Samotność w górach...
Eeech, rozrzewniłam się czytając Wasze posty...Dzięki Kaśka za odgrzebanie tego tematu,ja go jakoś przeoczyłam.Cóż nowego dodać w tym temacie? Hmm,znam wycieczki po Taterkach w grupie, w parach i znam samotne wyjazdy.Z moich doświadczeń wynika,że grupy powyżej 4 osób na dłuższą metę mogą się niesprawdzać(jeśli w planach było wspólne wędrowanie),pary są jak najbardziej oki, natomiast z samotnymi wyjazdami to jest różnie.Jak do tej pory to zawsze udało mi się poznać kogoś na 2-3 dzień pobytu i wędrowaliśmy już razem.Faktem jest,że najgorasze są samotne wieczorki na prywatnej kwaterze(schroniskowych klimatów jeszcze nie znam),ale to też zależy z jakim nastawieniem przyjechało się w góry-czasem człowiek jedzie po to właśnie, aby w samotności przemyśleć pewne sprawy i coś sobie poukładać.W tym roku miałam okazję doświadczyć jak to jest spędzić pobyt z osobą poznaną przez internet i to poznaną na 2 dni przed wyjazdem(Asik było mi bardzo miło(właśnie przeczytałam,że skończyłaś pisać pracę-zuch kobita :))Nie lubię natomiast gdy zbliża się termin powrotu,zawsze dłuuugo oglądam się na Giewont w dniu wyjazdu i już tęsknię.Podsumowując,myślę ,że najfajniejsze są wyjazdy w parach z dopuszczeniem integracji z osobami na szlaku
Jest coś pięknego w tym,że własne szczęście można dzielić na szlaku z kochaną osobą i to jeszcze taką u której widzisz ten sam błysk w oku co u siebie- gdy mowa o górach.Taaaak, no i się rozmarzyłam-ale to wina tak wczesnej pory pisania postu hehe
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
Miałaś szczęście, ze poznałaś miłą osobę, z którą bardzo dobrze wędrowało Ci się po górach. Niestety, jak tak takiego szczęścia nie miałam. Napisałaś, że rozrzewniłaś się czytając te maile, wiesz one tchną trochę takim sentymentalizmem- góry, ktoś obok Ciebie i czy jeszcze potrzeba więcej do szczęścia ....
Ja uwielbiam wędrować samotnie. Oczywiście wspólne pokonywanie szlaku ma również swoje uroki, lecz tylko w samotności można nawiązać taki kontakt z naturą, poczuć się częścią gór, iść gdzie się chce, własnym tempem bez oglądania się na nikogo... Nie powiem jednak, że niezwykle przyjemne jest, gdy po powrocie do prywatnej kwatery czeka na mnie ktoś bliski, z którym mogę podzielić się przeżyciami.
Wspólne miejsce noclegu, a osobne trasy - taki model wyjazdu odpowiada mi najbardziej.
PS. Wczoraj mogłem oglądać szczyty ukochanych Tatr z najwyższego szczytu Pienińskiego Pasa Skałkowego
, czyli Wysokiej (integralna, choć wg Nyki nieprawidłowa nazwa - Wysokie Skałki). Za serce chwytał widok lekko ośnieżonych (może to był lód??
) szczytów Łomnicy, Durnego, Baraniego, Lodowego... a nieco dalej i Sławkowskiego. Widoczność była wręcz rewelacyjna, więc w pełni mogłem nacieszyć oko. Wspaniale prezentował się masyw Wołoszynu i znajdujących się na pierwszym planie Tatry Bielskie. Dodam również i niezapomniane wrażenie robił widok Babiej Góry, której wierzchołek wystawał ponad chmurami.
Po zdobyciu szczytu udałem się granią Małych Pienin ku Szczawnicy cały czas mogąc obserwować wyżej opisany fragment Tatr z coraz to innej perspektywy.
Wspaniała trasa!
Wspólne miejsce noclegu, a osobne trasy - taki model wyjazdu odpowiada mi najbardziej.
PS. Wczoraj mogłem oglądać szczyty ukochanych Tatr z najwyższego szczytu Pienińskiego Pasa Skałkowego
Po zdobyciu szczytu udałem się granią Małych Pienin ku Szczawnicy cały czas mogąc obserwować wyżej opisany fragment Tatr z coraz to innej perspektywy.
Wspaniała trasa!
Dużo chodziłem pod górach samotnie (już od 13 roku życia matka mnie puszczała samego na szlaki sudeckie czy beskidzkie). Po Tatrach też (od osiemnastych urodzin). Miło jest kogoś zapoznać na szlaku i wędrować dalej razem, jeśli towarzystwo odpowiada.
Nie lubię większych grup. Preferuję chodzenie w parze, albo we trójkę.
Nigdy mi się nie zdarzył żaden poważny wypadek, ale wyobraźcie sobie co by było, gdyby człowiek był wtedy sam. Na szczęście są teraz komórki i w wielu miejscach działają.
Są w Tatrach miejsca, gdzie poza sezonem, a nawet w sezonie, nie spotyka się żywego ducha (tylko ptaki). To miłe. Ale jak pierwszy raz spałem kiedyś sam 200 m od schroniska Tery'ego, to budziłem się parokrotnie. Wyobraźnia własna jest wtedy największym wrogiem. Zresztą lepsze to niż np. spanie na schodach, ale wewnątrz schroniska, z powodu tłumu gości. A nocleg w "skoczni" w schr. w Pięciu Stawach Polskich to czysta rozkosz godna największego konesera Tatr
Ja tam wolałbym wtedy na mrozie, z niedźwiedziem pod głową 
Nie lubię większych grup. Preferuję chodzenie w parze, albo we trójkę.
Nigdy mi się nie zdarzył żaden poważny wypadek, ale wyobraźcie sobie co by było, gdyby człowiek był wtedy sam. Na szczęście są teraz komórki i w wielu miejscach działają.
Są w Tatrach miejsca, gdzie poza sezonem, a nawet w sezonie, nie spotyka się żywego ducha (tylko ptaki). To miłe. Ale jak pierwszy raz spałem kiedyś sam 200 m od schroniska Tery'ego, to budziłem się parokrotnie. Wyobraźnia własna jest wtedy największym wrogiem. Zresztą lepsze to niż np. spanie na schodach, ale wewnątrz schroniska, z powodu tłumu gości. A nocleg w "skoczni" w schr. w Pięciu Stawach Polskich to czysta rozkosz godna największego konesera Tatr
Dla mnie samotność w górach jest jak najbardziej naturalna. Unikam jak ognia "ludzkich spędów". Nie jeżdze w Tatry w lipcu, ani sierpniu, a jeśli już nie mogę wytrzymać bez Tatr, jade w Słowackie Zachodnie (w Cichej czy Raczkowej zawsze można znaleźć spokój i ciszę). Nie rozumiem też wyjazdów w grupie liczącej więcej niż 3-4 osoby. Uważam to za chore.
Kiedyś jeździłem samotnie, teraz jeżdze przeważnie z żoną. Rozumiemy się jednak doskonale, więc tym bardziej cieszymy się, że możemy razem podziwiać piękno gór.
Podobno radość dzielona we dwoje jest dwa razy większa:)
Pozdrawiam wszystkich
Kiedyś jeździłem samotnie, teraz jeżdze przeważnie z żoną. Rozumiemy się jednak doskonale, więc tym bardziej cieszymy się, że możemy razem podziwiać piękno gór.
Podobno radość dzielona we dwoje jest dwa razy większa:)
Pozdrawiam wszystkich
Lubię towrzystwo, także podczas wedrówek. Zawsze miło podzielić się z kimś wrazeniami, razem zaplanować, pogadać. Istnieje oczywiscie zasada że im więcej osób, tym wiecej wśród nich takich , których się mniej zna a tym samym wieksze prawdopodobieństwo obecności osoby nieprzygotowanej czy nieodpowiedzialnej ( i takie przygody mi się przytrafiały). Dletego tez z reguły jeżdżę z 2-4 osobami, które dość dobrze znam.
W tym roku niestety nie miałem zbyt duzych mozliwości na wyjazd. Na szczęscie we wrzesniu miałem ćwiczenia terenowe w Tatrach i grzechem było by nie zostać i nie nadrobic zaległosci.
Tegoroczny pobyt wzbogacił mnie o pewne doswiadczenie.....
......Byliśmy we dwójkę, podchodzilismy sobie mało uczęszczanym we wrzesniu szlakiem na przełęcz pod Chłopkiem, piekne widoki, pogoda wspaniała.....doszlismy do odcinka tuż przed Płaśnią za Kazalnicą...przepaściscie..sciezka wąska..chwyt..żadnych obaw.. przed nami dość krótki ale stromy górny odcinek żlebu..bardzo niewyrównany...z blokami..i wylotem kończącym się scianą...zaczeliśmy wchodzić...bloki czy tez płyty dość niewygodne i mało chwytliwe..puszczam dziewczynę przodem.. am zostaję na dole w odległości kilku metrów-tak w razie co.. po czym sam zaczynam wchodzić..w pewnej chwili coś sobie uświadomiłem..do góry wejdziemy bez problemu natomiast zejście po tych stromych płytach będzie dla niej chyba poza zasiegiem..nie była to tylko mysl..to było głebokie przekonanie..a raczej pewnosc..przeczucie....szybka decyzja z mojej strony..."uwaznie zejdź do mnie, nie idziemy dalej"...zeszlismy sobie do Bandziocha i że było dośc wczesnie, siedliśmy...siedząc na kamyku doznałem dość dziwnego uczucia...dopiero wtedy zdałem sobie sprawę ze taka decyzja wyszła z mojej strony pierwszy raz w zyciu...i nie była to decyzja przemyslana.. to było cos w rodzaju przeczucia..głebokiego przekonania..przez sekundę widziałem stojac na tej płycie jak wracamy, ja ide przodem i w pewnym momencie ona mówi mi że nie potrafi zejśc, nie da rady, a ja stoję w niewygodnej pozycji i zastanawiam się co zrobić i czuję bezsilność....fakt to mogło byc spowodowane tym że jako o wiele bardziej doświadczony czułem się odpowiedzialny az ta osobę (bardzo mi bliska zresztą).....teraz jak o tym myslę z perpektywy czasu to dalej mam sprzeczne uczucia..była ładna pogoda, dość wymagający odcinek szlaku ale dobre samopoczucie i dużo pewności..więc co się stalo że tak , w ciagu jednej sekundy zdecydowałem...obawa?, poczucie "nadodpowiedzialności" ?, przeczucie?.............do tej pory nie wiem czy mam się tego wstydzić czy miec poczucie podjęcia słusznej decyzji???
Ta banalna przygoda zmieniła troche moje podejscie do łażenia po górach....postanowiłem że od tej pory nie ma mowy o chodzeniu w towarzystwie.., łatwe odcinki owszem..ale bardziej wymagające zawsze sam......uczucie odpowiedzialności za kogoś..szczególnie w górach....to dla mnie wystarczający powód do samotnych wedrówek.......
....
.....a wy jak myslicie..może troche przesadzam???
W tym roku niestety nie miałem zbyt duzych mozliwości na wyjazd. Na szczęscie we wrzesniu miałem ćwiczenia terenowe w Tatrach i grzechem było by nie zostać i nie nadrobic zaległosci.
Tegoroczny pobyt wzbogacił mnie o pewne doswiadczenie.....
......Byliśmy we dwójkę, podchodzilismy sobie mało uczęszczanym we wrzesniu szlakiem na przełęcz pod Chłopkiem, piekne widoki, pogoda wspaniała.....doszlismy do odcinka tuż przed Płaśnią za Kazalnicą...przepaściscie..sciezka wąska..chwyt..żadnych obaw.. przed nami dość krótki ale stromy górny odcinek żlebu..bardzo niewyrównany...z blokami..i wylotem kończącym się scianą...zaczeliśmy wchodzić...bloki czy tez płyty dość niewygodne i mało chwytliwe..puszczam dziewczynę przodem.. am zostaję na dole w odległości kilku metrów-tak w razie co.. po czym sam zaczynam wchodzić..w pewnej chwili coś sobie uświadomiłem..do góry wejdziemy bez problemu natomiast zejście po tych stromych płytach będzie dla niej chyba poza zasiegiem..nie była to tylko mysl..to było głebokie przekonanie..a raczej pewnosc..przeczucie....szybka decyzja z mojej strony..."uwaznie zejdź do mnie, nie idziemy dalej"...zeszlismy sobie do Bandziocha i że było dośc wczesnie, siedliśmy...siedząc na kamyku doznałem dość dziwnego uczucia...dopiero wtedy zdałem sobie sprawę ze taka decyzja wyszła z mojej strony pierwszy raz w zyciu...i nie była to decyzja przemyslana.. to było cos w rodzaju przeczucia..głebokiego przekonania..przez sekundę widziałem stojac na tej płycie jak wracamy, ja ide przodem i w pewnym momencie ona mówi mi że nie potrafi zejśc, nie da rady, a ja stoję w niewygodnej pozycji i zastanawiam się co zrobić i czuję bezsilność....fakt to mogło byc spowodowane tym że jako o wiele bardziej doświadczony czułem się odpowiedzialny az ta osobę (bardzo mi bliska zresztą).....teraz jak o tym myslę z perpektywy czasu to dalej mam sprzeczne uczucia..była ładna pogoda, dość wymagający odcinek szlaku ale dobre samopoczucie i dużo pewności..więc co się stalo że tak , w ciagu jednej sekundy zdecydowałem...obawa?, poczucie "nadodpowiedzialności" ?, przeczucie?.............do tej pory nie wiem czy mam się tego wstydzić czy miec poczucie podjęcia słusznej decyzji???
Ta banalna przygoda zmieniła troche moje podejscie do łażenia po górach....postanowiłem że od tej pory nie ma mowy o chodzeniu w towarzystwie.., łatwe odcinki owszem..ale bardziej wymagające zawsze sam......uczucie odpowiedzialności za kogoś..szczególnie w górach....to dla mnie wystarczający powód do samotnych wedrówek.......
....
.....a wy jak myslicie..może troche przesadzam???





