Nastepny 'przewodnik'
Nastepny 'przewodnik'
Tym razem na szczescie wszystko skonczylo sie dobrze:
http://radiozet.pl/index.php?id=6009
Zastanawiam sie tylko, czy facet, ktory prowadzi ludzi na jakakolwiek wyprawe (bez wzgledu na formalny charakter swojej roli), a w razie problemow daje noge, moze spojrzec normalnie w lustro.
http://radiozet.pl/index.php?id=6009
Zastanawiam sie tylko, czy facet, ktory prowadzi ludzi na jakakolwiek wyprawe (bez wzgledu na formalny charakter swojej roli), a w razie problemow daje noge, moze spojrzec normalnie w lustro.
Marcin Lisiecki
- mefistofeles
-

- Posty: 17204
- Rejestracja: pt 25 cze, 2004
- Lokalizacja: Inowrocław
- Kontakt:
podcza kolejnej bezsennej nocy usłyszałam o tym w rmf fm...
powiem szczerze, nie wiem jak można kogoś zostawić, jeżeli jest się przedownikiem i zabiera się ludzi naprawdę wysoko

powiem szczerze, nie wiem jak można kogoś zostawić, jeżeli jest się przedownikiem i zabiera się ludzi naprawdę wysoko
może niektórzy nie miewają wyrzutów sumieniaml pisze:Zastanawiam sie tylko, czy facet, ktory prowadzi ludzi na jakakolwiek wyprawe (bez wzgledu na formalny charakter swojej roli), a w razie problemow daje noge, moze spojrzec normalnie w lustro.
Calej sytuacji nie chce oceniac, bo ani jej nie znam, ani specjalista w tym zakresie nie jestem. Zaciekawilo mnie jedynie podejscie tego faceta. Bez wzgledu na to, czy jest to przewodnik, czy tez nie. Jesli jestes normalnym czlowiekiem i zaczynasz byc liderem, to czujesz odpowiedzialnosc za ludzi, ktorzy podazaja za Toba. Ucieczka w momencie kryzysu to jak danie nogi, przez faceta, ktory idzie wieczorem z panna przez park, gdy ktos ich zaczepi.ruda pisze: powiem szczerze, nie wiem jak można kogoś zostawić, jeżeli jest się przedownikiem i zabiera się ludzi naprawdę wysoko
Rozumiem jeszcze sytuacje zwiazane z nieudzieleniem pomocy w tlumie. Ale w sytuacji, gdy wiesz, ze jestes jedyna osoba, ktora moze pomoc, olanie sprawy wiaze sie albo z jakims poteznym paralizujacym strachem, albo kompletnie zryta psycha.
Marcin Lisiecki
Z tego artykułu o Wandzie Rutkiewicz (wątek obok):
W 1992 r. bardzo chciała zdobyć Kangczendzongę. Arek Gąsienica zachorował, musiał zejść niżej. Wanda z Carlosem szli w górę i 12 maja o 3.30 nad ranem wyruszyli z ostatniego obozu na wysokości 7900 m. Carsolio był znacznie szybszy, zdobył szczyt, a schodząc, spotkał pod wieczór wyczerpaną Wandę na wysokości 8300 m. Była bez śpiwora, jedzenia i maszynki gazowej, tylko z namiotem. Nie chciała wracać, powiedziała, że przenocuje i rano wejdzie na szczyt. Jak zawsze postawiła na swoim. Nikt już jej nie widział. Być może była pierwszą kobietą, która zdobyła Kangczendzongę, ale nigdy się tego nie dowiemy.
W 1992 r. bardzo chciała zdobyć Kangczendzongę. Arek Gąsienica zachorował, musiał zejść niżej. Wanda z Carlosem szli w górę i 12 maja o 3.30 nad ranem wyruszyli z ostatniego obozu na wysokości 7900 m. Carsolio był znacznie szybszy, zdobył szczyt, a schodząc, spotkał pod wieczór wyczerpaną Wandę na wysokości 8300 m. Była bez śpiwora, jedzenia i maszynki gazowej, tylko z namiotem. Nie chciała wracać, powiedziała, że przenocuje i rano wejdzie na szczyt. Jak zawsze postawiła na swoim. Nikt już jej nie widział. Być może była pierwszą kobietą, która zdobyła Kangczendzongę, ale nigdy się tego nie dowiemy.
Jestem gorszego sortu...
juz od jakiegos czasu interesujesz sie Wanda.Janek pisze:Jak zawsze postawiła na swoim
na tyle zeby na powaznie wziac to co zacytowalem.
ciekawe czy Tobie by sie udalo przekonac Wande zeby zeszla razem z Toba. Podejrzewam ze to, ze facet ja chcial do zejscia namowic bylo dla niej dodatkowym bodzcem do tego zeby zostac.
Wiem, że to teraz nie w modzie wychodzić razem i wracać razem. Carlos był młodszy i silniejszy i popruł do góry sam. Mnie to razi, stare zasady były być może mniej efektywne ale jakby bardziej moralne. Efektywność to pojęcie z ekonomiki wytwarzania. Np. ilość wejść na Kanczenczongę w miesiącu czy roku, albo jednostkowy czas wejścia. Przy produkcji samochodów i owszem.
Jestem gorszego sortu...
Nie w modzie ?Janek pisze:Wiem, że to teraz nie w modzie wychodzić razem i wracać razem. Carlos był młodszy i silniejszy i popruł do góry sam. Mnie to razi, stare zasady były być może mniej efektywne ale jakby bardziej moralne. Efektywność to pojęcie z ekonomiki wytwarzania. Np. ilość wejść na Kanczenczongę w miesiącu czy roku, albo jednostkowy czas wejścia. Przy produkcji samochodów i owszem.
Znam jednego takiego co zrezygnował ze swojego 14 ośmiotysięcznika aby ratować partnera.
I za to go cholernie podziwiam.
Pozdrowienia
Basia
mlodszy w himalajach nie zawsze znaczy lepszy. a najczesciej wlasnie gorszy. Carsolio dobrze wiedzial ze jesli zostanie przy wandzie to na drugi dzien sam bedzie potrzebowal pomocy. i wanda nie bedzie musiala albo umiala mu jej udzielic. zreszta po co by mial zostawac? skoro nie umarla w namiocie tylko na drugi dzien z niego wyszla i byc moze nawet zdobyla szczyt to znaczy ze Carlosowi nie ma nic do zarzucenia. tu akurat pudlo janku.Janek pisze:Carlos był młodszy i silniejszy i popruł do góry sam
Mi się wydaje, że nie ma co dywagować, przecież nikogo z Was/nas tam nie było, więc nie wiemy co się stało.Manuela pisze:mlodszy w himalajach nie zawsze znaczy lepszy. a najczesciej wlasnie gorszy. Carsolio dobrze wiedzial ze jesli zostanie przy wandzie to na drugi dzien sam bedzie potrzebowal pomocy. i wanda nie bedzie musiala albo umiala mu jej udzielic. zreszta po co by mial zostawac? skoro nie umarla w namiocie tylko na drugi dzien z niego wyszla i byc moze nawet zdobyla szczyt to znaczy ze Carlosowi nie ma nic do zarzucenia. tu akurat pudlo janku.Janek pisze:Carlos był młodszy i silniejszy i popruł do góry sam
Jednak pozostawianie partnera samego w wysoko położonym obozie mi też z etycznego punktu widzenia "nie pasuje".
Sama nie byłam wyżej niż 4000 m więc nie mam o czym gadać, nie wiem co się dzieje na wysokości z psychiką człowieka, ale tym bardziej podziwiam Piotra, który zrezygnował ze szczytu aby ratować partnera (i to tylko "chwilowego").
W sumie "chwilowy" czy "stały" nie ma tu znaczenia, po prostu człowiek.
to sa dwie rozne rzeczy. do atakow szczytowych dochodza liderzy. i bardzo czesto jest to tylko pare godzin podczas ktorych taki atak jest mozliwy. dlatego czesto kazdy z nich atakuje indywidualnie. "okienka" szczytowe poszczegolnych liderow sa przesuniete w czasie o kilka, kilkanascie godzin. Carsolio schodzil, podczas gdy Wanda nabierala sil zeby wyjsc. Ja mu wierze jesli napisal ze namawial Wande do zejscia. Ale co mial zrobic, za nogi ja z namiotu wyciagnac? Wande? Przeciez to ona w porownaniu z nim byla gwiazda i najwyrazniej sprawiala wrazenie ze wie co robi skoro jednak na drugi dzien wyszla...Basia Z. pisze:Jednak pozostawianie partnera samego w wysoko położonym obozie mi też z etycznego punktu widzenia "nie pasuje".
inna sprawa ze jadac na takie wysokosci nikt nie liczy na to ze inni beda go znosic, sami ryzykujac. dlatego moze nigdy mnie tam nie ciagnelo. i dlatego gleboki poklon dla P. M. za uratowanie austriaka
Jeśli chodzi o tego przewodnika to chyba musiał być jeden z tych super gości - pseudoprzewodników co to się reklamują, że na MB wprowadza KAŻDEGO: szybko, tanio i bez problemu. Żaden szanujący sie przewodnik, bądź firma organizująca tego typu wyprawy nie mogła by sobie na coś takiego pozwolić.
Nie wspomnę tutaj już o relacjach międzyludzkich.
Nie wspomnę tutaj już o relacjach międzyludzkich.
A ja Ciebie, Basiu podziwiam, że to napisałaś.Basia Z. pisze:Nie w modzie ?
Znam jednego takiego co zrezygnował ze swojego 14 ośmiotysięcznika aby ratować partnera.
I za to go cholernie podziwiam.
No tak - ekonomika wspinania, byznesplan wyprawy. Docna fabryka samochodów.Manuela pisze:to sa dwie rozne rzeczy. do atakow szczytowych dochodza liderzy. i bardzo czesto jest to tylko pare godzin podczas ktorych taki atak jest mozliwy. dlatego czesto kazdy z nich atakuje indywidualnie. "okienka" szczytowe poszczegolnych liderow sa przesuniete w czasie o kilka, kilkanascie godzin.
Nie jestem malkontentem tylko po prostu zostałem inaczej wychowany, w innych czasach. Z punktu widzenia tej "ekonomiki" wyjście Żuławskiego z Bielem i Francuzami z Żandarmerii Górskiej na poszukiwanie Grońskiego i Jugosłowian było absolutnie bez sensu, wiadomo było, że tamci już nie mogą żyć a szukanie zwłok w aktualnych warunkach, które tam były było szukaniem igły w stogu siana. A jednak Żuławski poszedł - Somosierra czy głupota (a może to jedno i to samo).Manuela pisze:nie jest tak zle, to tylko ten malkontent janek tu miesza!
Ten facet z Mont Blancu uciekł. Dobrze, że go złapano, mam nadzieję, że mu Francuzi dopieprzą wyrok jak trza.
PS. W ubiegłym roku Marasek opisywał w Tyg. Podh. przypadek pozostawienia na Orlej Perci chłopca po raz pierwszy będącego w Tatrach przez dwóch starszych kolegów. Późnym wieczorem zadzwonili do TOPR bo gówniarz nie wrócił. Tłumaczyli się, że go zostawili bo gówniarz za wolno szedł. W tym czasie TOPR już był po chłopaczka, bo jacyś ludzie zadzwonili. Siedział w Żlebie Kulczyńskiego i nie wiedział co z sobą zrobić, głodny i zziebnięty. Wcale bym się nie zdziwił gdyby te jego koleżki po porośnięciu w piórka zaczęli za pieniądze wprowadzać na Mont Blanc a jakby coś nie wyszło to by też dawali dyla. Czym skorupka za młodu nasiąknie, poczyta i usłyszy tym później trąci. Ekonomika "zdobywania" Orlej Perci nakazywała chłopaka zostawić - przecież się wlókł i tych dwóch skurwysynków mogłoby nie dojść do Krzyżnego - tak?
Jestem gorszego sortu...
-
Filanc
Byłam świadkiem podobnego zdarzenia. Koledzy zostawili dziewczynę właśnie w okolicy Żlebu Kulczyńskiego-szlak Orlej Perci idzie później stromo w górę. Dziewczyna spanikowała i się rozpłakała. Musiała sama wrócić do schroniska. Żal mi się jej zrobiło.Janek pisze:przypadek pozostawienia na Orlej Perci chłopca po raz pierwszy będącego w Tatrach przez dwóch starszych kolegów.
Trasy powinno się dostosowywać do możliwości wszystkich uczestników, a jeśli jest jakiś problem z przejściem to trzeba pomóc tej drugiej osobie i tyle, a nie zostawiać ją samej sobie.
Można i tak.Janek pisze:Droga Koleżanko - to zakłóca ekonomikę zdobycia Krzyżnego. Ja jestem malkontent a Manuela ma oczywiście rację. Jak zwykle zresztą.
Ja opisuję zwyczaje, które panują w moim towarzystwie. Zdarzyło mi się raz, że trochę przesadziliśmy z trasami i na trzeci dzień kondycja siadła mi niesamowice. Po sześciu godzinach podejścia, do zdobycia szczytu zabrakło nam jakąś godzinkę. Nie pomogło odciążenie mnie z plecaka. Gdybym się uparła moglibyśmy robić częstę odpoczynki i wszyscy by na mnie czekali bez problemu, nikt by mnie nie zostawił. Po dłuższym namyśle zrezygnowałam i postanowiłam zaczekać na nich na przełęczy. I dobrze. Im to poszło bardzo szybko i wróciliśmy do schroniska przed wieczorem.



