Ostatni weekend października
Ostatni weekend października
Czy ktoś się wybiera w tym terminie w Tatry?
Wiem, że to czas świąteczny, ale i mam nadzieję na względnie mały ruch w górach...
Wiem, że to czas świąteczny, ale i mam nadzieję na względnie mały ruch w górach...
sprawdz warunki - a potem bede wiedzial na czym stoje i gdzie mozna uderzyc 2 tyg potem ... moze na Rysy w polowie listopada? .... to byloby cos - zakladajac ze bym doszedl i wrocil ... najwyzej wrocilbym z pierwszymi roztopamiKaśka pisze:Wiem, że to czas świąteczny, ale i mam nadzieję na względnie mały ruch w górach...
Króciutka relacja z króciutkiego pobytu:
29.10.04
Wyjazd ze stolycy o 20.15 do Krakowa. InterCity - więc szybciutko. W Krakowie nocleg u znajomych znajomych, z którymi wyjechałam i...
30.10.04
...nic z tego. Nie myślcie, że z rana o 5 w PKS i w Tatry. Otóż nie... Najpierw niestety obowiązkowe oglądanie nowobudowanego domu znajomych znajomych. Nie powiem - fajne widoki z okien itd...ale to nie Tatry - ehhh... Do 12.20 czas wlókł się niemiłosiernie. Potem PKS - zadziwiająco nowy jakiś - z przemytu czy co? Telewizory w środku i czysto - aż dziwnie się czułam hehe. Po 2 godzinach w Zakopcu. Kierunek: Chochołowska. Właściciel busa 3 razy się dopytywał czy aby na pewno tam chcemy jechać. Oczywiście byliśmy jedynymi ludkami w busie, którzy chcieli się zapuszczać w tak nieznane i odludne tereny Na szlaku pusto! Jakież to cudowne uczucie - tylko cztery osoby i to te, z którymi się podróżowalo. W ramach oszczędności czasu i sił podreptaliśmy wypożyczyć rowery. Klekoty (bo tak się powinny nazywać) nawet miały hamulce i w co drugim działały przerzutki więc nie było na co narzekać Widoki były, humory też więc przygoda z górami rozpoczęła się dobrze. Podróz rowerowa jak wiadomo długa nie była bo to tylko 7,5km ale plecak na plecach robił swoje. Ciężko było - ale tu nam natura chciała bardzo pomóc - puściła troszkę wiatru (tylko czemu w oczy ) i deszczu (no - ten przynajmniej z góry padał ). Na szczęście nie trwało to długo i mieliśmy okazję wejść do schroniska suchą stopą. Gdyby to było lato pewnie rzucilibyśmy się jeszcze choćby na Grzesia, ale cóz...ciemno się już robiło i więc pozostało ustalenie trasy na niedzielę...
31.10.04
I nastała niedziela. Plany były ambitne. Wstaliśmy wcześnie i bez większych trudności - w końcu zmiana czasu nam sprzyjała. Kierunek: Grześ. Dotarliśmy na szczyt w słońcu, przy niewielkim wietrze. Po naszej stronie piękne widoki - bez chmurek, po słowackiej cudowne morze bardzo niskich chmur. Z daleka widać tylko wyłaniające się szczyty jak wyspy na oceanie... Na szczycie jeden ludek oprócz nas. I to by było na tyle jeśli chodzi o cudowne widoki tego dnia... Zejście z stronę Rakonia jeszcze w słońcu. Potem - no cóż - widocznie słońce miało już fajrant i zostaliśmy otoczeni chmurami. Niezbyt nachalnie przykrywały niebo aż do czasu zejścia z Rakonia. Nagle pojawił się wiatr, potem deszczyk mały przmienił się w ulewę z wiatrem na słowacką stronę. Mogłoby chociaż wiać na naszą - jak spadać to do siebie Przy skrzyżowaniu szlaków niebieskiego i zielonego pierwsza większa grupka osób - Węgrzy chyba. Poprzedniego dnia długo balowali w schronisku i byli tak samo głośni jak w górach. Minęliśmy ich - w deszczu i przy wtórze wyjącego wiatru wdrapaliśmy się na Wołowiec. Tam mały odpoczynek, jedzonko, herbatka i...zmiana planów. Od słowackiej strony przewalała się w naszą stronę mgła w tempie zastraszającym. Współtowarzysze po krótkim zastanowieniu stwierdzili, że nie idą dalej (chociaż w planach było jeszcze sporo). Patrząc na to co się dzieje, osłaniając twarz przed deszczem i wichrem nie miałam zbytniej chęci protestować i zarządziliśmy odwrót. To co widziałam później utwierdziło mnie w przekonaniu, że to był dobry pomysł. Grzecznie zeszliśmy z Wołowca i zielonym szlakiem po arcyśliskich kamyczkach w dół przez Wyżnią Polanę Chochołowską. Za nami pozostała mgła gęsta i szara jak dym, z deszczem i wichrem na szczytach. Przed nami były mokre kamienie, na których kijki pomagały utrzymac równowagę. A potem las i błoto, dużo błota.
Wieczór w schronisku, ciepły posiłek i myśl: czy jutro też będzie tak paskudnie?
01.11.04
I przyszło "jutro". W nocy lało jak z cebra, a rano wiadomo - mgła, że oko wykol. Chochołowska wyglądała jak polanka w Kampinosie - zero widoków i zero ludzi. Plan był prosty: Zejście doliną do żółto-czarnego szlaku a potem w lewo żółtym w górę Doliną Iwaniacką i przez przełęcz do Schroniska na Hali Ornak. Po górkę to jeszcze jakoś szło, ale z górki...łatwo się domyślić co się tam działo po ulewnych deszczach nocnych. Czas przejścia nam się z deka wydłużył, ale cóż... W Oranku przerwa na jedzonko i do Kir marsz! bo o 16.30 pociąg powrotny. Deszczyk siąpił cały dzień, mgła gładziła twarz, szczyty zniknęły jak busy hehe - okazało się, że 1.11 busy nie jeżdżą wogóle. Dziwnym trafem zdążyliśmy na przedostatni autobus - gdyby nam się to nie udało - tą małą relację napisałabym pewnie dopiero jutro...
Jak widzicie - nie udało się przedreptać długaśnych szlaków i właśnie dlatego myślę już o następnym wyjeździe. Widziałam, że sie szykuje troszkę osób na 11-14.11 - może i mnie się uda...
29.10.04
Wyjazd ze stolycy o 20.15 do Krakowa. InterCity - więc szybciutko. W Krakowie nocleg u znajomych znajomych, z którymi wyjechałam i...
30.10.04
...nic z tego. Nie myślcie, że z rana o 5 w PKS i w Tatry. Otóż nie... Najpierw niestety obowiązkowe oglądanie nowobudowanego domu znajomych znajomych. Nie powiem - fajne widoki z okien itd...ale to nie Tatry - ehhh... Do 12.20 czas wlókł się niemiłosiernie. Potem PKS - zadziwiająco nowy jakiś - z przemytu czy co? Telewizory w środku i czysto - aż dziwnie się czułam hehe. Po 2 godzinach w Zakopcu. Kierunek: Chochołowska. Właściciel busa 3 razy się dopytywał czy aby na pewno tam chcemy jechać. Oczywiście byliśmy jedynymi ludkami w busie, którzy chcieli się zapuszczać w tak nieznane i odludne tereny Na szlaku pusto! Jakież to cudowne uczucie - tylko cztery osoby i to te, z którymi się podróżowalo. W ramach oszczędności czasu i sił podreptaliśmy wypożyczyć rowery. Klekoty (bo tak się powinny nazywać) nawet miały hamulce i w co drugim działały przerzutki więc nie było na co narzekać Widoki były, humory też więc przygoda z górami rozpoczęła się dobrze. Podróz rowerowa jak wiadomo długa nie była bo to tylko 7,5km ale plecak na plecach robił swoje. Ciężko było - ale tu nam natura chciała bardzo pomóc - puściła troszkę wiatru (tylko czemu w oczy ) i deszczu (no - ten przynajmniej z góry padał ). Na szczęście nie trwało to długo i mieliśmy okazję wejść do schroniska suchą stopą. Gdyby to było lato pewnie rzucilibyśmy się jeszcze choćby na Grzesia, ale cóz...ciemno się już robiło i więc pozostało ustalenie trasy na niedzielę...
31.10.04
I nastała niedziela. Plany były ambitne. Wstaliśmy wcześnie i bez większych trudności - w końcu zmiana czasu nam sprzyjała. Kierunek: Grześ. Dotarliśmy na szczyt w słońcu, przy niewielkim wietrze. Po naszej stronie piękne widoki - bez chmurek, po słowackiej cudowne morze bardzo niskich chmur. Z daleka widać tylko wyłaniające się szczyty jak wyspy na oceanie... Na szczycie jeden ludek oprócz nas. I to by było na tyle jeśli chodzi o cudowne widoki tego dnia... Zejście z stronę Rakonia jeszcze w słońcu. Potem - no cóż - widocznie słońce miało już fajrant i zostaliśmy otoczeni chmurami. Niezbyt nachalnie przykrywały niebo aż do czasu zejścia z Rakonia. Nagle pojawił się wiatr, potem deszczyk mały przmienił się w ulewę z wiatrem na słowacką stronę. Mogłoby chociaż wiać na naszą - jak spadać to do siebie Przy skrzyżowaniu szlaków niebieskiego i zielonego pierwsza większa grupka osób - Węgrzy chyba. Poprzedniego dnia długo balowali w schronisku i byli tak samo głośni jak w górach. Minęliśmy ich - w deszczu i przy wtórze wyjącego wiatru wdrapaliśmy się na Wołowiec. Tam mały odpoczynek, jedzonko, herbatka i...zmiana planów. Od słowackiej strony przewalała się w naszą stronę mgła w tempie zastraszającym. Współtowarzysze po krótkim zastanowieniu stwierdzili, że nie idą dalej (chociaż w planach było jeszcze sporo). Patrząc na to co się dzieje, osłaniając twarz przed deszczem i wichrem nie miałam zbytniej chęci protestować i zarządziliśmy odwrót. To co widziałam później utwierdziło mnie w przekonaniu, że to był dobry pomysł. Grzecznie zeszliśmy z Wołowca i zielonym szlakiem po arcyśliskich kamyczkach w dół przez Wyżnią Polanę Chochołowską. Za nami pozostała mgła gęsta i szara jak dym, z deszczem i wichrem na szczytach. Przed nami były mokre kamienie, na których kijki pomagały utrzymac równowagę. A potem las i błoto, dużo błota.
Wieczór w schronisku, ciepły posiłek i myśl: czy jutro też będzie tak paskudnie?
01.11.04
I przyszło "jutro". W nocy lało jak z cebra, a rano wiadomo - mgła, że oko wykol. Chochołowska wyglądała jak polanka w Kampinosie - zero widoków i zero ludzi. Plan był prosty: Zejście doliną do żółto-czarnego szlaku a potem w lewo żółtym w górę Doliną Iwaniacką i przez przełęcz do Schroniska na Hali Ornak. Po górkę to jeszcze jakoś szło, ale z górki...łatwo się domyślić co się tam działo po ulewnych deszczach nocnych. Czas przejścia nam się z deka wydłużył, ale cóż... W Oranku przerwa na jedzonko i do Kir marsz! bo o 16.30 pociąg powrotny. Deszczyk siąpił cały dzień, mgła gładziła twarz, szczyty zniknęły jak busy hehe - okazało się, że 1.11 busy nie jeżdżą wogóle. Dziwnym trafem zdążyliśmy na przedostatni autobus - gdyby nam się to nie udało - tą małą relację napisałabym pewnie dopiero jutro...
Jak widzicie - nie udało się przedreptać długaśnych szlaków i właśnie dlatego myślę już o następnym wyjeździe. Widziałam, że sie szykuje troszkę osób na 11-14.11 - może i mnie się uda...
nooooo, a mi to trochę przypomina,że w dalszym ciągu czekamy na relacje z tego słynnego już chyba pobytuMariusz pisze:Trochę mi to przypomina mój krótki wypad w końcu września
P.S.Mariusz, jeszcze trochę to forumowicze uznają mnie za nudziarę,przez to ciągłe przypominanie Ci o naskrobaniu chociaż kilku zdań z wyjazdu....No,bądz człowiekiem!Chyba nie chcesz mnie świadomie narazić na taką opinię???
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
Masz rację Iwona! Muszę coś wreszcie napisać, bo w końcu zapomnę gdzie byłem i co widziałem, hihi... Drogę na Rohacze obmierzyłem nawet czasowo, aby inni mogli sobie zaplanować wycieczkę w tamte rejony...
P.S. Widzę, że parę osób jeszcze na "starym forum" zostało - tym bardziej moja motywacja do naskrobania relacji wzrasta...

P.S. Widzę, że parę osób jeszcze na "starym forum" zostało - tym bardziej moja motywacja do naskrobania relacji wzrasta...
No Przyjacielu,mnie się tak łatwo nie pozbędzieszMariusz pisze:Widzę, że parę osób jeszcze na "starym forum" zostało - tym bardziej moja motywacja do naskrobania relacji wzrasta...
Naprawdę liczę na opis min. Rohaczy,bo to podobno słowacka Orla Perć a to jest to,co mnie najbardziej kręci w Taterkach
P.S Mam nadzieję,że mogę używać słowa Przyjaciel do Ciebie,bo pogubić się już można co do kogo i w jakiej formie -Żabko
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
No to dawaj te czasy! Słowackie czasówki są z reguły dość wymagające, ale te w rejonie Rohaczy swego czasu okazały się dość "liberalne", więc warto by porównać.Mariusz pisze:Drogę na Rohacze obmierzyłem nawet czasowo, aby inni mogli sobie zaplanować wycieczkę w tamte rejony...
Mariusz pisze:P.S. Widzę, że parę osób jeszcze na "starym forum" zostało - tym bardziej moja motywacja do naskrobania relacji wzrasta...
MiG
Rohacze to taka bardzo mała namiastka naszej Orlej Perci. Owszem, jest to ciekawy rejon taterek ale trudności wręcz żadne. U nas trzeba się nieźle napocićIwona pisze:
Naprawdę liczę na opis min. Rohaczy,bo to podobno słowacka Orla Perć a to jest to,co mnie najbardziej kręci w Taterkach
pozdrawiam-Jurek
-
Bogusław Pawłowski
-

- Posty: 258
- Rejestracja: pt 27 lut, 2004
- Lokalizacja: Toruń





