29.04.2007 - Niedziela - Nosal
Po standardowych zabiegach reanimacyjnych, we wczesnych godzinach popołudniowych ruszyliśmy pieszo ze Smrekowej do ronda i dalej przez Murowanicę na Nosal. Deszcz już nie padał, ale słońca nie mieliśmy już tego dnia uświadczyć. Po zakupieniu biletu do TPN poooomaluuutku ruszyliśmy pod górę. Potencjalne widoki były skutecznie zredukowane przez wiszące, ciężkie chmury.
Nosal zaskoczył pozytywnie. Traktowaliśmy go trochę jako małą, nudną górkę, na którą takie materniki jak my wchodzą tylko kiedy muszą - dla aklimatyzacji. Ale okazało się, że ma klimat alpejski
Potem zejście do Olczyskiej, foty nad potokiem i przy szałasie, rzut oka na szlak do Gąsienicowej i szybkim krokiem do Jaszczurówki bo znów się rozpadało... Na szczęście bus nadjechał bardzo szybko.

30.04.2007 - Poniedziałek - Kończysta
Na ten dzień zaplanowaliśmy sobie Chochołowską. Od rana lampa i to dobrej firmy więc koło ósmej dzielnie tuptaliśmy doliną. Jak zwykle trasa przynajmniej na odcinku do Hucisk nieco mnie znudziła, ale był to kolejny dobry powód aby przyspieszyć. W schronie wszamaliśmy drugie śniadanie i ruszyliśmy papieskim na Trzydniowiański. Na tym odcinku już się nie spieszyliśmy, co i rusz rozglądaliśmy się na boki i za siebie, a było co podziwiać. W dodatku tego dnia, jak i w ogóle ostatnio, intensywnie uczymy się topografii i zgadywaliśmy z mapą i Nyką w ręku na co patrzymy. Do Szerokiego Żlebu szło się przyjemnie. Śniegu mało, jeśli był to miękki a ścieżka wiła się między drzewami. A w Żlebie stop i wycof. Tyle się naczytałem na forum o wiosennych niebezpieczeństwach, że może trochę na wyrost podjąłem tą decyzję. Nie było ścieżki tylko wydeptane dziury na nogi a śnieg twardy, zmrożony i śliski jak cholera. Potknięcie oznaczało niekontrolowany zjazd. Potem, gdy nieco niżej zeszliśmy i podziwialiśmy widoki, minął nas tatuś z dwoma córami. Pogadaliśmy chwilę i okazało się, że dali radę (wchodzili przez Kulowiec) a też byli bez sprzętu. Jednak było już za późno by wracać i gryzłem się z myślami do wieczora. Ostrożność ostrożnością, ale... Wracaliśmy w gęstniejącym tłumie, ale niczego innego nie można się było spodziewać po Chochołowskiej, po południu, w majowy, długi weekend.


1.05.2007 - Wtorek - Ciemniak
Poprzedniego dnia po powrocie na kwaterę wiele czasu poświęciliśmy na studiowanie mapy i dywagacje gdzie się da wejść. W końcu padło na Ciemniak przez Upłaz. Szlak miał tą zaletę, że nawet gdyby nie udało się wejść wysoko, to i tak zwiedzilibyśmy nowy kawałek Tatr, bo nigdy tamtędy nie szliśmy.
O słonku wspomnę już ostatni raz: było i tak już miało zostać do wyjazdu. Szło się nam wyjątkowo lekko. Z dwoma krótkimi odpoczynkami dostarliśmy pod Piec, gdzie napotkaliśmy pierwszych tego dnia współtowarzyszy we wspinaczce. Tam też zaczynał się śnieg. Po krótkiej chwili obserwacji jak idzie innym postanowiliśmy ruszyć dalej. Nie było lodowato, raczej mokro, lekko zapadająco i chwytało - szło się bardzo dobrze. Im wyżej podchodziliśmy tym bardziej interesujące otwierały się widoki na Giewont, Zakopane i Czerwone. Im więcej było widać, tym mniej było widać, bo zimno próbowało zamrozić nam gałki oczne a szalejący wiatr też nie grzał. Miałem nawet chwilę kryzysu gdy pomyślałem: "pierdolę, nie idę". Jednak szlak znów skręcił nieco, zaczęło wiać w plecy i brnęliśmy dalej. Poza pogodą większych trudności raczej nie było, nawet wśród stromego i mocno zaśnieżonego zbocza przedeptane było dość dokładnie, wystarczyło patrzeć pod nogi.
Wreszcie Chuda Przełączka! Tam znów przekonaliśmy się że Tatry to magiczne miejsce. Wystarczyło schować się przed podmuchami za sporą skałę i aura zmieniała się totalnie - cisza, spokój i grzało. Siedliśmy i zajadając kanapki i czekoladę podziwialiśmy szczyty nad Kościeliską i Chochołowską oraz obserwowaliśmy ludzi wchodzących przez Tomanową.
Po jedzeniu ubraliśmy na siebie co się dało, pozaciągaliśmy wszystkie gumki i sznureczki i rozpoczęliśmy "atak" na szczyt. To była prawdziwa autostrada do nieba, tylko śnieg i słońce, biel i błekit, taka paleta, której nie uświadczysz latem. I szczyt: tylko my, słupki graniczne i panorama wysokich. Nie-sa-mo-wi-te. Dla wielu z was taki zachwyt nad ciemnym Ciemniakiem może wydać się śmieszny, ale było to nasze pierwsze zimowe wejście ponad dwa tysiące, pokonaliśmy pogodę i zastaliśmy wspaniały klimat na szczycie. To była magia.
U góry standardowe fotki, herbatka i napawanie się światem
Opis zejścia będzie zdawkowy. Przypomnę tylko, że z Chudej obserwowaliśmy ludzi podchodzących przez Tomanową, nie sprawdzając wcześniej czy coś na naszej drodze jest ew. zamknięte i dlaczego. Było dość trudno i chyba niebezpiecznie, udało nam się nawet zmylić szlak, na szczęście w porę się zorientowaliśmy i poczekaliśmy na schodzących za nami żeby zobaczyć co zrobią


2.05.2007 - Środa - Dziura
Po wyrypie jest czas na wyro i odpoczywanie. Żeby jednak mięśnie nie zastały ruszyliśmy do jedynej "odzakopiańskiej" reglowej dolinki w której jeszcze nie byliśmy, czyli Ku Dziurze. Dreptaliśmy sobie pomalutku aż dotreptaliśmy. Dziura jak dziura, pełna liści, ciemna i zimna


3.05.2007 - Czwartek - Krzyżne
A raczej w stronę Krzyżnego, bo nie doszliśmy. Start o ósmej i równym tempem przez Skupniów do Murowańca. Tam przepakowanie i wio! Zaraz za schronem musieliśmy zweryfikować plany ponieważ zielony szlak był zamknięty przez TPN ze względu na gawrowanie misiów, a początkowo planowaliśmy zrobić pętlę żółty-czarny-zielony. Ruszyliśmy żółtym.
No i znów będę musiał się pozachwycać. Szlak na Krzyżne okazał się świetny. Szybko wyszliśmy ponad las i w poplątanym letnio-zimowym krajobrazie okrążaliśmy Żółtą. Ścieżka pośród kosówki, zakręciki w żlebach, miejsce dokładnie spod ściany piramidy Żółtej... Człowiek wpadał w nastrój gdzieś pośrodku między orgazmem a modlitwą. Przebrnęliśmy przez Zadni Upłaz (o ile dobrze czytam mapę), brak tam było jednej ścieżki, raczej każdy szedł jak mu wygodniej i były ślady po dupozjazdach. I właśnie gdy już zza zakrętu miała się wyłonić Pańszczyca - ten znienawidzony dzwięk - śmigło. Zbliżało się szybko w naszą stronę i już myślałem, że się nami zainteresują (mieliśmy chyba tylko 1 mijankę, poza tym pustka!), ale skręcili w Pańszczycę. Wyszliśmy zza zakrętu a oni się już desantowali. Raz, dwa i już odleciał szukając miejsca do przyziemienia. Trochę skakał, nie mógł się zdecydować ale wreszcie znalazł i obroty silnika zmalały. Nie trwało to długo i znów się poderwał, a po chwili dwóch ratowników i ofiara zapakowana jak prezent na gwiazdkę lewitowali pod śmigłem na wcześniej upatrzone, równiejsze miejsce. Myk, myk i cała trójka zniknęła w środku. Sru i już śmigła nie było.
To był nasz pierwszy raz z TOPRem, normalnie ciary przechodziły gdy się to oglądało. Z jednej strony popis cyrkowo-wojskowych umiejętności, z drugiej myśl, że to mogłem być ja...
Zrezygnowaliśmy z dalszej wędrówki. Mieliśmy już dość mało wody, słońce piekło niemiłosiernie a i góry nagle jakieś wyższe. Teraz gdy to piszę to żałuję, trzeba było jeszcze iść kawałek dalej, było nietrudno.
Z drugiej strony do września jeszcze tylko 4 miesiące.


4.05.2007 - Piątek - Nad Reglami
Z okazji wyjazdu nigdy sobie nie odmawiamy jakiejś drobnej wędrówki. Tym tazem padło na trasę Mała Łąka - Wielka Polana - Miętusi Przysłop - Staników Żleb. Na Wielkiej pouczyliśmy się topografi Giewontowego otoczenia, na przysłopie posłuchaliśmy przewodnika mijanej wycieczki i jej uczestnika grającego na harmonijce (sic!), znad przysłopu strzeliliśmy panoramkę czerwonych (łaaaaaał, to myśmy tam byli???
Wieczorem pociąg do Torunia.
Byle do września...




