Orla Perć! Ach. W tym roku udało mi się wyrwać do Zakopanego jedynie na trzy dni. Mam 16 lat, a że nie chciałem toczyć długiej wojny z rodzicami powiedziałem im, iż jadę do kolegi na działkę. Oczywiście oni zdawali sobie z tego sprawę, że siedzę w jakiś górach...
To były tylko trzy dni. Tatry znam bardzo dobrze, lecz głównie z teorii. W praktyce to właśnie zaraz po przyjeździe, gdy zdobyłem Giewont miałem okazję po raz pierwszy zetknąć się z łańcuchami. Pogoda była cudowna, więc z wierzchołka z utęsknieniem patrzyłem ku niedalekim szczytom przez które przebiega słynna Orla Perć.
Chciałem coś sobie udowodnić, a także dać do zrozumienia (szczególnie rodzicom), iż Tatry nie są górami dla samobójców i przy zachowaniu niezbędnych środków bezpieczeństwa wszystko jest do przejścia. Nawet mityczna Orla Perć.
Poranek był tak piękny... Zapowiadał się dzień o wręcz fenomenalnej pogodzie. Dojazd busem do Kuźnic, oczekiwanie w kolejce. Jeszcze wtedy martwiłem sie, że coś stanie mi na drodze, że coś się nie uda.
O 7.40. stanąłem na szczycie rozkoszując się pięknem turkusowego nieba bez chmur, lśniącym masywem Świnicy i rozłożystym Krywaniem. I rozpocząłem mój szlak. Jeszcze nigdy nie byłem tak podekscytowany. Mozolne podejście na Świnicę dłużyło się, lecz widoki były takie zniewalające. Szedłem sam. Na drodze spotkałem niewielkie stado kozic. Pasły się tak blisko, że zdołałem dokładnie uwiecznić ich widok na fotografiach. I wreszcie rozpoczęły się łańcuchy. Żleb Blatona, przy którym łańcuch był nieznacznie uszkodzony (zdałem sobie z tego sprawę dopiero później, kiedy przeczytałem o tym na internecie). Potem wierzchołek Świnicy, eksponowane zejście na Zawrat.
Na ręcę wdziałem rękawiczki bez palców i ruszyłem. Rozpoczynałem marsz Orlą Percią. Szlakiem marzeń. Już nic mi nie mogło przeszkodzić.
Cały szlak wspominam z mimowolnym wzruszeniem. Każda minuta podejścia to była czysta poezja. Wspaniałe widoki, które widziałem dotychczas na stronach przewodników oglądałem na własne oczy. Zamarła Turnia, Kozia Przełęcz... Jej rejon to najbardziej eksponowane i chyba najtrudniejsze technicznie miejsce na całym szlaku. Jednak maksymalne skupienie i niewrażliwość na przepaście pozwoliły mi przebyć ten odcinek bez problemów.
W tym czasie przez Kozią Przełęcz przechodziła dwójka mężczyzn. Jak przypuszczam (wynikało to z jego wypowiedzi) miał już ze strachu pełno w majtkach

I dostrzegłem taterników na Zamarłej Turni. Zatrzymałem sie na kilka chwil ponad przełęczą słuchając ich rozmów o zakładaniu stanowiska. Kiedyś ja też będę zdobywał tatrzańskie zerwy

Podejście na Kozi Wierch wymagało nie tylko sprawności w poruszaniu się przy pomocy łańcucha, lecz również bez nich. Jakże cudownie było przylgnąć do chłodnej skały i napawać się widokami dookoła. A gdy osiągnąłem najwyższy szczyt Polski leżący w całości na jej terytorium (była godzina 10.35. - sam byłem zdziwiony moim szybkim tempem, toż niecałe trzy godziny temu byłem na Kasprowym). Na Kozim zrobiłem sobie nie wymuszony odpoczynek, gdyż widok z niego poprostu mnie zachwycił. Między nogami srebrzył się Wielki Staw, a na wyciągnięcie ręki malowały się szczyty. Rysy, Mięgusze, Wysoka... To były mistyczne chwile, najwspanialsze jakie przeżyłem w Tatrach.
A potem ruszyłem dalej. Obawiałem się, że po przejściu najtrudniejszego odcinka Orlej Perci, dalsza jej część przyniesie rozczarowanie. Na szczęście nic bardziej mylnego. Dalszy odcinek wymagał sprawności w orientowaniu się w terenie. Nieco strachu przysporzyło mi zejście w rejon Żlebu Kulczyńskiego, gdzie szlak jest dosyć słabo oznakowany. Cóż, obawiałem się, że może zboczyłem gdzieś ze szlaku i schodzę ku jakiemuś przepastnemu żlebowi, z którego nie ma powrotu... Lecz potem usłyszałem ludzkie głosy i zdałem sobie sprawę, że jednak idę dobrą drogą. Napięcie wzrosło, kiedy czekało mnie pokonanie pokaźnego komina skalnego. Poezja

Wspaniałe widoki urozmaicały mi dalszą wędrówkę. Rejon Granatów jest nieco łatwiejszy pod względem technicznym. Słynny krok przez przepaść (czterometrowa szczelina) nie zrobił na mnie większego wrażenia, choć wśród pewnych pań wzbudzał wręcz nadmiernie dużo emocji.
Za Granatami rozpoczęło się długie podejście ku przełęczy Krzyżne. I nie zawiodłem się. Trudności porównywalne są do tych z początku Orlej. Szlak kluczy raz przewijając się na stronę Doliny Gąsienicowej, raz na Doliny Pięciu Stawów Polskich. Jedno wydarzenie szczególnie utkwiło mi w głowie. Oto, kiedy zbliżałem się do miejca, gdzie szlak wzdłuż skalnej ściany schodził z łańcuchem w czeluść usłyszałem odgłos kamiennej lawiny. Szybko na szczęście przycichł, lecz podskórny strach pozostał.
Paradoksalnie im bliżej Krzyżnego tym trudności wzrastają. Rozbudowane podejścia, mnogość problemów łańcuchowych - wszystko to minęło, kiedy dostrzegłem siodło przełęczy zamykającej Orlą Perć. Spojrzałem na zegarek. 13.40.
Zdobyłem Orlą Perć!
Potem mozolne zejście do Doliny Pięciu Stawów urozmaicone fenomenalnymi widokami. Następnie Roztoka i Palenica...
Następnego dnia czekał mnie powrót do domu. Znalazłem czas i siły by wejść na Nosal i z niemałą tęsknotą patrzyłem ku szczytom, które jeszcze wczoraj zdobyłem.
Jak ja kocham Tatry.