r. dostał rok w zawieszeniu.

Tatry, niedziela

Jeśli mowa o wychowaniu młodzieży, wycieczki po to są. Znika bariera szkolna. Każdy ma głos w dyskusji, byle merytorycznie. Wiąże się komuś but. Poprawia się plecak. Ustawia przysłonę w aparacie fotograficznym. Bezpośredniość. Czas leci błyskawicznie. Niezauważalnie.

Same młode chłopaki i dziewczyny. Licealiści i studenci. Muszą iść sprawdzić się z tymi górami. I pierwszego dnia idzie grupa z Tych na Rysy i wraca. Jest herbata w schronisku Morskie Oko i opowieści. Tylko Radek pękł. Lazł i gadał, że wytrzymuje. A pół godziny przed szczytem mówi, że koniec. To profesor Szumny na to, że wszyscy mają wracać. Nie ma zostawania. Chłopaki się denerwują, bo szczyt już widać. Energia ich rozpiera. Szumny mówi do Mirka: ty się lepiej, chłopie, wypisz ze szkoły, bo cię zabiją. Normalnie masz przerąbane. Albo, mówi, wiesz co? Tu jest głaz, zostajesz tu. Dostajesz termos, kanapki, karimatę. Siedzisz na dupie i czekasz, tak? Mirka się zabiera idąc z powrotem i wraca się bezpiecznie.

Profesor Szumny wspina się ponad 30 lat. Prowadzi w liceum klub górski PION. Pisuje do prasy fachowej: „Geografii w szkole”, „Świata nauki”, „Wiedzy i Życia”, „Kwartalnika Pedagogicznego”. Na przykład jak prowadzić wyprawy górskie. W tym wyprawy na Rysy. Był na Mont Blanc wielokrotnie. Zatrudnił się jako przewodnik, żeby poznać górę. Był na Matterhornie i w Himalajach na siedmiotysięczniku. Znał Kukuczkę i Czoka, obaj nie żyją. Góry ich zawołały. Profesor mówi, że śmierć jest w góry wpisana. I, mówi, słuchajcie ludzie, jakby się coś stało, to jest już koniec wszystkiego.

Tatry, poniedziałek

Pogoda nie jest wymarzona, mówi profesor. Ale ci z wczoraj byli i wrócili. Jest chęć, żeby druga grupa też weszła. Wszyscy wiedzą, po co jechali z Tych do Morskiego Oka. Dwoje opiekunów zostaje w schronisku. Dawny uczeń profesora i jego dziewczyna, studenci geografii. Mają pilnować wczorajszej grupy. Szumny idzie na Rysy znowu, bo – mówi – on za wszystko odpowiada. Musi być tam, gdzie niebezpieczniej.

Wszystko ma wyliczone. Wie, w jakim tempie iść, żeby się zmieścić w czasie. Wymarsz o 7.00. Na Stawie koło 8.00. Potem, o 11.00, na Rysie. Za 30 minut na Grzędzie. Śniegu jest mało, chociaż w nocy dopadało. Człowiek się zapada do łydek. Zawsze, mówi profesor, trzeba się liczyć, że będzie niebezpieczeństwo. Zawsze trzeba iść z taką myślą. Dopiero jak się jest na Czarnym Stawie z powrotem, można powiedzieć: luz.

No i się zaczęło. Nic nie było widać. Coś profesora Szumnego tknęło. Obraca się i kątem oka widzi, jak tam pęka śnieg, urywa się i zaczyna zjeżdżać. Jeszcze krzyczy, że lawina. Ale to się już przewraca na ludzi. Trwa ułamki sekund i jest cisza. To się urywa na wysokości trzech metrów. Jakby zabrali dywan spod nóg. Zostaje tylko czterech. Profesor mówi, no to złazimy. I tak sobie myśli: taka lawinka, coś się urwało, to się rozłoży na cały kocioł i nic wielkiego nie będzie. Zobaczymy, co się stało. Ale nagle się okazało, że to jest do gruntu i tam jest lód. Wnuczek dyrektorki liceum jedzie w dół, nogi mu się plączą. Ma czekan, wbija go w lód. Nic nie skutkuje. Miał nie wbijać, tylko rzucić się całym ciałem. R. – blady, zestresowany. Też zaczyna zjeżdżać. Chłopisko wielkie, kondycja jak byk, a psychicznie klapa. Znika. Zostaje profesor i Michał. Wolno dochodzą do kotła. Wnuczek dyrektorki siedzi na kamieniu, ma rozciętą głowę. R. nic się nie stało, tylko głupio gada ze stresu. Wnuczek jest rzeczowy, ma to po dyrektorce. Mówi, niech się pan profesor nie przejmuje, idziemy na dół. Trzeba wziąć R. na hol. Schodzą.

Profesor Szumny wychyla się zza skały i staje. Wszystko zasypane aż do stawów. To jest tak ogromne, że nie ma szans. Profesor wie, że zdarzył się koniec wszystkiego.

Tatry, koniec

Profesor wypada na lawinisko. Mówi: szukamy. Są już toprowcy. Odkopują Luizę, po śladzie znajdują Przemka. Reanimują go. Profesor dalej szuka. R. i wnuczek dyrektorki jadą do szpitala, bo wszystko z nich psychicznie spłynęło, żadnego pożytku z nich nie ma. Przybiegają ze schroniska ludzie i znajdują Andrzeja, bo jakaś rękawiczka wystaje. Jest połamany, to znaczy wygląda normalnie, tylko w środku wszystko popękało. Toprowcy się wtedy orientują, że to już po wszystkim, że nikt tu nie jest potrzebny oprócz nich, lawina zeszła aż do Morskiego Oka. Profesora chcą do szpitala, ale mówi, że przecież ma tu ludzi pod opieką, chce, żeby go wysadzili przy schronisku, bo inaczej zejdzie sam. Znika euforia, czas powolnieje, naturalna reakcja organizmu na stres. W schronisku są już dziennikarze.

Tychy, zwolnienie

W mieszkaniu na Osiedlu A w Tychach wszystkie ściany zastawione są półkami pełnymi książek, jest pusto, w ciszy słychać było zegarek.

Mirosław Szumny przespał pierwszą noc w schronisku, wszyscy ocaleni ułożyli się spać w jednym pokoju. Kierowniczka Morskiego Oka odbierała telefony od rodziców, dzwonili jedni po drugich, bo ile mogło być wycieczek z Tych na Rysach? W końcu przyszła powiedzieć, że dłużej już odbierać nie będzie. Przy telefonie usiadł profesor Szumny, z wieloma rodzicami jest na ty, Tychy to małe miasto, z ojcem Przemka siedzieli w jednej ławce, Przemek przypominał Szumnemu kolegę. Teraz Przemek leżał w szpitalu w Zakopanem w stanie krytycznym. Ale toprowcy nie pozwalali profesorowi identyfikować ludzi, więc powiedział, że to Szymek jest w szpitalu. Rodzice Szymka pojechali na OIOM i zobaczywszy Przemka zdali sobie sprawę, że ich syn jest pod śniegiem. Było słychać, jak Szumny cicho mówił do słuchawki do kolejnego ojca: Janusz, ja nie wiem, co ci powiedzieć, minęło już kilka godzin, raczej niedobrze, wiesz? Profesor zadzwonił do żony, była z córkami na nartach, też kochała góry, poznali się w klubie wspinaczkowym. Żona pobiegła włączyć telewizor, narzekała, że od rana miała złe przeczucia i bolało ją całe ciało. Zabronił jej przyjeżdżać, trudno, powiedział, będziesz to musiała sama przerobić. Rano, kiedy zjeżdżał autobusem w dół do Zakopanego, mijał autokar z rodzicami jadący do Morskiego Oka. Bał się tego spotkania, ale kiedy w końcu do niego doszło, nikt nie krzyczał, nikt go nie obwiniał oprócz ojca, który stracił na Rysach dwóch synów. Ojciec mówił, że chce poznać ostatnie chwile życia dzieci.

Dla kogoś, kto wrócił z otwartych, górskich przestrzeni, Osiedle A jest klaustrofobiczne. Szumny krążył po pustym mieszkaniu. Telewizja bardzo szybko podała, że prawdopodobnie ciała zasypanych w lawinie uczniów wydobędzie się dopiero wiosną.

Do profesora przyjechała pani psycholog i siostra ze szwagrem. Mirosław Szumny wziął dziewięć miesięcy zwolnienia lekarskiego.

Tychy, gospodyni

Bardzo dobry z niego nauczyciel, mówią uczniowie z liceum, nie czepia się, ale jest konsekwentny. Każdą nową klasę witał słowami: ja wam tu poględzę o geografii, a uczyć się musicie sami. Wolał pokazywać świat, o którym uczył, niż wymagać, by go sobie wyobrażali albo wkuwali bez zrozumienia. Pracoholik, mówiła żona profesora, a kiedy znajdziesz czas dla domu i rodziny? Szkoła była jego środowiskiem naturalnym.

Teraz krążył po mieszkaniu i po Osiedlu A jak napiętnowany. Znali go tam od dziecka, więc nikt nigdy nie powiedział złego słowa, współczuli, dopytywali. Wiedzieli, że się wspina, a polar i goreteksowa kurtka to jego druga skóra. Tylko młodzi dresiarze krzyczeli za nim, ale, mówi profesor, to normalne na robotniczych osiedlach pełnych bezrobotnych. Stał się jeszcze bardziej introwertyczny niż zwykle. W sądzie powiedział, że wszyscy zmarli uczniowie żyją w nim, że widzi ich codziennie. Justynę z pierwszej ławki i Artura, który się spóźniał. Bystrego Szymka. Ewę marzycielkę i Justynę, która ożywała na ścianie wspinaczkowej w klubie PION. Zaczął się bać o swoje córki. Kiedy jedna z nich wpadła pod samochód, jechał do szpitala myśląc: to by wyszło na zero. Osuwał się w sobie. Marek Lesiak, adwokat Szumnego, chcąc nie chcąc musiał być też psychoterapeutą. Profesor najczęściej zadawał pytania podstawowe, na przykład: Co teraz, panie mecenasie? Brał proszki uspokajające i chodził do psychologa. Żona i córki wychodziły do pracy i szkoły, a Szumny zostawał sam w domu. Czytał książki.

Uratował go szczeniak foksterier – prezent od byłych uczniów, którym dawno temu opowiadał, że miał takiego psa jako młody chłopak. Dzięki foksterierowi dzień profesora odzyskiwał sens, wszystko znów dawało się zaplanować co do minuty, jak wejście na Rysy. Pobudka o 5.00, spacer, kąpiel, golenie, wyjście po świeże bułki na śniadanie dla córek, fartuszek, obiad – normalne zajęcia gospodyni domowej.

Wreszcie psycholog powiedział: pan musi wrócić do pracy, bo to się źle skończy, taka bezczynność. To samo postulował adwokat, jako że praca pozwala sądowi zupełnie inaczej człowieka postrzegać.

Tychy, szkoła

Dyrektorka liceum z góry zapowiedziała: panie Mirku, ale żadnego wychowawstwa, żadnych wycieczek, żadnej opieki. Mógł szukać pracy w innej szkole, ale mówi, że nie zamierzał się chować pod dywan, czyli tchórzyć. Mama nauczyła go stawać twarzą w twarz z kłopotami. Poza tym, gdyby zmienił szkołę, straciłby wiarygodność wśród uczniów, a na to pozwolić sobie nie mógł. Przez pierwsze tygodnie wcale nie rozmawiał z kolegami w pokoju nauczycielskim, przychodził, wieszał kurtkę, uczył, zakładał kurtkę i szedł do domu. Zawsze pieszo.

Więc pierwszego dnia szkoły wstał jak zwykle rano, wyprowadził psa, zrobił śniadanie i poszedł z Osiedla A do liceum w parku w centrum Tych. W korytarzu minął tablicę upamiętniającą zasypanych w lawinie uczniów, wszedł do klasy Ic, a tam na dawnym miejscu zmarłej Justyny siedziała jego córka. W klasie IIIc uczyła się Luiza, maturzystka, jedyna ocalała ze śniegu. Uśmiechnęli się do siebie smutno i nigdy o Rysach nie rozmawiali. I tak wiedzą więcej niż inni. Luiza będzie zdawać na architekturę, odejdzie w świat, a w liceum zostanie już tylko jeden człowiek z lawiny i tablica, która będzie mu zawsze o tym przypominać.

Mirosław Szumny doszedł do wniosku, że przeżył lawinę w jakimś celu, musi służyć ludziom, wychowywać młodzież, czuje się potrzebny. W końcu, mówi, też jest człowiekiem z lawiny, też ryzykował przyszłość swojej rodziny, bo gdyby został zasypany, kto utrzymywałby jego żonę i córki? Podobna moralna dwoistość wkrada się w myślenie o wyroku sądowym. Jeśli sąd nie uznał, że lawinę spowodował Szumny, to nie ma sensu także przypisywanie mu winy za skutek. Jeśli profesor nie będzie apelował, wkroczy rzecznik dyscyplinarny z kuratorium i odsunie go od wykonywania zawodu. W końcu nauczyciel jest skazany na rok w zawieszeniu. To oznacza tarapaty finansowe rodziny. Z drugiej strony, gdyby apelował, ludzie mogą pomyśleć: co temu Szumnemu odbiło? Przy tak niskim wyroku jeszcze czegoś żąda.

Ale jak odbiorą to rodzice? – pyta profesor Szumny. Jak odbierze to społeczność, szkoła? Skutek może być gorszy niż zysk. Co, jeśli ludzie go wyklną, odwrócą się od niego? Przecież nie działa w próżni, Tychy to małe miasto. Sytuacja jest tak trudna jak na początku, mówi Szumny. Wyrok mu niczego nie rozwiązał.

Tatry, poniedziałek

Mirosław Szumny, nauczyciel geografii z Tych, nie ma urazu do gór, ale od dwóch lat ich nie zdobywa. W przedświąteczny poniedziałek pojechał do Zakopanego na zaproszenie byłych uczniów, teraz studentów. Chłopcy pojechali na Kasprowy do obserwatorium, profesor został na dole. Pogoda piękna, góry błyszczały w słońcu, profesor spacerował i myślał: stary chłop żyje, a młodych nie ma, smutek został.

Profesor nie zdobywa gór, bo nie lubi po nich chodzić sam. Na przykład poszedł z byłymi uczniami do Murowańca, patrzy, a tam siedzi jakiś facet, zupełnie sam, sam sobie kroi kromeczki, robi herbatę – smutne, żałosne, przybijające.


Marcin Kołodziejczyk
Sadowski mówi o tym co zabrakło w filmie-o wątpliwościach Szumnego i chęci wycofu, uczniowie go przekonali zeby iść dalej:
http://www.youtube.com/watch?v=KREKqFup ... re=related


http://www.youtube.com/watch?v=XXKZgyBm ... re=related
skałojeb do zaspiarza - "ja rzygnę, ale na Everest wejdę, ale Ty za ch... VI.4 nie zrobisz
Gabriel

-#4
Posty: 277
Rejestracja: wt 18 gru, 2007
Lokalizacja: Tarnów

Post autor: Gabriel »

Wnuczek dyrektorki liceum jedzie w dół, nogi mu się plączą. Ma czekan, wbija go w lód. Nic nie skutkuje. Miał nie wbijać, tylko rzucić się całym ciałem. R. – blady, zestresowany. Też zaczyna zjeżdżać. Chłopisko wielkie, kondycja jak byk, a psychicznie klapa. Znika. Zostaje profesor i Michał. Wolno dochodzą do kotła. Wnuczek dyrektorki siedzi na kamieniu, ma rozciętą głowę. R. nic się nie stało, tylko głupio gada ze stresu. Wnuczek jest rzeczowy, ma to po dyrektorce. Mówi, niech się pan profesor nie przejmuje, idziemy na dół. Trzeba wziąć R. na hol. Schodz

TO JEST prawdziwa wersja wydarzeń. Szkoda że w filmie nie przedstawiono jej w stu procentach.

Znam tego "wnuczka", chłopak mojej koleżanki.
Warunki były bardzo złe, dużo świeżego śniegu, ludzie szli w bardzo dużych odstępach, dziewczyny zostawały na końcu nie dając rady..
Z tego co mówił, zaufanie i szacunek jakim wszyscy darzyli nauczyciela, było bezgraniczne. To był dla nich BÓG, nieomylny i wszystkowiedzący.. z osób którzy go znali nikt go nie oskarżał /rada pedagogiczna, niektórzy rodzice, uczniowie, on do końca był wybielany i wspierany przez ludzi którzy z nim współpracowali/, wielu rodziców nie chciało procesu i ostro się temu sprzeciwiano, uczniowie za wystarczający 'bonus' uznali chodzenie średnio raz w tygodniu na niekończące się pogrzeby.. raczej winny był topr który zostawił 2..

Więcej nie pamiętam, a nie chcę opowiadać głupot, rozmowa odbyła się już jakiś czas temu..

Pozdrawiam!
Gabriel
Awatar użytkownika
andy67

-#8
Posty: 9509
Rejestracja: sob 20 maja, 2006
Lokalizacja: Gdańsk

Post autor: andy67 »

Szarotka pisze:Kiedyś w Alpach zapytałam- dlaczego nie pójdziemy po prostu pooglądać świstaków, szarotek, zrobić zwykłej trasy turystycznej. Usłyszałam wtedy, że w Alpy jeździ się zdobywać 4tysięczniki a nie latać za świstakami. Do dziś to pamiętam i do dziś się z tym nie zgadzam. Często mam wrażenie, że brakuje nam świadomych wyborów, że jak te baranki na postronkach dajemy się ponieść fali zapotrzebowania na 'honorne' szczyty
Coś w tym jest - ale do pewnych spraw trzeba dorosnąć. Dla mnie ważniejsze jest że w ogóle jestem "w górach" niż to czy akurat wejdę tam czy tu.

Wyobraźmy sobie zresztą że ów nauczyciel rzuciłby hasło "pojedziemy sobie zimą w Tatry połazić po dolinkach, tak bez ryzyka żeby się rodzice nie martwili". Już widzę ten entuzjazm jego podopiecznych że będą się mogli pochwalić iż byli zimą w Chochołowskiej ;)

A Rysy ? No Rysy to co innego.
Każdemu jego Everest...
świster

-#6
Posty: 1981
Rejestracja: śr 05 mar, 2008

Post autor: świster »

andy67 pisze:
Szarotka pisze:Kiedyś w Alpach zapytałam- dlaczego nie pójdziemy po prostu pooglądać świstaków, szarotek, zrobić zwykłej trasy turystycznej. Usłyszałam wtedy, że w Alpy jeździ się zdobywać 4tysięczniki a nie latać za świstakami. Do dziś to pamiętam i do dziś się z tym nie zgadzam. Często mam wrażenie, że brakuje nam świadomych wyborów, że jak te baranki na postronkach dajemy się ponieść fali zapotrzebowania na 'honorne' szczyty
Coś w tym jest - ale do pewnych spraw trzeba dorosnąć. Dla mnie ważniejsze jest że w ogóle jestem "w górach" niż to czy akurat wejdę tam czy tu.
Ja się też zgadzam z przedpiścami. Ważne, aby być w górach.
Sam często sobie ustalam przejścia bezszczytowe - odwiedzenie jakiejś fajnej dolinki czy przekroczenie kilku grani (przełęczami). A gdy cel jest mniej znany, mniej popularny tym bardziej atrakcyjny :)
Gabriel pisze: raczej winny był topr który zostawił 2..
A mógłbyś rozwinąć tę myśl?
Ostatnio zmieniony sob 30 paź, 2010 przez świster, łącznie zmieniany 1 raz.
Awatar użytkownika
Basia Z.

-#7
Posty: 4974
Rejestracja: sob 11 lis, 2006
Kontakt:

Post autor: Basia Z. »

andy67 pisze:
Szarotka pisze:Kiedyś w Alpach zapytałam- dlaczego nie pójdziemy po prostu pooglądać świstaków, szarotek, zrobić zwykłej trasy turystycznej. Usłyszałam wtedy, że w Alpy jeździ się zdobywać 4tysięczniki a nie latać za świstakami. Do dziś to pamiętam i do dziś się z tym nie zgadzam. Często mam wrażenie, że brakuje nam świadomych wyborów, że jak te baranki na postronkach dajemy się ponieść fali zapotrzebowania na 'honorne' szczyty
Coś w tym jest - ale do pewnych spraw trzeba dorosnąć.
Ciekawe że to niektórym przechodzi w wieku mniej więcej 14 lat (jak np. moim synom) a niektórym zostaje do starości.

Ja też to uważam za dojrzałość.

Chociaż ... sama na Czywczyn weszłam mimo fatalnej pogody i mimo tego, że obiektywnie należałoby zawrócić, dlatego że byłam tylko 300 m w pionie od szczytu i dlatego, ze nie wiem kiedy bym tam dotarła po raz kolejny (a to bardzo daleko).

Tak już kilku lat "chodziła" za mną ta góra i zależało mi na niej i głupio było się wycofywać 300 m od szczytu.

(tyle że nie groziło to wtedy żadnym bezpośrednim niebezpieczeństwem, a tylko totalnym zamoknięciem oraz dotarciem na nocleg o północy, co też i się stało)

B.
Awatar użytkownika
Basia Z.

-#7
Posty: 4974
Rejestracja: sob 11 lis, 2006
Kontakt:

Post autor: Basia Z. »

Gabriel pisze: Z tego co mówił, zaufanie i szacunek jakim wszyscy darzyli nauczyciela, było bezgraniczne. To był dla nich BÓG, nieomylny i wszystkowiedzący.. z osób którzy go znali nikt go nie oskarżał /rada pedagogiczna, niektórzy rodzice, uczniowie, on do końca był wybielany i wspierany przez ludzi którzy z nim współpracowali/, wielu rodziców nie chciało procesu i ostro się temu sprzeciwiano, uczniowie za wystarczający 'bonus' uznali chodzenie średnio raz w tygodniu na niekończące się pogrzeby.. raczej winny był topr który zostawił 2..
Już pisałam, że miałam okazję przegadać parę godzin z Mamą ocalałej dziewczyny.
Mówiła to samo.
Wszyscy rodzice nie mając sami doświadczenia górskiego, mieli jednocześnie ogromne zaufanie do nauczyciela.

B.
Awatar użytkownika
Asik

-#6
Posty: 1714
Rejestracja: wt 07 wrz, 2004

Post autor: Asik »

Basia Z. pisze:Ciekawe że to niektórym przechodzi w wieku mniej więcej 14 lat (jak np. moim synom) .
Zapomniałaś o jednym Basiu-ludzie zaczynają swoją przygodę z górami w różnym wieku więc i ta mądrość przychodzi w różnym wieku.
skałojeb do zaspiarza - "ja rzygnę, ale na Everest wejdę, ale Ty za ch... VI.4 nie zrobisz
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

świster pisze:Gabriel napisał(a):
raczej winny był topr który zostawił 2..
A mógłbyś rozwinąć tę myśl?
Tak jak rozumiem to Gabriel cytował swego rozmówcę a nie prezentował swój pogląd.

Tak w kwestii tego zaufania rodziców do nauczyciela - wyrażanego już po sprawie - swego czasu pewien psycholog, z którym rozmawiałem na ten temat sformułował taki pogląd - Rodzic X wyraził zgodę swemu synowi na wyjazd, specjalnie się nad tym nie zastanawiał, nie znał gór i przyjął, że jeśli organizuje to szkoła i w dodatku nauczyciel Y, o którym syn odzywał się z niezwykłą atencją, to znaczy sprawa jest czysta i bezpieczna. Stało się co się stało - rodzic X zrozumiał, że popełnił błąd, zaczyna zarzucać sobie, że swoją lekkomyślnie i bez rozeznania wydaną zgodą stał się przyczyną śmierci syna. Nie jest to stan komfortowy, wiec rodzic X zaczyna szukać dla siebie wewnętrzne alibi. Jakie moż być? Ano tylko takie, że przecież wyprawę prowadził nauczyciel Y, genialny taternik, ukochany przez uczniów, postać wręcz świetlana a zatem on miał prawo, wręcz nie miał innego wyjścia - musiał się zgodzić. A zatem należy podczas procesu poprzeć nauczyciela Y, tłumiąc w ten sposób swoje wyrzuty sumienia. Jak się bardzo czegoś chce, to zaczyna się w to wierzyć, mimo, że na początku po wypadku miało się wątpliwości.

To oczywiście hipoteza, ale dość dobrze uzasadniona. Oczywiście, że ma to charakter sekty, której guru staje się nauczyciel Y, teraz niesłusznie oskarżony, poniżany, zwalczany - trzeba go poprzeć.

PS.
Czy my to przypadkiem nie znamy z zupełnie innej opowieści?
Jestem gorszego sortu...
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

Janek pisze:Czy my to przypadkiem nie znamy z zupełnie innej opowieści?
Nie ;)
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Awatar użytkownika
mefistofeles

-#10
Posty: 17204
Rejestracja: pt 25 cze, 2004
Lokalizacja: Inowrocław
Kontakt:

Post autor: mefistofeles »

Basia Z. pisze:Nie masz racji - wolności nie było również wtedy, bo przepisy były mniej więcej takie same jak dziś.

Było ogólne przyzwolenie na łamanie tych przepisów
o to mi właśnie chodziło - że o ile te przepisy były łamane "z głową" to nic się złego nie działo.

Przerobiłęm na własnej skórze charyzmatycznego nauczyciela. Ja jestem na to odporny, choć przyjaźnimy się do dziś, ale gdy miałem inne zdanie od niego waliłem mu to w twarz. Ale dla kilku kolegów był niczym Bóg - powiedziałby - idziemy zimą na Rysy - poszliby. Na szczęscie nie powiedział, bo doświadczenie górskie miał wówczas mizerne, w sam raz na Karkonosze, ale do Tatr do dziś czuje respekt. Tymniemniej 2 lata przed Rysami przeczołgał nas po Karkonoszach (rzecz jasna latem), bez przewodnika i to było coś co wielu z nas zaraziło pasją do gór, lub - jak u mnie- dało impuls do jej rozwoju. I dlatego pisałem, że Szumny nadużył tamtej wolności jaką dawało traktowanie przepisów z przymrużeniem oka. Poszedłby na te Rysy latem - nikt by się go nie czepiał. A teraz nauczycielktóy chciałby zarazić uczniów górami jest praktycznie bez szans. Bo z przewodnikiem to co innego już.
Jeśli się boisz, już jesteś niewolnikiem!
Grzegorz Braun
Awatar użytkownika
andy67

-#8
Posty: 9509
Rejestracja: sob 20 maja, 2006
Lokalizacja: Gdańsk

Post autor: andy67 »

Basia Z. pisze: Chociaż ... sama na Czywczyn weszłam mimo fatalnej pogody i mimo tego, że obiektywnie należałoby zawrócić, dlatego że byłam tylko 300 m w pionie od szczytu i dlatego, ze nie wiem kiedy bym tam dotarła po raz kolejny (a to bardzo daleko).

Tak już kilku lat "chodziła" za mną ta góra i zależało mi na niej i głupio było się wycofywać 300 m od szczytu.

(tyle że nie groziło to wtedy żadnym bezpośrednim niebezpieczeństwem, a tylko totalnym zamoknięciem oraz dotarciem na nocleg o północy, co też i się stało)

B.
No właśnie - nieco inną jest sytuacja jeśli jesteśmy gdzieś dalej, gdy nie wiadomo czy (i kiedy) będzie okazja pojechać tam jeszcze raz. Wówczas można zrozumieć jakby większą chęć do podejmowania ryzyka.

W Tatrach właściwie nie mam takiego parcia - jeżeli gdzieś się ładuję w kłopoty idąc np. w kiepską pogodę to nie dlatego że "muszę" tylko że po prostu kiepska pogoda generalnie mnie nie odstrasza - nie mam tu jednak na myśli zimy. Nie wiem co byłoby w Alpach czy innych Himalajach. Być może zapchałbym się gdzieś beznadziejnie bo przecież "teraz albo nigdy" ;)
Każdemu jego Everest...
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

andy67 pisze:No właśnie - nieco inną jest sytuacja jeśli jesteśmy gdzieś dalej, gdy nie wiadomo czy (i kiedy) będzie okazja pojechać tam jeszcze raz. Wówczas można zrozumieć jakby większą chęć do podejmowania ryzyka.
Odległość nie jest usprawiedliwieniem chęci podejmowania ryzyka, a tak w ogóle to bez ryzyka nie da się żyć, ale jeżeli już takowe podejmujemy to narażajmy na nie tylko samych siebie.
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Awatar użytkownika
andy67

-#8
Posty: 9509
Rejestracja: sob 20 maja, 2006
Lokalizacja: Gdańsk

Post autor: andy67 »

krzymul pisze:
andy67 pisze:No właśnie - nieco inną jest sytuacja jeśli jesteśmy gdzieś dalej, gdy nie wiadomo czy (i kiedy) będzie okazja pojechać tam jeszcze raz. Wówczas można zrozumieć jakby większą chęć do podejmowania ryzyka.
Odległość nie jest usprawiedliwieniem chęci podejmowania ryzyka
Nie ?

Czym innym jest decyzja o wycofie spod Rysów gdy zostało te przysłowiowe 300 metrów, a czym innym - np. spod Everestu.

Na Rysy możemy uderzyć za tydzień, miesiąc, rok. A na Everest drugiej okazji może nie być. I po prostu nie wiem jak bym się zachował w wątpliwej sytuacji będąc blisko szczytu tegoż Everestu.
Każdemu jego Everest...
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

krzymul pisze:bez ryzyka nie da się żyć, ale jeżeli już takowe podejmujemy to narażajmy na nie tylko samych siebie.
Sęk w tym, że to niemożliwe. Bo nie jesteśmy sami - są rodzice, bracia, siostry, dzieci, narzeczone, dziewczyny itd Nas szlag trafi, dla nas to już będzie obojętne, ale oni zostaną z tym naszym wypadkiem, z pytaniami dlaczego, czy można było tego uniknąć, czasami - czyja to wina? Oczywiście czas zaciera, można się z tym pogodzić. To ta tytułow "Cisza". Ale nie łudźmy się, nie ma ciszy bo został ból. A ból zawsze krzyczy. I nad tym się zastanówmy ruszając w góry! Jak to dobrze, że ja już mam to poza sobą.

andy67 napisał(a):
Czym innym jest decyzja o wycofie spod Rysów gdy zostało te przysłowiowe 300 metrów, a czym innym - np. spod Everestu.

Na Rysy możemy uderzyć za tydzień, miesiąc, rok. A na Everest drugiej okazji może nie być. I po prostu nie wiem jak bym się zachował w wątpliwej sytuacji będąc blisko szczytu tegoż Everestu
.


Żeby tylko Everest! Wystarczą Alpy czy Dolomity, obojętnie, byle za euro. I wtedy najczęściej do głosu dochodzi "Pani Głupota".
Ostatnio zmieniony sob 30 paź, 2010 przez Janek, łącznie zmieniany 1 raz.
Jestem gorszego sortu...
Awatar użytkownika
andy67

-#8
Posty: 9509
Rejestracja: sob 20 maja, 2006
Lokalizacja: Gdańsk

Post autor: andy67 »

Janek pisze:
Żeby tylko Everest! Wystarczą Alpy czy Dolomity, obojętnie, byle za euro. I wtedy najczęściej do głosu dochodzi "Pani Głupota".
Janek - w tej chwili wyjazd w Dolomity czy Alpy nie jest wiele droższy niż w Tatry.
Himalaje to zupełnie inna półka cenowa a i czasu trzeba dużo więcej.
Ten Everest to oczywiście przykładowy bo najbardziej wymowny. Niczym Rysy u nas a Mont Blanc w Alpach - każdy je zna.
Każdemu jego Everest...
ODPOWIEDZ